Imieniny:

AferyPrawa.com

Redaktor Zdzisław Raczkowski ujawnia niekompetencje funkcjonariuszy władzy...
http://Jooble.org
Najczęściej czytane:
Najczęściej komentowane:





Pogoda
Money.pl - Kliknij po więcej
24 czerwca 2017
Źródło: MeteoGroup
Polskie prawo czy polskie prawie! Barwy Bezprawia

opublikowano: 26-08-2015

Mobbing i nepotyzm w Sądzie Okręgowym w Katowicach pod patronatem SSO Jacka Gęsiak - czyżby psychopaty ? ! ? - z listów do redakcji.

Szanowni Państwo,
Mając na uwadze misję Niezależnego Czasopisma Internetowego "Afery Prawa", w tym sprawy którymi się zajmuje zwracam się z prośbą o pomoc w mojej sprawie. 
Od pewnego czasu obserwuję proces niszczenia w sądach - przez prezesów i pomocnych im sędziów osób - pracowników, które zostały zatrudnione kilka lub kilkanaście lat temu (zwykle bez powiązań ze środowiskiem prawniczym, w tym sędziowskim), które po prostu usuwa się z dotychczasowego miejsca pracy, pod byle pretekstem, często poprzez stworzenie ku temu podstaw. 

U nas w Państwie sędziowie są bezkarni, to co stwierdzą lub napiszą uważa się za prawdę, niezależnie od tego czy nią faktycznie jest. 

W załączeniu przedstawiam artykuł - to moja historia. Ukazał się w "Gazecie Prawnej" w dniu 17 lipca 2015 r. Jestem - choć mogę powiedzieć że jeszcze - bo to tylko kwestia czasu - asystentem sędziego w Sądzie Okręgowym w Katowicach. Po ukończeniu aplikacji sądowej i złożeniu egzaminu sędziowskiego pracowałam jako asystent sędziego - łączny staż pracy ponad 8 lat. Brałam udział w konkursach na sędziego, ale bez pochodzenia sędziowskiego nie miałam szans - zatem chciałam podnieść kwalifikacje zawodowe, na co ówczesny Prezes i przełożona zgodzili się. Pod koniec odbywania studiów przyszedł nowy Prezes - SSO Jacek Gęsiak i nowa Przewodnicząca Wydziału, którzy zaczęli czynić w tym zakresie problemy, przełożona pisała skargi do Prezesa, zawierające nieprawdziwe zarzuty i żądała przeniesienia mnie do innego wydziału. Dotychczas miałam pozytywne oceny za pracę, pozytywnie też przeszłam wizytację mojej pracy, gdy brałam udział w konkursach na sędziego. Prezes zaczął przerzucać mnie między wydziałami - skierował do wydziału, w którym pracowali jego "dobrzy znajomi" - sędziowie, z którymi kiedyś orzekał. Sędziowie w tym wydziale mieli jeden wspólny cel - doprowadzić do tego abym sama złożyła wypowiedzenie lub po prostu wyrzucić mnie z pracy. Mimo iż pracę wykonywałam jak należy znaleźli sposób, aby cel osiągnąć - wydali mi za jeden okres pracy ocenę negatywną, za kolejny drugą taką samą. W przypadku urzędników to powód do wypowiedzenia umowy o pracę. 

Opinie sędziów, na podstawie których Prezes wydał ocenę negatywną są sprzeczne w swej treści same w sobie, złośliwe i jadowite. 

Nawet jeżeli coś oceniono pozytywnie to dodano zwroty, które powodują, iż wydźwięk opinii jest negatywny. Procedury oceny były przy tym prowadzone z naruszeniem przepisów prawa. Nawet po pierwszej ocenie negatywnej nie wskazano co powinnam zrobić, aby w przyszłości nie uzyskać ponownej oceny negatywnej /przepisy wymagają wskazania wniosków i zaleceń co do dalszego rozwoju asystenta/. Pan Prezes zapytany przeze mnie o to dlaczego tych wniosków nie wskazał powiedział, że nie uznał, aby taka potrzeba zachodziła. Wszak procedura oceny miała być przecież dla mnie pretekstem do pozbycia się mnie z pracy. W pracę tą włożyłam wiele wysiłku i czasu, lata nauki, potem praktyki. Teraz sędziowie i Pan Prezes chcą mi to wszystko zniszczyć i zamknąć drogę do jakiejkolwiek pracy zawodowej. Załączam artykuł, wiele z niego wynika, sama dziennikarka, która  czytała opinie sędziów nie mogła się nadziwić, do jakiego stopnia można się posunąć, aby kogoś zniszczyć. 

Pan Prezes już podjął działania mające na celu zwolnienie mnie z pracy. Oznacza to zaprzepaszczenie 14 lat mojej nauki i pracy.

Bardzo proszę o pomoc, jeżeli wiedziałabym że pracę źle wykonuję sama odeszłabym, ale jestem w stanie wykazać że sędziowie podpisywali moje projekty w dosłownym brzmieniu, jakie opracowałam, niektóre w dużej części wykorzystali (zbierałam dowody). Mam też dowody na to, w jakich warunkach zlecano mi pracę i jak traktowano. Obecnie są tylko dwie oceny - pozytywna i negatywna. W moim przypadku wydanie oceny negatywnej i to dwukrotnie oznacza wydanie oceny negatywnej za wykonywanie pracy (opracowałam ok. 447 projektów), a co za tym idzie fikcyjnie stworzony powód do wyrzucenia z pracy. Zwróciłam się ze skargą do Ministerstwa Sprawiedliwości, ale to twierdzi, że nic nie może zrobić (wszak sędziom wolno wszystko - nawet kłamać). Przekazano moją skargę do Prezesa Sądu wyższego rzędu, tj. Apelacyjnego w Katowicach (ale związki osobiste, koleżeńskie i służbowe) są mi  znane. Nie liczę na bezstronne rozpoznanie sprawy. Od ocen okresowych odwołałam się do sądu, ale sędziowie jeszcze nie nadali sprawie dalszego biegu. W konstytucji jest gwarancja m.in. równości wszystkich wobec prawa i prawo do równego traktowania, a także prawa do wykonywania zawodu i swobodnie wybranej pracy. Mimo iż mam kwalifikacje do zajmowania stanowiska sędziego wiem, że nigdy w naszym Państwie sędzią nie zostanę - bo to zawód tylko zarezerwowany dla dzieci sędziów. Nie rozumiem jednak dlaczego nawet nie mogę być asystentem sędziego i w taki sposób mnie potraktowano. Składam liczne skargi do możliwych organów (RPO, Pełnomocnik Rządu ds. Równego Traktowania), ale nie wiem gdzie i do kogo jeszcze się mogę zwrócić. Poświęciłam pracy zawodowej w zasadzie całe życie, a teraz ktoś chce tak po prostu mi to przekreślić. 

Wiem, że w Polsce nie ma żadnego nadzoru nad sędziami i oni to wykorzystują - wiedzą że są bezkarni.

W Sądzie, w którym pracuję zniszczono już wiele osób - one jednak widząc dokąd zmierza postępowanie pracodawcy same się zwalniały. Były to osoby ze zwykłych robotniczych rodzin. Pracodawca preferuje jednak zatrudnianie dzieci sędziów. Ja nim nie jestem, a zostałam przyjęta kilka lat wcześniej, gdy były inne układy polityczne i można było pracę dostać w drodze konkursu. Obecnie organizowane konkursy to już czysta fikcja. Rynek pracy, tym bardziej w branży prawnej nie jest prężny - nowych miejsc pracy nie ma. W załączeniu artykuł, który wiele wyjaśnia - po jego publikacji oburzenie w środowisku prawniczym było wielkie. Do redakcji zadzwonił Prezes TK i po prosił mnie o kontakt, ale do dnia dzisiejszego nie było żadnego odzewu. Być może dlatego, że to okres urlopowy, a może po prostu nikt nie chce się mieszać. Tymczasem Prezes Sądu - mój pracodawca spieszy z rozwiązaniem mi umowy o pracę.

Trudno mi to zrozumieć, a jeszcze bardziej się temu samej przeciwstawić. Bo gdybym wiedziała, że są jakieś ku temu powody............. Pan Prezes wykorzystał w moim przypadku procedurę oceny pracy pracowników aby mnie wyeliminować - naruszył przy tym liczne przepisy prawa, ale jego zdaniem nie ma to znaczenia, bo liczy się skutek.

Proszę zatem o pomoc, jakąś interwencję, wskazanie co jeszcze mogę zrobić w tej sprawie, do kogo się zwrócić. Przecież musi być jakiś sposób, aby powstrzymać tą niesprawiedliwość, która dzieje się w sądach. Pracuję w sądach od kilku lat i zauważam łamanie przepisów prawa, omyłki sądowe, natomiast w razie zwrócenia na to uwagi pracownika likwiduje się, bo nie chodzi o to aby było sprawiedliwie, ale żeby prawda nie wyszła na jaw, że sędzia znowu się pomylił. To jest dla mnie nie do zrozumienia, zasady, jakie wyznaję, nie pozwalają mi się z tym zgodzić. Wiem też, że sama nic nie zrobię, bo w jedności tkwi siła, zaś samą tylko mnie zniszczą.

Prezes Sądu Okręgowego w Katowicach na dodatek niczego się nie boi, nawet gdy zapowiedziałam mu, że rozważam sprawę medialną powiedział mi: "proszę bardzo". To pokazuje, że obecna władza niczego się nie obawia, bo nie ma nad sobą żadnej kontroli. Czy dysponują Państwo danymi kontaktowymi osób, które mogłyby pomóc w tej sprawie, jak np. Pan poseł Janusz Wojciechowski, czy Pani Zofia Romaszewska, albo ktokolwiek inny, bo sama już jestem zupełnie bezradna.

Anna

Złe pochodzenie. Nepotyzm toczy środowisko prawników?

autor: Mira Suchodolska 17.07.2015

temida.kat..jpg

Dlaczego wtedy Anna nie odeszła? Nie jest łatwo o pracę, kiedy się jest osobą z zewnątrz. Poza tym chyba guziczek, który włącza w człowieku tryb walki, został tak mocno wciśnięty, że się zablokował.

Nieraz słyszałam, że dla mojego dobra powinnam się ukorzyć. Że i tak mam szczęście, iż jestem, gdzie jestem, bo mam złe pochodzenie. Sama wiedza i wykształcenie to za mało.

Anna ma 33 lata, pochodzenie robotnicze – co jej zdaniem jest niezwykle istotne. Mimo że dziś nikt nie każe wypełniać rubryki o  pochodzeniu przy przyjęciu do pracy, to i  tak wszyscy wiedzą, kto z  jakiego jest domu. Zwłaszcza w  takim środowisku jak prawnicze. Od ponad ośmiu lat jest asystentem sędziego, co uznaje za porażkę, bo koledzy z  grupy aplikacyjnej od dawna orzekają. W  dodatku asystentem na wylocie, z  dwoma negatywnymi ocenami pracy. Czarną owcą skonfliktowaną ze swoimi przełożonymi. Za to dobrze wykształconą: studia prawnicze, aplikacja sędziowska i  radcowska, studia podyplomowe, kilkadziesiąt zaliczonych szkoleń i  kursów zawodowych. – Aż za dobrze, żeby to można było przełknąć – ocenia dziś cynicznie.

Dlaczego wybrała prawo? Zawsze ją interesowało. No i  była dobra z  historii, a  te dziedziny się ze sobą łączą. Gdyby wziąć pod uwagę pierwiastek irracjonalny, to podczas spotkania klasowego na zakończenie szkoły podstawowej wróżyli sobie przyszłość, losując przedmioty, które miały określić ich karierę zawodową. Ona wyciągnęła młotek sędziowski. I  tak już zostało: młotek sędziowski jako cel życia. Studia prawnicze skończyła z  wyróżnieniem, przez cały czas miała stypendium naukowe. Wybór aplikacji był dla niej oczywisty: ta sędziowska. Wprawdzie nie wiązała się wtedy z  dużymi zarobkami, ci, którzy marzyli o  pieniądzach, wybierali adwokaturę, za to była najciekawsza, stanowiła największe wyzwanie. Zawsze tak miała: chciała atakować wysokie szczyty. – Trafiłam do grupy, gdzie były same dzieci z  prawniczych, w  tym też sędziowskich rodzin. Oni byli bardzo pewni siebie, ja musiałam dużo pracować – wspomina.

Po trzech latach zdawali egzamin, bardzo trudny, z  całości materiału. W  dwóch częściach: pisemny oraz ustny. Mówi, że grupa miała „prywatny” dostęp do akt spraw, na podstawie których mieli pisać na egzaminie orzeczenia. Nie skorzystała z  tej możliwości, nie dlatego, że była taka święta, ale po prostu za późno je dostała, w  nocy tuż przed egzaminem. Zdała, na trzy. Słabo. Piątkowi mają pierwszeństwo w  obsadzie stanowisk sędziowskich, co do zasady słusznie. Ale w  praktyce różnie bywa. Z  roku kilka osób oblało, wszyscy, jak zapewnia, bez właściwego pochodzenia. Egzamin sędziowski można tylko raz poprawiać, w  przeciwieństwie do innych aplikacji. Nie uda się, przepadło, lata nauki idą na marne. Takie są zasady.

Na temat Anny rozmawiałam z  wieloma osobami: sędziami, ich asystentami, działaczami związkowymi. Nie byłam pewna, na ile jej kłopoty wynikają z  trudnego charakteru, braku dyplomacji, a  na ile są realnym problemem sądownictwa toczonego przez nepotyzm. Na początku każdej rozmowy słyszałam: możemy rozmawiać pod nazwiskiem albo szczerze.

Anna była na aplikacji tzw. pozaetatowej, nawet nie marzyła, żeby za naukę dostawać pieniądze. W  jej trakcie musiała się z  czegoś utrzymywać, złożyła podanie na asystenta sędziego w  jednym z  sądów rejonowych na południu kraju. Dostała się, pracowała przez prawie półtora roku w  wydziale rodzinnym. Ale marzyły jej się poważniejsze sprawy – cywilne. Tak trafiła do sądu okręgowego, wydział cywilny odwoławczy. Radziła sobie. Przed egzaminem na aplikację poprosiła o  urlop bezpłatny, nie dostała. Zwolniła się więc z  pracy, zdała. Potem zmieniły się przepisy: trzeba było przystąpić do konkursu, żeby dostać asystencką robotę. – Wygrałam pięć konkursów, mogłam wybierać – opowiada. Chciała się rozwijać, zdobywać doświadczenie, szykowała się do konkursu na stanowisko sędziego. Dlatego wybrała znów sąd okręgowy, tym razem wydział ubezpieczeń społecznych. I  zapisała na studia podyplomowe – prawo pracy – na Jagiellonce.

Ja także jestem osobą z  zewnątrz, z  tym że swoją karierę w  sądownictwie zaczynałam w  połowie lat 80. – opowiada sędzia. To były czasy, kiedy mój zawód nie był jeszcze szczególnie atrakcyjny: marne zarobki, uzależnienie kariery od zaangażowania politycznego. Ale zawód był otwarty na osoby z  zewnątrz, może dlatego że nie było wielu chętnych. Po przełomie lat 90. sytuacja zaczęła się zmieniać. Coraz większy prestiż związany tyleż z  godnością zawodu, co ze stałością pracy i  płacy. Wraz z  upływem lat zaczęło się coraz większe zainteresowanie tym zawodem, a  co za tym idzie coraz większa konkurencja. Liczba etatów sędziowskich jest od lat stała, więc nabór staje się coraz bardziej jednokierunkowy: bierze się swoich, ludzi mających umocowanie w  branży. Rodziców na sędziowskich albo przynajmniej prokuratorskich lub adwokackich stołkach. To nie znaczy, że inni nie mają żadnych szans, ale jest im dużo trudniej. Jeśli dziecko sędziego lub innego prawnika poprosi o  urlop, dostaje. Jeśli chce się dokształcać, jest to przyjmowane ze zrozumieniem, bo przecież musi inwestować w  siebie. Reszta jest wycinana, piętrzy się im trudności, zniechęca, sekuje.

Anna jest drobiazgowa, gromadzi dokumentację, którą przesyła mi w  kilkunastu e-mailach. Taka skrupulatność to zaleta w  tej pracy. Ale dzięki temu mam sposobność zapoznać się z  opiniami, jakie na temat jej osoby wystawiono na przestrzeni kilku lat.

Te pierwsze są wręcz entuzjastyczne: „Wykazała się bardzo dobrą znajomością przepisów prawa”, „W  stosowaniu prawa w  praktyce, redagowaniu projektów orzeczeń, zarządzeń i  uzasadnień orzeczeń wykazała dużą umiejętność i  bardzo dobrą znajomość technicznej strony pracy sędziego”, „Projekty sporządzanych uzasadnień wyroków nie wymagały żadnej korekty”. I  jeszcze: „Pani Asystent jest osobą ambitną i  pracowitą, dała się poznać jako pracownik rzetelny, sumienny i  zaangażowany w  pracy”.

– Mam kwalifikacje – cieszyła się. I  podeszła do konkursu na stanowisko sędziego. Nie przeszła. Przeważyły opinie wstrzymujące się od głosu. Dlatego pomyślała, że powinna podnieść kwalifikacje. Podjęła starania o  dostanie się na listę radców prawnych – z  powodzeniem. Choć pamięta jedno z  pytań konkursowych: Czy zna jakiegoś radcę?

W  każdym razie radcą prawnym jest, choć zawieszonym, bo aby zostać czynnym, musiałaby zakończyć pracę w  sądownictwie, a  tego nie chciała. Stąd decyzja, aby pójść na studia podyplomowe – żeby być jeszcze lepszą, podnieść swoją wartość, sprostać wyzwaniom. Jej przełożeni zgodzili się. Tak samo jak na zaproponowane przez nią rozwiązanie, aby wolne na zjazdy miała w  ramach zaległego urlopu wypoczynkowego. Było go sporo, bo na urlopowanie nie miała czasu, pracowała. No i  jeszcze, jak tłumaczy, asystentów sędziego jest za mało, każdy jest zawalony robotą, normą było, że pisali po dwa uzasadnienia wyroków dziennie, więc gdyby wzięła urlop naukowy czy bezpłatny (plus jeszcze ten wypoczynkowy), mogłaby zdezorganizować pracę wydziału. A  tego nie chciała. Zależało jej. – To były tylko dwa piątki w  miesiącu, nie kolidowało to z  moimi obowiązkami – zapewnia.

Kiedy zaczął się konflikt? Po zmianach w  sądzie. Nastali nowy prezes i  nowa przewodnicząca wydziału. To był końcowy etap studiów Anny, zostało jej parę tygodni. – Dziś trudno mi powiedzieć, czy zaczęło się od nieporozumienia czy złej woli – wspomina. Przewodnicząca poprosiła ją, żeby złożyła z  dużym wyprzedzeniem wnioski urlopowe. W  sądzie obowiązywało zarządzenie prezesa, że wnioski o  krótki urlop należy składać na trzy dni przed zamierzonym urlopem. – Nie znam jeszcze terminarza sesji. Ale jak tylko się dowiem, złożę, mogę nawet pominąć kilka zjazdów, jeśli będę potrzebna – tłumaczyła.

Zostało to odebrane, opowiada, jako niesubordynacja. Zaczęło się udowadnianie, kto ma rację, pisma, odpowiedzi na pisma. Jak mówi, cytując kolejną korespondencję, została zobowiązana do składania wniosków urlopowych „na dwa dni przed upływem miesiąca poprzedzającego miesiąc, w  którym urlop ma być udzielony”, czyli na 32 dni wcześniej. Jako jedyny pracownik sądu.

Rozmawiam z  działaczem jednego ze stowarzyszeń, które zrzesza pracowników sądownictwa średniego szczebla. Kiedy rozmawiamy oficjalnie, zasypuje mnie stekiem komunałów: o  równych szansach, o  konkursach, które powinny rozwiać wszelkie wątpliwości, transparentności. Jednak zapytany, czy w  rozmowie prywatnej także by mnie zapewniał o  braku nepotyzmu w  sądownictwie, kapituluje. I  podsyła mi kilka linków, m.in. do uchwał Krajowej Rady Sądownictwa odnoszących się do tego właśnie zjawiska. Szczegółowych, kiedy to Rada zajmowała się konkretnymi przypadkami sekowania kandydatów na sędziów ze „złym pochodzeniem”, jak i  bardziej ogólnych. „Krajowa Rada Sądownictwa z  niepokojem stwierdza, że w  niektórych postępowaniach dotyczących powołania na urząd sędziego lub obsadzenia wolnego stanowiska sędziowskiego (procedurach nominacyjnych) dochodzi do sytuacji, które mogą być potraktowane jako naruszenie zasad etyki zawodowej sędziów, a  nawet uchybienie godności urzędu sędziego. Odnosi się to do procedur nominacyjnych, w  których na wolne stanowisko sędziowskie kandyduje członek najbliższej rodziny sędziego będącego członkiem Kolegium Sądu Okręgowego. Zasady etyki zawodowej sędziów wymagają, aby w  takiej sytuacji członek Kolegium nie brał udziału w  głosowaniu dotyczącym obsadzenia wolnego stanowiska sędziowskiego, na które kandyduje członek jego najbliższej rodziny, a  co najmniej powstrzymał się od głosowania. To samo dotyczy głosowania podczas Zgromadzenia Ogólnego Sędziów Sądu Okręgowego”.

Anna dostała pierwszy sygnał ostrzegawczy: zamiast oceny bardzo dobrej dotyczącej jej pracy zaledwie dobrą, choć sędziowie i  komisja kwalifikacyjna rekomendowali piątkę (to był 2013 r.). Zamiast położyć uszy po sobie, złożyła sprzeciw wobec tej oceny.

Napisała skargę do Ministerstwa Sprawiedliwości. – Zależało mi na ocenie bardzo dobrej, bo to się bezpośrednio przekłada na konkurs na sędziego – wyjaśnia. Resort odesłał jej pismo z  powrotem do sądu apelacyjnego w  jej mieście, klasyfikując ją jako skargę na działalność prezesa. To musiało wkurzyć sędziów. Wkrótce się dowiedziała jak bardzo. Zaczęło się przerzucanie pomiędzy wydziałami.

Jak tłumaczy mi jeden z  sędziów z  ponad trzydziestoletnim stażem, to jedna z  metod dyscyplinowania osób, które zadzierają z  systemem. Osoba, która się sprzeciwi, przegrywa. Siła niszcząca środowiska jest wielka. – Obserwowałem wiele takich przypadków. Przykro mi, że nie byłem w  stanie się przeciwstawić w  takim stopniu, jak bym chciał. To zjawisko przybrało już tak monstrualną postać, że nikt nie śmie się mu sprzeciwić. Sądy stały się udzielnymi księstwami, miejscami, w  których zatrudnia się swoich. Nie chodzi tylko o  stanowiska sędziowskie. To ma przełożenie na wszystkie wydziały i  oddziały. Asystentów, referendarzy, także na stanowiska stricte urzędnicze – choćby protokolantów. Nawet w  oddziałach IT są zatrudniani ludzie po znajomości. W  papierach tego nie ma, to widać dopiero od środka, kiedy się tam jest. Uwikłanym.

W  nowym miejscu pracy (wydział cywilny odwoławczy, gdzie trafiła jesienią 2013 r.) Anna usłyszała: skoro nie podobała się jej dobra ocena, to teraz my będziemy panią oceniać. – Na moje miejsce w  poprzednim wydziale zatrudniono dwie osoby, więc chyba nie byłam taka najgorsza i  leniwa – zauważa Anna.

W  tym miejscu praca polegała na tym, że ktoś składał apelację lub zażalenie na orzeczenie sądu rejonowego, oni musieli orzec, czy sąd rejonowy miał rację czy się mylił. To zwykle skomplikowane sprawy rozstrzygane w  składzie trzyosobowym. Ludziom z  zewnątrz może się wydawać, że prawo jest prostą ścieżką, ale często bywa tak, że panuje duża uznaniowość. Sędziowie z  długoletnim stażem toczą zacięte dyskusje, którą przyjąć wykładnię.

Tymczasem do obowiązków asystenta sędziego należy napisanie projektu orzeczenia wraz z  uzasadnieniem. Co powinien czynić pod kierownictwem sędziego. – Ale ze mną sędziowie nie rozmawiali. Dostawałam karteczkę z  poleceniem: zająć się taką a  taką sprawą. W  zasadzie nie mówili mi, w  jaką stronę chcą pójść, oczekując, iż to ja zaproponuję orzeczenie, które będzie zgodne z  ich nieznaną mi koncepcją – opowiada Anna. Robiła więc swoją robotę według swojego uznania. Kiedy zorientowała się, że nie zawsze jej tok myślenia odpowiada wnioskom wyciągniętym przez sędziów, zaczęła przygotowywać im możliwe alternatywne rozwiązania – uwzględnić i  oddalić – każde wraz z  odpowiednim uzasadnieniem. Niech sobie wybiorą. Jednak sędziowie także są zarobieni, nie mają czasu czytać akt. Denerwowali się. Zdarzało się, że sędzia mówił, w  jakim kierunku chciałby podążyć, ale potem zmieniał zdanie. Więc znów byli na nią źli.

Latem 2014 r. została oceniona negatywnie. Zmieniły się przepisy: wcześniej asystenci byli oceniani czterostopniowo: bardzo dobrze, dobrze, zadowalająco i  niezadowalająco. Teraz są tylko dwie oceny: pozytywna i  negatywna. – Mimo moich starań pan prezes zrównał mnie z  osobą, która nic nie robi lub robi wszystko źle – żali się Anna.

Jej podnoszenie kwalifikacji zostało ocenione jako rzekome. W  rubryce wnioski i  zalecenia (by pracownik wiedział, co ma poprawić) – pustka. Zaczęła gromadzić dokumentację. Te wszystkie karteczki, za pomocą których dostawała polecenia. I  odpisy z  systemu, żeby udokumentować, iż przygotowane przez nią orzeczenia i  uzasadnienia jednak były wykorzystywane przez sędziów.

Jedna z  działaczek związku zawodowego działającego wśród pracowników sądownictwa opowiada mi, że starała się historią Anny zainteresować mecenasa, który często współpracował z  nimi w  różnych delikatnych sprawach. Kiedy zapoznał się ze sprawą, wzruszył ramionami, uśmiechnął przepraszająco i  powiedział, że się nie podejmuje. – Bo to nie tylko trudna sprawa, która potrwa wiele lat – miał odpowiedzieć. – Chodzi o  to, że ja mam tutaj swoją praktykę. I  chciałbym móc wygrać jeszcze jakieś procesy dla swoich klientów.

Dlaczego wtedy Anna nie odeszła? Nie jest łatwo o  pracę, kiedy się jest osobą z  zewnątrz. Poza tym chyba guziczek, który włącza w  człowieku tryb walki, został tak mocno wciśnięty, że się zablokował.

Zamiast podkulić ogon, zażądała zwołania komisji antymobbingowej. Komisja się zebrała (podobno) i  orzekła, że mobbingu nie było. Annie odmówiono dostępu do akt, gdyż – jak twierdzi rzecznik tego sądu – to są sprawy poufne. Także dla zainteresowanego. Który powinien po prostu przyjąć ustalenia. A  jak mu się nie podoba, może poskarżyć się do sądu pracy lub złożyć wniosek do prokuratury, przecież mamy państwo prawa.

Rozmawiam z  rzecznikiem sądu (prezes jest na urlopie) i  pytam o  postępowanie przed komisją antymobbingową. A  konkretnie o  to, dlaczego Annie odmówiono wglądu w  akta sprawy, której była stroną. Odpowiada, że takie są procedury. Pytam zdenerwowana: Czyli co, jeśli ja bym się poskarżyła, że mnie w  pracy sekują, w  odpowiedzi usłyszałabym tylko, że gadam bzdury, akt nie zobaczę i  mogę spadać na drzewo. Rzecznik odpowiada, że procedury mają na celu dobro osób, które wzięły udział w  postępowaniu. Opadają mi ręce. Działacz stowarzyszenia, którego opinię wcześniej przytaczałam, śmieje się, zapytany o  procedury. – Procedurą podstawową jest to, że żadnego postępowania antymobbingowego nie ma. Pracownik jest skłaniany do podpisania rozwiązania umowy o  pracę za porozumieniem stron. Jeśli tam ktoś w  ogóle zwołał jakąś komisję, to i  tak bardzo się postarał.

Anna jest osobą nieco szaloną, choć ona sama postrzega siebie jako wojowniczkę o  zasady. Sąd, powiada, i  ludzie, którzy w  nim pracują, powinni trzymać się prawa. – Ale ludzie noszący sędziowskie togi wychodzą z  założenia, że to oni tworzą prawo, a  nie stosują jego postanowienia – wybucha śmiechem.

Zaczęła więc wbijać kolejne gwoździe do swojej trumny zawodowej. Kiedy jedna z  sędzi zmyła jej głowę, że ponoć nie ukłoniła się jej przy windzie, czym naraziła na szwank powagę sądu i  zawodu sędziego, gdyż „ciskała gromy oczyma”, wystosowała na piśmie przeprosiny z  powodu „dziwnych zjawisk meteorologicznych”. Upokarzana przez przewodniczącą wydziału, która, kiedy już musiała z  nią rozmawiać, dmuchała jej podczas spotkań w  gabinecie papierosianym dymem prosto w  twarz, napisała skargę do inspektora bhp – że jest alergiczką i  dym jej szkodzi (stosowne świadectwo lekarskie w  załączniku). W  odpowiedzi prezes sądu wysłał e-mailem okólnik, że palenie tytoniu jest na terenie sądu zakazane, a  przewodnicząca zakazała jej wstępu do swojego gabinetu.

Anna została przeniesiona do kolejnego wydziału. Opinia negatywna została podtrzymana, a  potem powtórzona (mamy już 2015 r.). Wniosła wobec niej sprzeciw, ale prezes poszedł na urlop i  nie uzyskała odpowiedzi w  terminie przewidywanym przepisami.

Sędzia z  ponad trzydziestoletnim stażem wzdycha: szalona kobieta. Napchała sobie głowę ideałami. Niby słusznie, ale nikt z  takim podejściem nie przetrwa. Zwłaszcza tzw. sygnaliści, ludzie, którzy ostrzegają, że w  ich miejscu pracy źle się dzieje. Ich przełożeni nie chcą tego słuchać. Zwłaszcza że mają wokół siebie gromadę pieczeniarzy, którzy będą im klaskali. – To nie tworzy niczego dobrego. To fatalny, do szpiku kości zdegenerowany system, który wymaga głębokiego oczyszczenia – konkluduje sędzia. Ale przyznaje: nie ma pojęcia, jakby to zrobić. Jedno wie: Anna ma już za sobą swoją sędziowską i, prawdopodobnie, prawniczą karierę. I  nawet jeśli się zdecyduje skarżyć swojego pracodawcę, czyli sąd, jest na pozycji przegranej. Bo na jej dowody znajdzie się sto innych, bardziej przekonujących. Lepiej odpuścić i  zająć się swoim życiem, zanim nie jest za późno.

Kiedy czytam ostatnią – negatywną – ocenę pracy Anny jako asystenta sędziego, nie mogę wyjść ze zdumienia, że w  niewielu zdaniach można zawrzeć tyle jadu. Była sumienna, ale skupiała się na nieistotnych zagadnieniach. Terminowa, jednak jej uzasadnienia nie dotyczyły istoty sprawy. Ma wystarczającą wiedzę, ale nie umie jej stosować w  praktyce. Jest samodzielna, ale wymaga prowadzenia. I  tak dalej.

Pytam rzecznika sądu (któremu współczuję, że wystawiono go do wypowiadania się w  tak grząskiej sprawie, ale taka robota, trudno), jak to się stało, że pracownik, który jeszcze pięć lat temu był świetny, wspaniale orientujący się w  prawie, kreatywny, nagle tak zgłupiał, że zasługuje na ocenę negatywną. Może poprzednie opinie były nieprawdziwe? A  może coś się stało? Odpowiada mi, że ocena została wystawiona na podstawie opinii siedmiu sędziów, z  którymi pani asystent pracowała. A  przecież siedmiu sędziów nie może się mylić. No przecież, że nie. Siedmiu sprawiedliwych.

Sędzia powinien być nieskazitelnego charakteru – tłumaczy mi reprezentant wymiaru sprawiedliwości z  dużym stażem. To oznacza, że jest się sędzią nie tylko na sali, podczas rozprawy, kiedy wkłada się togę, ale w  każdym momencie – mówi. I  dodaje, że Anna, nawet gdyby nie przeistoczyła się w  amazonkę, gdyby nie pomalowała twarzy w  barwy wojenne, i  tak byłaby na straconej pozycji. – Gdyby ukorzyła się, też zostałaby zadziobana – kwituje. Jest zdania, że wszystko zmierza ku gorszemu: U  mnie w  sądzie na stanowisku urzędniczym pracuje młody, zdolny prawnik, który dostał tę posadę tylko dlatego, że jego ojciec jest sędzią w  stanie spoczynku. Jeszcze go wszyscy pamiętają. Ale mury świątyni sprawiedliwości szturmują już następne wilczki. A  co drugi ma jakiegoś basiora po swojej stronie – gorzko się śmieje, dodając, że taki wsobny chów rycerzy Temidy fatalnie się odbija na jakości kadry. Zarówno merytorycznej, jak i  moralnej.

PS. Dzwonię do kilkorga sędziów, którzy wcześniej wydali Annie bardzo dobre opinie. W  większości nie chcą rozmawiać. Rozumiem ich, gdyż przed połączeniem automatyczna sekretarka oznajmia, że rozmowa jest nagrywana.

*******************

Moi rozmówcy są anonimowi. Po pierwsze dlatego, że podawanie danych personalnych niczego by nie wniosło, oprócz naznaczenia – zwłaszcza głównej bohaterki – co w  przyszłości mogłoby im utrudnić życie. Po drugie, konflikt już tak nabrzmiał, że dolewanie oliwy do ognia jest zbędne. Zwłaszcza że żaden artykuł nie zmieni wyroku, który zapadł dawno temu. I  po trzecie, przyznaję, powoduje mną ostrożność procesowa. Zbyt wiele szczegółów, które można w różny sposób interpretować. Jest słowo na słowo, dokument na dokument, złość na złość.

Więcej:

Białystok - nepotyzm sądowy, czyli rodzinne sitwy sądowe...
Lublin, Białystok, Krosno... nepotyzm w sądach - tam się łamie PRAWO.
Mobbing w sądzie - zapraszamy media i zainteresowanych Katowice 24.01.2013r. g. 9 do Sądu Okręgowego
Mobbing w pracy to norma, nobbing w sądzie to nowość, nawet sędziowie zaczynają się obawiać o pracę...
Katowice - mobbing stosowany w ING Banku Śląskim tuszują sędziowie i prokuratorzy - z listów od czytelników.
Pozew Zbigniewa Kękusia przeciwko ING Bankowi Śląskiemu o odszkodowanie z tytułu stosowania mobbingu i pozbawienia pracy Z. Kękusia
Lublin - zdeprawowana szkoła w której zamiast dyrektora Zbigniewa Kowalskiego rządzą uczniowie. Mobbing w Zespole Szkół nr 6 w Lublinie.
Legnica - listy do czytelników. Mobbing w miejskim przedszkolu. Interwencja redakcji AP.

W dziale dla inteligentnych:
ARTYKUŁY - tematy do przemyślenia z cyklu: POLITYKA - PIENIĄDZ - WŁADZA

Polecam sprawy poruszane w działach:
SĄDY PROKURATURA ADWOKATURA
POLITYKA PRAWO INTERWENCJE - sprawy czytelników

"AFERY PRAWA"
Niezależne Czasopismo Internetowe redagowane przez dziennikarzy AP i sympatyków z całego świata których celem jest PRAWO, PRAWDA SPRAWIEDLIWOŚĆ DOSTĘP DO INFORMACJI
ORAZ DOBRO CZŁOWIEKA

uwagi i wnioski proszę wysyłać na adres: afery@poczta.fm
Dziękujemy za przysłane teksty opinie i informacje.

WSZYSTKICH INFORMUJĘ ŻE WOLNOŚĆ WYPOWIEDZI I SWOBODA WYRAŻANIA SWOICH POGLĄDÓW JEST ZAGWARANTOWANA ART 54 KONSTYTUCJI RZECZYPOSPOLITEJ POLSKIEJ.

Komentarze internautów:

 
~Nekany
10-09-2015 / 02:22
Apeluje o przedstawicieli polskojezychnych organów władzy w POlsce do zparzestanie znecania sie nade mną i moimi bliskimi w przeciwnym wypadku bedziecie mieli jeszcze gorzej,widzicie co sie dzieje
~Magda
02-09-2015 / 23:57
Proszę o pilny kontakt osobę o nick-u Ofiara sądowego chamstwa - podaje e-mail: magda.w.80@wp.pl
~ Ofiara sądowego chamstwa
02-09-2015 / 22:00
Jest wiele prawdy w tym , co tu przeczytałam i wiele podobieństw do sytuacji jaka to mnie spotkała w miejscu byłej pracy tj. w sądzie , do tego czego to wobec mnie z premedytacją się dopuszczono a wszystko by pokazać " kto tu rządzi " , wszystko w majestacie prawa. Zostałam po 20 latach pracy wyrzucona z pracy w sądzie jako osoba wysoce niewygodna , co zaistniało zwłaszcza za to za to ,że nie godziłam się na bylejakość , za to chciałam być normalnym urzędnikiem państwowym . Byłam kuratorem zawodowym , przez wiele lat mnie dręczono i prześladowano drobiazgowymi , bezsensownymi kontrolami , min za to ,że zwracałam uwagę na nieprawidłowe i przestępcze działania innych pracowników , w tym kuratorów . Wcześniej wbrew mojej woli przeniesiono mnie do pracy do innego wydziału w innym charakterze . Gdy nie pomogły różne podłe intrygi spreparowano dwie negatywne kontrole mojej wieloletniej nienagannej pracy i ot tak z nonszalancją , wyrzucono mnie z pracy. Sprawę mobbingu w II Instancji oceniał S.O. w Katowicach . No cóż ma on już jak widać na Pani przykładzie wprawę w podłości i krzywdzeniu niewygodnych wymiarowi ( nie ) sprawiedliwości ludzi !!!. Ten Sąd niestety , nie jest jedynym godnym pożałowania " specjalistą" od przyklepywania zwyczajnych ludzkich cierpień , oraz krzywd .
~Robert
26-08-2015 / 18:30
P.S. Wstawiłem ukośnik "/" co ma oznaczać "lub" tudzież dodatkowo "i" Jeżeli bowiem sędzia Jacek Gęsiak oraz Dariusz Chrapoński i Misina popełnili błędy i przeoczenia celowo, to są przestępcami a jak niecelowo (nie wierze) to "tylko" nierobami za państwowe czyli nasze pieniądze.
~Robert
26-08-2015 / 18:00
A zdjęcie nieroba / przestępcy - jacka Gęsiaka jest tu: www.dziennikzachodni.pl/artykul/753785,jacek-gesiak-nowym-prezesem-s hmmm...
~Robert
26-08-2015 / 17:48
Gęsiak? Wraz z dwoma innymi nierobami / przestępcami w sędziowskich togach w wydziale gospodarczym-odwoławczym popełnili na moją szkodę oczywiste błędy i przeoczenia które zakrawają na bezczelnie celowe. Uwaga.... między innymi ZMYŚLILI że zeznałem coś czego nie zeznałem!!! Nie ma tego w protokole!!! Czy jest psychopatą? Możliwe. Pozdrawiam, Robert Grabowski pamietnikwindykatora.pl/