Imieniny:

AferyPrawa.com

Redaktor Zdzisław Raczkowski ujawnia niekompetencje funkcjonariuszy władzy...
http://Jooble.org
Najczęściej czytane:
Najczęściej komentowane:





Pogoda
Money.pl - Kliknij po więcej
15 października 2019
Źródło: MeteoGroup
Polskie prawo czy polskie prawie! Barwy Bezprawia

opublikowano: 26-10-2010

AFERY PRAWA OSZUSTWA SĘDZIÓW I PROKURATORÓW, MATACZENIE W ŚLECTWACH, KORUPCJA W PROKURATURZE, SKORUMPOWANI PROKURATORZY CZARNA LISTA FUNKCJONARIUSZY MATACZENIA W DOCHODZENIACH

Prokuratorzy - czyli miernota intelektualna, odpady prawnicze, śmiecie, najczęściej nieetyczni z zatłuszczonymi mózgami, zwykle niedouczeni funkcjonariusze z wiedzą przedszkolaka i z "bosskimi" ambicjami...

Dokumentujemy tu nieodpowiedzialne zachowania tych często uwstecznionych umysłowo funkcjonariuszy "pseudo-władzy"- którzy posiadają tzw. immunitet od swojej głupoty - czyli brak odpowiedzialności za przekręty i łamanie prawa.

Redakcja czasopisma "AFERY - PRAWA" prosi wszystkich czytelników i redakcje o przysyłanie materiałów o nieetycznym zachowaniu się urzędników państwowych

Archiwum - czyli przekręty i oszustwa prokuratorów w latach 2005-2006.

Zaczynany stale uzupełniany cykl prokuratorskich przekrętów w 2007r. - przykłady debilizmu tych funkcjonariuszy, którzy w teorii maja stać na straży PRAWA a praktycznie są jedną z najbardziej skorumpowaną mafijną grupą władzy.

Ściśle tajna kara dla prokurator, która ukradła majtki - "Nie, bo nie" - mówi Prokuratura Krajowa i nie godzi się na upublicznienie prawomocnego orzeczenia dyscyplinarnego w sprawie prokurator Prokuratury Apelacyjnej w Rzeszowie Anny P Prokuratury Apelacyjnej w Rzeszowie Anny Pałki, która we wrześniu 2005 r. z rzeszowskiego hipermarketu próbowała wynieść majtki i biustonosz warte 100 zł. Nieoficjalnie wiadomo, że pani prokurator została ukarana przeniesieniem do pracy w prokuraturze poza Podkarpaciem - piszą "Super Nowości".

2007-12-10, Akta i dokumenty prokuratorskie wyrzucone na śmietnik przez prokuratora w Częstochowie.
Koło śmietnika znaleziono rozsypane maszynopisy z pieczęciami sądów, prokuratur: protokoły przesłuchań podejrzanych i świadków, jakąś opinię sądowo-psychiatryczną - sterta dokumentów z datami z lat 90. Są w nich nazwiska i adresy oraz zeznania świadków, m.in. molestowanych seksualnie dzieci. Jest też opinia z badań psychiatrycznych (z nazwiskiem, datą urodzenia i adresem) podejrzanego o pedofilię i śmiertelne pobicie kobiety.
Wśród wyrzuconych protokołów znaleźliśmy też dokumenty służbowe prawniczki robiącej przed laty aplikację prokuratorską. Jest pismo z nadrukiem "Prokurator Wojewódzki w Częstochowie" informujące o przyjęciu absolwentki prawa (imię, nazwisko, adres - dom obok śmietnika) na aplikację w prokuraturze rejonowej. Jest zestawienie jej postępów, egzaminów zdawanych przez nią i innych kolegów. Łącznie z informacją o egzaminie poprawkowym jednego z nich.
- To niesamowite - wykrzyknęła prawniczka, gdy do niej zadzwoniliśmy. - Sądziłam, że wszystkie dokumenty związane z aplikacją mam w nowym mieszkaniu. Ale być może jakieś zostały w starym, gdzie mieszka mój mąż.
Zadzwoniliśmy więc do męża, pracownika prokuratury, z pytaniem, czy może on wyrzucił poufne papiery. - Nie pamiętam, żebym to robił - usłyszeliśmy.
- Nasze dokumenty na śmietniku? To niedopuszczalne - zdenerwował się rzecznik częstochowskiej prokuratury Romuald Basiński. - Nie powinny nawet znaleźć się poza murami prokuratury. Natychmiast przystąpimy do zbadania sprawy. Po ustaleniu winnych zostanie wdrożone postępowanie dyscyplinarne i karne.

28.11. Przebicie Wiaterka - skorumpowana krakowska prokuratura nie dopatrzyła się naruszenia prawa przez komendanta krakowskiej straży miejskiej Janusza Wiaterka i jego zastępcę oraz umorzyła postępowania w ich sprawie. Chodziło o przedłożenie przez Wiaterka zaświadczenia o odbyciu szkolenia dla strażników gminnych w gdańskim studium prowadzonym przez policyjne związki zawodowe. Według dwóch byłych funkcjonariuszy krakowskiej SM, którzy zawiadomili prokuraturę, komendant miał je wcześniej wyłudzić. Obaj zarzucali również byłemu szefowi i jego zastępcy nieprawidłowości przy rozliczaniu ryczałtu za używanie własnych samochodów do celów służbowych.
Prokuratura po raz drugi badała te kwestie. Wcześniej odmówiła wszczęcia postępowania, ale po zażaleniu obu byłych podwładnych Wiaterka prokuratura okręgowa uznała, że była to przedwczesna decyzja i nakazała ponowne sprawdzenie wątpliwych kwestii.
Śledczy uznali jednak, że w obu wątkach nie doszło do naruszenia prawa. W przypadku zaświadczenia o ukończeniu podstawowego szkolenia dla strażników krakowscy prokuratorzy powołują się na ustalenia Prokuratury Rejonowej Gdańsk-Oliwa, która szczegółowo badała tę sprawę i uznała, że nie doszło do wyłudzenia dokumentu.
Na korzyść komendanta Wiaterka i jego zastępcy rozstrzygnięto również sprawę ryczałtów. Wątpliwości budziło używanie przez nich innych samochodów niż te wskazane w umowie, jak i rozliczanie przez obu podróży tym samym samochodem. Według prokuratury nie ma nic zdrożnego w tym, że w celach służbowych jeździ się autami należącymi np. krewnych - ważne by nie był to samochód pracodawcy i miały te same parametry. - Taka zmiana nie pociąga negatywnych skutków finansowych dla pracodawcy - podkreśla w uzasadnieniu swojej decyzji prokuratura. Jej zdaniem nic też nie stoi na przeszkodzie, by komendant i jego zastępca zamiennie wykorzystywali ten sam pojazd. Prokuratura przytacza też zeznania samego komendanta i jego zastępcy, którzy oświadczyli, że oddali całą kwotę ryczałtu, gdy pojawiły się wątpliwości co do rozliczeń.

19.11 W marcu spektakularne aresztowanie byłej wiceprezydent Katowic i 1600 zarzutów o niegospodarność i korupcję. Teraz katowicka prokuratura ma kłopot, jak wyjść z tego z twarzą.
Oficjalnie b. wiceprezydent Katowic wciąż jest oskarżana, więc nie wolno publikować jej wizerunku Grażynę S., byłą wiceprezydent Katowic, policja zatrzymała na początku marca tego roku. O 6 rano przewieziono ją na przesłuchanie, noc spędziła w izbie zatrzymań. Siedziała w zimnej celi bez skarpetek i bez środków higienicznych. Informacja o zatrzymaniu Grażyny S. trafiła na czołówki lokalnych gazet i serwisów informacyjnych.
Głośno było o liczbie zarzutów, jaką prokuratorzy jej postawili - aż 1600! Według prokuratury "miała działać na szkodę miasta w celu osiągnięcia korzyści majątkowej" oraz spowodować straty w wysokości 800 tys. zł. Groziło jej do ośmiu lat więzienia.
Zarzuty dotyczyły końca lat 90., kiedy Grażyna S. kierowała miejską spółką Estrada Śląska (dopiero potem została wiceprezydentem Katowic). W Estradzie organizowała imprezy kulturalne i plenerowe. Prokuratorzy twierdzili, że podpisała sama ze sobą oraz z kilkoma zaufanymi pracownikami umowy-zlecenia na wykonanie prac na rzecz Estrady Śląskiej. A zdaniem prokuratury powinni to robić w ramach obowiązków. Chodziło m.in. o rozkładanie krzeseł, przygotowanie sceny, wożenie sprzętu, wieszanie banerów (prokuratura stawiała zarzut do każdej takiej umowy). Według prokuratorów pracownicy Estrady zarobili w ten sposób 800 tys. zł, a sama Grażyna S. aż 142 tys. zł.
Według informacji "Gazety" prokuratura ma teraz duży kłopot ze sprawą Grażyny S., bo trudno udowodnić, że działalność S. wyrządziła miastu szkody. Zgodnie z kodeksem karnym zarzut niegospodarności (art. 296) można przedstawić, jeżeli wysokość szkód przekracza 200 tys. zł. Ale wysokość strat, o której mówiono na początku śledztwa, jest dawno nieaktualna. - Cudem będzie, jeżeli w ogóle uda się je wykazać. Wtedy sprawę trzeba będzie umorzyć lub zmienić zarzut na przestępstwo urzędnicze, polegające na przekroczeniu uprawnień - wyjaśnia nasz informator z Prokuratury Okręgowej w Katowicach. Wtedy S. groziłoby do trzech lat więzienia.
Jak się dowiedzieliśmy, prokuratura ratuje śledztwo w inny sposób. Powołała biegłego z zakresu organizacji pracy. Ma on odpowiedzieć, czy roboty, za które pracownicy Estrady dostawali dodatkowe wynagrodzenie, można było wykonać w ramach obowiązków służbowych.
- Naszym obowiązkiem jest ustalenie rozmiarów szkody i rozwianie wszelkich wątpliwości w tej sprawie - mówi oficjalnie Bogdan Łabuzek, szef Prokuratury Rejonowej w Katowicach. Przyznaje, że dalszy los śledztwa będzie zależał od opinii biegłego. - Dostaniemy ją dopiero w lutym - zapowiada.
Grażyna S. jest na emeryturze, a radni wygasili jej mandat w radzie miasta. Na poczet przyszłej kary prokuratura zajęła jej dwa mieszkania.

16.11. Fundacja Helsińska i warszawski adwokat stawiają prokuratorowi zarzuty nakłaniania do fałszywych zeznań i nadużycia uprawnień.
Sprawa jest precedensowa. - Idzie o atmosferę, która pozwalała prokuratorom w imię walki z przestępczością uznać za mało ważne prawo do obrony - mówi Adam Bodnar, prawnik Fundacji Helsińskiej. Prokuratura odmówiła wszczęcia śledztwa. Wczoraj warszawski sąd uwzględnił zażalenie fundacji i adwokata - śledztwo jednak będzie.
Fundacja zawiadomienie o podejrzeniu popełnienia przestępstwa przez prokuratora Mariusza K. z warszawskiej prokuratury okręgowej złożyła w maju. Sprawa trafiła aż do Płońska, ale tam prokurator poprzestał na przesłuchaniu pokrzywdzonej adwokat, mec. Marity Dybowskiej-Dubois.
Co się zdarzyło wcześniej? Mec. Dybowska broniła studenta Tomasza Z. w drobnej sprawie o wyłudzenia z banków. Prowadzący ją prokurator K. konsekwentnie odmawiał adwokatowi dostępu do akt. Ta coraz częstsza praktyka utrudnia, a często uniemożliwia obronę. Tymczasem Tomasz Z. siedział w areszcie już rok i dziewięć miesięcy. Adwokat walczyła o uchylenie aresztu, ale bez skutku. Mogła być dla prokuratora trudnym przeciwnikiem, bo gdzie mogła, egzekwowała swoje uprawnienia, ostrzegała np., że zgodnie z wyrokiem Trybunału Konstytucyjnego aresztu nie można przedłużać w nieskończoność.
Tak nadszedł 12 kwietnia, gdy prokurator K. przesłuchał Tomasza Z., ale bez udziału adwokata. Tego samego dnia zatrzymany został też ojciec Tomasza Z. i też przesłuchany. Złożył potem pisemne oświadczenie, że prokurator K. nakłaniał go, by zeznał, iż mecenas Dybowska przemyciła do aresztu komórkę i grypsy dla syna. Ojciec nie tylko tej wersji zaprzeczył, ale sam się do przemycenia komórki przyznał.
Mec. Dybowska widzi w tym poważne naruszenie prawa do obrony - w momencie decydującym o winie i karze jej klient został sam na sam z prokuratorem. By udowodnić, że z przemyceniem komórki i grypsów naprawdę nie ma nic wspólnego, poddała się nawet badaniom na wykrywaczu kłamstw.
A co zrobiła prokuratura w Płońsku? Zrobiła notatkę z akt sprawy prowadzonej przez prok. K. i uznała, że przestępstwa nie popełnił. Nie przesłuchała ani jego, ani uczestników zdarzeń. A akt nie pokazała ani fundacji, ani adwokatowi, bo - jak się okazało wczoraj w sądzie - zastrzegł to prokurator K.!
- Manipulowanie przebiegiem śledztwa jest ewidentne - ocenia Maciej Bernatt z Fundacji Helsińskiej. - Odmowa wszczęcia śledztwa wskazywała na to, że prokuratura nic wyjaśnić nie chciała. Sad dostrzegł ten oportunizm i działanie wbrew prawu - dodaje mec. Dybowska.

05-11-2007, Ustawę mającą wymusić szybsze prowadzenie śledztw napisała kobieta, która nie może się doczekać aktu oskarżenia
Ryszard Kalisz, poseł SLD, uważa, że uchwalenie prawa do skargi na przewlekłość działań prokuratury to konieczność. – Prokuratura ma często zebrany materiał dowodowy, ale nie występuje ani z aktem oskarżenia, ani nie umarza sprawy. To narusza prawo obywateli do osądzenia w rozsądnym terminie – podkreśla.
Projekt ustawy zakłada, że prokurator miałby rok na przeprowadzenie śledztwa, a gdy podejrzany jest aresztowany trzy miesiące. Gdyby sąd uznał zasadność skargi, prokuratura płaciłaby odszkodowanie.– Ma to zapobiec tzw. aresztom wydobywczym, gdzie ludzie miesiącami siedzą bez jednego przesłuchania – twierdzi Kalisz.Autorką projektu jest Maria Stańczyk. Do maja zeszłego roku była kierownikiem oddziału administracyjnego Sądu Okręgowego w Świdnicy. Dziś jest zawieszona w prawach urzędnika. Ta wdowa, mająca na utrzymaniu dwóch synów, od półtora roku prosi o akt oskarżenia. Co miesiąc traci ponad 2 tysiące zł pensji. Z projektem ustawy poszła do wałbrzyskiego posła SLD Henryka Gołębiewskiego.
Stańczyk podejrzana jest o udział w tzw. wałbrzyskiej ośmiornicy. Na początku maja 2006 r. zatrzymano ją z ok. setką osób, które miały być zamieszane w sprawę fałszowania dokumentacji medycznej i korupcji m.in. wśród lekarzy, prawników. Stańczyk przez blisko miesiąc była w areszcie. Wkrótce okazało się, że zarzuty sformułowano przede wszystkim na podstawie pomówień oskarżonego lekarza. Prowadzący śledztwo prokurator Krzysztof Schwartz zapewniał, że akty oskarżenia zostaną sporządzone do września 2006 r. Do sądu trafiły jednak po półtora roku. Wśród oskarżonych nie ma Marii Stańczyk. Jak sama twierdzi, zarzuty nie mają oparcia w faktach. Zarzuca się jej, że wręczała w maju 2002 r. łapówkę prof. Waldemarowi Banasiakowi, szefowi kardiologii we wrocławskim szpitalu wojskowym, za operację męża. – Mąż był operowany w marcu, a profesora oczyszczono z pomówień – mówi Stańczyk. Drugi jej zarzut to łapówki za przekazywanie dokumentacji ZUS ustawionemu biegłemu. – Nie miałam takiej możliwości, bo o tym decyduje nie kierownik sekretariatu, lecz przewodniczący wydziału i prokurator Schwartz powinien mieć o tym pojęcie – dodaje kobieta. Twierdzi, że śledczy szukał haków na sędziów ze Świdnicy. – Sugerował, że jak kogoś wskażę, natychmiast uchyli mi areszt.
Kobieta pięciokrotnie zwracała się o uchylenie środków zapobiegawczych. W lutym poskarżyła się do prokuratora krajowego na przewlekłość postępowania. Ale i jego ponaglała kolejnym pismem. Wreszcie pod koniec maja otrzymała odpowiedź. – Mogłam tylko zaciskać zęby z bezsilności – wspomina Stańczyk. – Sąd, policja mają terminy, a prokurator może trzymać ludzi na haczyku w nieskończoność.Poseł Gołębiewski zapewnia, że projekt będzie wniesiony do laski marszałkowskiej jak najszybciej.

28.10. Nowa kombinacja sądowa - zabazgrane akta w prokuraturze? - dowodem nie tylko lekceważenia obowiązków przez funkcjonariuszy, ale i przez sędziów.
Wciąż nie może rozpocząć się proces o plagiat burmistrza Tyczyna Kazimierza S. Jakaś niewidzialna ręka pokreśliła protokoły przesłuchań. Sąd odesłał akta prokuraturze.
Akt oskarżenia w tej sprawie został z prokuratury do sądu wysłany w kwietniu tego roku. W ostatni wtorek odbyło się pierwsze posiedzenie w X Wydziale Grodzkim Sądu Rejonowego w Rzeszowie. Sąd się zebrał jednak tylko po to, by zdecydować o zwrocie akt do prokuratury do postępowania przygotowawczego. Dlaczego tak się stało?
- W protokołach przesłuchań świadków stwierdziliśmy zakreślenia i skreślenia uniemożliwiające jednoznaczną interpretację zeznań.
Skreślenia i zakreślenia są w protokołach zeznań dwóch świadków i biegłego. Sędzia zapewnia, że z wewnętrznej kontroli wynika, że zakreślenia nie powstały w sądzie. - Nie wiem, kto to zrobił. Akta zwróciliśmy do prokuratury celem przedłożenia czytelnych protokołów - słyszymy w sądzie.
- Nie potrafię na razie powiedzieć, kto dokonał tych skreśleń i podkreśleń. Będziemy to sprawdzać i wyciągać konsekwencje. Ale to wszystko jest dziwne, akta leżały w sądzie pół roku i teraz dopiero sąd się zorientował, że zawierają błędy. To powinno wyglądać inaczej. Przed wyznaczeniem rozprawy sąd powinien zapoznać się z aktami i przeprowadzić ich wstępną kontrolę. Przed rozpoczęciem procesu powinno się wezwać prokuraturę do usunięcia ewentualnych błędów w ciągu siedmiu dni - mówi Stanisław Bończak, prokurator rejonowy w Rzeszowie.
Przypomnijmy, burmistrz Tyczyna Kazimierz S. został oskarżony przez prokuraturę o wyłudzenie dyplomu. Były już rektor miejscowej Wyższej Szkoły Społeczno-Gospodarczej Walter Żelazny odkrył, że praca licencjacka S. "Przestrzeń społeczna gminy Tyczyn" jest łudząco podobna do pracy trzech specjalistów w tej tematyce. Jedna z tych osób potwierdziła, że udostępniła S. swoją pracę. Informatycy uczelni porównali obie prace i okazało się, że blisko połowa pracy burmistrza jest identyczna z pracą innego autora. Te podejrzenia w postępowaniu prokuratorskim potwierdził biegły.

24.10. Wpadka prokuratorska? - Przed pruszkowskim sądem stanęła Bożena B., główny świadek prokuratury w procesach o korupcję w Ostrołęce.
Przed sądem stanęło też dwoje pruszkowskich psychiatrów. Według 45-letniej Bożeny B. i prokuratury wzięli łapówki za wydanie opinii, która piekarzowi z Ostrołęki, sprawcy wypadku drogowego, miała pomóc w uniknięciu więzienia. Sprawa była głośna - lekarze blisko rok trzymani byli w areszcie.
Bożena B. jest dla śledczych "cennym źródłem dowodowym" i także trampoliną do kariery. Jednak Sąd Najwyższy odmówił uchylenia immunitetu sędziemu który wziął łapówkę za zawieszenie wykonania kary przestępcy, ponieważ uznał kobietę za niewiarygodną.
Bożena B. latami roztaczała w Ostrołęce famę, że może załatwić w sądzie i u lekarzy wszystko. Skończyło się wyrokiem trzech lat więzienia w sprawie o oszustwa załatwianie na lewo rent. Postanowiła się zemścić, "ujawnić całą prawdę" - podając nazwiska kilku ostrołęckich sędziów, lekarzy i znajomej, kierowniczki sądowego sekretariatu.
W sidła oskarżeń wpadło w sumie ok. 30 osób.
Na 12 osób oskarżonych osiem dobrowolnie poddało się karze, czyli zgodziło na niski, uzgodniony z prokuraturą wyrok. Głowni aferzyści i lekarze oczywiście nie przyznają się do winy podważając wiarygodność Bożeny B.

Zdaniem ostrołęckich sędziów policjanci pracujący nad sprawą posunęli się do sfałszowania opinii kryminalistycznej, a prokurator to zatwierdził i użył w śledztwie. Bo jednym z dowodów jest kaseta z prywatnej rozmowy Barbary B. z kierowniczką sekretariatu. Nagranie spisał biegły ekspert, ale prowadzący śledztwo policjant spisał je na nowo i tam, gdzie biegły niesłyszalne fragmenty wykropkował, wpisał "nazwiska adwokatów, prokuratorów, sędziów". Tak spreparowany protokół - pisze sędzia Ryszard W. do SN - "uznany został za jeden z filarów oskarżenia".
Dalej wymienia: • celowe manipulowanie dowodami (bo prokuratura pominęła świadczące o jego niewinności dokumenty dotyczące toyoty); • powoływanie się na nieistniejące dowody (m.in. karty w aktach, których nie znaleźli sędziowie SN); • wieloletnie inwigilowanie sędziów (o czym świadczyć mają policyjne notatki).
- W okresie ostatnich dwóch lat nie zorientowaliśmy się, że każdy z nas ma swojego oficera prowadzącego i powinniśmy na komendę biec, aby meldować, jaki jest wynik posiedzeń - mówiła z oburzeniem sędzia Piekarska.
Dalsze zarzuty sędziów wobec śledczych: • przekroczenie granic porozumienia organów ścigania z przestępcami (wszyscy pomawiający sędziów mieli z tego korzyści, np. kary w zawieszeniu, uchylane areszty), a funkcjonariusze awanse - np. prokurator z prokuratury rejonowej aż do elitarnego biura do walki ze zorganizowaną przestępczością, jeden z funkcjonariuszy na zastępcę komendanta miejskiego; • stosowanie tzw. aresztów wydobywczych i przecieków do mediów itp.
- W najbliższych dniach złożymy zawiadomienie o przestępstwie - zapowiada Piekarska. Z nazwiska wskazani zostaną dwaj policjanci prowadzący korupcyjne śledztwo, nadzorujący ich prokurator i jego przełożeni.

04.10. Debilizm prokuratorsko - sędziowski - Przeszukania, zabezpieczone ślady zapachowe, opinie biegłych, do tego adwokat z urzędu. Tę całą machinę uruchomiono w sprawie mężczyzny, który z wystawy ukradł napój Frutek warty 1,50 zł.
- Znaczek na list, bym podjął się obrony z urzędu, był droższy niż ten skradziony napój - mówi mec. Wojciech Bergier, obrońca oskarżonego mężczyzny.
Wszystko zaczęło się późnym wieczorem 9 grudnia zeszłego roku. Policyjny patrol zauważył jak 23-letni Wojciech L., bezrobotny mieszkaniec jednej z wiosek w Świętokrzyskiem, rozbija szybę w sklepie w centrum Krakowa i zabiera z wystawy frutka. Sprawca nawet nie zdążył go wypić, gdy wpadł w ręce policjantów.
Mężczyzna tłumaczył policjantom, że kradzieży dokonał z pragnienia. - Bardzo chciało mi się pić. Nie miałem zamiaru brać niczego innego, chciałem się napić - przyznał rozbrajająco. Policjanci jednak przeszukali dom Wojciecha L. O syna pytali też matkę. Na miejscu przestępstwa natomiast zabezpieczyli ślady zapachowe i fizykochemiczne.
Tymczasem dzień po zatrzymaniu Wojciech L. trafił do szpitala psychiatrycznego na obserwację. Spędził tam dwa miesiące. Biegli stwierdzili u niego zaburzenia schizofreniczne. Mimo to w lutym prokurator postanowił przedłużyć dochodzenie o kolejny miesiąc... "ze względu na konieczność uzupełnienia postępowania o niezbędne czynności". Przez ten czas uzyskano z centralnego rejestru karnego informację, że Wojciech L. nie był dotąd karany.
Wreszcie w kwietniu prokuratura skierowała do sądu akt oskarżenia. - Okoliczności przestępstwa nie budzą wątpliwości - stwierdził bez wahania oskarżyciel i za kradzież frutka zażądał dla sprawcy dwóch lat więzienia w zawieszeniu na trzy lata.
Sąd nakazał też sprawdzić poczytalność Wojciecha L. Musiały go przebadać dwa niezależne zespoły lekarzy psychiatrów. Potwierdziły, że "miał zniesioną zdolność pokierowania swoim postępowaniem". Sąd na tej podstawie kilka dni temu umorzył sprawę. "Oskarżony co prawda dokonał włamania, ale jego celem była kradzież jedynie jednej butelki. Nie sposób przyjąć, by czyn cechował się znaczną społeczną szkodliwością" - podkreślił w uzasadnieniu.
Cała sprawa zajęła wymiarowi sprawiedliwości dziewięć miesięcy. Koszty wielokrotnie przekroczyły wartość skradzionego napoju. Za samych biegłych budżet państwa musiał zapłacić kilkaset złotych.

20.09. Krakowska prokuratura wszczęła śledztwo w sprawie szefa Prokuratury Okręgowej w Nowym Sączu i jego zastępcy. Pierwszy miał ponoć kryć swojego podwładnego, którego policja podejrzewała o jazdę po pijanemu.
W sobotę pod Nowym Sączem wpadł do rowu samochód, którym jechał zastępca prokuratora okręgowego w Nowym Sączu Józef Poręba. Nie zgodził się na badanie alkomatem, powołując się na prokuratorski immunitet. Jego szef Zdzisław Bocheński, który przyjechał na miejsce, miał uznać, iż nic nie wskazuje, by jego zastępca znajdował się pod wpływem alkoholu, i nie ma potrzeby badania trzeźwości. Poręba przesłuchiwany w postępowaniu dyscyplinarnym nie przyznał się, że nie był trzeźwy.
Śledztwo w tej sprawie wszczęła wczoraj krakowska prokuratura okręgowa. - Chodzi o przekroczenie uprawnień przez szefa Prokuratury Okręgowej w Nowym Sączu i kierowanie pojazdem pod wpływem alkoholu przez jego zastępcę - powiedziała nam Bogusława Marcinkowska, rzeczniczka krakowskiej prokuratury. Prokurator apelacyjny w Krakowie wystąpi do ministra sprawiedliwości o odwołanie Bocheńskiego i jego zastępcy. Ten ostatni został już zawieszony w czynnościach.

13.09. Kolejny dowód bezmyślności funkcjonariuszy prokuratury.
Od pół roku fiat seicento kupiony w komisie przez Kazimierza K. rdzewieje na policyjnym parkingu. Mężczyzna, choć nie popełnił żadnego przestępstwa, auta może już nie odzyskać, bo śledczy twierdzą, że jest dowodem w procesie. Zrujnowano mi życie. Nie taka powinna być Polska prawa i sprawiedliwości - żali się mieszkaniec podwadowickiej miejscowości. Musi spłacać kredyt na samochód, choć nie ma go od pół roku. Na dodatek bez auta straci pracę. W podobnej sytuacji jest siedem innych rodzin, które kupiły fiaty seicento w podwadowickim autokomisie. Także im zarekwirowano samochody. Pan Kazimierz, rencista, kupił fiata dwa lata temu. Tuż przed świętami wielkanocnymi pod jego dom zajechali policjanci.
- Machnęli mi przed nosem odznakami, pokazali nakaz prokuratorski, że muszą zarekwirować samochód. Nie wiedziałem, o co chodzi - wspomina poszkodowany mężczyzna. Okazało się, że w aucie przed wstawieniem do komisu przebito numery seryjne nadwozia. - Auto dwa razy było na przeglądzie technicznym i nikt ich nie kwestionował - łapie się za głowę pan Kazimierz.
Biegli już pół roku temu skończyli oględziny auta. Do sądu trafił już nawet akt oskarżenia przeciwko człowiekowi, który wstawił do komisu feralne samochody. Mimo to fiat pana Kazimierza wciąż stoi na policyjnym parkingu i zarasta pokrzywami. Pokrzywdzony mężczyzna kilkakrotnie zwracał się do prokuratury i sądu, by do czasu zakończenia sprawy oddano mu chociaż samochód w dozór, żeby mógł spokojnie pracować.
Prokuratura tłumaczy, że auta wydać nie może przed zakończeniem sprawy sądowej.
Nie bierze pod uwagę strat jakie ponosi pechowy właściciel samochodu.

30.08. Minister Zbigniew Ziobro zdymisjonował we wtorek szefa Prokuratury Apelacyjnej w Gdańsku Janusza Kwiatkowskiego bez podania przyczyn.
Trójmiejscy prawnicy nie mają wątpliwości: - Ta dymisja była kwestią czasu. Gdy Kaczmarek poszedł w ministry, na swoje miejsce w Gdańsku wskazał Kwiatkowskiego. Blisko się trzymali. Ziobro walczy teraz z jakimś układem Kaczmarka, więc ten facet idealnie nadawał się do usunięcia.
Kwiatkowski przejął po Kaczmarku śledztwa w sprawie prywatyzacji PZU i głośnej afery kościelnego wydawnictwa Stella Maris. W zeszłym tygodniu rada regionalna PiS zaapelowała do premiera Kaczyńskiego i Ziobry o zbadanie tych śledztw i kilku innych. - Przecież w Gdańsku tak naprawdę nie wsadzono za kratki żadnego dużego polityka, same płotki - komentował pomorski poseł PiS Jacek Kurski. - Nie wiem, czy był jakiś układ, ale trzeba to zbadać.

29.08. Zgubił dokumenty, odpowie za oszustwo Oszustwo zarzuca mieszkańcowi Krakowa prokuratura z wielkopolskich Szamotuł. Tymczasem śledczy z Nowego Sącza ustalili, że mężczyzna prawdopodobnie sam padł ofiarą przestępców, którzy posłużyli się jego kontem do wyłudzenia kilkuset tysięcy złotych. Wójcik miał naciągać ludzi z całej Polski na wpłacanie zaliczek za samochody sprowadzane z Zachodu. Skuszeni zamieszczonymi m.in. w telegazecie i internecie ogłoszeniami, mieli wpłacać pieniądze na jego konto. - Tyle, że ja już dawno o tym koncie zapomniałem - zarzeka się mężczyzna.
Prokuratura nie dała mu wiary i Wójcik na dwa miesiące trafił do aresztu.
Tymczasem sprawa się rozrastała, śledczy ustalali kolejne okoliczności przestępstw, a z prokuratur z całej Polski spływały doniesienia o kolejnych oszukanych. Gdy ich liczba przekroczyła setkę, śledztwo przejęła Prokuratura Okręgowa w Nowym Sączu. O dziwo, jedną z pierwszych decyzji prokuratora z "okręgówki" było... wypuszczenie Wójcika z aresztu. - Zmieniły się okoliczności sprawy - tłumaczy Stanisław Garncarz, naczelnik wydziału śledczego Prokuratury Okręgowej w Nowym Sączu.
Nieoficjalnie "Gazeta" dowiedziała się, że po analizie akt śledczy uznali, iż Wójcik jest niewinny, a prawdziwi oszuści wykorzystali zgubione przez niego dokumenty do przejęcia kontroli nad jego kontem. Do aresztu trafiło kilka osób podejrzanych o zorganizowanie całego procederu.
Wójcik wyszedł na wolność pod koniec stycznia 2007 r., przekonany, że wkrótce jego sprawa się wyjaśni. Okazało się jednak, że prokuratura z Szamotuł nie wysłała, wzorem innych jednostek, doniesienia dotyczącego Wójcika do Nowego Sącza, lecz postanowiła przeprowadzić własne śledztwo. Jego efektem był akt oskarżenia przesłany do sądu w lutym 2007 r. - Zarzuty postawiono w oparciu o zebrany materiał dowodowy. A podejrzany podczas przesłuchania przyznał się do winy - wyjaśnia Paweł Gryziecki, prokurator rejonowy w Szamotułach. Może dlatego prokuratorzy nie sprawdzili nawet billingów Wójcika, ani rzekomo oszukanej przez niego kobiety.
- Przesłuchujący mnie policjant powiedział, że jeśli się przyznam, wyjdę z aresztu. Wiem, że to głupie, ale czekała na mnie żona w zaawansowanej ciąży, więc przyjąłem propozycję - twierdzi Wójcik.
We wrześniu czeka go kolejna rozprawa przed sądem w Szamotułach. Nie stać go na adwokata, więc drży na samą myśl o werdykcie składu sędziowskiego.
Sprawy z Szamotuł oficjalnie nie chce komentować policja ani prokuratura z Nowego Sącza. - Możemy mówić tylko o naszych ustaleniach. A z nich wynika, że z powodu niepopełnienia przestępstwa zarzuty przeciwko Wójcikowi zostaną umorzone - usłyszeliśmy od osoby znającej kulisy śledztwa w Nowym Sączu.

18.08. Szef Prokuratury Rejonowej w Radomiu Mariusz Potera i jego zastępczyni Bogusława Pereta zostali odwołani ze stanowiska.
Radomska prokuratura od grudnia ub.r. badała sprawę zanieczyszczonych fragmentami owadów i ciemnego pyłu strzykawek znalezionych przez pielęgniarkę tamtejszego Szpitala Specjalistycznego. Śledczy zdecydowali przekazać akta do prokuratury w Łodzi, bo tam mieści się siedziba dystrybutora strzykawek. Łódź akta odesłała, argumentując, że sprawa została ujawniona w Radomiu.
Pod koniec lipca prokurator apelacyjny w Lublinie zdecydował o przeniesieniu śledztwa do Prokuratury Okręgowej w Lublinie. Radomskim prokuratorom zarzucił zaniechania i opieszałość w śledztwie, a szefom prokuratury w Radomiu brak właściwego nadzoru.
1 sierpnia o strzykawkach napisał "Dziennik". Przez pół roku ani dyrektor szpitala, ani prokurator nie zawiadomili Urzędu Rejestracji Produktów Leczniczych i nikt nie podjął decyzji, co zrobić z obecną w szpitalach partią strzykawek.

01.08. Korupcja, czy lekceważenie obowiązków urzędników? - potrącona przez auto krakowianka przeszła ciężką operację, od miesięcy jest na rehabilitacji. Nie mogła jednak zeznawać przeciwko kierowcy, bo wszystkie wezwania do niej wysyłano na zły adres. Sprawę umorzono.
Sąd na wniosek prokuratury warunkowo umorzył postępowanie wobec kierowcy. Sprawca miał wpłacić 500 zł nawiązki na jedną z fundacji. Prokuratura twierdzi, że pod uwagę wzięto fakt, iż sprawca nie był pod wpływem alkoholu ani nie przekroczył prędkości. Wyrok pod nieobecność pani Melanii zapadł na jednym posiedzeniu.
- W sądzie odmówiono mi dostępu do akt. Pani prokurator powiedziała mi natomiast, że byłam powiadamiana, ale nie odbierałam korespondencji - mówi krakowianka.
Sęk w tym, że zawiadomienia z prokuratury i sądu zamiast na ulice Kielecką, gdzie mieszka pani Melania, wysyłano na... Kijowską. Przedstawiciele prokuratury i sądu tłumaczą, że adres ten zaczerpnęli z policyjnego protokołu przesłuchania. Tyle że na pierwszej stronie tego samego protokołu, w rubryce "miejsce wykonywania czynności", podała ulicę... Kielecką.... i na innych dokumentach też. Z tego wynika że komuś bardzo zależało żeby poszkodowana nie była zawiadamiana o sprawie.
Idiotycznie tłumaczy się też z błędu funkcjonariusz Piotr Kosmaty, szef Prokuratury Rejonowej Kraków Śródmieście-Wschód, twierdzi, że "w takich postępowaniach jak to wystarczy przesłuchanie na policji". - Jeżeli ta pani chciała być dosłuchana, miała jakieś dodatkowe informacje, mogła sama zgłosić się do prokuratury bądź też złożyć pisemnie wnioski - mówi Kosmaty.
... jak też sędzia Waldemar Żurek, rzecznik krakowskiego sądu: - Nie da się sprawdzić, czy policjantka mylnie wpisała nazwę ulicy, czy też poszkodowana sama omyłkowo podała ją. Skoro protokół wypełniał policjant, to sąd musi mu ufać.
- Chciałam być oskarżycielem posiłkowym, by opowiedzieć, że runęło całe moje życie, ale też odnieść się do zeznań sprawcy. Przez tę sprawę popadłam w długi, bo nie mogę chodzić do pracy. Nikogo to jednak nie obchodzi - mówi bezradna krakowianka.
Czy urzędnicy będą w stanie naprawić swoje błędy? - znając życie i brak odpowiedzialności za głupotę urzędniczą nie oczekiwałbym od nich jakichkolwiek reakcji - wszak nic nie dzieje się bez przyczyny...

28.07. Ukrywanie dokumentów, podżeganie do poświadczenia nieprawdy, niedopełnienie obowiązków - to najłagodniejsze z zarzutów, jakie Prokuratura Okręgowa w Świdnicy postawiła dolnośląskiemu prokuratorowi Arkadiuszowi Lenartowiczowi.
W sumie usłyszał on dwieście zarzutów - żaden inny przestępca tyle nie miał.
Akt oskarżenia trafi niebawem do sądu. Toczą się postępowania dyscyplinarne przeciwko jego przełożonej prokurator Danucie Gorazdowskiej i ich zwierzchnikowi Józefowi Niekrawcowi, byłemu szefowi Prokuratury Okręgowej w Opolu. Lenartowicz zrzekł się immunitetu, Gorazdowska i Niekrawiec mogą go utracić w zależności od wyników postępowania dyscyplinarnego.
Afera goni aferę - tak można podsumować działalność dolnośląskich prokuratur w ostatnich miesiącach. Jednak to nie prokuratorzy: wrocławscy, opolscy, namysłowscy je wykrywają, ale niestety występują jako główni bohaterowie.
Najpierw czterech wrocławskich prokuratorów w różnych sprawach zostało podejrzanych o współpracę z przestępczością zorganizowaną. Później wybuchł skandal związany ze zniszczeniem przez wrocławską prokuraturę firmy "Bestcom". Przedsiębiorstwo upadło w wyniku bezprawnego i bezpodstawnego aresztowania jego właścicieli, a Prokuratura Krajowa po wnikliwej analizie zdymisjonowała prokuratorów zajmujących się tą sprawą. Wkrótce po tym zawieszono w pełnieniu obowiązków szefową prokuratury w Namysłowie prokurator Danutę Gorazdowską i jej podwładnego Arkadiusza Lenartowicza. Wreszcie przed kilkoma tygodniami zdymisjonowano szefa Prokuratury Okręgowej w Opolu - Józefa Niekrawca, któremu zarzuca się poważne niedopełnienie obowiązków w dysponowaniu publicznymi pieniędzmi. Za kadencji Niekrawca z prokuratury wyprowadzono od kilkuset do, być może, nawet kilkunastu tysięcy złotych; dokładna kwota będzie znana po zakończeniu postępowania dyscyplinarnego. Co ciekawe, z osobą prokuratora Niekrawca ściśle wiążą się sprawy prokurator Gorazdowskiej i prokuratora Lenartowicza. Namysłowska placówka, w której pracowali, podlegała kontroli prokuratury opolskiej, na czele której stał Niekrawiec.
- Potwierdzam. Prokurator Arkadiusz L. zrzekł się immunitetu, dzięki czemu mogliśmy przedstawić mu już zarzuty. Usłyszał ich łącznie dwieście - mówi w rozmowie z "Naszym Dziennikiem" prokurator Grzegorz Filipiak z Prokuratury Okręgowej w Świdnicy prowadzący postępowanie karne w sprawie Lenartowicza.
Wśród zarzutów, jakie swojemu koledze z Namysłowa postawili świdniccy prokuratorzy, są m.in.: ukrywanie dokumentów, niedopełnienie obowiązków służbowych, nakłanianie do poświadczenia nieprawdy, ale również takie, które wskazują na to, iż namysłowska prokuratura stała się placówką ochrony dla jednych i szykan dla drugich, tych spoza "układu".
- Pan w swoich artykułach mówi o "prokuratorskiej mafii" na Dolnym Śląsku, to dość poważny zarzut, choć częściowo uzasadniony. Ja bym mówił raczej o pewnej sitwie, która przez lata zdominowała i podporządkowała sobie prokuraturę na Dolnym Śląsku, o układach towarzysko-zawodowych i swoistym przymykaniu oczu na nieprawidłowości - twierdzi nasz informator związany z Ministerstwem Sprawiedliwości.
Jak ustalił "Nasz Dziennik" prokuratorowi aferzyście przedstawiono już zarzuty karne. W liczbie - bagatela - 200 (sic!). Jeżeli sprawa przeciwko prokuratorowi Lenartowiczowi trafi do sądu, a nie ulega wątpliwości, że tak się stanie, dwieście zarzutów, jakie usłyszy namysłowski śledczy w akcie oskarżenia, będzie swoistym rekordem. Rzadko zdarza się, by członkowie zorganizowanych grup przestępczych odpowiedzialni za tak poważne naruszenie prawa, jak handel bronią czy narkotykami, usłyszeli równie dużą liczbę zarzutów, co on.
- Jeżeli okaże się, że istnieją podstawy, sprawa oczywiście zostanie skierowana do sądu w formie aktu oskarżenia. Na razie trwa postępowanie prokuratorskie - twierdzi Grzegorz Filipiak, pełniący obowiązki rzecznik prasowy Prokuratury Okręgowej w Świdnicy.

Akta w domu, bandyci na wolności
Jesienią ubiegłego roku okazało się, że namysłowscy prokuratorzy, wśród nich właśnie Lenartowicz, podlegli Gorazdowskiej, tuszowali poważne śledztwa, ukrywając akta i nie kierując spraw do sądów m.in. w sprawach dealerów narkotykowych. Część z postępowań, jakie uległy przedawnieniu, dotyczyła bliskich i krewnych namysłowskiej elity politycznej związanych z lewicą.
- Zamiast kierować akty oskarżenia do sądu, zanosił akta prowadzonych spraw do domu. W dokumentacji odnotowywał jednak, że są one już załatwione. I czekał, aż się przedawnią - twierdzi nasz informator.
Tak było chociażby w przypadku sprawy zatrzymanej w 2004 roku dużej grupy dilerów narkotykowych. Policjanci prowadzący postępowanie przekazali materiały Lenartowiczowi. Kiedy półtora roku później akt oskarżenia nie trafił do sądu, zainteresowali się sprawą. Pod ich naciskiem otwarto służbową szafę w gabinecie prokuratora. W środku, a później również w jego domu znaleziono masę ukrytych teczek z postępowaniami, które powinny być prowadzone. Jak ustaliliśmy, Lenartowicz ukrył akta dotyczące ponad 300 spraw, głównie z okresu 2003-2005. W rejestrach prokuratury widniały jako umorzone lub jako odesłane do sądu. Takie wpisy zatwierdzała prokurator Gorazdowska.
Część spraw, jakie ukrywał Lenartowicz, dotyczyła szefów miejscowego banku spółdzielczego w Namysłowie: prezesa Zdzisława B., wiceprzewodniczącego rady nadzorczej Zygmunta Z. oraz członka zarządu Ryszarda P. Jak ustaliliśmy, Zygmunt Z. to znany działacz opolskiego PSL, a Ryszard P. - SLD. Dzisiaj, kiedy nie ma już nad nimi parasola ochronnego roztoczonego przez Lenartowicza i Gorazdowską, prezesi w jednej ze spraw oskarżeni zostali o składanie fałszywych zeznań.
Wojciech Wybranowski

28 lipca Nie chciał pozbawić sędziego immunitetu?
Prokurator Emil Melka miał być naciskany przez przełożonych, ale nie w tzw. aferze węglowej - donosi w swoim dzisiejszym wydaniu "Rzeczpospolita", ale - w sprawie katastrofy MTK. Melka prowadził jedno z najważniejszych śledztw w Katowicach: katastrofy budowlanej na terenie Międzynarodowych Targów Katowickich, w której zginęło 65 osób. Ponad rok temu sprzeciwił się decyzji przełożonych i nie zgodził się wystąpić z wnioskiem o odebranie immunitetu sędziemu Leszkowi Guzie z Gliwic, który dwa miesiące przed tragedią w Katowicach orzekał w procesie, jaki MTK wytoczyły firmie ubezpieczeniowej Hestia o odszkodowanie za zniszczony dach - czytamy w dzienniku.
Dach wygiął się w 2002 r. bo nie był odśnieżany. Guza uznał, że MTK nie musiały odśnieżać dachu, bo "nie ma w Polsce takiego zwyczaju". Kilka tygodni później dach runął. Minister Ziobro złożył wniosek o wszczęcie postępowania dyscyplinarnego wobec sędziego. Melka był przeciwny.
- Od Krzysztofa Sieraka, ówczesnego szefa Prokuratury Okręgowej w Katowicach dostał polecenie na piśmie, ale od tej decyzji się odwołał" - opowiada jeden z prokuratorów. Prokurator Tomasz Janeczek podtrzymał stanowisko Sieraka. Dwa miesiące temu lubelski sąd uniewinnił Guzego.

27.07. Prokurator Tomasz Janeczek potajemnie nagrał swojego kolegę po fachu Emila Melkę - czyżby wyłom w tej mafijnej organizacji?
Do stenogramów dotarły "Rzeczpospolita" i "Gazeta Wyborcza".
Po samobójczej śmierci byłej minister budownictwa i posłanki SLD Barbary Blidy którą miano zatrzymać w związku z tak zwaną aferą węglową, pojawiły się sugestie, że przełożeni wywierali na śledczych naciski polityczne. 6 maja "Dziennik" opublikował tekst, w którym sugerował, że prokurator Emil Melka, "wątpiący w winę Blidy, został odsunięty od śledztwa". Melka dochodzenie w sprawie afery węglowej prowadził od marca do listopada 2006 roku i został pozbawiony na nie wpływu pół roku przed śmiercią Barbary Blidy. Była poseł SLD i minister odebrała sobie życie 25 kwietnia.
Jednak po publikacji "Dziennika" prokurator Janeczek wezwał Melkę i poprosił, by napisał oświadczenie dla prasy, czy rzeczywiście były naciski w czasie prowadzonego śledztwa. Wcześniej polecił zainstalowanie urządzenia nagrywającego w gabinecie, w którym miała się odbyć rozmowa.
Melka wzbrania się przed napisaniem oświadczenia. "Przecież wiesz dobrze, że nie (podam) wszystkiego teraz, nie napiszę, tylko kiedyś" - mówi. Dodaje potem: "Ja się mam wypstrykać z nabojów teraz i powystrzelam cały magazynek, i będę do odstrzału później".
Janeczek zapewnia Melkę, że nikt nie chce mu zaszkodzić. "Prosimy o rzetelne napisanie oświadczenia, obejmujące tylko i wyłącznie, tylko i wyłącznie prawdę" - mówi prokurator.
"Rzeczpospolita" cytuje wypowiedź ministra sprawiedliwości Zbigniewa Ziobry, według którego Tomasz Janeczek, pomawiany o polityczne naciski na prokuratorów prowadzących śledztwo w aferze węglowej, miał prawo nagrywać, bo występował w obronie swojego dobrego imienia.
"Gazeta Wyborcza" pokazała stenogram pełnomocnikowi męża Barbary Blidy, mecenasowi Leszkowi Piotrowskiemu. Według niego, "to zapis próby matactwa i świadectwo ordynarnych nacisków". Leszek Piotrowski powiedział, że pokazuje to też atmosferę nieufności i podejrzeń panującą w resorcie sprawiedliwości. Jego zdaniem, prokurator Melka prawdę może powiedzieć tylko w warunkach, które zapewnią mu bezpieczeństwo przed odwetem przełożonych.

24.07. 26-letni Maksymilian G., niedoszły poseł LPR-u obecnej kadencji, za wieszanie plakatów Młodzieży Wszechpolskiej w proteście tzw. "Marszu Tolerancji" (pedałów itp.), został skazany za rozpowszechnianie pornografii na dwa lata pozbawienia wolności w zawieszeniu na pięć lat, 2,2 tys. zł grzywny oraz zwrot kosztów sądowych.
Prokuratura zarzuciła Maksymilianowi G. i jego czterem kolegom (jest wśród nich asystent jednego z europosłów), że 20 kwietnia, w przededniu Marszu Tolerancji, rozpowszechniali na ulicach Krakowa pornografię, naklejając plakaty, na których przedstawiono m.in. seks z udziałem ludzi i zwierząt. W trakcie zatrzymania w samochodzie jednego z uczestników akcji plakatowej znaleziono 114 plakatów, drewnianą pałkę i wiatrówkę. Według prokuratury na plakatach była prezentowana pornografia zwykła i "ostra", za co grozi do ośmiu lat więzienia.
Zatrzymani wyjaśniali, że chcieli w ten sposób ostrzec społeczeństwo przed dewiacjami seksualnymi i zaprotestować przeciwko marszowi. Jak informowała prokuratura, przyznali się do winy. Zapewniali, że ich zachowanie nie było inspirowane przez żadną partię polityczną. Związków takich nie ustalono także w toku postępowania.
... no cóż, w każdym kiosku mamy więcej pornografii niż na tych plakatach, ale wiadomo, że funkcjonariusze prokuratury są bezmyślni, jak roboty wykonują tylko zlecenia...

17.07. Stróże (bez)praw(i)a? Nasz Dzienik Prokuratorzy opolscy za pomocą sfałszowanych faktur wyprowadzali pieniądze z prokuratury, przetrzymywali akta, tuszowali śledztwa...
Odwołany przed kilkoma dniami szef Prokuratury Okręgowej w Opolu prokurator Józef Niekrawiec może niebawem stracić immunitet. Z informacji, do jakich dotarł "Nasz Dziennik", wynika, że Niekrawiec, kierując opolską prokuraturą, akceptował i przyjmował do rozliczenia faktury za usługi, które nigdy nie zostały wykonane. Zlecił m.in. wypłatę pieniędzy za zorganizowanie "spotkania integracyjnego", które nigdy się nie odbyło. W tej sprawie ma zostać niebawem wszczęte postępowanie dyscyplinarne. Takie postępowanie prowadzone jest przeciwko podległej Niekrawcowi prokurator Danucie Gorazdowskiej, podejrzewanej o liczne nieprawidłowości w działaniach prokuratury w Namysłowie.

2007-07-05, Student oskarżony o słowne znieważenie flagi
Czy można słownie znieważyć biało-czerwoną flagę? Tak uważa krakowska prokuratura i oskarża studenta o to, że rzekomo powiedział "gówniana flaga".
Zarzut postawiony studentowi dokładnie brzmi tak: "publiczne znieważenie Flagi Narodowej Polski, w ten sposób, że oskarżony wypowiedział pod jej adresem słowa powszechnie uznane za obelżywe". Młody student jednej z krakowskich uczelni stanie za to w najbliższych dniach przed sądem, bo prokurator skierował już akt oskarżenia przeciwko niemu.
Wszystko zdarzyło się podczas niedawnych juwenaliów. Policjanci z patrolu pilnującego porządku podczas jednego z wieczornych koncertów zauważyli koło Parku Jordana młodego mężczyznę, który - jak opisali potem w notatce - wymachiwał biało-czerwoną flagą. Na ich widok mężczyzna miał rzucić się do ucieczki, ale policjanci zdołali go dogonić. Jak się okazało, 22-letni student był pod wpływem alkoholu.
Sprawa zapewne rozeszłaby się po kościach, gdyby policjant z patrolu nie napisał w raporcie ze zdarzenia: „Nadmieniam, że podczas legitymowania P.G. celowo znieważył flagę narodową Polski, mówiąc, cytuję »gówniana flaga «. Co zrobił z premedytacją” - zaznaczył z naciskiem funkcjonariusz.
Na efekt nie trzeba było czekać. Policja wszczęła postępowanie "o wypowiedzenie pod adresem flagi narodowej słów powszechnie uznanych za obelżywe". Powołano się na artykuł 137 kodeksu karnego mówiący o niszczeniu, znieważaniu bądź celowym usuwaniu znaków państwowych, za co grozi grzywna, ograniczenie bądź nawet pozbawienie wolności do jednego roku.
Niedawno z podobnego powodu problem z prokuraturą miał rysownik "Przekroju" Marek Raczkowski. Podczas audycji w TOK FM wyznał bowiem, że razem ze znajomą artystką wetknął w psie kupy 70 małych biało-czerwonych flag, by zawstydzić właścicieli psów zanieczyszczających warszawskie ulice. Prokuratura po tej audycji wszczęła postępowanie o znieważenie flagi państwowej.
- Z tego widać że idioci w prokuraturze zamiast aferzystami i przekrętami wolą zajmować się gównianymi sprawami - czyli na swoim poziomie intelektualnym...

03.07. Kolejny dowód miernoty prokuratorskiej - Sąd Rejonowy w Opolu aresztował byłego prokuratora Stanisława O. z Wrocławia.
Zarzuty: przyjmowanie łapówek od gangsterów i kontakty z mafią oraz zdradzanie danych świadków incognito.
Stanisławowi O. śledczy zarzucają m.in. przyjęcie 40 tys. zł za udostępnienie podejrzanym o zabójstwo protokołów z przesłuchania świadków incognito, a także 50 tys. za uchylenie aresztu tymczasowego wobec jednego ze współoskarżonych o zabójstwo. Były prokurator miał też obiecać jednemu z oskarżonych, że w sprawie, w której występował jako oskarżyciel, będzie dążył do jego uniewinnienia. Oprócz pieniędzy, miał też przyjmować alkohol, radioodbiorniki samochodowe, perfumy i odzież, a także usługi, np. remonty samochodów. Jest też podejrzany o zlecenie podpalenia samochodu świadka w sprawie, którą prowadził.
Stanisław O. pracował w wydziale V śledczym prokuratury wojewódzkiej, a później prokuratury okręgowej.

18.06. Kolejny dowód debilizmu prokuratorów? - kto napadł na zakopiański hotel Wersal
Sprawa byłej wicemiss Podhala oskarżonej o napad na zakopiański hotel Wersal wraca na wokandę. Sąd odwoławczy uchylił bowiem wyrok skazujący młodą kobietę.
Proces byłej wicemiss rozpocznie się od początku w zakopiańskim sądzie. Sprawa budzi ogromne emocje na Podhalu, bo Klaudia S. jest tam znaną postacią. Taterniczka, modelka, wicemiss Podhala, uczestniczka emitowanego w zeszłym roku przez telewizję publiczną programu "Zdobywcy". Na dodatek niegdyś dyrektor luksusowego hotelu Wersal w Zakopanem, należącego do byłego burmistrza Adama Bachledy-Curusia. O śledztwie i procesie kobiety rozpisywały się media. Tym bardziej, że jej historia to wręcz gotowy scenariusz sensacyjnego filmu.
Dwa lata temu do hotelu Wersal zadzwoniła kobieta. Oświadczyła, że chce wynająć pokój, ale zjawi się skoro świt. Prosiła jednak by otworzyć wejście dla niepełnosprawnych, bo porusza się na wózku inwalidzkim. Recepcjonistka, która otwarła drzwi, ujrzała w nich młodą, wysportowaną - jak zeznała potem - kobietę z kominiarką na twarzy. Pracownica została poturbowana, ze skrytki zginęło 25 tys. zł.
Policjanci, szukając sprawczyni, wytypowali Klaudię S. Była wysportowana, na dodatek pracowała kiedyś w hotelu, z którego odeszła, bo właściciele nie przedłużyli z nią umowy. Wedle policji i prokuratury motywem mogła być więc chęć zemsty. Podczas przeszukania w jej mieszkaniu policjant znalazł w portfelu kartę telefoniczną. To z niej miał dzwonić do hotelu sprawca napadu, zamawiając pokój. W mieszkaniu było też kilkanaście tysięcy złotych, które według policji pochodziły z napadu.
Klaudia S. spędziła w areszcie trzy miesiące. Od początku zaprzeczała swojej winie. Twierdzi, że posądzenie o napad złamało życie jej i rodzinie.
Pod koniec zeszłego roku sąd w Zakopanem skazał ją na dwa lata i 8 miesięcy więzienia. Była wicemiss odwołała się od wyroku.
Kilka dni temu Sąd Okręgowy w Nowym Sączu uchylił wyrok skazujący. W sprawie pojawia się bowiem szereg wątpliwości. Z akt zniknęła karta telefoniczna, jeden z głównych dowodów w sprawie. Nie zachowało się nawet jej zdjęcie. Była wicemiss kwestionuje również sposób, w jaki zostało przeprowadzone okazanie. Jak twierdzi, była sama w pokoju, choć procedury przewidują okazanie w towarzystwie kilku innych osób. Wątpliwości obrony wzbudził też fakt znalezienia przez poszkodowaną kilka dni po napadzie włókien w ranie (miały pochodzić z rękawiczki znalezionej u Klaudii S.). Włókna miały być czarne, tymczasem z policyjnych zdjęć wynika, że są niebieskie.
Klaudia S. po pierwszym wyroku napisała zażalenie na działanie zakopiańskiej policji. Wydział kontroli komendy wojewódzkiej nie dopatrzył się jednak uchybień. Wicemiss poskarżyła się na sposób przeprowadzenia kontroli. Sprawa trafiła do krakowskiej prokuratury, ale ta odmówiła wszczęcia postępowania, gdyż jej zdaniem ocena dowodów zebranych w śledztwie należy do sądu. - Zajmowaliśmy się jedynie kwestią prawidłowości samej kontroli, a nie oceną śledztwa - tłumaczył się idiotycznie Piotr Kosmaty, szef Prokuratury Rejonowej Kraków Śródmieście-Wschód.

15.06. Nie tylko DUPA, ale nawet IDIOTA (od redakcji) - cyrkowy proces za cztery litery - Grzegorz Talarek funkcjonariusza prokuratury z Grójca
Tak działa mafia sądowo - prokuratorska. Za pieniądze podatników, policję, dwie prokuratury, a w końcu sąd zajmie się urażoną godnością przygłupiego funkcjonariusza - sfałszowanego Talarka z Grójca. W tej głupocie wspierają go kolejni prokuratorzy (idioci) - w końcu co jak co ale w tej korporacji bardzo trudno znaleźć inteligentnego i znającego PRAWO funkcjonariusza.
Ta niezwykła historia doczekała się już już nawet felietonów.
Aparat państwa zajmuje się bowiem urazą swego funkcjonariusza z całą powagą, a chodzi tylko o cztery litery. Wczoraj przed warszawskim sądem rejonowym zaczął się proces b. naczelnego "Przekroju" Piotra Najsztuba i reportera Cezarego Łazarewicza. To oni - według prokuratora Talarka i podobnych mu idiotów w togach - winni są znieważenia funkcjonariusza z Grójca. Dziennikarzom grozi wg. tych idiotów do roku więzienia, praca społeczna lub grzywna, tylko że niedouczeni funkcjonariusze powinni znać wyrok TK, gdzie wyraźnie określono, że jak jakiś niedouczony idiota z prokuratury czuje się pomówiony to ma zasrany obowiązek wnieść pozew cywilny do sądu, a nie wykorzystywać społeczeństwo płacące podatki na tych debili dla swojej prywaty.
A było tak. Przed paroma laty prok. Talarek za sprawą głupoty prowadzonych przez siebie śledztw stał się bohaterem - niezbyt pozytywnym i drugoplanowym - wielu tekstów, także "Gazety". Zasłynął m.in. z oskarżenia historyka sztuki Jacka Bochińskiego. Zatopionemu w książkach doktorowi nauk przypisał napad z bronią w ręku w przebraniu policjanta na szosie pod Grójcem. Sprawa skończyła się uniewinnieniem. Państwo zapłaciło już Bochińskiemu odszkodowanie za rok pobytu w areszcie, toczą się jeszcze śledztwa o to, kto podsunął prokuraturze fałszywe dowody w tej sprawie.
- Prokurator został oszukany, jego problem polega na tym, że nie zrobił nic, żeby zweryfikować dowody, nie miał krzty sceptycyzmu, instynktu samozachowawczego, przeciwnie, żądał dla mnie 3,5 roku więzienia - mówił wczoraj przed salą sądową Bochiński.
Historię dwóch śledztw Talarka opisał Łazarewicz. Ktoś w redakcji wpadł na pomysł, by tekst zatytułować "Prokurator poDUPAdły". Cztery litery w tytule zostały wyróżnione. Prokurator Talarek zareagował doniesieniem do prokuratury. - Nie raził go opis na dwie strony jego niekompetencji, ale tytuł, na który nikt chyba nie zwrócił uwagi - mówi Łazarewicz.
Potem było już tylko śmieszniej. Sprawa o znieważenie funkcjonariusza publicznego toczyła się w prokuraturze pod nadzorem wyższych instancji i skończyła oskarżeniem. Okazało się, że słowo "podupadły" podzielić można na "podły" i "dupa". Oba prokurator uznał za znieważające i wysłał do sądu akt oskarżenia.
Sąd "sine ira et studio" przyjrzał się sprawie i pół roku temu ją umorzył. Wziął pod uwagę wyrok Trybunału Konstytucyjnego, który uznał, że ściganie z oskarżenia publicznego, czyli przez prokuratora, za znieważenie funkcjonariusza publicznego w związku z "pełnieniem obowiązków służbowych" godzi w konstytucyjną gwarancję swobody wypowiedzi.
Talarek i prokuratorzy znaleźli na to sposób. Prokuratora wycięła z oskarżenia słowa "w związku z pełnieniem obowiązków służbowych", sprawę zmieniła w oskarżenie prywatne, które objęła ściganiem (publicznym, angażującym w sprawę prokuraturę), powołując się na "interes społeczny".
Jaki? Prokurator (nie przedstawił się) odpowiedział sądowi: - Znieważenie każdej osoby w środkach masowego komunikowania wymaga objęcia ściganiem tego przestępstwa, bo wymaga tego interes społeczny - Czyli masło maślane.
Co o sprawie myśli główny zainteresowany, nie udało nam się dowiedzieć. Prok. Talarek wniósł o jej utajnienie i proces ruszył.
Pięć godzin sąd przesłuchiwał wczoraj grafików, dyrektorów artystycznych, zastępcę naczelnego "Przekroju", językoznawcę z uniwersytetu. - Wszystko kręciło się wokół "dupy", jak od dwóch i pół roku - zdradza Łazarewicz.
Kto wymyślił kalambur z "podupadłym", nie udało się na razie ustalić. Prokurator zażądał więc listy wszystkich dziennikarzy redakcji "Przekroju" z czasów, gdy powstało to słowo.
Cztery litery zapełnią jeszcze wiele stron protokołów i na pewno w wielu mediach będzie o debilach z prokuratury....

2007-06-14 Beger poddała się? - nici z prowokacji - śledztwo umorzone

Warszawska prokuratura umorzyła śledztwo w sprawie rozmów, które ministrowie w kancelarii premiera Adam Lipiński i Wojciech Mojzesowicz prowadzili w 2006 roku z posłanką Samoobrony Renatą Beger. Według prokuratury nie miały one bowiem cech przestępstwa "obietnicy uzyskania korzyści majątkowej".
Prokuratura Okręgowa w Warszawie wszczęła śledztwo po doniesieniu od Beger, która zarzuciła ministrom próbę jej skorumpowania podczas zainspirowanych przez nią rozmów, nagrywanych ukrytą kamerą przez TVN. Rzeczniczka tej prokuratury Katarzyna Szeska wyjaśniła, że śledztwo - wobec "braku znamion czynu zabronionego" - umorzono jeszcze 23 marca tego roku. Postanowienie o umorzeniu śledztwa, którego szczegółów prokuratura nie ujawniła, jest już prawomocne.
Z decyzji prokuratury niezbyt zadowolona jest Renata Beger, która jednak akceptuje postanowienie o umorzeniu śledztwa. W jej mniemaniu była to bowiem korupcja. Jednak aktualnie Samoobrona ściśle współpracuje z PiS i skazanie Lipińskiego żadnej partii nie jest "na rękę". Niestety, od zawsze wiadomo, że postanowienia prokuratorów wynikają z układów, a nie z obowiązującego (tylko plebs) PRAWA :-)

2007-06-02 Pensja dla skorumpowanego prokuratora katowickiego - Jerzy Hop nadal żyje na jałmużnie podatników?

Były skorumpowany prokurator apelacyjny z Katowic - Jerzy Hop nadal nie został wydalony ze służby – to decyzja mafijnego korporacyjnego sądu dyscyplinarnego II instancji. Blondynka uchyliła wcześniejsze orzeczenie, pomimo, że Hop jest oskarżony o wyłudzenie 1,7 mln zł ze śląskich firm. Jerzy Hop pożegnał się ze stanowiskiem na początku 2002 roku, kiedy wyszło na jaw, że wydaje więcej, niż jest w stanie zarobić. Kilka miesięcy później został aresztowany. Przesiedział w celi trzy lata i końcu załatwił sobie wyjście przez układy w tej mafijnej strukturze. Śledczy twierdzą, że namówił ponad 60 firm, by przekazały mu fundusze na zakup sprzętu i materiałów biurowych dla podległych prokuratur. Pieniądze trafiały jednak na jego prywatne konto. Mimo że Hop nie pracuje już jako prokurator, od pięciu lat co miesiąc bierze prokuratorską pensję. To 8 tys. zł brutto. Pobiera połowę, ponieważ został zawieszony w czynnościach służbowych. Pensję prokuratorską mógłby mu zabrać sąd dyscyplinarny, ale w tej mafijnej strukturze obowiązuje prawo - jeden za wszystkich, wszyscy za jednego. Tymczasem przed Sądem Okręgowym w Katowicach niezależnie od dyscyplinarnego, toczy się proces karny Jerzego Hopa. Niewykluczone, że zostanie on zawieszony do czasu prawomocnego orzeczenia sądu dyscyplinarnego - tak działa się w tym skorumpowanym środowisku.

31 maja Upadłość na zlecenie konkurencji RMF FM
"JTT Computer", "Bestcom", "Centrozap" - to tylko część firm, które mogłyby stanowić wizytówkę polskiej przedsiębiorczości w UE. Mogłyby, gdyby nie to, że błędne i nieuprawnione działania prokuratury i fiskusa doprowadziły do ich upadłości - wskazuje "Nasz Dziennik".

Choć wiele wskazuje na to, iż niszcząc polskie przedsiębiorstwa, urzędnicy realizowali zlecenia konkurencji, to nadal pozostają bezkarni. Posłowie zarówno koalicji, jak i opozycji chcą przygotowania projektu ustawy o odpowiedzialności finansowej sędziów, prokuratorów i urzędników skarbowych, aby do takich sytuacji więcej nie dochodziło. Taka ustawa może być czytelnym sygnałem, że rząd, który tak troszczy się o interesy pracownicze, zaczął wreszcie dbać o prawa polskich pracodawców - uznaje gazeta. Ustawa o odpowiedzialności finansowej miałaby obejmować jedynie tych przedstawicieli instytucji państwowych, których działania doprowadziły do upadku przedsiębiorstwa i zostały uznane przez niezawisły sąd za błędne lub pochopne. Projektu ustawy jeszcze nie ma, są jednak zapewnienia parlamentarzystów o woli szybkiego jej przygotowania.


31.05 Ściśle tajna kara dla prokurator, która ukradła majtki
Orzeczenie w sprawie Anny Pałki wydane przez Sąd Dyscyplinarny przy Prokuraturze Krajowej w Warszawie jest już prawomocne, ale dla opinii publicznej nieosiągalne. Uważam, że Anna P. w ciągu ostatnich miesięcy po tym jak ujawnione zostało zdarzenie z września 2005 r., poniosła już wystarczającą karę. Orzeczenie Sądu Dyscyplinarnego też nie jest dla niej łaskawe - stwierdza rzecznik dyscyplinarny przy prokuratorze generalnym, prokurator (blondynka?) Aneta Rafałko i więcej sprawy komentować nie chce. Pilnie strzeżone orzeczenie, to najprawdopodobniej przeniesienie prokurator Anny P. do pracy w prokuraturze poza Podkarpaciem. Jest to jedna z najcięższych kar, jaka może spotkać prokuratora. Sąd Dyscyplinarny ukarał w ten sposób Annę P. za to, co we wrześniu 2005 r,. zdarzyło się w rzeszowskim hipermarkecie E.Leclerc.

Skandal wyszedł na jaw, gdy we wrześniu 2006 r. opisały go media. Od tego czasu pani prokurator przez kilka miesięcy była na
"lewych zwolnieniach lekarskich" (czyt. złodziejka i oszustka żyła na koszt podatnika). Niestety na oszustwa funkcjonariuszy prokuratury nikt nie jest w stanie nic zrobić, a sama skorumpowana sitwa nie potrafi oczyścić się z "czarnych owiec" ośmieszając tą mafijna instytucję.

28.05. Kolejny zboczony prawnik szukał ofiar na czatach
27-letni prawnik z powiatu krośnieńskiego zachęcał w internecie młode dziewczyny do sesji zdjęciowych. Jedna z nich twierdzi, że została przez mężczyznę zgwałcona. Marcin S. został aresztowany na dwa miesiące. Z ustaleń policji w Krośnie wynika, że mężczyzna wchodził na czaty internetowe posługując się pseudonimem "szukamfotomodelek". O sprawie funkcjonariusze dowiedzieli się od matki 16-letniej dziewczyny, mieszkanki powiatu jasielskiego. Kobieta poinformowała policję, że jej córka umówiła się za pośrednictwem internetu na płatną sesję zdjęciową, jaką rzekomo miał jej zrobić w swoim mieszkaniu młody prawnik z powiatu krośnieńskiego. Matka dziewczyny twierdzi, że 27-latek chciał ją wykorzystać seksualnie.
Policja zatrzymała mężczyznę w czwartek rano. Funkcjonariusze zabezpieczyli jego telefon komórkowy i komputer. Dzięki temu policjantom udało się dotrzeć do kolejnych ofiar mężczyzny. Jedna z kobieta zeznała, że została przez Marcina S. zgwałcona.
Krośnieńscy policjanci ustalili, że podejrzany podawał się za przedstawiciela krakowskiej agencji reklamowej, poszukującej młodych, atrakcyjnych modelek. Przed nawiązaniem osobistego kontaktu, prosił nastolatki, by przesłały mu swoje zdjęcia i dopiero wówczas uzgadniał z nimi szczegóły spotkania. Wszystkie kobiety, które padły ofiarą Marcina S. proszone są o kontakt z Komendą Miejską Policji w Krośnie, e-mail: krosno@podkarpacka.policja.gov.pl.

2007-05-21, Kolejny szczyt debilizmu prokuratorów i biegłych dot. wypadku drogowego
Sąd Okręgowy w Rzeszowie skazał Andrzeja D. na sześć lat więzienia za spowodowanie katastrofy drogowej, w której zginęło siedem osób.
Sprawa ciągnęła się blisko sześć lat. Do tragedii doszło we wrześniu 2001 roku na drodze w Wyżnem koło Rzeszowa. Osobowe bmw zderzyło się czołowo z volkswagenem. Na miejscu zginęło siedem osób. Przeżył tylko Andrzej D. jednak zaprzeczał wersji prokuratury jakoby to on kierował bmw. Śledztwo było kilkakrotnie umarzane, ze względu na niemożność ustalenia z całą pewnością, kto był kierowcą. Doszło też do zaniedbań: nie zabezpieczono w sposób właściwy wszystkich dowodów, nie zlecono też sekcji zwłok. Po kolejnych umorzeniach rodziny ofiar składały zażalenia i postępowanie wznawiano. Wobec kilku prokuratorów wyciągnięto konsekwencje służbowe.
Przełom w sprawie nastąpił w 2005 roku kiedy sprawę przejęła Prokuratura Rejonowa w Rzeszowie i zleciła ekshumację zwłok pięciu ofiar. Wyniki pozwoliły na oskarżenie w tej sprawie Andrzeja D. Postawiono mu zarzut spowodowania katastrofy w ruchu lądowym.
Sąd Okręgowy w Rzeszowie skażał go na sześć lat więzienia i zakaz prowadzenia wszelkich pojazdów przez dziesięć lat. Wyrok nie jest prawomocny.
Jest to kara znacznie surowsza od tej, jakiej domagał się prokurator (4 lata więzienia i 6 lat zakazu prowadzenia samochodów). O najwyższy wymiar kary wnosiła oskarżycielka posiłkowa (siostra jednej z ofiar).

W uzasadnieniu wyroku sędzia Edward Kosowski mówił, że kara zaproponowana przez oskarżenie jest zbyt liberalna w obliczu siedmiu ofiar śmiertelnych. Wysokość ogłoszonej kary sąd uzasadnił właśnie liczbą ofiar śmiertelnych, rozmiarami katastrofy oraz brawurą i lekkomyślnością kierowcy.
W czasie procesu oskarżony nie przyznał się do zarzucanego mu czynu i odmówił zarówno składania wyjaśnień i odpowiedzi na pytania. Sąd, uznając oskarżonego winnym, oparł się na ekspertyzach z ekshumacji zwłok i opiniach biegłych, którzy uznali, że to właśnie Andrzej D. najprawdopodobniej był kierowcą.
2007-05-19, Prokuratorzy idioci ciągle szkodzą - nie ma dowodów zbrodni dr. G.
We orzeczeniu Sąd Apelacyjny w Warszawie zmiażdżył argumenty prokuratury, która domagała się przedłużenia aresztu kardiochirurga ze szpitala MSWiA.
Głównym argumentem prokuratury był zarzut zabójstwa, zwłaszcza że dla decyzji o aresztowaniu ważne jest zagrożenie surową karą, a tu w grę wchodziło nawet dożywocie. Najpierw sąd rozprawił się z tym zarzutem.
Sędzia Paweł Rysiński uzasadniał: - Blisko pięciomiesięczne śledztwo nie doprowadziło do dużego uprawdopodobnienia, że podejrzany G. popełnił zbrodnię zabójstwa.
Sędzia Rysiński dodał, że z opinii biegłych - ministra zdrowia prof. Zbigniewa Religi i prof. Andrzeja Bochenka ze Śląskiej Akademii Medycznej - nie wynika nawet, by "w procesie leczenia dopuszczalne ryzyko zostało przekroczone".
Tak padł główny argument prokuratury ujęty w zażaleniu na pierwszą decyzję sądu okręgowego, który 7 maja zamienił lekarzowi areszt na kaucję 350 tys. zł.
O innych zarzutach prokuratury sędzia Rysiński mówił po kolei: "bezzasadne", "chybione" itp.
Sąd skrytykował też Centralne Biuro Antykorupcyjne. Najpierw - powołując się na kwietniową uchwałę Sądu Najwyższego - sędziowie uznali, że ta część tajnych podsłuchów lekarza, która odnosi się do innych zarzutów niż korupcja, "została uzyskana nielegalnie", bo wykracza poza zakres działań CBA.
Uwalniając lekarza, sąd uznał za prawdopodobne zarzuty korupcyjne postawione dr. G. przez prokuraturę, ale wykluczył, że lekarz może dopuścić się matactwa.

2007-05-18, Kolejny dowód prokuratorskiego debilizmu
Motocyklista, który jadąc bez prawa jazdy, śmiertelnie potrącił turystę na szlaku wiodącym w kierunku schroniska na Kudłacze, nie poniesie kary. Prokuratura umorzyła wobec niego postępowanie, bo uznała, że ofiara sama weszła mu pod koła.
- Tę decyzję nie można nazwać inaczej jak skandalem. Każdy człowiek, wchodząc do lasu, winien mieć gwarancję, że nie zostanie tam rozjechany przez pojazd mechaniczny - nie kryje oburzenia mecenas Andrzej Tarnawski reprezentujący rodzinę ofiary. Nie pomogło nawet jego odwołanie do sądu.
- Znowu zwyciężyła bezkarność - mówi rozgoryczona żona potrąconego turysty. 76-letni Wiesław W., inżynier, zapalony podróżnik i filmowiec z Krakowa, był pierwszą ofiarą motocyklistów rozjeżdżających góry. Pod koniec września zeszłego roku, idąc z grupą przyjaciół tzw. czerwoną drogą do schroniska PTTK Kudłacze koło Pcimia, został potrącony przez 25-letniego motocyklistę, który wjechał na szlak. - Nie zatrąbił, usłyszeliśmy go w ostatniej chwili - relacjonuje przyjaciółka ofiary. Motocyklista uderzył w 76-letniego krakowianina. Podróżnik zmarł w krakowskim szpitalu w wyniku uszkodzenia pnia mózgu. Historia opisana przez "Gazetę" wywołała burzę wśród czytelników i miłośników gór.
Tymczasem myślenicka prokuratura po kilkumiesięcznym dochodzeniu sprawę umorzyła. Decydujący dla niej okazał się ruch, jaki wykonał mężczyzna, by ratować przed rozjechaniem psa, który nagle wbiegł na szlak. - Prokuratura mówi o wtargnięciu mojego męża, tymczasem on po prostu wychylił się i został wtedy uderzony w bark - mówi żona ofiary.
Na decyzję myślenickiej prokuratury nie miał też wpływu fakt, że sprawca wjechał na trasę, na której nie powinien się znaleźć, i od trzech lat - jak sam zeznał - jeździł motocyklem bez żadnych uprawnień. "Nie ulega wątpliwości, iż kierujący dopuścił się szeregu wykroczeń drogowych, ale naruszenie żadnego z przepisów nie miało związku z zaistnieniem oraz przebiegiem wypadku i może stanowić jedynie podstawę do osobnego postępowania o wykroczenie" - napisano w uzasadnieniu postanowienia o umorzeniu sprawy.
Radosława Ślusarczyka ze stowarzyszenia Pracownia na rzecz Wszystkich Istot nie dziwi bezkarność zmotoryzowanych wjeżdżających na turystyczne szlaki. - Miałem zdjęcia quadów rozjeżdżających trasy turystyczne, widać było nawet ich tablice. Na policji usłyszałem, że to niska szkodliwość społeczna - mówi. Stowarzyszenie przygotowuje specjalny program monitorujący ten problem. Po wypadku na Kudłaczach z apelem o zmianę przepisów i zaostrzenie sankcji wobec motocyklistów i quadowców rozjeżdżających góry zwróciło się do parlamentarzystów Polskie Towarzystwo Tatrzańskie.

16 maja Lewe kwity dla Lwa Rywina
Jest świadek, który twierdzi, że załatwiał fałszywą opinię lekarską dla skazanego za próbę płatnej protekcji producenta filmowego Lwa Rywina - dowiedziała się "Rzeczpospolita".
Według dziennika, świadek, który zaczął opowiadać o załatwianiu zaświadczeń lekarskich dla Rywina, to podejrzany o płatną protekcję Konrad T. Dzięki jego współpracy CBŚ wpadło na trop prokuratora, który pomagał bandytom unikać więzienia. W marcu policja podjęła akcję wręczenia prokuratorowi Krzysztofowi W. 300 tys. zł kontrolowanej łapówki i dzięki temu trafił za kratki. Konrad T. - mający opinię człowieka, który może załatwić papiery potrzebne do skręcenia sprawy w sądzie bądź prokuraturze - rozpoczął współpracę z policją i podczas kilku przesłuchań złożył sensacyjne wyjaśnienia. Twierdzi, że był pośrednikiem między lekarzami a adwokatem i rodziną Lwa Rywina. W tym czasie obrona prowadziła przed warszawskim sądami batalię z prokuraturą o przedterminowe zwolnienie z więzienia producenta filmowego, skazanego w 2004 r. za próbę wyłudzenia łapówki od Agory - wspomina "Rz". Konrad T. wyjaśnił, że spotkał się z obrońcą Rywina Markiem Małeckim i z synem producenta Marcinem. Miał się zobowiązać, że załatwi z "odpowiednimi lekarzami z Konstancina" opinię lekarską, która umożliwi zwolnienie producenta z więzienia. Podczas przeszukania mieszkania Konrada T. znaleziono dokumenty dotyczące stanu zdrowia Rywina. Pochodziły z kliniki w Konstancinie. Konrad T. ujawnił też rolę aresztowanego prokuratora. Krzysztof W. miał mu tłumaczyć, jak powinna wyglądać dokumentacja stanu zdrowia Rywina, by uzyskać zgodę sądu na jego przedterminowe zwolnienie. Skorumpowany prokurator starał się, by to właśnie jego wysłano na posiedzenie sądu, który o tym decydował.

2007.15.05 Bezpodstawne umorzenia prokuratorów z Chodzieży w sprawie Stokłosy.
Prawie jedna trzecia spraw kierowanych przeciwko Henrykowi Stokłosie do Prokuratury Rejonowej w Chodzieży była bezpodstawnie i przedwcześnie umarzana lub kończyła się odmową wszczęcia postępowania - to wyniki kontroli, jakiej przeprowadzenie w chodzieskiej prokuraturze zlecił zastępca prokuratora generalnego Jerzy Engelking po marcowej publikacji "Naszego Dziennika".
W 6 z 19 takich spraw wykryto poważne uchybienia, a w dwóch przypadkach nakazano natychmiastowe ponowne wszczęcie postępowania. Wszystko wskazuje jednak na to, że chodziescy prokuratorzy, którzy już dawno utracili zaufanie lokalnej społeczności, nie poniosą żadnej odpowiedzialności za swoje błędy.
- Zbadano 27 spraw, w tym 16 zakończonych postanowieniem o umorzeniu postępowania i 11 zakończonych postanowieniem o odmowie wszczęcia postępowania. Wśród tych spraw było 19 zainicjowanych zawiadomieniami dotyczącymi działalności Henryka Stokłosy lub jego współpracowników oraz 8 zawiadomień skierowanych przez Henryka Stokłosę lub jego pełnomocników - poinformowała nas Edyta Żyła z Biura Prasowego Ministerstwa Sprawiedliwości.
W marcu na łamach "Naszego Dziennika" jako pierwsi ujawniliśmy fakt zaskakującej życzliwości chodzieskiej prokuratury rejonowej wobec byłego senatora i lokalnego przedsiębiorcy, obecnie poszukiwanego listem gończym Henryka Stokłosy. Przedstawiliśmy wówczas szeroki opis kilku poważnie wyglądających spraw, którymi lokalna społeczność usiłowała zainteresować wymiar sprawiedliwości w Chodzieży. Jednak w każdym niemal przypadku, gdy sprawa dotyczyła Stokłosy, tamtejsi śledczy odmawiali wszczęcia postępowania lub też czym prędzej, wbrew zebranym dowodom - umarzali je. Mieszkańcy Piły, Kaczor, Śmiłowa uważają, że chodziescy prokuratorzy wykazywali się nadzwyczajną wręcz życzliwością wobec wpływowego "Pana na Śmiłowie".
Po naszej publikacji prokurator Jerzy Engelking, zastępca prokuratora generalnego, wydał postanowienie o przeprowadzeniu kontroli w chodzieskiej prokuraturze rejonowej. Lustracją wszystkich postępowań prowadzonych w Chodzieży, a związanych ze Stokłosą zajęła się Prokuratura Apelacyjna w Poznaniu. Wyniki są szokujące i potwierdzają nasze informacje. Prawie jedna trzecia spraw zgłoszonych w Prokuraturze Rejonowej w Chodzieży była umarzana lub kończyła się odmową wszczęcia postępowania bezpodstawnie i bez wykonania wszystkich wymaganych przepisami czynności.
- Spośród 19 spraw dotyczących Henryka Stokłosy lub jego współpracowników w 6 dopatrzono się uchybień polegających głównie na tym, że postanowienia o umorzeniu nie były trafne lub były co najmniej przedwczesne - stwierdziła Edyta Żyła.
2 kwietnia 2006 roku pracownicy Wojewódzkiej Inspekcji Ochrony Środowiska w Pile chcieli przeprowadzić kontrolę na polach należących do przedsiębiorstwa Farmutil w Śmiłowie, będącego własnością Stokłosy. Sprawa miała związek z sygnałami o znalezieniu w okolicy olbrzymich obszarów, na których nielegalnie zakopano padłe zwierzęta. Ochrona i pracownicy Stokłosy odmówili jednak wpuszczenia kontrolerów na teren zakładu. Powiadomiona o zajściu Prokuratura Rejonowa w Chodzieży umorzyła postępowanie w tej sprawie. W uzasadnieniu decyzji kuriozalnie poinformowała, że Stokłosa miał prawo tak postąpić, ponieważ nie został powiadomiony o terminie i czasie kontroli (sic!). Kontrolerzy z Prokuratury Apelacyjnej w Poznaniu decyzję swoich chodzieskich kolegów uznali za bezpodstawną.
- Nie było trafne umorzenie postępowania w sprawie udaremnienia inspektorom WIOŚ przeprowadzenia kontroli w zakresie ochrony środowiska, gdyż uprawnienia inspektorów do nieskrępowanego wstępu na teren działki mają oparcie w przepisach rangi ustawowej. Dlatego też postępowanie w tej sprawie będzie kontynuowane - poinformowano nas w Ministerstwie Sprawiedliwości.
Wcześniej, w dniach 8-10 sierpnia 2005 roku, kontrolerzy WIOŚ nie otrzymali prawa wstępu na teren przedsiębiorstw należących do Stokłosy. Urzędnicy usłyszeli groźby karalne. Mimo to chodzieska prokuratura dwukrotnie umorzyła postępowanie w tej sprawie. Decyzję o umorzeniu uchylił dopiero Sąd Rejonowy w Chodzieży. Dziś kontrolerzy mówią stanowczo - decyzje o umorzeniu postępowania w tej sprawie były błędne.
Równie bezzasadne zdaniem prokuratorów z Prokuratury Apelacyjnej w Poznaniu było umorzenie przez chodzieskich śledczych postępowania "w sprawie spowodowania na terenie Zelgniewa zniszczeń w znacznych rozmiarach w świecie roślinnym i zwierzęcym poprzez niezgodne z warunkami zezwolenia deszczowania gruntów rolnych ściekami pochodzącymi z Zetpezet sp. z o.o. w Pile i ZPR Farmutil HS".
Bez wykonania podstawowych czynności sprawdzających Prokuratura Rejonowa w Chodzieży umorzyła również postępowanie w sprawie bezprawnego udostępnienia Henrykowi Stokłosie w 2004 roku w Śmiłowie danych osobowych wpisanych na listy uczestników lokalnego referendum w sprawie uchylenia uchwały Rady Gminy Kaczory. Prokurator Engelking w tym przypadku również nakazał wykonanie czynności uzupełniających.
Wyniki kontroli w Prokuraturze Rejonowej w Chodzieży są szokujące. Potwierdzają, że tamtejszy wymiar sprawiedliwości, "chroniąc" Stokłosę, utracił zaufanie społeczne. Jedna trzecia bezprawnie umorzonych postępowań przeciwko wpływowemu przedsiębiorcy, dziś podejrzewanemu o korumpowanie urzędników państwowych, może budzić uzasadnione podejrzenia, czy błędne decyzje prokuratorów rzeczywiście były spowodowane wyłącznie zwykłym, przypadkowym błędem i nieudolnością. Mimo tego prokuratorzy nie poniosą żadnych sankcji. Prokuratura Krajowa nie zgadza się też z twierdzeniem, że postępowania dotyczące Stokłosy i podległych mu pracowników były prowadzone tendencyjnie. I jako dowód przytacza fakt, iż sprawy kierowane przez Stokłosę do tamtejszej prokuratury również kończyły się umorzeniami lub odmową wszczęcia postępowania.

2007.05.04 Śledztwo w sprawie sprzedaży domu staruszków będzie kontynuowane
Państwo Adamczyk z Rząski od lat walczą w sądach o odzyskanie swojego majątku. Ich wielopokoleniowy dom został sprzedany za ich plecami. – W piątek 4 maja prokurator okręgowy po raz kolejny przychylił się do zażalenia Adamczyków i mojego odnośnie kontynuacji śledztwa – cieszy się Robert Trela ze Stowarzyszenia Praworządności i Bezpieczeństwa Publicznego w Krakowie. - Adamczykowie oczekują pomyślnego zakończenia swojej sprawy. Nie tracą nadziei - podkreśla Trela. O sprawie pisałam dwa tygodnie temu.
Państwo Adamczyk z Rząski od lat walczą w sądach o odzyskanie swojego majątku. Ich wielopokoleniowy dom został sprzedany za ich plecami. W wyniku niejednoznacznej interpretacji dokumentów, kupujący Małgorzata i Wiesław B., zamiast części domu, kupili całość i teraz roszczą sobie do niego prawo. Państwu Adamczykom zaoferowali w zamian służebność dożywotnią (staruszkowie mogą mieszkać w domu do śmierci, potem ich część zajmują nabywcy) bez ich wiedzy i zgody. Śledztwo zainicjowane przez Stowarzyszenie Praworządności i Bezpieczeństwa Publicznego w Krakowie trwa od 24 listopada 2004 r. Nadzorowane jest przez Prokuraturę Rejonową Kraków Śródmieście Zachód.
Prokurator Halina Stolińska-Zawadzka raz próbowała umorzyć postępowanie. Niedawno chciała zrobić to po raz drugi, ale pokrzywdzeni Dorota i Jan Adamczyk wnieśli na decyzję zażalenie. Sprawa ich współwłasności ciągnie się w sądach od 11 lat. Toczy się również sprawa o rozgraniczenie przed Sądem Okręgowym w Krakowie Wydział II Cywilny Odwoławczy.

2007-04-20, Media wygrały - warszawski prokurator już w celi
Na nic zdało się szukanie poplecznictwa u kolesiów z branży, na nic "numer na wariata" - łódzki sąd aresztował wczoraj na dwa miesiące stołecznego prokuratora łapówkarza i aferzystę 46-letniego Krzysztofa W.
Ciekawe czy tam będzie dalej dawał dupy :-)
2007-04-05,Prokuratura zabrzańska wyraźnie nudzi się...
Zabrzańska prokuratura rejonowa wszczęła śledztwo w sprawie umieszczenia na portalu Redwatch zdjęcia osób sprzątających cmentarz żydowski.
Na stronie internetowej faszystowskiej organizacji Blood & Honour pokazało się zdjęcie uczniów Zabrzańskiego Centrum Kształcenia Ogólnego i Zawodowego, którzy z nauczycielami posprzątali w ub. roku zabrzański kirkut. Zdjęcie ma nagłówek "zdrajcy rasy". Jednego ucznia, nauczycieli oraz historyka, który troszczy się o zabytki żydowskie, wskazano z nazwiska.
- Postępowanie jest prowadzone pod kątem kierowania gróźb karalnych pod adresem uczniów i nauczycieli. Ustalamy, jak zdjęcia trafiły na stronę, kto się tam logował - mówi szefowa zabrzańskiej prokuratury Alina Skoczyńska. Prezydent Zabrza Małgorzata Mańka-Szulik zamierza zwołać w tej sprawie spotkanie z udziałem policji, straży miejskiej, przedstawicieli szkół i Kościoła.
2007-03-21, Ziobro CBŚ zatrzymało prokuratora Krzysztofa K. z Warszawy za przyjęcie 300tys.zł za uwolnienie Rywina.
Centralne Biuro Śledcze zatrzymało warszawskiego prokuratora Krzysztofa W. po "akcji specjalnej" polegającej na wręczeniu mu 300 tys zł "łapówki" - podał w środę minister sprawiedliwości Zbigniew Ziobro. Poinformował on zarazem, że prokurator został zawieszony w czynnościach, będzie też miał wszczętą sprawę dyscyplinarną.
- Do CBŚ docierały informacje, że warszawski prokurator oferuje swe usługi w "załatwianiu" przerw w karze czy uchylaniu aresztów - powiedział szef MSWiA Janusz Kaczmarek.
Prokuratora zatrzymano we wtorek wieczorem, po tym, jak w ramach operacji specjalnej CBŚ wręczył mu 300 tys zł łapówki w zamian za spowodowanie wypuszczenia na wolność mężczyzny podejrzanego o przestępstwa narkotykowe.
"Łapówkę prokurator przyjął w swoim mieszkaniu i nawet przeliczył pieniądze, bo - jak mówił - "w tych sprawach chce być dokładny" - mówił Kaczmarek. Teraz śledztwo w sprawie korupcji poprowadzi prokuratura - nie ujawniono, która.
Ziobro powiedział, że zatrzymany prokurator pracował w Prokuraturze Okręgowej w Warszawie, a aspirował do Prokuratury Krajowej, jednak nie uzyskał akceptacji. By "podbić swoją cenę" mówił, że może załatwiać sprawy i w prokuraturach i w sądach.
Z jego informacji wynika, że prokurator, który chciał awansu do "krajowej", nie został pozytywnie zaopiniowany przez szefową Prokuratury Apelacyjnej w Warszawie, Marzenę Kowalską. Minister SWiA Janusz Kaczmarek poinformował, że w czasie przeszukania u prokuratora, znaleziono u niego akta jednego z postępowań (nie ujawniono, którego) i kopertę z 10 tys zł.
Z prawa karnego i ustawy o prokuraturze wynika, że prokuratorowi nie można postawić zarzutów, ani tym bardziej występować z wnioskiem o areszt, póki nie zostanie uchylony chroniący go immunitet. Nie wiadomo też, czy zatrzymany prokurator był przesłuchany (jeśli tak, to tylko jako świadek). Ziobro zapowiedział wniosek do prokuratorskiego sądu dyscyplinarnego o uchylenie immunitetu Krzysztofowi W.
2007-03-02, Bezdomny Hubert H. już nie jest już ścigany przez nadgorliwych prokuratorów za pijackie majaczenia.
Prokuratura nie zaskarżyła wyroku sądu, który w grudniu umorzył sprawę bezdomnego Huberta H. oskarżonego o znieważenie prezydenta Lecha Kaczyńskiego.
Warszawski sąd uznał wówczas, że Hubert H. znieważył prezydenta, ale umorzył sprawę, uznając, że "społeczna szkodliwość" jego występku była znikoma, a więcej szkód prezydentowi przyniósł rozgłos sprawy w mediach.
Rok wcześniej na warszawskim Dworcu Centralnym pijany (ponad 2 promile) Hubert H. bluzgnął pod adresem legitymujących go policjantów, braci Kaczyńskich i prezydenta Lecha Kaczyńskiego.
"Zadaniem sądów jest miarkowanie, by czyny błahe oddzielone zostały od poważnych" - mówiła sędzia Anna Ptaszek w uzasadnieniu wyroku. Ważne okazało się także - wyliczała sędzia - że "nietrzeźwa osoba nie mogła naruszyć godności urzędu prezydenta; Hubert H. nie jest autorytetem moralnym, a skuteczność działań prezydenta nie uległa osłabieniu przez jego postępek".
Część prawników uważała, że oskarżenie Huberta H. to wyraz nadgorliwości policji i niekompetencji prokuratorów.
2007-01-30, Ujawnił przestępstwo, stał się podejrzanym
Weterynarz spod Tarnowa pomógł w schwytaniu handlarza sprzedającego padlinę do podsądeckiej rzeźni. W "nagrodę" prokuratura zarzuciła mu przyjęcie 400 zł łapówek od... tegoż handlarza. - Nie chciałem siedzieć cicho, bo nie mogę obojętnie przejść obok zła. Potraktowano mnie więc jak przestępcę - stwierdza z żalem Jan Sobieraj, weterynarz z podtarnowskiego Gromnika. To dzięki jego pomocy policja wpadła na trop afery ze sprzedażą padliny do rzeźni pod Nowym Sączem. Ze śledztwa wynika, że do zakładu w Żeleźnikowej, a później do sklepów w Polsce, Hiszpanii i Włoszech mogło trafić mięso co najmniej 12 zdechłych krów. Jednak oprócz handlarza padliną, właściciela rzeźni i dwóch pracujących u niego weterynarzy prokuratura postawiła zarzuty także panu Janowi. Sobieraj został również zawieszony w prawach lekarza weterynarii.
Sygnały o handlarzach skupujących padlinę i upłynniających ją w okolicznych ubojniach docierały do tarnowskiej policji już dwa lata temu. Mechanizm był prosty - zamiast płacić za utylizację lub leczenie ciężko chorych zwierząt, chłopi dzwonili po zaufanego handlarza, który płacił od ręki ok. 300 zł za sztukę.
Jednak oprócz ogólnych informacji śledczy nie dysponowali żadnymi szczegółowymi informacjami. - Krowy zaczęły znikać z systemu Identyfikacji i Rejestracji Zwierząt [zawiera informacje o każdej sztuce bydła w krajach UE - przyp. red.]. Tylko w ubiegłym roku ponad 20 takich przypadków przekazaliśmy do wyjaśnienia organom ścigania - mówi Jan Grudnik, powiatowy lekarz weterynarii z Tarnowa.
Przełom w śledztwie nastąpił wiosną 2006 r., gdy z policją skontaktował się Jan Sobieraj, weterynarz z podtarnowskiego Gromnika. Mężczyzna podejrzewał, że za wspomnianym procederem stoi Adam K., rolnik z pobliskiej miejscowości. Policjanci postanowili wspólnie z Sobierajem przygotować zasadzkę na handlarza padliną. - Gdy zostałem wezwany do chorej krowy, skontaktowałem się funkcjonariuszami. W uzgodnieniu z nimi podjąłem grę operacyjną. Miałem przeciągnąć sprawę i zasygnalizować, że mogą być problemy z utylizacją. Rolnik sam zadzwonił po Adama K. - opowiada Sobieraj.
Policjanci śledzili handlarza, ale wtedy nie udało im się ustalić, gdzie trafia trefne mięso. Dopiero za trzecim razem akcja zakończyła się sukcesem. Adam K. został zatrzymany, gdy z padłą krową wjechał na teren rzeźni w Żeleźnikowej. Do policyjnej izby zatrzymań trafił również Antoni S., właściciel zakładu.
Handlarz nie trafił do aresztu. Według naszych informacji wniosku policji nie poparła prokuratura. - K. zaraz po wyjściu na wolność objechał powiat i zastraszył rolników, którzy mieli zeznawać w śledztwie. W ciągu jednego dnia załatwił całe postępowanie - zżyma się osoba znająca kulisy śledztwa.
- Wiem, że K. odgrażał się, iż znajdzie na mnie sposób - mówi Jan Sobieraj.
Dwa tygodnie temu w domu weterynarza zjawiła się policja z nakazem stawienia się w tarnowskiej komendzie. - Byłem zszokowany, nie wiedziałem, co się dzieje - mówi Sobieraj. Rano stawił się na policji. Przewieziono go do prokuratora. Usłyszał, że od Adama K. wziął 400 zł (dwa razy po 100 zł i raz 200 zł) za wskazanie padłych krów. Co ciekawe, chodziło o przypadki, w których weterynarz... współpracował z policją! Jeszcze tego samego dnia skonfrontowano go z Adamem K. Według naszych informacji to właśnie zeznania handlarza są głównym dowodem przeciwko Sobierajowi. Zastanawiające jest jednak, że podejrzany nie potrafił wskazać nawet konkretnej daty, kiedy miał wręczyć pieniądze weterynarzowi, ani innych charakterystycznych okoliczności.
- Sprawa jest w toku. Weryfikujemy wersję lekarza, cały czas konfrontujemy zebrany materiał dowodowy - lakonicznie poinformowała nas Bożena Owsiak, rzecznik skorumpowanej Prokuratury Okręgowej w Tarnowie.
2007-01-28, Mafia prokuratorska w Będzinie ukrywała akta i kradła pieniądze?
Co najmniej 60 osób uniknęło kary za popełnione przestępstwa, bo prokuratorzy z Będzina ukrywali akta ich spraw. Nie wiadomo też, co się stało się z wpłaconymi przez podejrzanych kaucjami, które nie trafiły na konto sądu.
Sześć lat temu Tadeusz N. z Będzina otrzymał w banku kilkanaście tysięcy złotych kredytu. Nie spłacił ani jednej raty, bo pożyczkę dostał na podstawie sfałszowanych dokumentów. Będzińska prokuratura oskarżyła go o wyłudzenie. Grozi za to pięć lat więzienia. Mężczyzna do dzisiaj nie został jednak ukarany. Nie stanął nawet przed sądem.
Jak to możliwe? Okazało się, że akta jego sprawy przez te wszystkie lata przeleżały schowane w prokuraturze w Będzinie. Odkryto je kilka tygodni temu, podczas kontroli przeprowadzonej na polecenie Prokuratury Okręgowej w Katowicach. Wszczęto ją po tym, jak w Pszczynie w pokojach tamtejszych śledczych znaleziono akta ponad 200 spraw, które nigdy nie trafiły do sądu. Z informacji "Gazety" wynika, że w prokuraturze w Będzinie uprawiano podobny proceder.
- Wiemy już, że co najmniej 60 prowadzonych tam postępowań nie znalazło finału przed sądem - potwierdza prokurator Tomasz Tadla, rzecznik prasowy Prokuratury Okręgowej w Katowicach. Nie chciał jednak mówić o szczegółach sprawy. - Kontrola jeszcze trwa - tłumaczył.
Z naszych informacji wynika, że śledczy pisali akty oskarżenia przeciwko przestępcom, ale z powodu formalnych błędów sąd od razu zwracał je do uzupełnienia. Poprawkami już nikt nie zawracał sobie głowy. Dokumenty trafiały do szuflad lub kartonów i wynoszono je do piwnicy. Tam pokrywał je kurz.
Taki sam los spotykał teczki zawierające dowody zebrane przeciwko podejrzanym i protokoły przesłuchań świadków. Przez lata kierownictwo będzińskiej prokuratury zapewniało przełożonych, że ukryte sprawy toczą się przed sądem. Część z nich dawno się jednak przedawniła. W takim wypadku winnych nie będzie już można skazać.
- To było przestępstwo doskonałe, bo w rejestrach prokuratury te akta figurowały jako wysłane do sądu, a oskarżeni nie upominali się, że nie są skazywani - tłumaczy osoba znająca kulisy sprawy.
Nieoficjalnie dowiedzieliśmy się, że w trwający aż dziesięć lat proceder zamieszanych było co najmniej czterech prokuratorów oraz trzy sekretarki. Dwaj śledczy zostali już zawieszeni w czynnościach służbowych. Jeden z nich wpadł w depresję i kilkanaście dni temu popełnił samobójstwo.
W najbliższych dniach zostanie wszczęte śledztwo w sprawie utrudniania przez nich postępowań karnych, niedopełnienia obowiązków i poświadczenia nieprawdy w dokumentach.
W aferze w będzińskiej prokuraturze pojawił się także wątek finansowy. Okazało się bowiem, że zaginęły pieniądze wpłacane przez zatrzymanych przestępców jako kaucje. Kontrolerzy odkryli, że nie przelano ich na konto sądu. Jeszcze nie wiadomo, co się z nimi stało i o jaką kwotę w sumie chodzi. Na razie nie ma dowodów, że zostały skradzione, może w dalszym ciągu znajdują się na koncie prokuratury.
- Pewność będziemy mieli po pełnej analizie dokumentacji finansowej, w której panował taki sam bałagan, jak w rejestrze spraw wysłanych do sądu - tłumaczy nasz informator.
2007-01-13, Rywin utrącił prokuratora?
Naczelnik wydziału sądowego warszawskiej prokuratury okręgowej Wiesław Kwiatkowski stracił funkcję, bo nie sprzeciwił się w sądzie wnioskowi Lwa Rywina o zgodę na wyjazd za granicę.
W listopadzie Lew Rywin został zwolniony warunkowo z odbywania reszty kary (11 miesięcy z orzeczonych dwóch lat) za pomoc w płatnej protekcji na szkodę Agory. Jednym z warunków był "zakaz opuszczania miejsca pobytu". Ale 29 grudnia sąd na wniosek Rywina dał mu zgodę na wyjazd do USA (na ślub, dla poratowania zdrowia i w interesach). Kurator Rywina się temu nie sprzeciwił. Podobnie prokurator Kwiatkowski. - Nie było ku temu prawnych podstaw - usłyszeliśmy ze źródeł zbliżonych do prokuratury.
Wczoraj prokurator został jednak odwołany. Dlaczego? Nie uzgodnił decyzji z przełożonymi, nie wiedzieli oni o takim posiedzeniu, a gdy już się dowiedzieli, było za późno na zażalenie decyzji sądu. - Przełożeni prokuratora analizują też, czy są podstawy do wszczęcia przeciw niemu postępowania dyscyplinarnego - powiedział wczoraj PAP zastępca prokuratora generalnego Jerzy Engelking.
2007-01-10, Anna Pałka - była już szefowa Prokuratury Apelacyjnej w Rzeszowie dyscyplinarnie ukarana za kradzież w hipermarkecie.
Anna Pałka, która rok temu miała ukraść z hipermarketu stringi, została jak każdy prokurator w tej mafijnej organizacji ukarana tylko pozornie - czyli dyscyplinarnie.
Tu należy jeszcze podkreślić, że od września 2006 funkcjonariuszka przebywa na "lewych" zwolnieniach lekarskim i tym faktem (wyłudzenia kasy) powinien przede wszystkim zająć się rzecznik dyscyplinarny, ponieważ mamy tu już oszustwo na kilkadziesiąt tysięcy złotych kosztem podatników.
Jak na razie jej przewinienie dyscyplinarne tłumaczy się faktem, że czyn zarzucony pani prokurator ma charakter wykroczenia, a nie przestępstwa. Przepisy mówią, że immunitet prokuratorski nie może być uchylony w sprawie o wykroczenie.
Sprawa odwołania P. zbiegła się w czasie ze śledztwem, jakie wszczęła Prokuratura Okręgowa w Łodzi. Chodzi o niedopełnienie obowiązków służbowych przez dwóch policjantów z Komendy Miejskiej Policji w Rzeszowie, którzy zostali wezwani przez ochroniarzy z hipermarketu. Policjanci spisali wtedy jedynie notatkę i nie nadali sprawie biegu.
2007-01-03, Rzeszowska prokuratura apelacyjna sprawdzi okręgową w Przemyslu, czy nie popełniła błędu Rzeszowska apelacja sprawdzi, czy Prokuratura Okręgowa w Przemyślu, która zarzucała jarosławskim policjantom nakłanianie celnika do fałszywych zeznań, nie popełniła błędów.
Zarzuty przedstawione policjantom z Jarosławia odrzuciły sądy: rejonowy w Jarosławiu i okręgowy w Przemyślu. Według opinii obu sądów prokuratura nie zgromadziła żadnych dowodów obciążających policjantów Waldemara W. i Pawła M. z sekcji do walki z przestępczością gospodarczą jarosławskiej policji i ich szefa Romana K. Policjanci wrócili już do pracy, a ich szef przeszedł na emeryturę.
Prokuratura Okręgowa w Przemyślu oskarżała ich o to, że nakłaniali celnika z Korczowej do składania fałszywych zeznań w sprawie korupcyjnej.
Przemyska prokuratura zapowiada wniesienie kasacji od prawomocnego wyroku Sądu Okręgowego w Przemyślu. Tymczasem Prokuratura Apelacyjna w Rzeszowie zamierza sprawdzić, czy przemyscy prokuratorzy nie popełnili błędu. - Oba sądy stwierdziły jednoznacznie, że nie było żadnych dowodów przeciwko policjantom. Bywa tak, że ocena prokuratury różni się od oceny sądu, ale zastanawiające jest to, że nie ma żadnych dowodów w sprawie. Wyroku sądu nie oceniamy, ale jeśli jest takie kategoryczne stwierdzenie, to musimy to sprawdzić - mówi Jan Łyszczek z rzeszowskiej apelacji.

Kolejne strony dokumentują stale uzupełniane cykle nieodpowiedzialnego zachowania się funkcjonariuszy władzy i urzędników państwowych:
Sędziowie - oszuści. W tym dziale przedstawiamy medialne dowody łamania prawa przez sędziów - czyli oszustwa "boskich sędziów". Udowodnione naruszania procedury sądowej, zastraszania świadków, stosowania pozaproceduralnych nacisków na poszkodowanych i inne ich nieetyczne zachowania. Czas spuścić ich "z nieba na ziemię" :-)
Prokuratorzy - czyli tzw. "odpady prawnicze", śmiecie, najczęściej nieetyczni i nie dokształceni funkcjonariusze władzy. Aktualizacja na rok 2007.
Prokuratorzy do zwolnienia od razu - ARCHIWUM - 2006r
SKORUMPOWANI SĘDZIOWIE I PROKURATORZY - czyli nie tylko pijackie wpadki
"boskiej władzy" , którzy w końcu spadli na ziemię...:-)

Adwokaci - czyli mecenasi chałtury prawniczej, a tak naprawdę to jedyni usługodawcy którzy nie ponoszą odpowiedzialności za odstawiane fuszerki typowi pasożyci społeczeństwa
Oszustwa polityków - przekręty i wpadki znanych "mniej lub więcej" polityków, czyli urzędników państwowych oszukujących i pasożytujących na narodzie - stale uzupełniany cykl: POLITYKA WłADZA PIENIąDZ
Policyjne afery 2007 - handel tajnymi informacjami ze śledztw, narkotykami, wymuszenia policyjne, pijani policjanci, policjanci terroryzujący własną rodzinę i świadków... - słowem "psie przękręty".
oszustwa komornicze - pasożytów społeczeństwa, często typowych chamów i nieuków, którzy oszukują właścicieli firm, poszkodowanych i wierzycieli oraz w dupie mają obowiązujące PRAWO
Urzędnicy państwowi i ich matactwa 2007 - dokumentujemy tu oszustwa urzędników państwowych takich jak: polityk, wójt, starosta, burmistrz, prezydent, rzecznik - wszelkich kombinatorów na których utrzymanie pracujące całe społeczeństwo, a którzy swoje publiczne stanowisko wykorzystują dla swojej prywaty i zysku.
UDOKUMENTOWANE FAKTY POMYŁEK LEKARSKICH
Psychiatryczne przekręty pseudo-biegłych udających lekarzy - aktualny stale uzupełniany cykl przedstawiający typowych schizofreników, decydujących o zdrowiu i majątkach ludzi, którzy bez wiedzy za to za kasę wydają opinie niezgodne z prawdą i nie mające nic z fachowością...
Aferzyści - czyli wszelkiej maści kombinatorzy grający rolę biznesmenów, politycy mający dojście do tajnych informacji i wiedzy
Media manipulują, osądzają i są sądzone - wpadki sądowe, wyroki skazujące na dziennikarzy za nierzetelność, pomówienie, wprowadzenie w błąd społeczeństwa.
Poseł to ma klawe życie :-)

Krytyka wyroków sądowych nie jest godzeniem w niezawisłość sędziowską. Nadmiar prawa prowadzi do patologii w zarządzaniu państwem - Profesor Bronisław Ziemianin
Strasburg - wyroki Trybunału - ukarana Polska i polskie sądy za wydane wyroki naruszające prawo - efekty skorumpowania polskich sędziów.

Polecam sprawy poruszane w działach:
SĄDY PROKURATURA ADWOKATURA
POLITYKA PRAWO INTERWENCJE - sprawy czytelników

Tematy w dziale dla inteligentnych:
ARTYKUŁY - tematy do przemyślenia z cyklu: POLITYKA - PIENIĄDZ - WŁADZA

"AFERY PRAWA" - Niezależne Czasopismo Internetowe www.aferyprawa.com
Stowarzyszenia Ochrony Praw Obywatelskich
Zespół redakcyjny: Zdzisław Raczkowski, Witold Ligezowski, Małgorzata Madziar, Krzysztof Maciąg, Zygfryd Wilk, Bogdan Goczyński, Zygmunt Jan Prusiński oraz wielu sympatyków SOPO

uwagi i wnioski proszę wysyłać na adres: afery@poczta.fm
redakcja@aferyprawa.com
Dziękujemy za przysłane teksty opinie i informacje.

WSZYSTKICH INFORMUJĘ ŻE WOLNOŚĆ WYPOWIEDZI I SWOBODA WYRAŻANIA SWOICH POGLĄDÓW JEST ZAGWARANTOWANA ART 54 KONSTYTUCJI RZECZYPOSPOLITEJ POLSKIEJ.

zdzichu

Komentarze internautów:

Komentowanie nie jest już możliwe.