Imieniny:

AferyPrawa.com

Redaktor Zdzisław Raczkowski ujawnia niekompetencje funkcjonariuszy władzy...
http://Jooble.org
Najczęściej czytane:
Najczęściej komentowane:





Pogoda
Money.pl - Kliknij po więcej
31 października 2020
Źródło: MeteoGroup
Polskie prawo czy polskie prawie! Barwy Bezprawia

opublikowano: 26-10-2010

Media w Polsce i na świecie - majowy cykl krytyczno-informacyjny Mirosława Nalezińskiego

Zasady są dla frajerów? Co na to Sejm?
Dzięki filmowi Tomasza Sekielskiego "Władcy Marionetek" wiemy, że w Domu Poselskim znajduje się kiosk z alkoholem. Dziwne? Że trunki są niemal w miejscu pracy naszych wybrańców?
Ale to tylko jedna strona medalu, bowiem popijanie w robocie to jedno, zaś "przepis o dystansie", to drugie... Otóż wyszynk znajduje się w odległości mniejszej niż 50 metrów (bo 15 m!) od sejmowej kaplicy, a to jest niezgodne z obowiązującymi - jak się okazuje - w Warszawie przepisami! Do niedawna bliskość kiosku i kaplicy nikomu nie przeszkadzała, ale na problem w końcu zwrócił uwagę redaktor Sekielski.
Niejaki Mirosław Naleziński zwraca uwagę portalowi NaszaKlasa, że nie przestrzega ustalonego przez siebie regulaminu.
Rzućmy okiem na ów regulamin... 4.5. Użytkownik Konta Rzeczywistego zobowiązuje się do podania w formularzu rejestracyjnym swoich danych osobowych zgodnych z prawdą: imię, nazwisko, data urodzenia, a także opcjonalnie pozostałych danych.
Pewien samokrytyczny dżentelmen podaje swoje dane, które raczej nie są prawdziwe - Skurwiały Cham (z uduchowionej miejsowości - Duszniki Zdrój). Ożeżq (fonetycznie 'orzeszku') - z lektur przypominamy sobie Orzeszkowej "Chama" (samego) oraz (parę) "Kordiana i chama" Kruczkowskiego. A po prawdzie, to bardzo wątpliwe, aby on istotnie się tak nazywał, zatem jasne jest, że łamie regulamin. I co? Nico!
5.7. W przypadku powzięcia przez Administratora wątpliwości, co do zgodności z prawdą bądź aktualności podanych przez Użytkownika danych w formularzu rejestracyjnym, uzyskuje on uprawnienie do podjęcia następujących czynności:
a) wezwania Użytkownika do niezwłocznego usunięcia nieprawdziwych danych bądź aktualizacji danych,
b) natychmiastowego zablokowania Konta do czasu wyjaśnienia sprawy.
Podczas wymiany poglądów nie można stosować wulgariów, bowiem
7.3. Zabronione jest używanie słów powszechnie uznawanych za obelżywe.
A jakoś udaje się wpisać takie słowa jako fałszywe dane - i co?
Jest po ok. 500 użytkowników o ksywce Hitler oraz Stalin (w tym damy) i tyleż suk. Trudno orzec, na ile są to rzeczywiście niki znane jeszcze ze szkoły, a na ile są wyłącznie przyjęte na NK, a jeśli tak, to czy nie należałoby choć części takiego towarzystwa zweryfikować albo nawet przebadać na odchyły? Dzierżyńskich jest ponad stu i pewnie wszyscy są prawdziwi, jednak jeden z nich - o imieniu Feliks, z załączoną fotką (charakterystyczna bródka i czapka) - nie pozostawia wątpliwości, że to ten nasz słynny polsko-radziecki siepacz, a to oznacza, że konto (zgodnie z regulaminem) kwalifikuje się do kosza...
Obok widać fontannę w Gdyni, zatem sprawdźmy jeszcze, czy moje rodzinne miasto - obok legalnej niemieckiej nazwy Gdingen - ma także nielegalną nazwę z czasów okupacji: Gotenhafen, czyli Port Gotów (hitlerowska nazwa Gdyni w podczas okupacji; Hitler wizytował 19 września 1939 naszą Gdynię i przy okazji nadał tę nazwę). Są obie te nazwy - po 16.
Skoro fontanna i Gdynia, to duża woda... Łódź, ale dla 59 Polaków to Litzmannstadt (nazwa nadana 11 kwietnia 1940 rozkazem Adolfa Hitlera).
Zabrze to polskie miasto. Większość Polaków nie wie, że w latach 1915 - 1946 miasto nazywało się Hindenburg. Aby nie zapomniano tej nazwy, ponad dwustu naszych rodaków wpisało tę nazwę (połowa dopisała także Zabrze). Całe szczęście, że tysiące zabrzan wpisało wyłącznie polską nazwę, ale jak będzie statystyka wyglądać za kilkanaście lat, kiedy do NK zapisze się kolejne pokolenie?
Co na to posłowie? Czy wiedzą o postawie polskiej młodzieży? A jeśli wiedzą, to czy mają zamiar przedsięwziąć stosowne kroki, czy uważają, że w naszej nowoczesnej Wielkiej Europie można zapomnieć o swoich polskich korzeniach?
Alkohol zniknie z kiosku, jednak dopiero wówczas, gdy informacja na ten temat dotrze do zainteresowanego przedsiębiorcy (pewnie nie oglądał filmu Sekielskiego). Do admina NaszaKlasa informacja już dawno dotarła, ale na razie - póki nie ma odgórnego nakazu - nie będą sugerować użytkownikom zmiany niemieckich (choć są także w innych językach) nazw na polskie. Takie jest stanowisko NK.
Obie sprawy dotyczą Sejmu RP. Która jest ważniejsza? Czy Ustawa o języku polskim, tak szeroko ongiś omawiana przez media i Radę Języka Polskiego, została unieważniona i nazwy (w tym nieistniejących podmiotów) na polskich portalach mogą być wpisywane w obcych językach?

Kto pierwszy zgłosił brak dywizu?
Z pewnością tego typu rozważania mogą niektórych urazić, ale skoro "wszystko wraca do normy", to można postawić takie pytanie
Kiedy zauważyłem brak dywizu, to jeszcze tego samego dnia (17 kwietnia 2010, sobota) zamieściłem artykuł na EIOBA oraz na Salon24 (tam jest dokładny czas edycji - 2010-04-17 22:23)
Pod koniec kwietnia spostrzegłem w internecie notki o tym błędzie, zaś 30 kwietnia w pewnym tabloidzie nawet zdjęcie z już dokonaną poprawką. Teraz jest "Maria Helena Mackiewicz-Kaczyńska". Podobno ów dywiz był szerszy (czyli był myślnik) i nie mógł się zmieścić pomiędzy zamontowanymi literami obu nazwisk. Jak wygląda nowoczesne zamówienie u wykonawcy? Pewnie sporządzamy żądany napis (litery, znaki, spacje i rozplanowanie w liniach) i wysyłamy do wytwórcy, zaś jego warsztat komputerowo przygotowuje wszystkie znaki do wykonania uwzględniając odstępy. Gdyby ten dywiz był uwzględniony w zamówieniu, to przecież byłby wykonany jednocześnie z literami, zatem zamontowano by całość prawidłowo w "pierwszym podejściu". Czyż nie?
Kiedy wysłałem mój artykuł do znanego profesora, to zapytał, czy na swojej Poradni Językowej może - w ramach udzielanych porad - posłużyć się moim artykułem i już 22 kwietnia porada była dostępna na stronie Poradni (podano tam link do artykułu na EIOBA):

z dywizem czy bez?
Dzień dobry,
czy nazwisko Marii Kaczyńskiej na sarkofagu powinno być zapisane z dywizem, czy bez?
Pozdrawiam,
Mira

Proszę przeczytać artykuł Usterka na sarkofagu?
- jest tam solidna analiza problemu, a także głosy internautów.
- Mirosław Bańko, PWN

Czy ktoś z Państwa znalazł w internecie (lub w prasie) notkę o tej usterce z datą wcześniejszą niż 17 kwietnia (dwie godziny przed północą)?
PS Z moim spostrzeżeniem podzieliłem się z wieloma mediami, jednak w swoich notkach o tym nie wspomniały, co jest, niestety, niesympatycznym przejawem ignorowania prawa autorskiego.

Rutyna kopiowania
Po skomputeryzowaniu świata, okazuje się, że kopiowanie to znakomite ułatwienie pracy. Jednak kiedyś doprowadzi do zagłady ludzkości...
Pewna firma zielarska oferuje nam szereg wspaniałych herbatek, w tym "Prostaflos tea", czyli herbatkę przy dolegliwościach z prostatą. Nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie rutynowo skopiowane ostrzeżenie - "Nie zaleca się stosowania dla kobiet w ciąży i okresie karmienia oraz dzieci poniżej 12 lat".
Z tego wynika, że 13-letnie panienki oraz stateczne emerytki mogą sobie popijać niemal do woli (nie zaszkodzi a może pomoże?), pamiętając jednak, aby "nie przekraczać zalecanej porcji do spożycia w ciągu dnia*", a to reguluje osobna sugestia - "Pić 1-2 razy dziennie".
Może bezokolicznik jest aż tak sugestywny, że to z jego powodu zdecydowano się na dopuszczenie tych ziółek do konsumpcji także przez panie? Albo z zecera jest niezłe ziółko...
Kiedy podczas kopiowania i wstawiania danych (na rysunku, w procedurze, w instrukcji, w rozkazie) zadzwoni telefon, wejdzie gość albo coś innego rozproszy naszą uwagę, to po powrocie do zajęcia - sprawdźmy czy zmieniliśmy dane, które przenieśliśmy podczas kopiowania i które zmienione być powinny! Nawet - napiszmy sobie ostrzeżenie i umieśćmy w widocznym miejscu. Może tylko unikniemy kompromitacji, ale może ocalimy komuś życie.
* - prawdopodobnie chodzi o dobę, bowiem zimą mieliby herbaciarze mniej czasu na wypicie swoich porcji niż latem...

Żałobna blokada
Należałoby wprowadzić procedurę zawieszania "kłopotliwych" artykułów podczas żałoby. Najlepiej automatyczny algorytm, który wykluczałby pomyłkę człowieka.
Walcząc przez lata z cenzurą, społeczeństwa wpadają we własne sidła, bowiem wszelkie bezmyślne zachowania, które powodują dyskomfort niektórych grup społecznych, zwykle nie będą uznane (prawnie, choć niekoniecznie moralnie) za obrazę rozmaitych uczuć, co przyczyni się do dalszej demoralizacji spowodowanej upadkiem wszelkich autorytetów. A powinniśmy zachowywać się po prostu przyzwoicie, jeśli nie bardzo wiemy, jak się zachować.
10 kwietnia 2010, po katastrofie samolotu Tu-154 mieliśmy narodową żałobę. W telewizji nie emitowano komedii i pornosów, ale portale... Owszem, zmieniły swoją graficzną szatę z kolorowej na szarą, ale okazało się, że nie mają procedury zawieszania - choć na pewien czas - określonej (jednak niezręcznej w owej chwili) twórczości. Jeden ze społecznościowych portali, który jest dość wyrozumiały dla obrazoburczych tekstów (najczęściej edytowanych przez anonimów, co jest osobnym zagadnieniem) mógłby na czas żałoby całkowicie wyłączyć możliwość czytania "delikatnych" tekstów. Nie uczyniono tego, bo nie ma takich procedur, zatemi można było zapoznać się z "oryginalnym" tekstem, przy którym umieszczono żałobną wstążkę i problem formalnej żałoby miano z głowy...
A tekst (zamieszczony kilkanaście godzin przed tragedią) i bez nastroju narodowej żałoby należy do powalających. Już tytuł "Zapładnianie, czyli dupczenie się wiernych" wprowadza nas w odpowiedni nastrój (każdego chyba w inny), który w połączeniu z żałobną wstążeczką jest jednak groteskowy... Oczywiście, jeśli komuś tytuł nie odpowiada, to nie musi czytać artykułu, ale tego typu zwiastuny są na stronach zawierających listę tytułów. Na przykład szefowie telewizji mieli inny pogląd i wstrzymali edycje niestosownych filmów i programów, choć mogliby podobnie rozumować - nie chcesz oglądać podczas żałoby, to nie oglądaj.
Programiści zajmujący się portalami powinni wybrane przez admina artykuły, zdjęcia i filmy odpowiednio zakodować i kiedy ogłaszano by żałobę (czego nikomu nie życzę, ale to kwestia czasu), to zamieszczenie czarnej (przez admina) wstążeczki automatycznie powodowałoby czasową zmianę kolorowej szaty na szarą oraz czasowe zawieszenie niestosownych (w takim czasie) tematów.
Ciekawe, czy przez komentarze będzie przebiegać dość wyraźna linia oddzielająca anonimów od jawnych autorów oraz autorów z wieloma artykułami od autorów głównie piszących komentarze...

Cztery tygodnie
Dzisiaj mijają cztery tygodnie od pamiętnej soboty 10 kwietnia 2010.
Kiedy Polska się budziła, przecierała oczy (jeszcze nie ze zdumienia, ale po śnie) i przygotowywała nakrycia do śniadania, tam, przed lotniskiem w Smoleńsku, pośród drzew i mgły, rozbił się nasz samolot, przechodząc do historii jako współuczestnik największej (medialnie i znaczeniowo) powojennej polskiej (choć poza Polską) katastrofy.
Napływające wiadomości, z początku świadczące o niewielkiej awarii, przez kilkanaście minut zamieniały się, poprzez awaryjne lądowanie, w totalne rozbicie samolotu i śmierć wszystkich osób znajdujących się na pokładzie, choć tuż po wypadku była jeszcze nadzieja, że parę osób przeżyło to koszmarne uderzenie w podmokłą ziemię.
Początkowo pojawiły się napisy u dołu ekranu (np. na żółtych dużych planszach) o treści - "88 ofiar" albo "zginęło 88 osób". Czasami liczba ta była zmieniana na 87 lub nawet na więcej niż 130.
Nerwowo publikowane listy zawierały również nazwiska osób, które nie leciały tym samolotem, wiele osób zamieniło się przed lotem z innymi osobami (choć listy to jednak uwzględniały), zaś jedna z pań nie stawiła się do odprawy, bo zachorowała.
Ostatecznie zginęło 96 osób i tutaj występuje delikatny problem. Otóż media podając liczbę 88 i pisząc o ofiarach (lub o osobach) popełniały skandaliczny błąd - pomijano załogę! Można było pisać o 88 pasażerach, ale i tak byłaby to gafa (choć prawda), jednak pisanie o 88 zabitych osobach, to jednak karygodne a przedmiotowe potraktowanie załogi. Przecież to także ludzie, osoby, ofiary!
Nie przypominam sobie, aby media przeprosiły za ten liczbowy incydent.

Wikipedia to internetowa encyklopedia tworzona na bieżąco. Jeśli media podają, że umarł znany aktor, pisarz albo polityk, to w parę godzin współredaktorzy Wikipedii nanoszą odpowiednie poprawki, czyli dopisują datę zgonu, zaś czasowniki typu "jest, pracuje, tworzy" zmieniają na "był(a), pracował(a), tworzył(a)" oraz określenia "ma syna i córkę" zamieniają na "miał(a) syna i córkę". Jest to przykre, ale takie bywają internetowe encyklopedyczne biograficzne noty w przykrych i tragicznych chwilach.
Jednak ogrom tragedii, początkowa niepewność co do losu aż tylu znanych Polaków, spowodowały konsternację w Wikipedii. Przez parę godzin nie wprowadzano opisanych wyżej zmian i uzupełnień; więcej - zablokowano taką możliwość, co zresztą zakomunikowano: "Podawane przez media informacje związane z artykułem są dotąd niepotwierdzone. W celu uniknięcia wprowadzenia sprzecznych danych i spekulacji medialnych, artykuł zabezpieczono do czasu uzyskania oficjalnego potwierdzenia".
W katastrofie zginęło tak wielu znanych ludzi, że niezależnie od stopnia ich (nie)lubienia, Oni wszyscy stali się nam znacznie bliżsi, nawet Ci, za którymi nie przepadaliśmy , także Ci, których wcale nie znaliśmy. Jeszcze nigdy (poza wojnami) nasz Naród aż tak długo i tak wspólnie nie przeżywał tak wielkiej tragedii.

Cenzura krytyki wyroków sądowych
Scenariusz jest zawsze ten sam - piszę artykuł oparty na prawdzie, wysyłam na portale i do mecenasa strony przeciwnej, aby on nie musiał ostatni dowiadywać się o moim artykule, w którym krytykuję jego oraz polski system prawny. Prawnik szuka w internecie. Oczywiście szybciutko znajduje, zatem pisze do admina wniosek o skasowanie artykułu, powołując się na prawomocny wyrok RP, załączając zapewne skan (ma go od grudnia 2009, ja od paru dni).
W ten sposób działa większość portali. Dokładnie na modłę PRL - cenzura zdejmuje artykuły, które z jakichś powodów nie są mile widziane na forum. Owszem, można pisać o seksie, o złodziejstwie lub głupocie posłów, o beznadziejnych politykach, ale nie można omawiać... współczesnych wyroków sądowych. Zatem jest cenzura, choć mówią, że jej nie ma.
O, co innego, gdyby wyrok dotyczył czasów niedobrej komuny, kiedy to ktoś by wspominał swój pobyt w peerelowskich kazamatach. Wówczas można byłoby pisać niejako pamiętnik, czyli wspomnienia, aby wszyscy (a zwłaszcza młodzież) mogła sobie poczytać, jak to kiedyś było fatalnie, a teraz przecież jakże jest dobrze.
A tak jakoś niezręcznie pisać o niekompetencji dzisiejszego sądu, zwłaszcza gdańskiego (no, jednak Gdańsk, jako miasto, kojarzy się najbardziej z walką z komuną i cenzurą). I o wyroku, który został wydany na podstawie błędnego i fałszywego przyjęcia pozoru za prawdę. Ale przecież w końcu prawda wyjdzie na jaw i artykuł o tym zostanie napisany jak nie dzisiaj, to za miesiąc.
Niestety, są w Polsce niekompetentni prawnicy, którzy mogą zdziałać więcej zła niż dobra i wieloma przypadkami zajmują się instancje nadrzędne. Tym pewnie także.
Dziwnie się czuje człowiek w III (a niektórzy mawiali, że w IV!) RP, który ma zarzuty postawione za nie swoje czyny, spotkał się z pomówieniami, ze sfałszowaniem, z obelgami, od roku nie może normalnie funkcjonować, bo mecenas zażyczył sobie kilku tysięcy dolarów zadośćuczynienia oraz przeprosin już w kwietniu 2009, do tego dostaje wyrok w grudniu 2009 (o którym dowiaduje się w kwietniu 2010) zmuszający go do przeprosin za czyny niepopełnione przez niego (mecenas właśnie przysłał ostateczne wezwanie przedegzekucyjne, ale nie precyzuje co to oznacza), a kiedy opisuje tę sprawę na łamach portalu, to zostaje najpierw to skomentowane przez użytkowników, że to jest sprawa prywatna, że nie ma sensu, aby o tym pisać, bo to długie, bo to nudne, bo to walka o nic albo o trzy palce w miedzy, a potem... admin zdejmuje tekst z afisza, bo ktoś (wiadomo kto - mecenas otrzymał przecież emajlem ten sam tekst i wiedząc o sądowym błędzie wykorzystuje swoje stanowisko dla celów prywatnych, oczywiście pod hasłem prawomocnego wyroku!) przesłał mu informację, że autor artykułu sieje zamęt.
I wszystko wraca do normy - nadal zamieszczane są artykuły o seksie, głupocie i złodziejstwie. I o to chodzi! A nie o jakieś incydentalne sprawy malutkiego formatu. Gdyby choć jakiś podsłuch znanego polityka, ale omawianie czynów nieznanego pisarza? Szkoda miejsca na portalu.
Okazuje się, że na portalach nie mogą pisywać osoby skazane, z wyrokami, bo są naznaczone jako winne i nie podlegają pod obywatelskie prawo pisania swoich spostrzeżeń (rozważań ani dowodów) dotyczących spraw większości Polakom nieznanych. Kryminały są pisane przez pisarzy i wystarczy. Nie ma miejsca na domorosłe amatorskie spostrzeżenia. No chyba, że to będzie jakiś znany Polak; nawet gdyby był mordercą. A, to co innego - jego artykuł ukaże się na portalu. Proste - znany zabójca to jest ktoś, zaś nieznany obywatel, walczący z prawnikami, to kto? Nikt.
I niech tak zostanie - nikomu nie życzę, aby dostał się w tryby niekompetentnej obsady sądu, zaś wcześniej - aby nikt (choćby to tylko dziwak albo jakiś nawiedzony) nie uznał go za winnego (choć nim nie jest), po czym wpadł w tryby polskiej Temidy. Piszę "polskiej", choć to spore nadużycie - w każdym państwie dzieją się różne rzeczy w wymiarze sprawiedliwości, także błędy i oszustwa. Tutaj raczej jest pierwszy przypadek, zatem sprawa powinna zostać wyprostowana dość szybko. Ale niestety, większość portali nie życzy sobie takiej twórczości. Ma być wesoło, może być erotycznie a w najgorszym przypadku przydałaby się jakaś afera z wyżyn biznesu lub polityki. Ludek ma się bawić, nie zajmować drobnymi sprawami szarego obywatela.
Jest krótki a jakże pouczający film Hitchcocka... Otóż pani powiedziała mężowi, że właśnie została naruszona jej cześć (i to dosłownie, nie tylko słownie). Oboje wsiedli do auta i rozpoczęli przeglądać okolicę. W pewnym momencie żona pokazuje na przechodnia, który zaczyna uciekać przed nimi. Małżonek dogania go i zabija. Wracają do wozu i jadą do domu. Po paru przecznicach, żona reaguje identycznie, widząc idącego ulicą innego mężczyznę podobnego do zabitego - pokazuje mężowi, wołając: "to on!". Polecam go pewnemu mecenasowi.
I aby do jutra! I o to chodzi!

Dziwna cenowa logika
Najczęściej w handlu obowiązuje niepisana, ale rozsądna (wręcz logiczna!) zasada, że zakup hurtowy jest tańszy od detalicznego. Jeśli w sklepie są dwa opakowania, z których jedno zawiera dwa razy więcej towaru niż drugie opakowanie, to cena jednostkowa (za kilogram albo za sztukę lub litr) jest niższa w opakowaniu większym niż w mniejszym. W skrajnym przypadku ceny jednostkowe są równe.
Co sądzić o sytuacji odwrotnej, czyli kiedy dwukrotnie większa czekolada (np. 200 g) jest droższa od dwóch identycznych mniejszych (np. 100 g)? Wówczas jesteśmy przekonani, że albo ktoś się pomylił, albo ktoś świadomie majstrował przy cenie, ale reklamuje większy towar stwarzając pozory, że jest tańszy, bowiem przy niektórych masach towaru (np. 250 g) nie każdy w pamięci potrafi obliczyć i wykazać absurd "okazji cenowej" towaru większego. Różnica może wynikać także z różnoterminowych dostaw, jednak właściciel sklepu powinien unormować ceny obu produktów, czyli ustalić ich logiczne wartości.
Ale sklepy mają tysiące artykułów i taką gafę można zrzucić na spory asortyment i kadrę, która sobie z tym jakoś nie radzi. Często zapewne są to tzw. "pomyłki", czyli personel wie, że "okazja" jest sfingowana i sklep liczy na łowców okazji, którzy przecież zwykle ufają krzykliwym reklamom znajdującym się przy zachwalanych okazjach i "okazjach".
Jednak co można pomyśleć o aptece, w której sprzedawany jest ten sam lek w dwóch różnych opakowaniach i cena jednostkowa w opakowaniu większym jest wyższa, niż w opakowaniu mniejszym? Przecież zwykle (a powinno być zawsze) obowiązuje zasada - im więcej kupisz, tym mniej płacisz za pojedynczy element. Zwłaszcza w aptekach jest to często obserwowane, bowiem dwukrotnie większe opakowanie zawiera tabletki znacznie tańsze (za sztukę), niż opakowanie mniejsze.
Poprawną logikę widać na przykładzie leku "Acard" - w pewnej internetowej aptece małe opakowanie (30 tab.) kosztuje 2,69 zł, zaś w dużym opakowaniu (60 tab.) - 4,99 zł. Rozsądny nabywca kupi jedno duże opakowanie zamiast dwóch małych, jeśli jest skazany na długotrwałe zażywanie leku.
Aż cztery różne opakowania zawierają identyczne kapsułki islandzkiego tranu, przy czym jednostkowa cena (w groszach za kapsułkę) kształtuje się: 60 szt. - 22, 100 szt. - 17,4, 120 szt. - 16,5, 400 szt. - 12. Siedmiokrotnie większy zakup umożliwia zakup za niemal połowę ceny (jednostkowo), co jest nieosiągalnym wynikiem w budownictwie, motoryzacji, czy w turystyce.
Natomiast w tej samej aptece są artykuły o absurdalnych relacjach cenowych. Policzmy cenę jednej tabletki w opakowaniu mniejszym "Polocard" (75 mg) - 4,99 zł/60 szt. = 8,32 gr/szt. W opakowaniu większym (są dwukrotnie większe tabletki - 150 mg) - 14,70 zł/60 szt. = 24,5 gr; w przeliczeniu na 75 mg, to taka porcja kosztuje 12,25 gr/szt., zatem tabletki w opakowaniu większym są droższe o 47% niż w mniejszym, co jest zaprzeczeniem podstawowej handlowej zasady. Powstaje pytanie - kto kupi droższe opakowanie (jeśli lekarz zaleci łykanie porcji 150 mg) za 14,70, skoro może kupić dwa mniejsze (i łykać po dwie tabletki) za niecałe 10 zł, oszczędzając prawie 5 zł? Oczywiście, nie każdy musi zgrabnie liczyć, zwłaszcza w pamięci, ale każdy klient ma prawo oczekiwać, że sklepy ustalając ceny robią to z kupieckim podejściem, kierują się jednak logiką.
Także alogiczne są ceny tabletek "Etopiryna" tamże. Skoro pudełeczko 30 tabletek kosztuje 6,85 zł, to opakowanie z 10 tabletkami powinno być droższe niż 2,28 zł a kosztuje tylko 2,15 zł (albo inaczej - skoro 10 tabletek kosztuje 2,15 zł, to 30 tabletek powinno kosztować mniej niż 6,45 zł a kosztuje aż 6,85 zł).
Jeśli jakiekolwiek biuro turystyczne oferuje wczasy w dowolnym miejscu, to zawsze (a może jest znany przykład odwrotny?) turnus dwutygodniowy powinien być tańszy, niż dwa turnusy tygodniowe (choćby z powodu jednakowych cen przejazdu/przelotu w obie strony). Jeśli ktoś będzie kupować dwa auta, domy, statki lub fabryki, to można uznać, że zapłaci za parę mniej niż wynosi podwójna cena pojedynczego towaru.
Czy opisane nielogiczne dysproporcje powinny być zmienione w stronę bardziej logiczną? Oczywiście! I miejmy nadzieję, że zostaną obniżone ceny zbyt drogich artykułów, nie zaś podwyższone zbyt tanich - może pośrednie rozwiązanie? Byle logiczne...
PS Odpowiedź z apteki - Witamy, z informacji zasięgniętych od naszego koordynatora wynika, że ceny są prawidłowe.

Zbrodnia wojenna o charakterze ludobójstwa
Zbrodnia katyńska była zbrodnią wojenną o charakterze ludobójstwa - takie zdanie znalazło się w deklaracji delegacji Parlamentu Europejskiego do spraw Rosji. Oświadczenie zostało przygotowane przez polskich europosłów, aby upamiętnić osoby, które zginęły 10 kwietnia 2010 w katastrofie w Smoleńsku oraz aby wspomnieć wydarzenia z Katynia w 1940 roku.
Proszę zwrócić uwagę na delikatność - nie "ludobójstwo", lecz "o charakterze ludobójstwa" oraz "wydarzenia z Katynia".
W pierwotnej wersji w deklaracji miało znaleźć się stwierdzenie wprost, że polscy oficerowie padli ofiarą ludobójstwa - "Polska delegacja z Prezydentem Lechem Kaczyńskim na czele leciała tam upamiętnić ludobójstwo dokonane na polskich oficerach w Katyniu w 1940 roku przez oddziały NKWD z rozkazu Stalina".
Na taki zwrot nie zgodziło się prezydium delegacji. Pewien niemiecki socjalista zaproponował, aby słowo "ludobójstwo" zastąpić słowem "masakra".
Ostatecznie przyjęto wersję oficjalną - "10 kwietnia 2010 roku doszło do niewyobrażalnej tragedii. Polski samolot rządowy rozbił się na terytorium Rosji w okolicach Smoleńska. Polska delegacja z prezydentem Lechem Kaczyńskim na czele leciała tam upamiętnić zbrodnię wojenną o charakterze ludobójstwa dokonaną na polskich oficerach w Katyniu w 1940 roku przez oddziały NKWD z rozkazu Stalina. Delegacja do spraw kontaktów z Rosją przyjmuje ten fakt z ogromnym bólem i żalem. Śmierć tylu wybitnych ludzi jest poważną stratą zarówno dla narodu polskiego, jak i dla całej Unii Europejskiej. Delegacja UE-Rosja ma jednak nadzieję, że ta smoleńska katastrofa przyczyni się do pojednania polsko-rosyjskiego oraz bliższej współpracy pomiędzy Unią Europejską a Rosją".
Dobrze, że nie zastosowano zamienników w podobnym stylu -
samolot rządowy - samolot wojskowy w charakterze rządowego,
delegacja z prezydentem Lechem Kaczyńskim - delegacja z Lechem Kaczyńskim w charakterze prezydenta,
polscy oficerowie - polscy obywatele w charakterze oficerów,
delegacja do spraw kontaktów - grupa europosłów w charakterze delegacji do spraw kontaktów,
fakt z ogromnym bólem i żalem - fakt o charakterze ogromnego bólu i żalu,
wybitni ludzie - Polacy w charakterze wybitnych ludzi,
cała Unia Europejska - wszystkie państwa występujące w charakterze Unii Europejskiej,
bliższa współpraca pomiędzy UE a Rosją - współpraca o charakterze zbliżania Unii do Rosjj,
skoro...
ludobójstwo - w charakterze ludobójstwa.
Z przymiotnikami jest łatwiej - jeśli coś nie jest całkiem białe albo czarne, to jest białawe albo czarn(i)awe. Chemicy wpadli na pomysł, że jeśli kwas nie jest całkiem siarkowy lub azotowy, to jest siarkawy lub azotawy. Jednak język dyplomacji nie jest językiem łatwym.
Jeśli nie chcemy kogoś urazić, to zwykle o malarzu (ale nie o wojennym, lecz o pokojowym) mawiamy - 'pan w charakterze malarza pokojowego'. W ogłoszeniach prasowych poszukiwane są osoby do pracy w charakterze niani, pomocy domowej, murarza, tapeciarza, tynkarza. Nigdy nie poszukiwano osoby na stanowisko w charakterze dyrektora...
Zgoda, omawiana materia jest delikatna i nie należy zbytnio jej roztrząsać, ale mamy typowy przykład na układanie wyrazów wg dyplomatycznego i historycznego zapotrzebowania. Proszę zatem nie krytykować autora za nazbyt gawędziarskie podejście do zagadnień ciągle dramatycznych. Jeśli lekarz musi czasami mówić o sprawach trudnych, to czasami również trzeba zastanowić się nad językiem, nawet jeśli sprawy są równie trudne.
Z pewnością obie tragedie zbliżą nasze słowiańskie narody do siebie (i to bez zmiany granic), co będzie szczególnie cennym osiągnięciem, bodaj pierwszym na tak wielką skalę w naszej wspólnej historii.
PS Word podkreśla na czerwono wyrazy Katyń oraz katyński, natomiast nie podkreśla wyrazów Smoleńsk oraz smoleński.

Podatek i premia ekologiczna
Codziennie wysypujemy tysiące ton śmieci na składowiska, wysypiska, śmietniska. Część trafia do zakładów utylizacyjnych. Podobno można nieźle zarobić na śmieciach, ale nie każdemu (rozmaicie pojmowany) honor pozwala zajmować się odpadkami.
Co każdy z nas może zrobić, aby zmniejszyć ilość śmieci trafiających na śmietniki? I co można zrobić, aby choć część surowców nie była tracona, lecz wracała do przemysłowego obiegu, co z kolei zmniejszałoby wydobycie surowców i ich marnowanie (z jednej strony) i oszczędzanie dla przyszłych pokoleń (z drugiej strony). Co może uczynić pojedynczy człowiek, to mniej więcej wszyscy wiedzą. Istnieje wiele dobrych programów. Pora jednak, aby zbiór ludzi zarządzanych przez rząd (czyli Państwo), coś jeszcze wymyślił, aby zmniejszyć marnotrawstwo.
Państwo ma możliwości wprowadzenia odpowiednich podatków, które zachęcą do właściwych (wobec Natury) zachowań obywateli.
Należy wprowadzić podatki na opakowania. Im większy kartonik, tuba, butelka, zestaw, wielopak, tym mniejszy podatek liczony od jednostki towaru (litr, kilogram, sztuka).
Przykładowo - za 25-gramową tubkę pasty do zębów należałoby płacić podatek ekologiczny 10 gr, ale za 100-gramową tylko 20 gr. Sugerowana zależność - ilość towaru wzrasta czterokrotnie, ale podatek za opakowanie wzrasta tylko dwukrotnie. W sklepach na widocznych miejscach widniałyby odpowiednie plakaty zachęcające do kupowania większych opakowań. Na plakacie uwidoczniono by np. sok w kilku różnych opakowaniach z podanymi podatkami w zależności od wielkości opakowania.
Inne rozwiązanie, to stały podatek ekologiczny niezależny od wielkości opakowania, np. 20 gr od każdej tubki z pastą, czyli... podatek od nakrętki - "nakrętkowe".
Już dzisiaj producenci stosują starą kupiecką zasadę - im więcej kupujesz, tym mniej płacisz za jeden element.
Natomiast podatek ekologiczny byłby odprowadzany z listy zakupów na oddzielne konto i byłby wykazywany na paragonie. Podatek ten byłby przeznaczany na deficytową działalność firm zajmujących się odzyskiwaniem surowców ze śmieci. Aby zainteresować obywateli zbieraniem makulatury, można byłoby do obecnych niskich cen skupu dodawać premię ekologiczną uzyskiwaną z omawianego podatku ekologicznego. Z jednej strony obywatel płaciłby podatek podczas zakupów za opakowania, ale po dostarczeniu makulatury, otrzymywałby premię ekologiczną.
Ponadto, aby podnieść świadomość i zaspokoić ciekawość obywateli (klientów), należałoby na każdym opakowaniu nanosić informację z jego ceną. Na każdym pudełeczku (lekarstwa, zabawka), kartoniku (mleko, sok), kartonie (telewizor, lodówka), na każdej tubce (pasta, farba), butelce (piwo, woda mineralna), puszce (piwo, farba), na każdym byłaby umieszczona cena zapłacona dostawcy opakowania przez finalnego producenta.
Również na każdej gazecie, przy obecnej cenie, byłaby podana wielkość podatku ekologicznego oraz cena dostarczonego papieru na tę gazetę. Jeśli wydawca chciałby, to mógłby podać także koszty farby. Obywatel byłby mądrzejszy o tę wiedzę, natomiast jeśli te wartości kogoś by nie interesowały, to po prostu by ich nie ani nie szukał na wyrobie, ani nie czytał.
Cena opakowania teoretycznie byłaby codziennie inna, bowiem zależałoby to od dostawców i negocjacji, ale praktycznie mogłaby to być średnia cena z ostatnich dni. Każdy producent finalnego wyrobu doskonale zna koszty opakowań, bowiem udokumentowane ma wszystkie koszty. Jeśli uznano by ten element za tajemnicę handlową, to podawano by cenę przybliżoną, aby nie wyjawić tego wielkiego sekretu. Nie byłoby żadnych instytucji kontrolujących podawane koszty, ale byłby nacisk społeczny (federacje konsumentów, organizacje ekologiczne, także media), aby te koszty były podawane w "rozsądnym przybliżeniu". Nie chodzi przecież o dokładne dane, ale o orientacyjne, aby zaspokoić ludzką ciekawość, wszak dostęp do wszelkich informacji jest podobno nawet gwarantowany ustawami...
Jeśli Państwo istotnie chce uzyskać dobre efekty w ochronie środowiska, to np. w przypadku zużytych baterii, żarówek, powinno do każdego wyrobu, który powinien wrócić do utylizacji po zakończeniu okresu użytkowania, dodawać kaucję, np. do każdej baterii i żarówki ustalić kaucję 10 gr (nowoczesne energooszczędne żarówki - 50 gr). Kaucja nie musiałaby być uwidoczniona na wyrobie; istniałoby domniemanie wliczenia jej w cenę, która na stoisku detalicznym byłaby ceną brutto, czyli do zapłacenia przez klienta. Punkty odbioru makulatury prowadziłyby skup również takich zużytych wyrobów, przy czym za rozbite żarówki płacono by połowę kaucji. Oczywiście, od wielu omawianych towarów nie pobierano by kaucji z powodu trudności organizacyjnych, np. targowiska oraz import, choć na rynku sprzedawcy baterii mogliby płacić ryczałt.
Jeśli we wszystkich państwach ustalono by kaucje w podobnej wysokości, to sytuacja byłaby ustabilizowana i nie byłoby przemytu zużytych wyrobów pomiędzy państwami. Możliwe jednak, że któreś z państw ustaliłoby kaucję na wyższym poziomie uznając, że może zwracać tę opłatę nawet wyrobom przywożonym z innych państw, bowiem mogłoby się to opłacać firmom utylizującym te artykuły. Albo zamożne państwo uznałoby, że to pewna forma pomocy dla uboższych państw, bowiem w szerszej perspektywie oszczędności surowców są sprawą wszystkich krajów, nas wszystkich.
PS Głośno jest o zaprzestaniu wydawania darmowych torebek do zakupów. Już są sklepy, które doliczają do rachunku koszt owych "siatek" (plastykowe torebki jednak nie przypominają siatki). A może niektórzy handlowcy zaproponują zwrot np. 10 gr każdemu, kto u nich zakupi towar i nie weźmie torebki (bo włoży do teczki albo do wiklinowego kosza lub do swojej używanej plastykowej torebki), zaś przy większych zakupach - wielokrotność owej dyszki? Nad stoiskiem napis - "Zwracamy za torebki".

Polski Wankuwer - wstyd za Polskę!

Przyjazne Państwo...
Gdyby ktoś mnie zapytał, jak sobie wyobrażam kontrolę handlu na stołecznym rynku w centrum Europy w XXI wieku, to odpowiedziałbym - idzie paru sympatycznych kontrolerów, którzy sprawdzają, dyskutują, pytają, wyjaśniają, rozmawiają z handlowcami o towarze i o pogodzie oraz wypisują... mandaty, jeśli już muszą - takie Przyjazne Państwo. Chyba to utopia...
Gdyby ktoś uznał, że na bazarze działa mafia, to zaakceptowałbym specjalną policyjną grupę inteligentnie inwigilującą podejrzanych i urządzającą przemyślne zasadzki a to na granicy, a to przed autem, w którym wożony jest towar, a to podczas kontroli drogowej na szosie, a to przed domem handlowca/handlarza, do którego zmierza wyrodny gangster.
Mieszkam w Gdyni i ani razu nie widziałem milicyjnych lub policyjnych patroli, które chodziłyby po Hali w Gdyni lub dookoła niej, z bronią u pasa, a obszar jest przygraniczny. I nie chciałbym naszych miłych policjantów tam widywać całymi grupami.
Fatalny dzień
Do niedzieli 23 maja 2010 zakupy na bazarach, halach, rynkach, targowiskach uważałem za bezpieczne. Jeśli czegoś się obawiałem, to kieszonkowców i naciągaczy, ale nie policjantów, czyli władzy, i to III RP (a mawiano już o... IV).
Co się stało owego dnia, w dzień świąteczny, kiedy to policja powinna odpoczywać a nie robić wielkie akcje za kosztowne nadgodziny? Owszem, dopuszczam szczególne akcje, tzw. czarne brygady, jednak ich działania musiałyby być dobrze uzasadnione. A jakie były argumenty na posłanie kilku uzbrojonych policjantów, aby skontrolować metki u handlarzy, czy aby nie są podrabiane? Do takiej akcji powinni iść wysportowani młodzi ludzie znający walki wręcz i bez broni palnej, natomiast z większej odległości mogliby ubezpieczać tę grupę policjanci uzbrojeni, w tym po cywilnemu.
Spopularyzować pomysł ze zbrojnymi patrolami?
Jeśli uznamy, że z bronią można kontrolować metki, to powinniśmy zgodzić się na kontrolerów biletów autobusowych i kolejowych, którzy także patrolowaliby pojazdy z bronią, bo przecież wielu jeździ na gapę a niektórzy nawet kasują podrabiane bilety! Również celnicy z bronią mogliby przeciskać się wzdłuż zatłoczonych wagonów i pacyfikować pasażerów z biodra. Dlaczegóż by nie - przecież to takie pasjonujące zajęcie dla funkcjonariuszy, zaś obywatele od razu zobaczą, że Polska to prawe państwo, w którym żaden przestępca nie wywinie się od celi.
Dlaczego zbrojne patrole spacerują tylko po rynkach? A po marketach, sklepikach, kinach i ogrodach zoologicznych? Jak podczas okupacji? Tyle że teraz jesteśmy w Unii, mamy XXI wiek i uważamy, że życie ludzkie jest wartością nadrzędną.
Państwo nadal karze śmiercią
Czy to nie hipokryzja? Karę śmierci znieśliśmy, ale można zastrzelić każdego, kto mniej lub bardziej nerwowo dyskutuje z porywczym, nieprzygotowanym do służby (z bronią) policjantem? Można zabić, bo ktoś uciekał, sięgał za pazuchę, odpychał rękę policjanta, kiedy ten mierzył do niego z broni? Czy przed oczami nie przesuwają się nam obrazy z czasów okupacji lub z filmów o niej?
Za okrutne i wielokrotne morderstwa Państwo udziela zabójcy wieloletniego azylu za kratami, ale każdy funkcjonariusz naszego Państwa może podczas błahej kontroli zastrzelić nerwowego lub chorego obywatela, w tym turystę i to zgodnie z procedurami!
Zbyt wiele pomyłek, zbyt mało kamer
Dlaczego policjanci idący na akcję nie biorą sprzętu filmowego (choć jednej kamery), aby nagrać incydenty zaistniałe podczas akcji. Przecież byłyby ważnym dokumentem dla przełożonych, dla omówienia i analizy oraz (w przypadku tragedii) dowodem w sądzie. A może zamiast broni owi wszyscy policjanci powinni mieć kamery? Wszystkich awanturujących się handlowców odstawiono by do aresztu z filmikami. Ale nie - policja ma broń, a jak ją ma, to musi kiedyś ona zadziałać. A jak działa broń w Polsce, to wiemy - a to pomyłka z pociskami podczas studenckich juwenaliów, a to omyłkowe ostrzelanie osób uciekających autami na widok ulicznych zasadzek. Bodaj większość śmiertelnych przypadków użycia broni to pasmo pomyłek i to proceduralnych, bowiem tych tragicznych przypadków być nie powinno! Prawdopodobnie policja więcej zabija i ciężko rani ludzi niewinnych lub o znikomej winie, niż bandytów! A jak już istotnie wybierają się z wielką pompą na tych ostatnich, to zaliczają koszmarną wpadkę, jak w Magdalence w 2003.
Jeśli policja przeprowadza akcję z bronią, zaś nie ma materiałów filmowych (bo zapomniała je wykonać albo zniszczyła je z oczywistych powodów), to brak nagrania powinien obciążać stróżów prawa, nie zaś domniemanych przestępców. Jak można iść na akcję z bronią wartą kilkanaście tysięcy złotych nie zabierając kamery za kilkaset złotych? Po takich akcjach wszyscy policjanci chronią w zeznaniach swoich kolegów, ale żaden nie wpadnie na pomysł, aby nagrywać incydenty i je pokazywać społeczeństwu. Dlaczego? Bo okazałoby się, że policjant niezupełnie miał rację? Że jednak podjął błędną decyzję? Oczywiście, bez filmu nie zostanie skazany, zaś śledztwo i procesy będą trwać latami, kompromitując dodatkowo Temidę. I jakie będą koszty? A wystarczyłoby mieć kamerę. Mało tego - gdyby była kamera, to policjanci sięgaliby po broń mniej ochoczo, niż w przypadku braku kamery! Potencjalni przestępcy także inaczej by się zachowywali wiedząc, że są nagrywani.
Ostre działania policji podobają się jedynie osobom, które uważają, że prawo powinno być surowe i bezwzględne, a to przeczy naszej polskiej historii i naszemu polskiemu myśleniu, bowiem większość naszych rodaków to dyskutanci, którzy nie lubią słuchać władzy, raczej wolą się z nią przekomarzać. Tu mamy do czynienia z obcokrajowcami, którzy mogli niedokładnie zrozumieć o co chodzi naszym kontrolerom, zaś oni mogli być zdezorientowani trudnością w porozumieniu się z nimi i zaskoczeni ich kolorem... skóry.
Kiedyś zabijecie turystę albo dziecko...
Panowie policjanci - chcecie pozabijać kiedyś całkiem niewinnych turystów, w tym cudzoziemców, którzy będą chodzić po sklepach ze swoimi dziećmi, bo wam przyszła ochota ukarać paru drobnych handlarzy sprzedających chińskie podróbki? Czy chcecie, aby na widok mundurów wszyscy zaczęli uciekać z obawy przed kolejnymi zamieszkami wywołanymi głównie przez was? Przecież jeśli ktoś na rynku zobaczy uzbrojonych policjantów gestykulujących i zbyt impulsywnie dyskutujących z handlarzami, to tłum się rozbiegnie tratując co słabszych obywateli. Jeśli policja organizuje zmasowany atak na grupę przestępczą, to niech to czyni z dala od tłumów, aby wśród poszkodowanych nie było postronnych osób!
Jak było kiedyś, a jak powinno być teraz?
Czy za komuny milicja strzelała do ludzi na taka skalę, jak w III RP (oczywiście poza momentami wielkich przełomów społecznych)? Czy znane są statystyki - ilu rocznie ginęło i ginie obywateli z rąk zbyt nerwowo reagujących funkcjonariuszy?
Czy do Europy ma iść przesłanie, że w Polsce policja strzela do ludzi, bo prawdopodobnie handlują podrobionymi butami i niechętnie kładą się na ziemi na żądanie funkcjonariuszy? No bo w ten sposób będą o nas myśleć turyści, których chcemy jak najwięcej u nas widywać. Może przeprowadźmy jeszcze parę takich akcji i zdziwimy się, że na Euro 2012 przybędą tylko najodważniejsi nasi sąsiedzi i to z własnymi... pistoletami. A gdyby w tę tragiczną niedzielę okazało się, że handlarze także mają broń i zginęłoby kilku policjantów, handlarzy i... kobieta w ciąży? I taki będzie teraz obraz Polski - Polski kontrolowanej przez uzbrojoną policję.
Należy zmienić procedury!
Podczas akcji funkcjonariusze:
- powinni wykonywać wideonagrania,
- powinni stosować sztuki walki wręcz,
- nie powinni być uzbrojeni w broń palną (owszem, mógłby mieć broń doświadczony dowódca, nie zaś szybkostrzelny żółtodziób).
Piętno Wankuweru - analogia i hipokryzja
Kto pamięta zabójstwo naszego rodaka, Roberta Dziekanowskiego, w wankuwerskim porcie lotniczym? Jakie bajeczki serwowali światu kanadyjscy policjanci? Szli w zaparte, rzeczniczka się tłumaczyła i mają wieloletnie śledztwo - wielka kompromitacja. A my oglądaliśmy ten dramat przed telewizorami oburzając się na zaoceanicznych funkcjonariuszy. I nic wiarygodnego byśmy o tej sprawie się nie dowiedzieli, gdyby nie jedno jedyne nagranie przez komórkę, dzięki czemu świat poznał prawdę i policja krainy pachnącej żywicą musiała przyznać się do błędów i wypłacić odszkodowanie. A jak było w Anglii, kiedy policja pomyłkowo zastrzeliła brazylijskiego studenta w londyńskim metrze (dzień po zamachach bombowych w 2005)?
Paralizatory wycofano z wyposażenia kanadyjskiej policji, zaś matka zabitego p. Roberta chce, aby ponowne śledztwo przeprowadzono w Polsce. Czy polska policja postąpi podobnie? Czy targowiskowe patrole będą bez broni palnej? Jeśli matka Nigeryjczyka poprosi o śledztwo swój afrykański rząd, to wykażemy dla niej zrozumienie? Przekażemy wszystkie materiały? Będziemy równie ochoczy w ich przekazywaniu, jak teraz w żądaniu materiałów od Rosjan po katastrofie 10 kwietnia 2010? Czy poprzemy tylko polską matkę, ale nie poprzemy nigeryjskiej? A nasi posłowie i ministrowie, którzy wspierali naszą rodaczkę - nie okażą się hipokrytami? Jakie są różnice obu akcji?
Spójrzmy w kalendarz!
To nie jest 1940 rok - mamy 2010!!! I co, jeśli ktoś zacznie uciekać, szarpać się, dziwnie zachowywać, to strzelajmy? Jak taserem w Kanadzie na lotnisku? Polska i Kanada to nie USA, gdzie podobno każdy policjant może zastrzelić dowolną osobę, która krzywo spojrzy, a którą on podejrzewa, że ma broń (w Stanach jest więcej sztuk broni niż mieszkańców); mamy zatem w Polsce wprowadzić amerykańskie obyczaje?
W Warszawie nikt nie nagrał momentu zastrzelenia, zatem polska policja wygra wszystkie procesy w sądach, zwłaszcza z niezamożnymi obcokrajowcami. Nie dlatego, że działała zgodnie z procedurami (co jest wątpliwe), lecz dlatego, że zeznania cywilnych świadków będą miały mniejszą rangę w naszych sądach, niż zeznania policjantów.
W mediach kilku znaczących Polaków wypowiadało się już w sprawie tego incydentu i jestem zdumiony ich przekonaniem, że policja zachowała się właściwie! Przez moment sądziłem, że jest to dokumentalny film z czasów Pinocheta, zaś w studiu wypowiadają się jego oficerowie.
Kochani Rodacy - nie może być tak, że podejrzany o handel niemarkowymi ciuchami człowiek (CZŁOWIEK!) ginie od kuli w III RP!!! To wstyd dla naszego Państwa!
Wina policji? Niestety!
Jako Polak wolałbym, aby rzetelne śledztwo wykazało poprawne zachowanie się policjantów, zaś bezsensowne handlarzy. Jednak mając w pamięci wszystkie pomyłki naszej policji w ostatnich latach, także omyłkowe akcje, kiedy pobito mieszkańców spod niewłaściwych adresów i demolki ich mieszkań (oraz długotrwałe sprawy o odszkodowania), również kompromitującą sprawę podpalenia policjantów przez zrozpaczonego/rozsierdzonego obywatela, którego oni odwiedzili wespół z komornikiem, także koszmar Magdalenki (2003), zatem biorąc to wszystko pod uwagę, twierdzę, że do warszawskiej akcji skierowano niewłaściwie przygotowaną grupę; stawiam 90:10, że wina leży po stronie naszych funkcjonariuszy.
Pamiętamy szarpaninę w Mielnie? Policjantów z naszymi trzema piłkarzami? Po akcji przeciwko Nigeryjczykom w stolicy niech ci sportowcy dziękują policjantom znad morza, że ich po prostu nie zastrzelili - a mogli! (jak w dowcipie o Stalinie). A może ktokolwiek z nas przeżył utarczkę z funkcjonariuszem? To niech doceni owego mundurowego rodaka - gdyby był bardziej nerwowy, to wielu z nas nie czytałoby tego artykułu. I żaden sąd nie przyznałby nam racji. A nawet jeśli któryś z sędziów miałby odrębne zdanie, to co nam by z tego przyszło?!
Pamiętamy także bezsensowną śmierć policjanta Andrzeja Struja, który poza służbą chciał zatrzymać dwóch bandytów, którzy rozbili tramwajowe okno koszem na śmieci. Został przez nich zadźgany. Był sumiennym i doświadczonym policjantem i z pewnością by nie strzelał do człowieka z błahego powodu. Dlaczego policja nie kontroluje uliczników - czy mają noże (zabójca A. Struja miał 20-centymetrowy sztylet), kastety, kije bejsbolowe? Ale sprawdzają metki!
Sprawa dla całej Unii
Jest poważna różnica - jeśli bandyta zabija policjanta, to jest tragedia osobista, rodziny i kolegów funkcjonariusza oraz mamy oburzenie w mediach; jeśli policjant bezsensownie zabija obywatela, to jest już sprawa wadliwych procedur Państwa, co wybiega poza wyłącznie medialny rozgłos. Jest to także sprawa, którą powinny zbadać organizacje międzynarodowe.
Mam nadzieję, że tragedię zbada bezstronna komisja Unii Europejskiej i że poprą ten pomysł rodacy, którzy takiej komisji domagają się w sprawie katastrofy pod Smoleńskiem 10 kwietnia 2010. Ten biedny policjant, który strzelił do cudzoziemca, jest najmniej winny - to przełożeni go źle przygotowali do służby (może do niej się po prostu nie nadawał?). Widać podobieństwo owych policjantów do załogi Tu-154, czyli niekorzystna sytuacja, chęć wykazania się, naciski zwierzchników i ich oczekiwania, zawalone procedury oraz... pech.
Należy opracować procedury walki z targowiskową przestępczością bez użycia broni palnej - niech policjanci mają inne wyposażenie i niech poćwiczą sztukę walki wręcz, a nie strzelają! Skandal! Niech strzelają, ale... migawkami. Wstyd mi za Polskę!
PS Przeraża wielka liczba opinii zwykle anonimowych internautów, którzy uważają, że skoro cudzoziemcy handlują nielegalnie, nie płacą podatków, uciekają, protestują, utrudniają pracę kontrolerom, nie chcą współpracować z policją, to należy do nich... strzelać. Wątek rasistowski, także poruszany przy tej sprawie, całkowicie przemilczę. To co zrobić ze strajkującymi Polakami, palącymi opony, blokującymi pociągi? A co z rzucającymi banany na płytę boiska? Strzelać do nich?

Koszmarne mgły, czyli tumany
Media są oburzone gadulstwem Edmunda Klicha (spoza rodziny Bogdana Klicha - ministra obrony narodowej), polskiego przedstawiciela przy rosyjskiej komisji badającej katastrofę rządowego Tu-154 pod Smoleńskiem 10 kwietnia 2010.
Początkowo niewiele mówił, wręcz zastrzegał się, że śledztwo trwa i że nic nie może ujawnić. Tak mało mówił, że aż szlag trafiał naszych telewidzów i słuchaczy, którzy codziennie przed odbiornikami łaknęli nowych wrażeń i sensacji. Jakichkolwiek, ale najlepiej obciążających stronę rosyjską. A to zepsute reflektory, w to powinni zamknąć lotnisko, a to oślepiono naszych pilotów laserem, a to finezyjnie zmylono odczyty w urządzeniach nawigacyjnych, a to sztucznie wywołano tuman** (przecież potrafią przeganiać chmury, to jaki problem z generacją mgławicy), a to samolot odpowiednio spreparowano podczas jego ostatniego remontu (oczywiście w Rosji) i jeszcze parę pominiętych tu (spiskowych) teorii.
"Ale gdy zasmakował popularności w mediach, zaczął codziennie zdradzać szczegóły badań, a nawet rzucać oskarżenia"*.
Gdyby oskarżał Rosjan, to byłby swój chłop, ale naszych? Polaków? To jakiś dywersant! Już więcej nie damy mu takiej intratnej a medialnej roboty (odpukać, ale przecież nieprędko wydarzy się kolejna lotnicza tragedia!).
"Jak on może takie rzeczy opowiadać?! Mówi jak Rosjanie! Chce być sławny i robi to po trupach pilotów - oburzają się lotnicy"*.
Powinien mówić jak przystało na Polaka? I to Polaka świadomego cwaniczenia Rosjan. W najlepszym razie, jako patriota, nie powinien nic mówić, co mogłoby rzucić choć cień na naszych. Rosjanie kłamali zawsze, nawet teraz z Katyniem jakoś im prawda nie może wyjść na jaw, choć na to się zanosiło tuż po katastrofie. Skoro możemy, to powinniśmy im w rewanżu dokopać, nie zaś przyznawać rację!
"Piloci zlekceważyli wszystkie ostrzeżenia wysyłane przez automatykę samolotu"* - nie, no takich antypolskich wypowiedzi to my (nasze media, nasi politycy, nasi wojskowi piloci) nie zdzierżymy! Na pohybel Klichowi! Tylko podczas linczu nie pomylmy Edmunda z Bogdanem (pomyłki, także sądowe, ciągle się zdarzają nawet u nas***).
"Nie wiem, w jakim charakterze on się wypowiada, czy oficjalnego akredytowanego przez polskie państwo, czy prywatnego eksperta"*.
No tak! Pobiera naszą narodową walutę a popiera Rosjan - skandal! Może od nich dostaje jakieś ruble? Panie Klich - gdzie się podział pański patriotyzm? Może jako prywatny ekspert mógłby więcej mówić o błędach naszej załogi, ale jako oficjalny akredytowany przez RP? Przez III RP?! No nie, to się po prostu w głowie nie mieści!
"Słowami Klicha jest zaskoczony szef MSWiA Jerzy Miller. Zasugerował, że ekspertowi chodzi o medialną sławę"*.
Także premier Tusk uznał, że Klich jest zbyt rozmowny. Ciekawe, czy podobną miałby ocenę, gdyby nasz przedstawiciel był nieprzychylny Rosjanom? Zapewne, bowiem musiałby z kolei naszym sąsiadom wysyłać sygnały łagodzące ich irytację (ciężko być politykiem, zwłaszcza dyplomatą).
"A sławę Klich sobie zapewnił, ale w Rosji. Bo po jego rewelacjach o gen. Błasiku, rosyjska prasa spekuluje już na całego. Twierdzi np. że to generał był za sterami"*.
To wielce karygodna postawa naszych sąsiadów! Po wielu naszych złośliwych teoriach w końcu pofolgowali swojej fantazji? A właściwie, to czego się po Rosjanach spodziewaliśmy? Że przytakną naszym pomysłom, w tym zwariowanym? A sprawa byłaby już dawno wyjaśniona, gdyby w kokpicie, w salonikach i w kabinie pasażerskiej, gdyby tam były rozmieszczone kamery, których są tysiące na naszych ulicach, na przejazdach kolejowych, w autobusach, w szkołach i muzeach. Zarówno p. Klich i Rosjanie przekazaliby nam dokładne i niepodważalne informacje. Ale skoro możemy miliony wydawać na samoloty i ich remonty, a nie ma kasy na kamery... Prawdopodobnie nie chodzi o pieniądze, ale o wdrożenie takiego pomysłu. Może etyka nie zezwala? Zezwala wszędzie, ale nie w samolotach? No to nieźle - z powodu etyki nie mamy wiarygodnych danych, natomiast dziennikarska etyka jakoś zezwala na mnożenie dziesiątek teorii i teoryjek...
W filmie "Sami swoi" nasi rodacy wybierają się z granatem do sądu i seniorka rodu (wiele w życiu widziała i zna problem polskiego sądownictwa, oczywiście sanacyjnego, przedwojennego, czyli II RP) - "sąd sądem, ale sprawiedliwość musi być po naszej stronie".
Pan Edmund Klich nie nadaje się na naszego reprezentanta! Tam nie powinien być obiektywny obserwator - tam powinien być obiektywny inaczej, czyli ze wskazaniem na naszą rację, zwłaszcza na naszą polską rację stanu!
Okazuje się, że sprawiedliwość powinniśmy traktować w kategoriach patriotycznych! Jeśli piłkarze naszej ukochanej drużyny dostali się do finału dzięki łapówkarskiemu szwindlowi, pomyłce sędziego albo cwaniactwu naszego zawodnika, to jest wszystko w porządku - nic się nie stało; jeśli nasz rywal dostał się tak wysoko i to w walce z naszą drużyną, to trzeba iść do sądu, uruchomić wideo i ośmieszyć przeciwnika, że gola zdobył ręką albo że sam się przewrócił w polu karnym. Nie sztuka być Irlandem protestującym po meczu**** Irlandia - Francja, sztuka być Francuzem przyznającym, że jego narodowa drużyna niezasłużenie dostała się do Mundialu 2010.

* - cytat z gazety "Fakt" (27 maja 2010)
**- tuman (ros.) - mgła (pol.)
*** - facet dostał wyrok skazujący (2009), ponieważ pewna księgowa zeznała przed sądem nad Wisłą, że słownie znieważał ją z innego konta (pod innym nazwiskiem) na znanym portalu i sąd dał wiarę jej błędnemu przeświadczeniu, że dwie różne osoby to właśnie tenże sam facet
**** - w dogrywce napastnik Francji Thierry Henry w polu karnym przytrzymał piłkę ręką i podał ją do Williama Gallasa, który strzałem głową zapewnił Francji grę podczas Mundialu 2010

Koń by się uśmiał
Jakim prawem kilka gazet jednocześnie (28 maja 2010) zamieściło artykuł o pijanym woźnicy, w którym podano jego pełne dane osobowe i zamieszczono zdjęcie owego "pijanego woźnicy" (jak nieładnie określono przedstawiciela tego ginącego a szlachetnego zawodu)? Chyba nie polskim prawem, bowiem to (co jest wielką rzadkością w świecie) zabrania podawania pełnych danych osobowych i to z wizerunkiem.
Natomiast z racji nazwiska owego pana - Kazimierz Uzdalewicz (50 lat; na zdjęciu trzyma swoją sympatyczną siedmioletnią Baśkę za... uzdę) - warto omówić tę niecodzienną (i łamiącą polskie prawo do ochrony danych osobowych) historyjkę, bowiem "już 4 razy zatrzymywali go policjanci, kazali mu dmuchać w alkomat i... był karany za jazdę po pijanemu".
Jednak pan Uzdalewicz uważa, że to nie on, lecz jego klacz powinna dmuchać w tester - przygotował sobie nawet mowę w sądzie: "Wysoki Sądzie! Koń drogę do domu zna i kierować nim nie trzeba. To nie ja kierowałem, lecz prowadziła Baśka i ona była trzeźwa. Ja byłem przez nią podwożony, jaka to więc jazda pod wpływem? Na dodatek paragraf mówi o prowadzeniu pojazdów. A przecież to koń, a nie pojazd".
Jeśli ktoś zna dobrze polskie prawo chroniące dane osobowe - dlaczego podano pełne dane furmana i jego klaczy Baśki i nie zasłoniono ani jemu twarzy w okolicach oczu, ani jej kasztanowego lica w podobnym rejonie?
Parę dni temu gazety zamieściły fotografię złodzieja, który jest podejrzewany o zamiłowanie do cudzych komórek. Nie, nie telefonicznych, ale w dawnym znaczeniu, czyli piwnicznych pomieszczeń z konfiturami. Kradł weki z przetworami i akcesoria wędkarskie, ale jest nadzieja, że dzięki kamerze zainstalowanej w windzie, złowią i jego samego.
Prokuratura zgodziła się na opublikowanie wizerunku łódzkiego złodzieja - może go pojmą podczas kolejnych połowów (skoro tak lubi wędkarstwo) i to w samej... Łodzi.
Rok temu inny złodziej zawłaszczył motocykl. Poszkodowany właściciel wykonał fotki zaborcy, ale nie mógł upublicznić na słupach ogłoszeń, bowiem prokuratura wówczas nie wyraziła zgody na tę formę poszukiwań, i sam - były już właściciel - miałby sprawę o zniesławienie. Niejednakowe zatem bywają orzeczenia w podobnych sprawach.
Natomiast można pomawiać w internecie (na portalu), fałszować podpisy, zarzucać kłamstwa i z pomocą swojego mecenasa ruszać do walki w paru sądach z domniemanym właścicielem kilku kont. Sąd wydaje wyrok bez udziału oskarżonego na podstawie oświadczenia strony rozpętującej proces i tak chyba nie ma nawet w... Chinach. A kiedy oskarżony zamieszcza dowód fałszerstwa w internecie, to powód rozsyła skan wyroku (który zdążył się już uprawomocnić tylko dlatego, że oskarżony nie miał informacji o procesie, o zapadnięciu wyroku i o jego brzmieniu, bowiem będąc na zwolnieniu chorobowym nie zasługiwał na jakąkolwiek informację ze strony ani mecenasa strony przeciwnej, ani z samego sądu) i żąda skasowania artykułu... Aby było śmieszniej - po przyznaniu się powoda do manipulacji przy automatycznym cytowaniu komentarza (zmiany jednych danych osobowych na inne) - sąd dokonał genialnej interpretacji przyznania się do fałszerstwa - "warto jedynie zwrócić uwagę, że to uchybienie powoda stanowiło jedynie jego omyłkę, do czego sam się przyznał, i choćby z tego względu nie może uzasadniać postawienia jemu takiego zarzutu, jaki skierował przeciwko niemu pozwany". Sposób godny polecenia wszystkim fałszerzom - przyznajcie się, a detektyw będzie miał sprawę o zniesławienie...
Zatem - jeśli ktoś sfałszuje twój podpis a ty to opiszesz (np. w internecie) i z powodu podzielenia się informacją ze społeczeństwem masz sprawę o pomówienie, to twoje zarzuty są nic niewarte w przypadku, jeśli manipulant przyzna się do fałszerstwa (przepraszam - do omyłki, bowiem w taki elegancki sposób tę niegodną czynność nazwał sąd). I ty wówczas jesteś winny. Więcej - sąd zapomni podczas procesu, że fałszerstwo było jednym z punktów zapalnych działań zakończonych na sali sądowej, bowiem gdyby nie kilka prowokacyjnych zachowań powoda (w tym owo fałszerstwo), to nie byłoby w ogóle poważnych podstaw do dziennikarskiego opisu jego działań.
Tu cały tabun koni by się uśmiał. Sąd był jednak trzeźwy i to pod każdym względem.

Mirosław Naleziński, Gdynia
www.mirnal.neostrada.pl

PUBLIKACJE MIRKA 2010r.

Media w Polsce i na świecie - kwietniowy cykl krytyczno-informacyjny

Media w Polsce i na świecie - marcowy cykl krytyczno-informacyjny

Media w Polsce i na świecie - lutowy cykl krytyczno-informacyjny

Media w Polsce i na świecie - styczniowy cykl krytyczno-informacyjny

PUBLIKACJE MIRKA 2009r

AKTUALNOŚCI GRUDNIOWE MIROSŁAWA NALEZIŃSKIEGO

AKTUALNOŚCI LISTOPADOWE MIROSŁAWA NALEZIŃSKIEGO

AKTUALNOŚCI PAŹDZIERNIKOWE MIROSŁAWA NALEZIŃSKIEGO

AKTUALNOŚCI WRZEŚNIOWE MIROSŁAWA NALEZIŃSKIEGO

AKTUALNOŚCI SIERPNIOWE MIROSŁAWA NALEZIŃSKIEGO

AKTUALNOŚCI LIPCOWE MIROSŁAWA NALEZIŃSKIEGO

AKTUALNOŚCI CZERWCOWE MIROSŁAWA NALEZIŃSKIEGO

AKTUALNOŚCI MAJOWE MIROSŁAWA NALEZIŃSKIEGO
AKTUALNOŚCI KWIETNIOWE MIROSŁAWA NALEZIŃSKIEGO

AKTUALNOŚCI MARCOWE MIROSŁAWA NALEZIŃSKIEGO


AKTUALNOŚCI LUTOWE MIROSŁAWA NALEZIŃSKIEGO
AKTUALNOŚCI STYCZNIOWE MIROSŁAWA NALEZIŃSKIEGO

PUBLIKACJE MIRKA 2008r

AKTUALNOŚCI GRUDNIOWE MIROSŁAWA NALEZIŃSKIEGO
AKTUALNOŚCI
LISTOPADOWE MIROSŁAWA NALEZIŃSKIEGO
AKTUALNOŚCI PAŹDZIERNIKOWE MIROSŁAWA NALEZIŃSKIEGO
AKTUALNOŚCI WRZEŚNIOWE MIROSŁAWA NALEZIŃSKIEGO
AKTUALNOŚCI SIERPNIOWE MIROSŁAWA NALEZIŃSKIEGO
AKTUALNOŚCI czerwcowe MIROSŁAWA NALEZIŃSKIEGO
AKTUALNOŚCI kwietniowe MIROSŁAWA NALEZIŃSKIEGO
AKTUALNOŚCI marcowe 2008 MIROSŁAWA NALEZIŃSKIEGO
AKTUALNOŚCI lutowe 2008 MIROSŁAWA NALEZIŃSKIEGO
AKTUALNOŚCI styczniowe 2008 MIROSŁAWA NALEZIŃSKIEGO

PUBLIKACJE MIRKA w 2007r
AKTUALNOŚCI grudniowe 2008 MIROSŁAWA NALEZIŃSKIEGO
AKTUALNOŚCI listopadowe 2007 MIROSŁAWA NALEZIŃSKIEGO
AKTUALNOŚCI październikowe 2007 MIROSŁAWA NALEZIŃSKIEGO
AKTUALNOŚCI wrześniowe 2007 MIROSŁAWA NALEZIŃSKIEGO
AKTUALNOŚCI sierpniowe 2007 MIROSŁAWA NALEZIŃSKIEGO
AKTUALNOŚCI lipcowe 2007 MIROSŁAWA NALEZIŃSKIEGO
AKTUALNOŚCI czerwcowe 2007 MIROSŁAWA NALEZIŃSKIEGO
AKTUALNOŚCI majowe 2007 MIROSŁAWA NALEZIŃSKIEGO
AKTUALNOŚCI kwiecień 2007 MIROSŁAWA NALEZIŃSKIEGO
AKTUALNOŚCI
marzec 2007 MIROSŁAWA NALEZIŃSKIEGO
AKTUALNOŚCI luty 2007 MIROSŁAWA NALEZIŃSKIEGO
AKTUALNOŚCI styczeń 2007 MIROSŁAWA NALEZIŃSKIEGO

PUBLIKACJE MIRKA w 2006r
AKTUALNOŚCI GRUDZIEŃ MIROSŁAW NALEZIŃSKI

AKTUALNOŚCI LISTOPADOWE MIROSŁAW NALEZIŃSKI
AKTUALNOŚCI PAŹDZIERNIKOWY MIROSŁAW NALEZIŃSKI
AKTUALNOŚCI SIERPNIOWE MIROSŁAW NALEZIŃSKI
AKTUALNOŚCI LIPCOWE MIROSŁAW NALEZIŃSKI
AKTUALNOŚCI MAJOWE MIROSŁAW NALEZIŃSKIEGI
AKTUALNOŚCI KWIETNIOWE MIROSŁAW NALEZIŃSKI
AKTUALNOŚCI MARCOWE MIROSŁAW NALEZIŃSKI
AKTUALNOŚCI LUTOWE MIROSŁAW NALEZIŃSKI
AKTUALNOŚCI STYCZNIOWE MIROSŁAW NALEZIŃSKI

i przechodzimy na 2005r
AKTUALNOŚCI GRUDNIOWE MIROSŁAW NALEZIŃSKI
AKTUALNOŚCI LISTOPADOWE MIROSŁAW NALEZIŃSKI
AKTUALNOŚCI PAŹDZIERNIKOWY MIROSŁAW NALEZIŃSKI
AKTUALNOŚCI WRZEŚNIOWE MIROSŁAW NALEZIŃSKI
AKTUALNOŚCI SIERPNIOWE MIROSŁAW NALEZIŃSKI
AKTUALNOŚCI CZERWCOWE MIROSŁAW NALEZIŃSKI
AKTUALNOŚCI MAJOWE MIROSŁAW NALEZIŃSKI
AKTUALNOŚCI KWIETNIOWE MIROSŁAW NALEZIŃSKI


Tematy w dziale dla inteligentnych:

ARTYKUŁY - do przemyślenia z cyklu: POLITYKA - PIENIĄDZ - WŁADZA

Polecam sprawy poruszane w działach:
SĄDY PROKURATURA ADWOKATURA
POLITYKA PRAWO INTERWENCJE - sprawy czytelników

"AFERY PRAWA"
Niezależne Czasopismo Internetowe www.aferyprawa.com redagowane przez dziennikarzy AP i sympatyków z całego świata których celem jest PRAWO, PRAWDA SPRAWIEDLIWOŚĆ DOSTĘP DO INFORMACJI
ORAZ DOBRO CZŁOWIEKA

uwagi i wnioski proszę wysyłać na adres: afery@poczta.fm - Polska
redakcja@aferyprawa.com
Dziękujemy za przysłane teksty opinie i informacje.

WSZYSTKICH INFORMUJĘ ŻE WOLNOŚĆ WYPOWIEDZI I SWOBODA WYRAŻANIA SWOICH POGLĄDÓW JEST ZAGWARANTOWANA ART 54 KONSTYTUCJI RZECZYPOSPOLITEJ POLSKIEJ.

zdzichu

Komentarze internautów:

Komentowanie nie jest już możliwe.

~Mirnal
25-06-2014 / 09:31
Otrzymałem prawomocne i niezaskarżalne postanowienie SO w Gdańsku Wydział V Karny Odwoławczy z 23 kwietnia 2014, z którego wynika, że subiektywne odczucie przykrości pisarki M. Chomuszko nie może być przesłanką do prowadzenia procesu o czyn z art. 212 par. 2 Kk - sąd nie dopatrzył się znamion czynu zabronionego z mojej strony. Sąd stwierdził, że "oświadczenia oskarżonego prywatnego wyrażały prawo do krytyki wobec określonych twierdzeń oskarżycielki prywatnej". To po kiego ta ogólnie szanowana i podziwiana dama dała sprawę do Temidy? Nie miała co robić w wolnym czasie? Mogłaby więcej książek napisać i być przydatniejsza naszej Ojczyźnie. Nadmieniam o tym, bowiem pisarka życzyła sobie w sądzie (na piśmie), aby publikować wyroki dotyczące jej sprawy.
~Komunikat
03-06-2010 / 00:00
Dnia 4 czerwca 2010 (piątek), w Warszawie na bazarze przy Hali Mirowskiej o godz.10.30 oraz na bazarze przy Uniwersamie (Rondo Wiatraczna) o godz.11.30, odbędzie się konferencja prasowa Kandydata na Prezydenta R.P. Andrzeja Leppera