Imieniny:

AferyPrawa.com

Redaktor Zdzisław Raczkowski ujawnia niekompetencje funkcjonariuszy władzy...
http://Jooble.org
Najczęściej czytane:
Najczęściej komentowane:





Pogoda
Money.pl - Kliknij po więcej
27 września 2021
Źródło: MeteoGroup
Polskie prawo czy polskie prawie! Barwy Bezprawia

opublikowano: 26-10-2010

AFERY PRAWA HENRYK PAJĄK - KTO JEST AGENTEM SB

Pająk - Z półgłówkiem mi nie po drodze.

W reakcji na moja odpowiedź : "Z kanalią mi nie po drodze", Głogoczowski brnie dalej w kolejne idiotyzmy i oszczerstwa zdając się jakby nie wiedzieć, że każde z nich wniesione do sądu zakończy się jego przegraną.

Pozwala to przypuszczać, że on do tego zmierza, albo też w ramach programu "minimum", pragnie utrzymać się na fali zainteresowania internautów jako "demaskator" Henryka Pająka.

1). Przegra w sądzie proces o zniesławienie gdy pisze, że byłem agentem CIA.

2). Przegra proces w sądzie z oskarżenia o zniesławienie, gdy pisze, że byłem Politrukiem LWP.

3). Przegra proces w sądzie z oskarżenia o zniesławienie, gdy pisze, że "Pan Henryk Pająk, który obecnie pisze "ziejące komercyjnym antykomunizmem" książki, był w "służbach" w Warszawskim Okręgu Wojskowym. (...). Taka , niedostępna dla zwykłych oficerów WP wiedza (o syjonizmie - H.P.) według mojego kolegi (i według mnie także), jest potwierdzeniem, iż miał on wcześniej dostęp do antysyjonistycznych materiałów, w których lubowali się właśnie pracownicy ... UB”.

4). Przegrywa proces po prostu z tego powodu, że nazywa mnie nie tylko agentem UB, ale nadzwyczajnie ważnym agentem służb wojskowych, który miał dostęp do tajnych materiałów niedostępnych nawet dla "zwyczajnych" ubeków.

Nadzwyczajnym zaś chamstwem jest wypominanie mi, "dyskretne" naigrywanie się z mojego inwalidztwa, gdy pisze: "Jego zacietrzewienie jest być może - o czym wolałbym raczej milczeć - jakąś pochodną, jego kalectwa (brak kilku palców u ręki być może wskutek ran odniesionych od niewypału odniesionych w 1947 roku, o czym pisze w swej biografii)".

W innej dawce plwocin Głogoczowski "umacnia" swoje oskarżenia o moje "wejścia" do tajnych archiwów UB czy WP gdy pisze, że aby w tamtych komunistycznych latach pisać książki o walkach UPA na Wołyniu - tu ma ten nieuk zapewne na myśli przeze mnie napisana wspomnienia Henryka Cybulskiego "Czerwone noce" i mój zbeletryzowany dokument o walkach grupy żołnierzy Wołyńskiej 27 Dywizji AK - książkę "Los". Podobnie wykazuje moje super możliwości w archiwach UB i WP, gdy wspomina o moich książkach z powojennych walk konspiracji, a napisałem ich rzeczywiście około siedmiu.

Trzeba więc wyjaśnić temu półinteligentowi całkowicie wyeliminowanemu z realiów "odwilży" po 1990 roku, że, po pierwsze:

Książka o walkach samoobrony polskiej w Przebrażu, gdzie uratowało się około 25 tysięcy osób - głównie kobiet i dzieci, nie musiała powstać z tajnych czy super-tajnych dokumentów UB. Powstała z całkowicie legalnych relacji uczestników tych wydarzeń. Podobnie powstała moja książka "Los". Dowódcą zgrupowania ludności polskiej w Przebrażu był Henryk Cybulski postać zadziwiającą nawet poza wątkiem Przebraża.

Był to mistrz Polski w biegach przełajowych z 1935 roku, potem leśnik. Jak w przypadku każdego przedstawiciela "burżuazyjnej Polski" na Kresach, został wywieziony na Syberię, skąd uciekł i pieszo wrócił na Wołyń. Szedł latem, w okresie sianokosów stale niosąc na ramieniu grabie. Przeżył niesamowite przygody, ale jego sprawność fizyczną, zwłaszcza jako biegacza, pozwalała mu uniknąć wielu opresji. Namawiałem go po opublikowaniu "Czerwonych nocy", abyśmy zabrali się do spisywania jego wspomnień z tej ucieczki. Nie zdażyliśmy. Zmarł na zawał.

Jak się spotkaliśmy?. W Liceum im. "Staszica" w Lublinie, gdzie wtedy uczyłem języka polskiego (zarazem jako politruk w Słupsku?) uczył języka rosyjskiego Szczepan Kamiński - dowódca kompanii samoobrony w Przebrażu.

Uciekł on z Tomaszowa Lubelskiego, gdzie także uczył rosyjskiego, gdyż banderowcy kilkakrotnie się na niego zasadzali. Zamieszkał u Cybulskiego, który właśnie kończył budowę swojego domku na Sławinku w Lublinie. Obaj zaproponowali mi, abym i ja się do nich przeniósł. W ten sposób miałem pod ręką dwóch głównych relantów. Oczywiście, relacje uzupełnialiśmy wspomnieniami innych ocalonych, m. in. szefów administracji cywilnej Przebraża, bo tamci dwaj byli dowódcami, Cybulski całego batalionu składającego się z czterech kompanii.

Podobnie ze wspomnień uczestników powstała książka "Los". Jej głównym bohaterem był szeregowy partyzant Wołyńskiej 27 dywizji AK Henryk Dec.

Książki o niszczeniu przez UB - NKWD powojennej konspiracji WiN (Wolność i Niezawisłość) na Lubelszczyźnie, m. in. takie jak "Uskok kontra UB" (brat "Jastrzębia"), powstały na kanwie dokumentów procesowych ówczesnych powojennych Wojskowych Sądów Rejonowych, przechowywanych w archiwach UB, SB i UOP, a także z relacji ocalonych partyzantów, którym otwierały się usta po 1990 roku, zresztą zrazu jeszcze niewinnie, z niedowierzaniem.

Akta te były od stycznia 1990 roku sukcesywnie przekazywane do wojewódzkich archiwów państwowych lub do archiwów sądów rejonowych lub wojewódzkich, w zależności od możliwości magazynowych tych jednostek, do dziś istnieje nieporozumienie w sprawie udostępnienia dokumentów procesowych konspiratorów powojennych oraz ich współpracowników, w odróżnieniu od tajnych teczek agentów UB i Informacji Wojskowej - te są nadal niedostępne dla osób "trzecich", a batalia o ich odtajnienie trwa już 15 lat i nie ma końca. Donosy, zdrady, informacje z teczek tajnych znajdowały się na stołach zespołów sędziowskich jako materiały "dowodowe", ale żaden z tych świstków nie miał szans zostać wpięty do teczek procesowych!. Dopiero z relacji ocalonych ofiar mogliśmy z nimi wspólnie dedukować, kto ich wydał, kto doniósł. Nie mogliśmy jednak tego przenieść na papier książek, nie mając dostępu do dokumentów agentury.

Zrozumiałe, że akta procesowe nie mogły stanowić rozstrzygającego materiału do książek. Wiadomo przecież, że zeznania wyduszano z ofiar torturami fizycznymi i psychicznymi i z pozycji tych ofiar czytając te zeznania wiedziałem, że im mniej powiedział lub im więcej nakłamał, tym było lepiej dla niego.

W styczniu 1990 roku kiedy zapadła decyzja Ministerstwa Sprawiedliwości o przekazaniu tych dokumentów do archiwów państwowych lub sądów okręgowych, złożyłem podanie do Prezesa Sądu Rejonowego w Lublinie z prośbą o udostępnienie mi materiałów procesowych bohaterów powojennego podziemia. W tym czasie podanie składało już kilku historyków, a także - masowo, byli skazami, starający się o rehabilitację i odszkodowania.

Prezes Sądu Okręgowego w Lublinie pismem z 31 stycznia 1990 roku wyraził zgodę na nieograniczony wgląd do tych dokumentów. Całe to pismo przytaczam z oryginału w swojej książce "Dyktatura nietykalnych", wydanej w moim RETRO w 2007 roku, s. 35 - 36. Prezes Włodzimierz Klechą w ostatnim akapicie pisma informuje mnie, iż w tym momencie Sąd dysponuje aktami z lat 1946 - 1947, "natomiast akta z późniejszych roczników zostaną w bieżącym tygodniu przejęte z W.U.S.W. (Wojewódzki Urząd Spraw Wewnętrznych - H.P.) i będą do dyspozycji od 5.II.br.".

Na tej fali "odwilży", na półtora roku dosłownie zanurkowałem w podziemiach Sądu Rejonowego tak dokładnie, że moi znajomi pytali mnie gdzie się podziewam. Żartowałem, że działam w podziemiu, zszedłem do podziemia.

Nikt nie wymaga od nikogo, aby znał historię ostatnich siedemnastu lat, nie można tego również wymagać od nieuka Głogoczowskiego, ale zachowuje się on w sposób typowy dla nieuków - im mniej wie, tym bardziej się mądrzy i brnie w oszczerstwa. Ja jednak podejrzewam, że nie jest to całkowity "ciemniak" w tej materii, a oszczerstwami sieje programowo, "zadaniowo" w ramach jakiejś "misji", którą internauci w swoich reakcjach na pomówienia Głogoczowskiego, umieszczają w okolicach "lewactwa" rodem z "koszer kitchen" (koszernej kuchni).

Informuję dodatkowo tegoż Głogoczowskiego, a czytelników osobno, niejako na marginesie, że napisałem również książkę "Za Samostijną Ukrainę" - o niszczeniu band UPA na południowo-wschodnich ziemiach okrojonej Polski przez Korpus Bezpieczeństwa Wewnętrznego ("zasłużony" także w obławach na partyzantów WiN w centralnej Polsce), oraz przez regularne oddziały WP. Tu nie miałem już żadnego relanta, uczestnika tych walk. Banderowców nie znałem, oni nie widzieli że coś takiego piszę, a gdyby się któryś o tym dowiedział, to jako krwawy rezun nigdy by się do mnie nie zgłosił.

Szczególnym smaczkiem tej książki było przesłuchanie jednego z ujętych "bulbowców" przez porucznika Wojciecha Jaruzelskiego, którym okrasiłem treść książki. Nie chodziło mi o odtwarzanie przebiegu walk. Uczynił to wcześniej i lepiej ode mnie Jan Gerhard w książce "Łuny w Bieszczadach" (zekranizowanej). Zająłem się głównie stosowaną powszechnie przez KBW sławetną zasadą odpowiedzialności zbiorowej, stosowaną w równie bezwzględny sposób w niszczeniu polskiego podziemia.

W aktach procesowych banderowców z reguły znajdowały się przesłuchania osób cywilnych, które ośmieliły się przenocować banderowca, podać mu kromkę chleba czy garnuszek mleka. Największe ich przestępstwa, to pranie banderowskich gaci lub szycie koszul i tychże gaci. Za to "leciało" obligatoryjnie pięć lat więzienia - dokładnie tyle i za to samo, za co skazywano dziesiątki tysięcy polskich chłopów, kobiet i dziewcząt, które ośmieliły się być łącznikami, udzielać pomocy członkom zbrojnego oporu przeciwko powojennej żydokomunie.

Bez podcięcia tej bazy zaopatrzeniowo - informacyjnej, czyli wysiedlenia ludności ukraińskiej z rejonu Bieszczad, walka z bandami UPA była walką z wiatrakami. Kilkadziesiąt lat później "polski" Sejm uroczyście przyjął uchwałę potępiającą tą akcje "Wisła".

Pragnę zapoznać czytelników z pewnym wątkiem związanym z "Za Samostijna Ukrainę", z dręczącym mnie do dziś nierozwiązalnym dylematem "szpiegowskim". Opisuje tam działalność jednego z dowódców UPA w rejonie Bieszczad - niejakiego Łapińskiego oraz kilkuosobowego oddziału UPA pod dowództwem niejakiego "Niewiadomskiego". Ująłem jego procesowe nazwisko w cudzysłów i dziś jestem przekonany, że słusznie. Oddział został rozbity, główni "banderowcy" ujęci i skazani, i nagle ... zwolnieni z oskarżeń i wywiezieni do ZSRR!!. Niesłychane. Proces upowca był zwykle krótki: jedno, dwa przesłuchania, zeznania współpracowników i ... szara koperta z wykonania wyroku śmierci. A ci zostali zwolnieni i zniknęli w ZSRR, choć m. in. udowodniono im zaduszenie gajowego, który wycinając choinkę na święta, nadepnął na klapę ich bunkra, i już z niego nie wyszedł.

Ich zwolnienie stanowiło dopiero pierwszą klamrę moich rozterek.

Jakieś dwa lata po opublikowaniu książki, zadzwonił do mnie człowiek z prośbą o spotkanie w Nałęczowie, bo właśnie przebywa w tamtejszym sanatorium. Umówiliśmy się na ławce w parku przy jeziorku. Na moje pytanie, co będzie tematem naszej rozmowy, odpowiedział, że moja "Samostijna Ukraina".

Okazał się nim średniego wzrostu mężczyzna około 70 lat, zwyczajny kuracjusz. Rozmowa z nim, a właściwie jego monolog, był zadziwiajacy. Mówiliśmy o walkach z bandami, ale nie mogłem wywnioskować, z czyjej pozycji o tym mówi - jako były banderowiec, Polak pokrzywdzony przez banderowców, czy świadek tych wydarzeń. Zeszliśmy na tajemniczą postać Łapińskiego. Powiedział, że go znał osobiście!. W tym momencie zawiesił głos i patrzył na mnie "niewidzącym" wzrokiem. Na moje nalegania o szczegóły odparł, że nie może mi wszystkiego powiedzieć, gdyż został zobowiązany do milczenia o tej postaci.

Rozstaliśmy się bez żadnych ustaleń. Bez propozycji następnego spotkania, choć od Lublina dzieliło nas zaledwie 25 kilometrów.

Teraz jestem niemal pewny: to był Łapiński, a właściwie "Łapiński", agent KBW wmontowany w siatkę organizacyjną UPA na "Zacurzonnym Kraju" (od "linni Curzona"), lewobrzeżnych terenach Bugu. Chciał sobie mnie "obejrzeć". Dosłownie. Obejrzał i to wszystko. Nie mógł wyznać tego, że każdego dnia ryzykował życiem, a ja go w książce obsmarowałem jako upowca - dowódcę. Tenże oddział "Niewiadomskiego" był zapewne jego oddziałem "zbrojnym".

Czy jest szansa na rozstrzygnięcie tego dylematu?. Żadna. "Łapiński" dziś miałby 90 lat. Ich dokumenty tkwią gdzieś w archiwum sowieckiej "razwiedki", może w archiwach Wojskowych Sądów Garnizonowych - po wojnie sądzących wojskowych i osoby oskarżone o szpiegostwo.

Mam dreszczyk emocji z powodu Głogoczowskiego: spodziewam się, że popuści wodze swojej parcianej wyobraźni i poszybuje w rejon Łubianki!...

Henryk Pająk

Wybrane kontrowersyjne artykuły Henryka Pająka:

Z historii 10 letniego prześladowania wolnego słowa w Polsce.

Negowanie istnienia KL Warschau w arsenale niemieckiej polityki roszczeniowej.

ŻYGOCINA, czyli HIENY CMENTARNE - HOLOKAUST INTRATNYM PRZEDSIĘBIORSTWEM?

Rosja we krwi i nafcie 1905-2005 - DO PRZYJACIÓŁ MOSKALI

Książka - P R O T O K O Ł Y O B R A D M Ę D R C Ó W S Y J O N U

W temacie:
Masoneria - kto naprawdę rządzi światem? Komisja trójstronna - tylko elitarny klub światowych bogaczy?
"Żydowskie dzieje i religia" - książka prof. Izrael Szahak
cz.1 -
ŻYDZI I GOJE – XXX WIEKÓW HISTORII
cz.2 - EKSPANSJONIZM IZRAELSKI

cz.3- GLOBALNY EKSPANSJONIZM ŻYDOWSKI - TOTALITARNA HISTORIA

cz.4 - HISTORYCZNE I NARODOWE CECHY JUDAIZMU

cz.5 - STRUKTURA TALMUDU - INTERPRETACJA BIBLII

Polecam sprawy poruszane w działach:
SĄDY PROKURATURA ADWOKATURA
POLITYKA PRAWO INTERWENCJE - sprawy czytelników

Tematy w dziale dla inteligentnych:
ARTYKUŁY - tematy do przemyślenia z cyklu: POLITYKA - PIENIĄDZ - WŁADZA

"AFERY PRAWA" - Niezależne Czasopismo Internetowe www.aferyprawa.com
Stowarzyszenia Ochrony Praw Obywatelskich
Zespół redakcyjny: Zdzisław Raczkowski, Witold Ligezowski, Emilia Cenacewicz, Małgorzata Madziar, Krzysztof Maciąg, Zygfryd Wilk, Bogdan Goczyński, Zygmunt Jan Prusiński oraz wielu sympatyków SOPO

uwagi i wnioski proszę wysyłać na adres: afery@poczta.fm
redakcja@aferyprawa.com
Dziękujemy za przysłane teksty opinie i informacje.

WSZYSTKICH INFORMUJĘ ŻE WOLNOŚĆ WYPOWIEDZI I SWOBODA WYRAŻANIA SWOICH POGLĄDÓW JEST ZAGWARANTOWANA ART 54 KONSTYTUCJI RZECZYPOSPOLITEJ POLSKIEJ.

zdzichu

Komentarze internautów:

Komentowanie nie jest już możliwe.

~Joshua
20-12-2014 / 16:53
gawroche pisze:Witam.Moje stanowisko jest następujące : Wnioskodawca błędnie uasdaznił wniosek o interpretację. Moim zdaniem, będzie kosztem koszt okularf3w, jeżeli wykonywana działalność gospodarcza będzie chronić oczy np. przed szkodliwym działaniem pracy przy promieniowaniu monitora komputerowego. Okulary muszą mieć odpowiednie filtry. Fakt, żer będą przy okazji korekcyjne nie ma znaczenia. Istotą jest ochrona oczu a nie poprawienie komfortu pracy. Kładę nacisk na pracę przy monitorze komputera.