Imieniny:

AferyPrawa.com

Redaktor Zdzisław Raczkowski ujawnia niekompetencje funkcjonariuszy władzy...
http://Jooble.org
Najczęściej czytane:
Najczęściej komentowane:





Pogoda
Money.pl - Kliknij po więcej
1 czerwca 2020
Źródło: MeteoGroup
Polskie prawo czy polskie prawie! Barwy Bezprawia

opublikowano: 26-10-2010

AFERY PRAWA FUNDUSZ ALIMENTACYJNY OSZUSTWA SSR HANNA KOŹLIŃSKA JOLANTA SZUBA BYDGOSZCZ

Bydgoszcz – Fundusz Alimentacyjny zlikwidowany. SSR Hanna Koźlińska i Jolanta Sztuba z ZUS – Zasłużeni dzieciom alimenciarzy...? Sprawa Ireneusza Ciszewskiego cz. 3

Komu alimenty z funduszu...?

„W celu wzmożenia opieki nad dziećmi i innymi osobami znajdującymi się w trudnej sytuacji materialnej, z powodu niemożności wyegzekwowania świadczeń alimentacyjnych oraz zwiększenia odpowiedzialności osób zobowiązanych do alimentacji (...) tworzy się fundusz alimentacyjny, przeznaczony na wypłatę świadczeń pieniężnych dla dzieci i innych osób, w przypadku niemożności świadczeń alimentacyjnych”.

Jeszcze za czasów Gierka, a więc w okresie „zmierzchu komuny” wymyślono przepisy, które miały na celu zapobiec skutkom nieodpowiedzialnej postawy obywatelskiej, przeważnie wśród mężczyzn, uchylających się od obowiązków alimentacyjnych (czyli troski o dzieci i rodzinę). Bieda była powszechnie znana, zwłaszcza na wsi, czy w niewielkich prowincjonalnych miasteczkach. W większych miastach też nie było lepiej. Tu i ówdzie można było zobaczyć zataczającego się na chodniku, czy leżącego pod gospodą i przytulającego się, do flaszki pisanego patykiem wina, lokalnego pijaka. Nie był to, co prawda, powszechny widok polskich miast i miasteczek, ale w świadomości wielu z nas pozostanie już na zawsze pewnym wspomnieniem z okresu dzieciństwa, czy młodości. Państwo, w swej polityce utrzymania klasy robotniczej w posłuszeństwie i nieświadomości, nie żałowało przecież swym obywatelom przyjemnego upojenia się alkoholem, co prowadziło niejednokrotnie do całkowitego zamroczenia szarych komórek. Oni wiedzieli przecież dobrze, że rozpitym narodem steruje się łatwiej, choć z czasem przekonali się, że kij ten ma także dwa końce. Wdrażano zatem różne pomysły, aby ludzie w fabrykach od rana pracowali, a pili (nie myśląc niepotrzebnie o niedoli swojej Ojczyzny) co najwyżej po robocie, choć obywatel na kacu i tak potrafił znaleźć sposób zakupu alkoholu przed godziną trzynastą. Nic dziwnego, że po pierwszym każdego miesiąca, żony stawały się czujne i co bardziej zapobiegliwe, konfiskowały wypłatę, jak jeszcze coś z niej zostało dla rodziny i dzieci. W gorszym położeniu znajdowały się kobiety, które trafiały na „niebieskich ptaków”. Takich, nie garnących się do żadnej pracy, też było przecież sporo. Czuli się oni przynajmniej beztroscy i wolni, w odróżnieniu od steranych i marnie opłacanych przykładnych ojców, wychowujących swoje dzieci w czasach PRL. Rozwodów też nie brakowało, a przypadki odejścia od żony i dzieci do młodszej kochanki, czy też z powodu założenia drugiej rodziny, stawały się całkiem powszechne. Nowe życie, niejednokrotnie dorabianie się od początku w drugim związku i trudne czasy, sprzyjały znakomicie zwalnianiu się (do niedawna przykładnych) ojców z odpowiedzialności za losy porzuconej rodziny, czy dzieci. Ich opór przed łożeniem alimentów do rąk matek, przy których zostały dzieci, wiązał się często z nieuzasadnionym poczuciem braku pieniędzy, z niechęcią i utratą zaufania do byłej partnerki, czy też z jej negatywną postawą wobec nowych okoliczności, czasem w sytuacji braku kontaktu z dziećmi (lub utrudniania tegoż kontaktu przez matkę) i wielu jeszcze innymi przyczynami. Wyegzekwowanie jakichkolwiek środków na utrzymanie opuszczonych rodzin i dzieci graniczyło niejednokrotnie z cudem. Uchylający się od alimentacji ojcowie, zaszywając się w drugim końcu kraju, byli praktycznie nieuchwytni. Wytrawniejsi „migacze” doskonale prosperowali w rodzimym środowisku. Sami nie ukrywali się tyle przed ludźmi, co przed komornikiem swoje dochody, nie pochodzące często z oficjalnych źródeł, starając się, aby pozostały one poza zasięgiem egzekutorów. Te metody uchylania się od alimentacji nie zmieniły się, zresztą, do dziś. Wciąż więc istnieje społeczna potrzeba zabezpieczania osób (zwłaszcza dzieci), znajdujących się w trudnej sytuacji materialnej, wówczas, kiedy bezpośrednio zobowiązani nie chcą wypełniać swojego obowiązku dobrowolnie i w żaden sposób nie można tego obowiązku od nich wyegzekwować. Tylko w takim celu został utworzony przez państwo fundusz alimentacyjny, którego dysponentem stał się Zakład Ubezpieczeń Społecznych. Wychodząc naprzeciw problemom społecznym, związanym z opieką nad dziećmi, a także kłopotom samotnych matek w ich wychowaniu, jeszcze za Gierka uchwalono ustawę, zapewniającą dzieciom alimenciarzy środki do życia. Ustawą z dnia 18 lipca 1974r o funduszu alimentacyjnym zapoczątkowano utworzenie funduszu, przeznaczonego „na wypłatę świadczeń pieniężnych dla dzieci i innych osób w przypadku niemożności świadczeń alimentacyjnych” (fragm. Art. 1 Ustawy z dnia 18 lipca 1974 r. o funduszu alimentacyjnym) oraz zagwarantowano, że dzieci takie, przynajmniej nie umrą z głodu. Komu zatem należały się alimenty z funduszu...? Ano, według tego co uchwaliła partia uprawnione do nich były wszystkie osoby (a zwłaszcza dzieci), wobec których zobowiązani uchylali się od alimentacji i nie można było od nich tej alimentacji w żaden sposób wyegzekwować. Zatem należały się one dzieciom każdego alimenciarza (np. nieuchwytnego niebieskiego ptaka), czy cwaniaka, który nie chciał opiekować się swoimi dziećmi, ani ich wychowywać i po prostu miał je w tyłku. Jeśli żadnym sposobem nie można było zmusić takiego człowieka do odpowiedzialności, lub też wyegzekwować obowiązku (np. poprzez egzekucję komorniczą z wynagrodzenia za pracę), wówczas wskazanym było uruchomić środki z funduszu alimentacyjnego, który do takiego celu został właśnie powołany. W przypadku, kiedy było możliwe świadczenie alimentacji bez ingerencji państwa (gdyż zobowiązany wiedział, co do niego należy i wypełniał obowiązek alimentacyjny), środków z funduszu się nie wypłacało, gdyż nie było to konieczne i byłoby też nieuzasadnione. Pewnie, że zdarzały się takie przypadki, kiedy to wypłacano pieniądze z funduszu osobom nie uprawnionym. Zwłaszcza pod koniec okresu funkcjonowania funduszu alimentacyjnego (który, w wyniku takich działań i złego zarządzania przez głupich i leniwych urzędników uległ likwidacji) dochodziło do nadużyć, kiedy to wzrastała liczba fikcyjnych rozwodów, w celu stworzenia pozoru nie istnienia rodziny i wyłudzenia pieniędzy. Wystarczyło tylko uzyskać korzystny wyrok z zasądzonymi odpowiednio wysokimi alimentami (co w podobnosądzie, za pieniądze, nie jest problemem do dziś), nie płacić tych alimentów (albo stwarzać takie pozory) i nie pracować, a fundusz alimentacyjny „wynagradzał” wszelkie trudy i „inwestycje”. Ta patologia była i jest powszechnie znana. W znacznie gorszej sytuacji znalazły się samotne matki z dziećmi, które pozostawione własnemu losowi przez partnera – niebieskiego ptaka, pozostawały w faktycznej separacji i bez środków do życia. Nie zainteresowanemu troską o rodzinę małżonkowi, bujającemu sobie po świecie, nie potrzebny do szczęścia był przecież rozwód.

Pojawia się tu przy okazji pewien istotny problem, wynikający z polityki państwa niby to polskiego, dążącej do zniszczenia rodzin polskich za wszelką cenę. Chcesz otrzymać zapomogę od państwa (np. alimenty dla dzieci z funduszu) musisz się rozwieźć (faktyczna separacja niestety nie wystarczy), nawet jeśli jest to sprzeczne z twoim światopoglądem i religią! W przeciwnym razie umieraj z głodu matko Polko wraz ze swoim polskimi dziećmi... Istotnym elementem widocznej polityki władzy antypolskiej w naszym kraju jest wyniszczenie Narodu Polskiego za wszelką cenę, co osiągane jest poprzez osłabianie więzi rodzinnych, skłócanie i rozbijanie rodzin polskich, czy oddzielanie dzieci od rodziców. Nawet, jeśli zostaną poniesione jakieś koszty, to i tak są one nieporównywalne z korzyściami, wynikającymi z celów, jakie najpierw stawiała sobie żydokomuna, a teraz tak zwani żydowscy demokraci. Uknuty dawno plan i tak pozostał ten sam – zniszczyć polskie rodziny, a wtedy Naród sam się rozproszy i ustąpi wreszcie z tej pięknej ziemi nad Wisłą... Czyż nie widzicie Polacy, że dzieje się to na Waszych oczach...?

Nie o polityce miałem jednak pisać, tylko o funduszu alimentacyjnym i jego roli, choć czasem od polityki, w obliczu zagrożenia Narodu Polskiego, po prostu nie da się uciec.

Jolanta Sztuba – ówczesna Naczelnik Wydziału Alimentów ZUS oddziału w Bydgoszczy i Sędzia Sądu Rejonowego w Bydgoszczy z VII Wydziału Pracy i Ubezpieczeń Społecznych, Hanna Koźlińska, to dwie bohaterki niniejszego opowiadania, nie zawieszone jakkolwiek w próżni, gdyż ściśle powiązane, z prezentowaną na łamach AP moją sprawą, czyli aferą popleczniczą w bydgoskim wymiarze sprawiedliwości i administracji publicznej. Czym takim zasłużyły się te osoby, że poświęcam im swój cenny czas (który wolałbym spożytkować na zabawę z dziećmi) tutaj...?

Otóż z Jolantą Sztubą zetknąłem się po raz pierwszy i ostatni dnia 5 marca 2003 roku. Nie pomnę już nawet dokładnie, jak wyglądała ta kobieta. Dość, że zapamiętałem ją jako osobę niesympatyczną, niemiłą, bezczelną, a nawet arogancką. W szczególności jawiła mi się, jako głupiomądra i zarozumiała baba. Oczywiście, że są to moje subiektywne odczucia, do których jedynie mam prawo. Sztuba pełniła wówczas obowiązki Naczelnika Wydziału Alimentów bydgoskiego oddziału ZUS, a więc funkcję cokolwiek istotną i ważną w odniesieniu do decyzji i wypłat środków, związanych z funduszem alimentacyjnym. Wybrałem się tego dnia do ZUSu na ulicę Marii Konopnickiej w Bydgoszczy wraz ze swoim dziewięcioletnim synkiem Bartoszem. Był w tym czasie pod moją opieką i nie miałem go z kim zostawić. Żona, ilekroć była taka okazja, bez uzgodnienia wyrywała się z domu, nie interesując się losem dziecka, będąc też przeświadczoną, że nic mu się ze mną nie stanie. Zdarzało się jednak, że zostawiała go bez opieki, twierdząc, że jest już wystarczająco duży i samodzielny. Pamiętam, jednak, że syn na swój sposób przeżywał to, a poczucie zagrożenia, wynikające z izolacji, dawało się wyraźnie odczuć. Nie dopuszczałem do takich sytuacji i ilekroć nie zdążyłem jeszcze wyjechać do pracy (dojeżdżałem codziennie na godzinę dziesiątą ponad 50 km), czułem się zobowiązany zostać z synkiem, ilekroć małżonka wychodziła na spacery. Od chwili zaistnienia konfliktu (zresztą do dziś) nie konsultowała ze mną niczego, co mogło być związane z dobrem naszego syna Bartosza.

Rozmowa z panią Naczelnik (po długim oczekiwaniu na tak przecież ważnego urzędnika na korytarzu), trwała prawie pół godziny. Była ona przeprowadzona w obecności mojego syna Bartosza, którego Sztuba miała okazję zobaczyć ze mną i wyciągnąć dodatkowe, właściwe wnioski z całej sytuacji. Beton intelektualny i zatwardziałość tej kobiety w raz podjętym działaniu miały się jednak okazać nie do zmiękczenia. Tłumaczyłem jej, jak jest w naszej rodzinie, poinformowałem, że żona próbuje wyłudzić pieniądze z funduszu, że nie mamy z sobą rozwodu, ani nawet separacji i że ja mieszkam wraz z rodziną w małej i niepodzielnej kawalerce, wypełniając przy tym swój obowiązek alimentacyjny (wynikający z utrzymania i wychowywania syna) w sposób zwyczajny i jak najbardziej staranny. Nie docierało to jednak do jej makówki. Nigdy też nie ruszyła swojego dupska zza biurka. Nie wysłała też inspektora, ani komisji, która mogłaby sprawdzić stan faktyczny na miejscu, czyli u mnie w domu. Ułatwiłem jej zatem i przyszedłem z Bartoszem do ZUS. Sztuba okazała się jednak głupiomądra i zaczęła dawać mi wykład. Z postawą taką nieczęsto spotykałem się wśród urzędników administracji publicznej. Być może była też ślepa, jak kura o zmierzchu, skoro nie widziała w swojej zarozumiałości, i wyniosłości urzędniczej w stosunku do petenta, najważniejszej osoby w tej sprawie - mojego syna, którego decyzja o przyznaniu alimentów dotyczyła najbardziej i który przez cały czas rozmowy stał obok mnie. Kury jednak żyją sobie w kurniku i nie biorą pieniędzy za źle wykonywaną pracę od podatników, utrzymujących przecież g(u)rzędy publiczne z urzędasami. Jolanta Sztuba zachowała się bezczelnie i arogancko. W obecności mojego syna Bartosza, zdyskredytowała jego rodzinę, deprawując go tym samym i stwarzając sytuację zagrożenia w jego psychice. Wymądrzała się na temat rodziny dziecka przy nim samym, podważając jej egzystencję i celowość istnienia. Syn dla którego dobra rzekomo działała stał w odległości dwóch metrów od niej i przysłuchiwał się z przerażeniem jej głupkowatym i szkodliwym dla jego dziecięcej psychiki wywodom. Sztuba, już 5 lat temu nie wyglądała na urzędniczkę młodą. Dość, że jawiła się, jako relikt minionej epoki, z typowo peerelowskim podejściem do petenta (ja urzędnik i pan, a ty natrętny interesancie czekaj posłusznie na moją łaskę).

„Ale jaka rodzina?! Ale o jakiej rodzinie mi pan tu mówi...?!

I choć miała (ślepa kura), tę rodzinę przed oczyma, wymądrzała się tak niemalże przez pół godziny, nie dając się w żaden sposób przekonać, że mój syn nie potrzebuje pieniędzy z funduszu alimentacyjnego, gdyż ma na co dzień kochającego go ojca, który dba o niego, jak najlepiej potrafi i zapewnia mu pełne utrzymanie i wychowanie.

Dnia 20 sierpnia 2002 roku Naczelnik Wydziału Alimentów ZUS Oddział w Bydgoszczy Jolanta Sztuba (działająca z upoważnienia samego dyrektora), wydała decyzję, wpływającą negatywnie na dalsze losy rodziny Bartosza, bez posiadania wiedzy na temat tej rodziny, co było brutalną ingerencją, naruszającą tym samym jej dobro.

cis.ZUS.decyzja.s1.jpg (74607 bytes) cis.ZUS.decyzja.s2.jpg (88902 bytes)

Decyzja została wydana na wniosek zainteresowanego, czyli mojej małżonki. Żona wykorzystała fałszujące obraz rzeczywistości dokumenty (wprowadzający w błąd wniosek, niezgodne ze stanem faktycznym oświadczenie o dochodach rodziny) oraz wniosek komornika z poświadczeniem nieprawdy (stwierdzający, że ja nie pracuję, a moja działalność gospodarcza nie przynosi zysków, podczas kiedy było zupełnie na odwrót). Celem jej było wyłudzenie pieniędzy z funduszu alimentacyjnego (a także w późniejszym czasie z opieki społecznej), jaką to okazję stwarzała jej przecież głupota sędzi, chciwość komornika oraz korupcja urzędników administracji publicznej.

cis.zal3aWniosek.ustal.swiadczen.s1.jpg (64847 bytes) cis.zal4aWniosek.ustal.prawa.swiadczen.s2.jpg (120624 bytes) cis.zal5a.oswiadcz.doch.s1.jpg (99477 bytes) cis.zal.6a.oswiadcz.doch.s2.jpg (169168 bytes) cis.zal7a.wniosek.komornika.jpg (83469 bytes)

Samo wydanie decyzji odbyło się z naruszeniem prawa (bazowała ona na fałszywym oświadczeniu mojej małżonki i poświadczeniu nieprawdy przez Hannę Chamier-Gliszczyńską (wówczas jeszcze Gliszczyńską). Hanna Chamier-Gliszczyńska (podobno komornik sądowy) wsławiła się szczególnie w mojej sprawie egzekucyjnej. Jest ona zdecydowanie skuteczna w okradaniu z alimentów małych i bezbronnych dzieci. Ta pazerna na pieniądze, chciwa i bezwzględna kobieta również miała interes w tym, aby środki z funduszu alimentacyjnego dla mojego syna zostały uruchomione. Wiedziała, że się temu sprzeciwię i będzie miała gotowego dłużnika. Hanna Chamier-Gliszczyńska, która do dnia dzisiejszego okrada z alimentów dwójkę moich dzieci, jest całkowicie przeświadczona o bezkarności za to co robi, a są to ewidentne czyny przestępcze.

Wysiłki moje, zmierzające do naprawy sytuacji i do wymuszenia na urzędnikach z ZUS ustalenia stanu faktycznego szły na marne. Zaraz po wydaniu szkodliwej decyzji napisałem do ZUS swoje odwołanie od decyzji, w którym zawarłem wszelkie informacje, potrzebne do podjęcia przez wydział alimentów działań właściwych (przede wszystkim ustalenia stanu faktycznego i zablokowania procederu przed sądem), a zwłaszcza wstrzymania wypłaty środków pieniężnych.

„Niniejszym pragnę odwołać się od Decyzji o przyznaniu świadczeń z funduszu alimentacyjnego, wydanej 20.08.2002r przez Zakład Ubezpieczeń Społecznych Oddział w Bydgoszczy i zaskarżyć Decyzję w całości.

UZASADNIENIE

Decyzja została wydana w oparciu o nieprawdziwe dane. Świadomy obowiązku alimentacyjnego, jaki na mnie ciąży oświadczam, iż w pełni go ponoszę w stosunku do uprawnionych, wobec czego pobieranie środków, pochodzących z funduszu alimentacyjnego, będzie niezasadne i niezgodne z prawem. Ja nie uchylam się od obowiązku alimentacyjnego, wypełniam go całkowicie, z możliwie największą starannością. Osoba domagająca się przyznania alimentów z funduszu (czyli moja żona) chce dodatkowo wyłudzić środki z niego pochodzące, choć nie ma takiej potrzeby i nie ma do tego prawa, gdyż ja wypełniam obowiązek alimentacyjny. Uprawniony Bartosz Ciszewski, mój jedyny i ukochany syn ma wszystko, co mogę mu zapewnić i robię to. Niemalże cały ciężar utrzymania rodziny ciąży na mnie. Sprawa w tej kwestii toczy się w Sądzie Okręgowym w Bydgoszczy (I Wydział Cywilny), a materiały dowodowe i wyjaśniające zawierają akta sprawy I 1C 312/01. Niestety z racji ich obszerności nie przedstawiam ich w załączeniu.

Do zaistniałego stanu faktycznego i negatywnych skutków prawnych wobec mnie doszło z powodu tego, iż nie przewidziałem, że żona posunie się do podania fałszywych i niepełnych danych do sądu, dotyczących wywiązywania się przeze mnie z obowiązku alimentacyjnego. Oświadczam jeszcze raz, iż nigdy się od niego nie uchylałem i nie robię tego. Chcę się z niego wywiązywać nadal (...). Mieszkamy pod jednym dachem, prowadzimy wspólne gospodarstwo domowe, stanowimy naturalną, biologiczną i pełną rodzinę, w której szczęśliwy jest nasz syn (...). Na naszej rodzinie ciążą olbrzymie zobowiązania, wynikające z zakupu mieszkania na kredyt i inne bardzo duże zadłużenia, w których spłacie żona nie chce brać udziału i których ciężar dźwigam sam. Wobec powyższego uważam odwołanie za w pełni uzasadnione i aby nie doszło do bezprawnego wyłudzenia pieniędzy z funduszu alimentacyjnego zastrzegam, aby nie wypłacać środków żonie, gdyż ich później nie zwróci.

Oświadczam, iż nie ponoszę odpowiedzialności, jeśli ZUS Oddział w Bydgoszczy takowe środki wypłaci zgodnie z zaskarżoną decyzją.
Fundusz alimentacyjny niech służy dzieciom, których rodzice uchylają się od obowiązku alimentacyjnego. Ja tego nie robię.”

Odwołanie niniejsze, którego obszerne fragmenty przytoczyłem, przesłałem do ZUS pocztą, w ustawowym terminie 30 dni. Jak zachowali się w tej sytuacji pracownicy Zakładu Ubezpieczeń Społecznych...?

Jeśli ktoś myśli, że Wydział Alimentów (czyli Jolanta Sztuba) wysilił się cokolwiek więcej, aby zbadać stan faktyczny (chodziło przecież o to, czy wypłacać środki socjalne), to jest w poważnym błędzie. Wszystko na co stać było głupiomądrą, zarozumiałą i arogancką naczelnik wydziału Jolantę Sztubę, to przesłanie mi zdawkowego pisma, informującego o tym, że jest prowadzone jakieś (chyba tajne) „postępowanie wyjaśniające z Panią Agnieszką Ciszewską” (czyli moją małżonką, której wiarygodność podważałem). Od tych wyjaśnień Sztuba uzależniała rozpatrzenie mojego „pisma w sprawie odwołania”, jak je określiła, dając mi jedynie możliwość biernego przyglądania się matactwom wnioskodawczyni. Napisałem przecież Sztubie o fałszerstwach, zawartych w dokumentach, a ona, zamiast sprawdzić porządnie fakty, postanowiła podeprzeć się autorytetem fałszerza (ciekawe, czy coś za to wzięła w łapę...). Jakąż ma szansę okradziony człowiek, kiedy daje się wiarę złodziejowi i uniemożliwia ofierze udowodnienie winy tegoż złodzieja...? Wystarczyło przecież wysłać inspektora (których tabuny siedzą w ZUSie, pierdząc w stołki i wypisując cuchnące lenistwem pisemka), aby stwierdził na miejscu, jak jest naprawdę i czy to, co piszę o wspólnym zamieszkiwaniu i wychowywaniu syna jest zgodne ze stanem faktycznym. ZUS scedował jednak całą odpowiedzialność na sąd. Tak zresztą bezpieczniej i formalnie poprawniej, w końcu to sąd jest instytucją powołaną do ustalania faktów. Dlaczego jednak ZUS zabrał w sprawie tej prawdy głos, skoro jej sam nie ustalił i wnioskował w sądzie za podtrzymaniem swojej decyzji, doprawdy nie wiem do dziś. Mogę się jedynie domyślać, że referent prawna ZUS, została tak poinstruowana przez Jolantę Sztubę, aby decyzja nie uległa zmianie. Niewykluczone też, że referent była koleżanką mojej małżonki.

Sąd zalegalizował oczywiście przestępstwa Hanny Chamier-Gliszczyńskiej, poświadczającej nieprawdę we wniosku, a także Jolanty Sztuby i prawnej referentki z ZUS Doroty Głuszczyńskiej, przekraczających uprawnienia i nie dopełniających swoich obowiązków służbowych. Jeśli ktoś odważyłby się zaryzykować inny finał, byłby w moich oczach prorokiem epoki sprawiedliwości, która, w podobno polskich sądach, nie chce niestety nadejść.

Jeszcze zanim otrzymałem wyrok sądu rejonowego, oddalający moje odwołanie (trwało to ponad 2 miesiące (a co... przecież nadprzyrodzeni sędziowie i właściciele prywatnych folwarków sądowych mają czas i to oni ustalają prawa), poprosiłem referentkę, podobno prawną, ZUS w Bydgoszczy o uzasadnienie swojego, tak szkodzącego mi i mojej rodzinie (a w szczególności funduszowi alimentacyjnemu) stanowiska na sprawie sądowej. Przypomnę... Referent ta wnioskowała na posiedzeniu sądu za oddaleniem mojego odwołania od decyzji ZUS!– do tej pory, niestety, nie udało mi się ustalić dlaczego...

„Niniejszym proszę o uzasadnienie wniosku o oddalenie mojego odwołania od decyzji w sądzie.” – pisałem dnia 8 lutego 2003 roku do Wydziału Alimentów ZUS w Bydgoszczy –

„Dnia 5.02.2003r odbyła się sprawa w Sądzie Rejonowym VII Wydziału Pracy i Ubezpieczeń Społecznych, w związku z moim odwołaniem się od Decyzji ZUS, przyznającej mojej żonie Agnieszce Ciszewskiej wypłatę środków z funduszu alimentacyjnego. Uzasadnienie decyzji jest mi znane. ZUS kierował się informacjami, które zebrał w tej sprawie, pochodzącymi od jednej strony konfliktu, nie mając przeciwwskazań pochodzących z innej strony. Ja odwołałem się jednak od Decyzji, które to odwołanie skierowałem poprzez ZUS do Sądu. W odwołaniu ukazałem drugą stronę tej sprawy, w obszernym uzasadnieniu odwołania. Na sprawie ZUS reprezentowała Pani referent prawny, która wnioskowała za oddaleniem mojego odwołania. Jakkolwiek, w związku z uzasadnieniem wydanej przez ZUS decyzji, zwróciłem się do Sądu, w celu wykazania jego wadliwości (chociaż ZUS nie posiadał wcześniej żadnych informacji pochodzących ode mnie – działał „nieświadomie”), tak w związku z uzasadnieniem wniosku o oddalenie mojego odwołania zwracam się bezpośrednio do ZUS, gdyż w moim odwołaniu, skierowanym poprzez ZUS zawarłem już takie informacje, które winny stanowisko ZUS zrewidować i zobligować do zbadania sprawy samodzielnie, zanim podejmie się już wyrażenie stanowiska na sprawie przed Sądem.

Chciałbym znać uzasadnienie wniosku ZUS o oddalenie mojego odwołania, lub otrzymać odpowiedź na pytanie: Na jakiej podstawie ZUS Wydział Alimentów oddalił na sprawie, dn. 5.02.03 moje odwołanie się od Decyzji.

W tym celu przeprowadziłem rozmowy (po sprawie) z Panią referent prawną ZUS oraz Panią Naczelnik Wydziału Alimentów ZUS, lecz odpowiedzi na moje pytanie nie otrzymałem. Nie może być to (jak to wynikałoby z tychże rozmów) pytanie skierowane do Sądu, gdyż to ZUS zna swoje stanowisko i ZUS zna motywacje swojego działania (sąd może wypowiadać się za siebie), gdyż pytam konkretnie o motywację działania w sądzie na moją niekorzyść ZUS, a nie sąd. Sąd w oparciu o to szkodliwe działanie wydaje jedynie wyrok, dlatego tak ważne dla mnie jest to, abym znał pełne uzasadnienie ZUS w sprawie wniosku o oddalenie mojego odwołania się od Decyzji (...).

Żona nie może otrzymywać środków, pochodzących z funduszu alimentacyjnego, gdyż jest to niezgodne z prawem, ponieważ stan faktyczny jest taki, że otrzymuje świadczenia alimentacyjne ode mnie i sprzeczne chociażby z Art.1 Ustawy z dnia 18 lipca 1974r(...).

Proszę o odpowiedź na pytanie: Czy w oświadczeniu o dochodach rodziny wykazane zostały dochody wszystkich członków rodziny (w tym też moich) osoby ubiegającej się o przyznanie świadczeń z funduszu alimentacyjnego, pozostających we wspólnym gospodarstwie domowym?

Ani referent prawny ZUS Dorota Głuszczyńska, ani naczelnik wydziału Jolanta Sztuba nie udzieliły mi rzeczowej odpowiedzi do dnia dzisiejszego, choć wiele razy pytałem i wcale się tego już po tych krętaczkach nie spodziewam.

Tak też oto Wydział Alimentów bydgoskiego oddziału ZUS, kierowany przez, wbijającą gwóźdź do trumny funduszu alimentacyjnego, Jolantę Sztubę, pomógł sobie sądem w przeforsowaniu szkodliwej decyzji, stanowiącej od samego początku efekt procederu przestępczego, w który wmieszali się również (jak na ironię) obsługujący ten fundusz pracownicy ZUS. Kto i ile wziął za to, żeby moja małżonka miała dodatkowe pieniądze na imieniny w restauracjach, imprezy i wojaże, doprawdy nie wiem. Pewnym jest jedynie fakt, że najmniej zależało na interesach funduszu alimentacyjnego samej Naczelnik Wydziału Alimentów Jolancie Sztubie, która przyczyniła się do pogrążenia go w imię niejasnych interesów. Dziwić się zatem nie można, że skoro do zarządzania społecznymi środkami zostali powołani ludzie z potencjalną skłonnością do przestępstw i przekrętów, pieniądze podatników, przeznaczone na opiekę społeczną, były rozkradane i marnotrawione. W tym konkretnym przypadku szefowa wydziału powinna trafić za kratki, a także zbilansować co do grosza funduszowi wszelkie szkody, których się wobec niego dopuściła (to przez takich, jak ona Fundusz Alimentacyjny wkrótce postawiono w stan likwidacji). Powinna też zadośćuczynić tysiącom dzieci alimenciarzy, które w wyniku zlikwidowania funduszu przymierały głodem. W tym samym czasie natomiast, za szkodzenie państwu, Sztuba, czy Głuszczyńska otrzymywały niezłą pensyjkę.

Dnia 5 lutego 2003 roku odbyła się sprawa w sądzie rejonowym w Bydgoszczy w wydziale pracy i ubezpieczeń społecznych, przy ulicy Toruńskiej. Była to właściwie farsa sądowa, a nie poważne posiedzenie, jakiego pozory stwarzała ślepa, jaka stara klacz, podobno sędzia sądu rejonowego z Bydgoszczy, Hanna Koźlińska. Ślepa, ponieważ nie widziała, tego, co jest oczywiste, albo też mająca założone klapki na oczy (jakie się koniom zakłada, kiedy to widzą tylko tyle, na ile im się pozwoli), aby nie musieć widzieć tego, co mogłoby stanąć jej na przeszkodzie w realizacji z góry zamierzonego celu – oddaleniu mojego odwołania, od będącej wynikiem procederu przestępczego, decyzji ZUS. Na sprawie było ogółem 6 kobiet (dwie ławniczki, podobno sędzia z klapkami, protokólantka, referent bezprawna ZUS, a także moja żona) i ja. Przyzwyczajony od czasów licealnych do otoczenia kobiet dałem sobie jednak radę i nie pozwoliłem się wyprowadzić z równowagi. Z racji na skład, była to jedyna moja sprawa sądowa, w której urządzono nade mną istny sabat czarownic. Posiedzenie trwało nie dłużej, jak 5 minut, przynajmniej, tak mi się wydawało. W ciągu tego czasu przewodnicząca sabatu udzieliła mi głosu na tyle, że zdążyłem powiedzieć, że mam dwie ręce do pracy i nie potrzebuję, aby państwo pomagało mi w alimentowaniu syna. To oczywiście była odpowiedź cokolwiek niewygodna. Pani przewodnicząca wolałaby usłyszeć, że nie chce mi się pracować i że mam gdzieś moją rodzinę. To chciałaby usłyszeć, ale przecież powiedziałem zupełnie coś odwrotnego, co nie było jej przecież na rękę, przy z góry zaplanowanym celu, toteż szybko ucięła mój wywód i już więcej o nic mnie nie pytała. Małżonka oczywiście zeznała, że rodziną się nie interesuję, nie łożę na syna, czemu trudno jej się było dziwić, skoro zależało jej, aby wydoić fundusz i wszelkie inne (MOPS, Referat Dodatków Mieszkaniowych) formy państwowej pomocy społecznej. Referent (nies)prawna ZUS mgr (chyba głupoty) Dorota Głuszczyńska, zapytana o stanowisko ZUS w tej sprawie zawnioskowała, aby oddalić moje odwołanie. Dlaczego tak zrobiła (skoro ZUS miał wiarygodne informacje ode mnie o przekręcie, a na dodatek nie sprawdził ich) - do dziś się nie dowiedziałem. Głuszczyńska wraz ze Sztubą wielokrotnie uchylały się od odpowiedzi na moje zapytania w tej kwestii. Podejrzewam niejasne interesy. Być może korupcja, układy kolesiowskie, albo jeszcze inne powiązania. Nie ulega jedynie wątpliwości, że zaistniał fakt zadziałania na szkodę funduszu alimentacyjnego i ZUS, co kwalifikuje się do zbadania przez odpowiednie służby (byle nie przez podobnoprokuratorów z rejonowych folwarków bydgoskich). Hanna Koźlińska, podobno sędzia, dokonała ustaleń na podstawie: nieobiektywnych zeznań małżonki i niezgodnych z prawdą dokumentów żony (wniosku i oświadczenia o dochodach rodziny), przestępczym wniosku podobnokomornik Hanny Chamier-Gliszczyńskiej, zawierającym poświadczenie nieprawdy oraz wniosku referent bezprawnej ZUS Doroty Głuszczyńskiej o oddalenie (z nie zbadanych dotąd przyczyn), mojego odwołania od decyzji nieugiętej Jolanty Sztuby. Koźlińska, jak klakier, przyklasnęła oszustwom Gliszczyńskiej (przecież to ten sam dwór), założyła, jak koń, klapki na oczy, po to, żeby nie widzieć, że postanowienie Izabeli Najdy-Ossowskiej z 20 listopada 2001r jest niewykonalne, sprzeczne w swej treści ze stanem faktycznym i przepisami prawa, a także tego, że wcale nie dotyczyło ono alimentów dla dziecka w kwocie 500zł, a zabezpieczenia potrzeb całej rodziny na czas trwania procesu o rozwód. Legalizując w ten sposób ciąg przestępstw i przekrętów dała przestępcom zielone światło do dalszego działania. Mojego zeznania nie wzięła pod uwagę, wszak byłem na sprawie tylko krową do wydojenia i zagrożeniem dla porządku publicznego na bydgoskim dworze. Sędzia Hanna Koźlińska nie widzi niczego złego w wypłacie pieniędzy z funduszu alimentacyjnego, przy równolegle świadczonej alimentacji przez zobowiązanych. Cóż... To przecież tylko pieniądze społeczne, na które rypie naród g(n)ojów - nie ona, ani dworzanie...

Wyrok wysłany został przez sąd 16 kwietnia 2003 roku. Po cóż mieli się spieszyć dworzanie, skoro nie nalegałem aż tak mocno.

cis.zal.11a.wniosek.uzasad.SO.zwrotka.jpg (93746 bytes) cis.zal.12a.Dorecz.odpisu.wyroku.koperta.jpg (131045 bytes)

Sama pani, podobno sędzia, Hanna Koźlińska smarowała uzasadnienie jeszcze 20 marca 2003r (przynajmniej tak zostałem poinformowany przez panią z sekretariatu, kiedy to poprosiłem o wgląd do akt). Ustawowy termin sporządzenia uzasadnienia to tydzień od dnia złożenia wniosku o sporządzenie takiegoż uzasadnienia (Art.329 k.p.c.). Pani Koźlińskiej wypocenie bezwartościowej treści zabrało jednak 5 tygodni. Mocno się zatem „przejęła” przepisami Kodeksu postępowania cywilnego pani (podobno sędzia), Hanna Koźlińska, skoro 20 marca 2003 roku o godzinie 9tej nadal płodziła, swoje legalizujące przestępstwa, dzieło. Trzeba zważyć, że podobnosędzia ma zawsze czas i wolno takiemu robić, to na co ma ochotę (byleby nie obrzucać błotem swoich kumpli i zwierzchników), gdyż prawo stoi po jego stronie! Tobie g(n)oju nie wolno się jednak spóźnić ze złożeniem pisma nawet o jeden dzień. Pamiętaj więc o tym Polaku, jak będziesz miał do czynienia z podobnosędziami w podobno polskich sądach, gdyż zanim zabiorą się do roboty i cię powieszą, najpierw skrupulatnie obliczą dni. Ich jednak terminy ustawowe z pewnością nie dotyczą, gdyż dworzanie stoją ponad prawem i są nietykalni...

Pierwszy wyrok w mojej 8letniej, jak się później okazało walce z wiatrakami (oszustami w togach, złodziejami kancelaryjnymi i innymi włodarzami prywatnych folwarków sprawiedliwościowych), dodał skrzydeł nie tylko mojej małżonce, ale też ugruntował w przeświadczeniu słuszności działania takie osoby, jak Hannę Chamier-Gliszczyńską, jej rycerza Wojciecha Maciaszka, Dorotę Głuszczyńską, czy Jolantę Sztubę. Namaszczeni przez „sąd” przestępcy mogli zatem nadal bezkarnie okradać głodujące dzieci polskie, ze zniszczonych przez antypolskie sądy, rodzin.

cis.zal.13a.Wyrok05.02.03s1.jpg (81956 bytes) cis.zal.14a.Wyrok05.02.03s2.jpg (142047 bytes) cis.zal.15a.Wyrok05.02.03s3.jpg (175882 bytes) cis.zal.16a.Wyrok05.02.03s4.jpg (91358 bytes)

Sprawa się oczywiście na tym nie kończy. Mamy przecież rok 2008, a złodzieje i oszuści nie siedzą jeszcze w więzieniach. Nie odkrył bym, poza tym, tak licznego i zacnego dworu, na którym miałem zaszczyt poznać jego najjaśniejszych, miłościwie nam panujących, szczodrość to których i łaskawość obdarowania mojej rodziny dodatkowym groszem, jest jednak nie na miejscu. Nie daje się przecież nie ze swojej sakwy, po to jedynie, aby odebrać i to z lichwiarskim procentem. Przesada w skromności, jaka z hojności owej wynika i nie szukania przy tym rozgłosu, nagrodzoną być jednak musi. Dlatego uczynię wszystko, co możliwe, aby sławę zyskali ci, co na nią zasłużyli.

O tym, jak potoczyły się dalsze losy dworzan i z kim jeszcze nas one zetknęły napiszę już Państwu w następnym artykule. Uchylając jednak rąbka tajemnicy zdradzę tylko fakt powszechnie zakłamywany przez propagandę, że tak naprawdę na losie polskich dzieci (które w najrozmaitszy sposób są okradane z alimentów), tym władzom, na PewnO, nie zależy.

Ireneusz Ciszewski

Bydgoszcz - tylko naiwna SSO Izabela Najda-Ossowska i matacząca komornik Hanna Chamier-Gliszczyńska? Sprawa Ireneusza Ciszewskiego cz.1

Bydgoszcz – Tylko naiwna SSO Izabela Najda-Ossowska i matacząca komornik Hanna Chamier-Gliszczyńska. Sprawa Ireneusza Ciszewskiego - cz.2 - czy komornik może okradać…?

Polecam sprawy poruszane w działach:
SĄDY PROKURATURA ADWOKATURA
POLITYKA PRAWO INTERWENCJE - sprawy czytelników

Tematy w dziale dla inteligentnych:
ARTYKUŁY - tematy do przemyślenia z cyklu: POLITYKA - PIENIĄDZ - WŁADZA

"AFERY PRAWA"
Niezależne Czasopismo Internetowe www.aferyprawa.com
redagowane przez dziennikarzy AP i sympatyków z całego świata których celem jest PRAWO, PRAWDA SPRAWIEDLIWOŚĆ DOSTĘP DO INFORMACJI
ORAZ DOBRO CZŁOWIEKA

uwagi i wnioski proszę wysyłać na adres: afery@poczta.fm - Polska
redakcja@aferyprawa.com
Dziękujemy za przysłane teksty opinie i informacje.

WSZYSTKICH INFORMUJĘ ŻE WOLNOŚĆ WYPOWIEDZI I SWOBODA WYRAŻANIA SWOICH POGLĄDÓW JEST ZAGWARANTOWANA ART 54 KONSTYTUCJI RZECZYPOSPOLITEJ POLSKIEJ.

zdzichu

Komentarze internautów:

Komentowanie nie jest już możliwe.