Imieniny:

AferyPrawa.com

Redaktor Zdzisław Raczkowski ujawnia niekompetencje funkcjonariuszy władzy...
http://Jooble.org
Najczęściej czytane:
Najczęściej komentowane:





Pogoda
Money.pl - Kliknij po więcej
17 września 2019
Źródło: MeteoGroup
Polskie prawo czy polskie prawie! Barwy Bezprawia

opublikowano: 26-10-2010

AFERY PRAWA PLATFORMA OBŁUDNIKÓW BŁAZNY Z PO

PO - Platforma Obłudników... i błaznów.

Przytaczane przeze mnie wypowiedzi czy fragmenty życiorysów czołowych platformersów są wymowną ilustracją podstawowych cech ludzi PO: skłonności do postawy kameleona, hipokryzji i obłudy.


W tekście tym zawarłem wiele szokujących dawniejszych wyznań polityków Platformy Obywatelskiej. Przytaczane przeze mnie wypowiedzi czy fragmenty życiorysów czołowych platformersów są wymowną ilustracją podstawowych cech ludzi PO: skłonności do postawy kameleona, hipokryzji i obłudy, ciągłego przebierania się w nowe szatki polityczne, w zależności od koniunktury, by przypomnieć choćby ataki furii, z jaką jeden z dzisiejszych liderów PO Stefan Niesiołowski dokładał partii w 2001 r., starannie i pracowicie mieszając ją z błotem, czy mało eleganckie wyznanie Jana Rokity z 2000 r.: "Chamem jestem generalnie". Chcę przypomnieć różne przemilczane dziś fakty, gdyż zbyt często nasi politycy żerują na braku pamięci o wielu sprawach, przez lata pomijanych w najgłośniejszych "przekaziorach". Tak robili przez wiele lat postkomuniści, starając się maksymalnie przesłonić swoje wyczyny w PRL-u, i tak robią dziś "przebierańcy" z PO, dążąc do zapomnienia ich "wyczynów" w Unii Demokratycznej, Kongresie Liberalno-Demokratycznym, Unii Wolności. Gros dziennikarzy, zwłaszcza z liberalnych mediów, nader chętnie zapomina słabości i przekręty swych lewicowo-liberalnych idoli. Tym bardziej więc jestem wdzięczny "Naszemu Dziennikowi" za możliwość przypomnienia wielkiej porcji faktów, częstokroć świadomie przemilczanych. Mam nadzieję, że mój tekst jeszcze bardziej pomoże w uprzytomnieniu sobie przez nas wszystkich, jakim szczęściem stało się dla Polski uratowanie jej przed rządami PO i Donalda Tuska. Możemy dzięki temu rozpocząć nowy rok w atmosferze wielkich nadziei, w skali niespotykanej od czerwca 1989 r. Obyśmy nie zmarnowali tych nowych szans! Donald Wiarołomca W "Naszym Dzienniku" z 18 października 2005 r. pisałem już o rozlicznych przykładach kłamliwości Donalda Tuska. Od tego czasu wyszła jednak na jaw historia jego świeżego, szczególnie niegodziwego wiarołomstwa, popełnionego wobec własnego kolegi, współprzywódcy PO - Jana Rokity. Okazało się, że Tusk oszukał go z zimną krwią, robiąc to wyjątkowo cynicznie. Poszło o dobór kandydatów na listy wyborcze. Rokita, obciążony pracami programowymi, naiwnie zgodził się, żeby cały ostateczny kształt listy wyborczej kandydatów PO do Sejmu i Senatu ustalił Tusk. Z jednym tylko zasadniczym warunkiem: żeby przestrzegał przy tym zasady fifty-fifty - połowa dla zwolenników Tuska, połowa dla zwolenników Rokity. Tusk zaakceptował warunek, ale zrealizował go tak, jak robili Sowieci w przeróżnych starych dowcipach, tj. "po bratersku". Z pomocą swego wiernego pomagiera - sekretarza generalnego PO Grzegorza Schetyny - po prostu "wykolegował" Rokitę i jego zwolenników. I to do tego stopnia, że ostatecznie w Sejmie znalazło się od 10 do 30 zwolenników Rokity i aż od 70 do 90 zwolenników Tuska i Schetyny (wg "Gazety Polskiej" z 16 listopada 2005 r.). O tym, że cała sprawa wycięcia ludzi Rokity z listy wyborczej PO jest całkowicie pewna, może przekonać fakt, iż pisano o niej nawet w tak życzliwych dla PO gazetach, jak "Newsweek" czy "Gazeta Wyborcza" (w numerach z 16 listopada i 7 grudnia 2005 r.). Nasuwa się pytanie: jeśli Tusk tak bezczelnie oszukał swego bliskiego kolegę z partii, jej współprzywódcę, to jak można było w ogóle liczyć na jego jakąkolwiek lojalność w rozmowach koalicyjnych z PiS? Przegrało germanofilstwo! Przegrana wyborcza Tuska to przede wszystkim uratowanie Polski przed triumfem "stronnictwa pruskiego" i germanofilstwa. Małe znaczenie miało to, czy dziadek Tuska służył w Wehrmachcie czy nie. Chodziło o postawę samego Tuska na dziś, jego wyraźny brak chęci do twardego, jednoznacznego stawiania naszych interesów w rozmowach z wielkim sąsiadem zachodnim. Sąsiadem, który od lat prowadzi wobec nas nieczystą grę, wykorzystując służalstwo dużej części naszych elit politycznych. Aż nadto wiele faktów, ze sławetnym gazociągiem na dnie Bałtyku, dowodzi, że coraz wyraźniej mamy do czynienia z "kiczem pojednania" zamiast tak opiewanego przez Geremka i Kwaśniewskiego rzekomego "cudu pojednania". W tym kontekście od dawna szczególny niepokój budziło lizusowskie germanofilstwo Donalda Tuska. Ciekawe, że zwrócił na to uwagę nawet publicysta sprzyjającego PO tygodnika "Wprost", Maciej Rybiński. W numerze z 2005 r. ukazał się jego tekst ubolewający nad postawą Tuska, gotowego do "przytulenia każdego" i wychodzącego z "programem uległości powszechnej" w sprawach zagranicznych, gotowości do rozmawiania nawet z takimi naszymi wrogami jak Erika Steinbach. Z kolei Janusz Korwin-Mikke przypomniał w "Najwyższym Czasie" z 22 października 2005 r., że "poprzednia partia p. Tuska, Kongres Liberalno-Demokratyczny, była przez Niemców popierana, a kwartalnik 'środowiska gdańskich literałów', czyli 'Przegląd Polityczny' był po prostu przez nich finansowany! Dwie fundacje niemieckie - Eberta i Adenauera - popierają niemieccy politycy! Przy tym wcale nie musi to oznaczać, że p. Tusk jest jakimś agentem BND czy agentem wpływu RFN. Nie - to może oznaczać tylko tyle, że Niemcy czują, iż jest to polityk miękki w stosunku do Niemiec, sympatyzuje z Niemcami, więc forują go po cichu, ale konsekwentnie". Niedawno w "Naszym Dzienniku" przypomniano żarliwość, z jaką Tusk gardłował w 1992 r. na temat potrzeby autonomii kaszubskiej, rozwijając szkodliwe wizje regionalizacji Polski. Ciekawe, ile mu z tych marzeń o Polsce regionów pozostało? Tusk powoływał się wielokrotnie na swe przywiązanie do kaszubskości. Na przykład w "Polityce" z 3 sierpnia 2002 r. akcentował: "Moi przodkowie i po mieczu, i kądzieli pochodzą z Kaszub. Świadczy o tym także nazwisko. Na Kaszubach jest bardzo dużo Tusków, chociaż mniej ludzi, a więcej psów. Tak nazywano małe kundle używane do pilnowania owiec". Tyle że kaszubskość Tuska, o dziwo, jakoś łączyła się u niego z niechęcią do polskości (np. zdanie "Polskość to nienormalność"). I to właśnie go różniło od postawy większości Kaszubów, którzy woleli powtarzać słynne słowa: "Nie ma Kaszub bez Polski i Polski bez Kaszub", identyfikując się z odrzucaną przez Tuska polskością. Na przekór Kościołowi Hasło "Bóg, Honor i Ojczyzna" od wieków integruje wszystkich Polaków. Zastanówmy się w tym kontekście nad postawą Donalda Tuska. Czy można mówić o honorze kogoś, kto okazał się takim zdradzieckim wiarołomcą nawet wobec współprzywódcy własnej partii? Jak ocenić stosunek do Ojczyzny kogoś, kto nazwał polskość nienormalnością i kto nawet dziś jest aż nadto usłużny wobec zagranicznych zakusów? I jak wreszcie ocenić stosunek do Pana Boga u człowieka, który przez wiele lat był odwrócony od Kościoła, a bywało, że go nawet wyraźnie zwalczał? Chciałbym przypomnieć fakt zapomniany i niestety nieprzypomniany w ostatnich miesiącach kampanii wyborczej. A szkoda... Oto, co znalazłem, robiąc przedświąteczne porządki, w wycinku z działu "Rozmaitości" katolickiego tygodnika "Niedziela" z 29 września 1992 r.: "W 24 godzinach" (nr 177) udzielił wywiadu p. Donald Tusk, przewodniczący Zarządu Kongresu Liberalno-Demokratycznego. (...) P. Tusk odpowiada na pytanie redaktora prowadzącego wywiad, dotyczące stosunku premiera Bieleckiego do prymasa Glempa. Czytamy: 'Naprawdę nie wiem, co mogłoby być obiektem konsultacji między szefem gabinetu a głową jednego z Kościołów w Polsce'". Oto, jak lekceważąco potraktował Tusk postać Prymasa Polski - kraju, gdzie ogromna część ludności wyznaje katolicyzm. Można nie lubić Kościoła katolickiego, można nawet, jeśli się jest ateistą, wściekać się z powodu jego wpływów w Polsce. Trudno jednak zrozumieć, jak można mówić o Kościele katolickim tylko jako o jednym z wielu Kościołów, nie dostrzegając, że jego wyznawcy stanowią ogromną większość Narodu Polskiego. Tusk "popisał się" więc tylko ogromną nierzetelnością ocen. Inna sprawa, że nawet w 1993 r. tak niechętny Kościołowi Donald Tusk nie omieszkał w pewnym momencie pójść w imię doraźnych interesów politycznych na herbatkę do ks. abp. Tadeusza Gocłowskiego. Dziennikarze "Życia Warszawy" (nr z 26 lipca 1993 r.) ze zdziwieniem zapytywali: "Co taki integralny liberał jak pan robił na herbatce u arcybiskupa Gocłowskiego?". Tusk odpowiedział, że ks. abp Gocłowski "nie obrazi się chyba, jeśli powiem, że Churchill był gotów paktować z diabłem, żeby pokonać Hitlera. Ja pójdę choćby do arcybiskupa, jeśli miałoby to pomóc w stabilizacji politycznej po wyborach. Oczywiście ani ja nie jestem Churchillem, ani arcybiskup diabłem". Niedoszły "Kwaśniewski prawicy" W wielu tekstach zwracano uwagę na eksponowaną przeze mnie już w październikowym "Naszym Dzienniku" groźbę, że Tusk miał w zamierzeniu stać się "głównym hamulcowym" przemian. Wskazywano, że ludzie powiązani ze starymi, skompromitowanymi układami widzą w Tusku najważniejszą szansę na utrzymanie nienaruszonych pozycji - ba, swego rodzaju ciągłość starych porządków! Nazwano go już nawet "Kwaśniewskim prawicy". Ostatnie miesiące przyniosły obnażenie hipokryzji Donalda Tuska. Ileż to razy gromko zapewniał on, że jest tym, który łączy Polaków, w przeciwieństwie do rzekomo dzielącego ich Lecha Kaczyńskiego. I oto on właśnie popisał się niechlubnym wyrażeniem, dzielącym Polaków na "lepszych" i "gorszych", perorując w Sejmie o "moherowej koalicji". Ucieleśnienie "człowieka bez właściwości" Przywódca liberałów z PO coraz wyraźniej rysuje się jako idealny model mdłego i nijakiego "człowieka bez właściwości", wypranego z własnych poglądów, poza tymi, które mogą mu przynieść aktualną korzystną koniunkturę. Powie ktoś, że przesadzam z pozycji wyzłośliwiającego się na temat Tuska zajadłego prawicowca, "narodowca", "fundamentalisty" etc. To może przyjrzyjmy się niektórym co trzeźwiejszym ocenom sylwetki Tuska z liberalno-lewicowej czy lewicowej strony? Natrafimy tam na rzeczy wprost szokujące. Oto np. Władysław Frasyniuk, szef słabiutkiej Partii Demokratycznej, dziś wyraźnie marzącej o współdziałaniu z PO, zarzucił w pewnym momencie Platformie, że "przegrała, bo Tuskowi brakowało konsekwencji, uporu, wiary i woli walki. Miał strach w oczach. Kaczyński miał wiarę w to, co mówił. Wielu ludzi zmieniło poglądy i poparło Kaczyńskiego po jego debatach z Tuskiem. Nawet jeśli nie do końca się z nim zgadzali, wiedzieli, że o coś mu chodzi. Tuskowi nie chodziło o nic. Uwierzył we wszechmocny marketing, w moc gładkich sformułowań. (...) Ludzie tego nie lubią" (cyt. za wywiadem W. Frasyniuka dla postkomunistycznej "Trybuny" z 26 października 2005 r.). Profesor Jerzy Szacki, znany liberał, dość swoiście skomplementował Tuska powiedzeniem: "Atutem Tuska jest pewna jego nijakość" ("Przegląd" z 9 października 2005 r.). Można się zastanowić, jak do szło do wyboru przez PO kogoś tak nijakiego jak Tusk na kandydata do prezydentury? Są sugestie, że wybór padł na Tuska, ponieważ różne osoby z zaplecza PO uznały go za najłatwiejszego do sterowania. Tego zaś na pewno nie można powiedzieć o Rokicie! "Twardziel" aparatczyk Prawą ręką Tuska i jego głównym narzędziem w dominowaniu nad PO jest sekretarz generalny Platformy Grzegorz Schetyna. Powszechnie uważany jest on za mistrza intryg, różnych gabinetowych gier i gierek. Nazywany "twardzielem" polityk z Wrocławia znany jest z bezwzględnej brutalności wobec przeciwników i rywali. Towarzyszy temu skrajne upodobanie do mocnych słów, rzucania wiązanek z przekleństw. "Gazeta Wyborcza" z 7 grudnia 2005 r. opisywała: "Gdy mu [Schetynie - JRN] nie udaje się postawić na swoim, nie przebiera w słowach. 'K..., zniszczę cię' miał powiedzieć w 2001 r. do Jacka Protasiewicza, kiedy ten nie zgadzał się, żeby to Schetyna otwierał listę wrocławskich kandydatów do parlamentu. (...) Wściekły Schetyna odebrał to jako zdradę". Wspomniana "Gazeta Wyborcza" przytacza opinię anonimowego samorządowca z PO o Schetynie: "Ludzie boją się jego brutalnych reakcji, krzyku, grożenia". Pisze o ogromnej podejrzliwości Schetyny, podsycanej jeszcze silniej przez jego żonę, wciąż wietrzącą spiski. Łowcy "martwych dusz" Pierwszy raz prawdziwie głośno zrobiło się wokół Schetyny w 1999 r., gdy rozpoczął on zajadłą walkę personalną z Władysławem Frasyniukiem o wpływy we wrocławskiej Unii Wolności. Walka koncentrowała się przede wszystkim na rywalizacji w kołach UW, poprzedzającej regionalny zjazd partii. Chodziło o to, by zapewnić sobie poparcie jak najliczniejszych kół, ponieważ od liczby ich członków zależała odpowiednia liczba delegatów wspierających Frasyniuka lub Schetynę. W walce o koła i członków nie przebierano w środkach. Według tekstu R. Grochali i A. Kondzińskiej o Schetynie w "Gazecie Wyborczej" z 7 grudnia 2005 r.: "Ludzie Schetyny wciągali na (...) listy zupełnie nieświadome osoby. W kole UW przy wrocławskiej PWST, gdzie zanotowano przyrost o ponad 1000 proc., znalazły się m.in. emerytki z Krakowa, uczennice liceum z Górnego Śląska, inżynierowie z Rybnika. Po kontroli zawieszono 11 kół na Dolnym Śląsku. To wtedy miało dojść do słynnej we Wrocławiu wymiany słów. 'Załatwię cię' - miał powiedzieć porywczy Frasyniuk. 'Zobaczymy, kto kogo' - miał zimno odpowiedzieć Schetyna. (...) Frasyniuk do dziś nie lubi Schetyny. 'Był arogancki i chamski. Uważał, że ludzi trzeba trzymać za mordę. To pompowanie liczby członków najlepiej oddaje jego styl uprawiania polityki'". Zastanawiające są też różne zakulisowe działania Schetyny, umacniające jego wpływ w sferach pozapolitycznych, m.in. jako szefa rady nadzorczej Radia Eska we Wrocławiu czy jako sponsora słynnego koszykarskiego klubu Śląsk Wrocław. Kilka miesięcy temu "Newsweek" oskarżył Schetynę o różne nieuczciwe działania na tym tle - sprawa jest w sądzie. Rzecz znamienna - bezwzględny intrygant i brutal, "twardziel" Schetyna jest dziś w praktyce najpotężniejszym politykiem w Platformie, człowiekiem, który ma wpływ na przeważającą część przetasowań personalnych. Tak dzieje się w partii, której liderzy tak ochoczo perorują w mediach o rzekomych ideałach i wartościach, którymi kierują się na co dzień. Właśnie działalność Schetyny przesądziła o tym, że w PO przegrał nurt na rzecz związania się z PiS i budowy IV Rzeczypospolitej, nurt popierający raczej wartości konserwatywne niż liberalne. Schetynę dość powszechnie obwinia się o porażkę PO w wyborach parlamentarnych. Część polityków PO chciała go rozliczyć za to i za różne biznesowe układy, ale napotkała zdecydowaną ripostę Tuska. Ten ostatni aż nadto potrzebuje pomocy pracowitego "twardziela" Schetyny w swych wysiłkach dla zdominowania partii i jej derokityzacji. Toteż zrobił wszystko, by zablokować próbę wystąpienia w sprawie wotum zaufania dla Schetyny podczas posiedzenia klubu parlamentarnego PO 8 grudnia 2005 r. Doszło tam do całkowitego umocnienia ludzi Tuska i Schetyny w wybranym wówczas pełnym składzie zarządu klubu. Zupełnie zabrakło w nim ludzi Rokity i jego samego. Wędrowiec polityczny Jan Rokita może z całą słusznością być uważany za wzorcowy typ "wędrowca politycznego". Zdążył już zaliczyć działalność w NZS (1980), w anarchicznym Ruchu Wolność i Pokój (1984), w Komitecie Obywatelskim przy Lechu Wałęsie (1988), w lewicowym ROAD - Ruchu Obywatelskim Akcja Demokratyczna (1990), Unii Demokratycznej (1991), Unii Wolności (1994), Inicjatywie Trzy Czwarte (1995), Stronnictwie Konserwatywno-Ludowym (1997) i AWS (1997), wreszcie w Platformie Obywatelskiej (2001). Po tylu zmianach barw partyjnych Rokicie jak ulał pasowała nazwa "Jasio Wędrowniczek". Nawet redaktorzy tak przychylnego dla liberałów katolewicowego "Tygodnika Powszechnego" zapytali w pewnym momencie Rokitę: "Jak Pan chce realizować swoje pomysły, nie mając silnego zaplecza politycznego? Co więcej: Pan dość skutecznie pracował, zmieniając partie niczym rękawiczki, by takie zaplecze nigdy nie powstało" ("Tygodnik Powszechny" z 27 kwietnia 2003 r.). Redaktorzy przypomnieli Rokicie m.in., jak to jeszcze na dwa tygodnie przed wstąpieniem do PO zapewniał, że AWS jest najlepszą formacją i w żadnym razie nie zamierza jej opuścić. Umiejętności przebierania się i maskowania bardzo pomogły Rokicie tuż po wprowadzeniu stanu wojennego. Jak sam wspominał, początkowo umknął esbekom dzięki przebraniu go przez matkę w suknię i perukę i wyprowadzeniu z obstawionej przez patrole kamienicy. W styczniu 1982 r. uwięziono go jednak na pół roku. Potem studiował i działał w podziemiu, aż w końcu w 1984 r. przystąpił do pacyfistycznego Ruchu Wolność i Pokój. Była to organizacja specjalizująca się głównie w organizowaniu anarchistycznych zadym. Zarzucano Rokicie, że potraktował pacyfistyczny, wręcz hippisowski ruch instrumentalnie, wykorzystując go jako dźwignię do przyspieszenia swojej kariery, gdyż sam w rzeczywistości miał zupełnie inne od WiP-u, skrajnie propaństwowe poglądy (wg tekstu M. Janickiego w "Polityce" z 12 kwietnia 2003 r.). Sam Rokita wspominał w "Magazynie Rzeczpospolitej" z 4 maja 2001 roku: "Nie znosiłem zadym (...). Ale były skuteczne, więc stawałem na czele (...)". Już w tym jednym zwrocie mamy zawartą swoistą kwintesencję postępowania "wędrownika" Rokity: nieważne, czy coś się naprawdę lubi, ważne, by to było "skuteczne". Z zadymiarskich czasów Ruchu Wolność i Pokój, gdy Rokita był bardzo często zamykany w areszcie, pozostała mu jakaś wyraźna pobłażliwość także dla więźniów niepolitycznych, nawet z tak zwanego "elementu". To Rokita w 1990 r. "wsławił się" jako poseł zgłoszeniem niefortunnego wniosku o amnestię, który doprowadził do wyjścia na wolność tysięcy więźniów, w tym wielu niepoprawnych recydywistów (por. P. Siergiejczyk, Unia Wolności bis, "Nasza Polska" z 12 sierpnia 1998 r.). Za swego prawdziwego mistrza politycznego w Sejmie uważał Bronisława Geremka - był jego zastępcą w OKP. Z Geremkiem łączyło go mocno również to, że od lat "był całym sercem po stronie KOR-owców, przeciw 'prawdziwym Polakom'" (por. "Alfabet Rokity", rozmawiali M. Karnowski i P. Zaremba, Kraków 2004, s. 107). W 1992 r. jako wiceprzewodniczący klubu poselskiego UD zajadle przeciwstawiał się lustracji (po latach, w 2004 r., uznał to za swój błąd). W początkach czerwca 1992 r. Rokita odegrał bardzo niechlubną rolę w obaleniu rządu Jana Olszewskiego. To on w imieniu UD, KLD i PPG składał wniosek o wotum nieufności dla premiera Olszewskiego. Znany publicysta katolicki, były poseł, a dziś senator Czesław Ryszka przypomniał w "Niedzieli" z 2 października 2005 r: "Co by nie powiedzieć, Donald Tusk i Jan Maria Rokita aktywnie uczestniczyli w tej koalicji strachu, obalającej gabinet Olszewskiego w obawie przed ujawnieniem agentury. Z tego powodu tkwi nad nami ponury cień byłych tajnych współpracowników komunistycznych służb bezpieczeństwa". Zwolennik pałowania Jak sam wyznaje w "Alfabecie Rokity" (s. 117), to on pierwszy wpadł na pomysł powołania Hanny Suchockiej na premiera rządu latem 1992 r. Jako minister - szef URM-u - stał się w tym gabinecie faktycznie szarą eminencją, wywierając ogromny wpływ na niemającą pojęcia o bardzo wielu sprawach panią premier. Rokita był zwolennikiem jak najtwardszego, wręcz brutalnego rozprawiania się z opozycją prawicową. Już w 1992 r. w różnych wywiadach (m.in. na łamach "Trybuny", "Życia Warszawy" i "Przekroju") atakował partie opozycyjne jako siły rzekomo groźne dla państwa i opowiadał się za "zaostrzeniem instrumentów karnych wobec ludzi uczestniczących w życiu politycznym". Nader znamienna pod tym względem była wypowiedź Rokity dla postkomunistycznej "Trybuny" z 20 lipca 1992 roku: "Nie mogą jej [tj. poważniejszej roli w życiu politycznym - przyp. JRN] natomiast odgrywać środowiska skupione wokół Jana Olszewskiego, które należy politycznie izolować. Ich działalność bowiem, sprowadzająca się ostatnio do kłamstw, oszczerstw i szantażu, staje się coraz częściej czynnikiem szkodzącym interesom państwa polskiego, grupy Olszewskiego działają już na granicy prawa. Jeżeli ją przekroczą, państwo ze swoją siłą powinno im się przeciwstawić". Na próżno poseł Ruchu dla Rzeczypospolitej Piotr Wójcik protestował w zapytaniu sejmowym skierowanym do ministra Rokity, żądając podania przykładów kłamstw, oszczerstw i szantażu, jakimi rzekomo posługiwało się ugrupowanie Olszewskiego. Poseł Wójcik akcentował: "Jeżeli minister Rokita nie przedstawi dowodów, powinien przeprosić posłów RdR za wypowiedź 'fałszywą, wprowadzającą w błąd opinię publiczną, lżącą posłów Ruchu, naruszającą ich godność i dobre imię'. Odnosząc się do pogróżek Rokity, zapowiadających ewentualne przeciwstawienie grupom Olszewskiego siły państwa, poseł Wójcik zapytywał: 'Czy ostatnie zdanie opublikowane, jak rozumiem, w organie sojuszniczej partii Pana Ministra oznacza groźbę stosowania metod terroru państwowego wobec antykomunistycznej opozycji?'" (cyt. za tekstem "Rokita musi przeprosić", "Nowy Świat" z 28 lipca 1992 r.). Brutalne ataki Rokity na "grupy Olszewskiego" były dość szokujące w zestawieniu z faktem, że to właśnie Jan Olszewski jako opozycyjny adwokat prowadził w PRL-u upartą, acz bezskuteczną walkę o dopuszczenie Rokity na listę aplikantów adwokackich. Były premier Olszewski ze szczególnym oburzeniem wspominał fakt, że to właśnie Rokita "w rządzie Hanny Suchockiej stworzył teorię, iż mój Ruch dla Rzeczypospolitej jest antypaństwowy, że trzeba go inwigilować" (wg "Magazynu Rzeczpospolitej" z 4 maja 2001 r.). To Rokita zadecydował o posłaniu policji 4 czerwca 1993 r. w celu bezwzględnego rozbicia manifestacji w rocznicę obalenia rządu Olszewskiego. Uczestniczące w manifestacjach antywałęsowskich partie polityczne (zwolenników Kaczyńskiego, Olszewskiego i Parysa) Rokita nazwał siłami antypaństwowymi i "niekonstruktywną opozycją". Rokita "wsławił się" m.in. wystąpieniem do MON-u, aby drukarnia wojskowa zaprzestała drukowania opozycyjnego dziennika "Nowy Świat". Bezwzględność "państwowca" Rokity wobec sił opozycyjnych sprowokowała wystąpienie 33 posłów z wnioskiem o odwołanie go ze stanowiska szefa URM-u. Niejednokrotnie zarzucano Rokicie współodpowiedzialność za inwigilację opozycji w dobie rządu Suchockiej. Stanowczo temu zaprzeczał, całą winę zrzucając na "nadgorliwość" byłego esbeka kpt. Lesiaka. Rokita: "Chamem jestem generalnie" Antoni Lenkiewicz pisał na łamach "Wrocławskiej Gazety Polskiej" z listopada 2000 r. o roli odgrywanej przez Rokitę jako ministra szefa URM-u w rządzie H. Suchockiej. "W dość powszechnych ocenach, rząd H. Suchockiej zaliczany jest do najbardziej oszukańczych 'rządów solidarnościowych'. Jest raczej oczywiste, że inwigilacje, prowokacje i rozbijackie działania wobec ugrupowań niepodległościowych były wówczas realizowane nie tylko za wiedzą, ale również za aprobatą pani premier i jej 'szarej eminencji' w osobie Rokity". Lenkiewicz przypomniał przy tej okazji komentarz posła Jacka Maziarskiego z PC na temat zachowania Rokity jako szefa URM-u w 1993 r., stwierdzający: "Jest czymś niespotykanym w praktyce parlamentarnej, żeby minister w trakcie interpelacji i zapytań poselskich po prostu odmówił odpowiedzi. Jest to sprzeczne z regulaminem Sejmu posiadającym moc ustawy i sądzę, że nastąpiło w tym przypadku naruszenie prawa". Buta i arogancja Rokity stały się wręcz przysłowiowe. Ciekawe, że sam Jan Rokita nie próbował nawet zaprzeczać skrajnie negatywnym opiniom wypowiadanym na temat jego stylu zachowania. Oto, co jakże szczerze wyznawał w wywiadzie na łamach "Nowego Państwa" 19 maja 2000 r., odpowiadając na zarzuty o zarozumiałość i arogancję: "Arogancki? A tak, chamem jestem generalnie. Przynajmniej bywam od czasu do czasu. Zwłaszcza wtedy, gdy jestem przekonany, że mam rację". Ciekawa postawa niedoszłego premiera z tak wykwintnego Krakowa - poczucie własnej racji upoważnia mnie do bycia chamem! Szkoda tylko, że to jakże szczere wyznanie Rokity na długo utonęło w niepamięci. Nader często oskarżano Rokitę o wyniosłość i lekceważenie podwładnych i kolegów. Henryk Wujec zarzucał mu: "Nie szanował jednak swoich współpracowników z klubu ani działaczy z terenu, którzy przyjeżdżali do Warszawy w związku z pracami nad samorządową reformą. Ci ludzie czekali godzinami w sekretariacie Rokity na przyjęcie. Mówiono mi, że kazał nawet usunąć krzesła, aby ludzie nie przesiadywali tam w oczekiwaniu. Przyjeżdżających traktował jak natrętów" (wg tekstu M. Janickiego w "Polityce" z 12 kwietnia 2003 r.). Na tle nijakości innych z PO Przedstawiając różne ujemne strony Rokity, nie chciałbym zacierać prawdy o pełnej jego osobowości. Są w niej cechy, którymi lider PO może naprawdę imponować: dynamizm działań, wyraźnie przebijająca z "Alfabetu Rokity" wielostronność zainteresowań intelektualnych, umiejętność celnego skrótowego syntetyzowania. Dodajmy do tego jakże kontrastujący z leserstwem Tuska rokitowy styl "pracusia". Jego harowanie na stanowisku szefa URM-u przeszło do wielu anegdot. Według jednej z opowieści, "wszyscy wspominali, że pracowali dzień i noc. Rokita ponoć spać nie musi. Był jednak troskliwy: na nocne narady zamawiał w bufecie URM kanapki. (...) Pod koniec pierwszego miesiąca Rokita odkrył, że kanapki nie są za darmo i że poszła na nie prawie cała jego pensja, był poruszony" (wg tekstu K. Leskiego w "Magazynie Rzeczpospolitej" z 4 maja 2001 r.). Faktem jest, że bez iście gwiazdorskiej roli Rokity w komisji Rywina, jego pracowitości, wnikliwości i błyskotliwości PO prawdopodobnie coraz bardziej traciłaby wpływy (tak jak to się zaznaczyło już w wyborach samorządowych 2002 r.). Daleki jestem od idealizowania postaci Rokity, choćby z powodu roli odgrywanej przez niego w tłamszeniu opozycji przeciw rządowi Suchockiej w latach 1992-1993. Trzeba jednak powiedzieć, że na tle nijakiej, wypranej z oryginalnych poglądów większości liderów PO Rokita prezentuje się stosunkowo najciekawiej. Ten człowiek czegoś naprawdę chce, coś reprezentuje, jest konsekwentny w niektórych sprawach, nawet pomimo wędrownictwa politycznego, które tyle razy demonstrował. Fakt, że dzisiaj totalnie przegrywa w różnych wewnątrzpartyjnych potyczkach z dużo mniej inteligentnymi od niego aparatczykami, jak najgorzej świadczy o mechanizmach rządzących Platformą. prof. Jerzy Robert Nowak

/ z sieci wybrał Mozets / NUDA VERITAS GAZETTE

Polecam sprawy poruszane w działach:
SĄDY PROKURATURA ADWOKATURA
POLITYKA PRAWO INTERWENCJE - sprawy czytelników

Tematy w dziale dla inteligentnych:
ARTYKUŁY - tematy do przemyślenia z cyklu: POLITYKA - PIENIĄDZ - WŁADZA

"AFERY PRAWA" - Niezależne Czasopismo Internetowe www.aferyprawa.com
Stowarzyszenia Ochrony Praw Obywatelskich
Zespół redakcyjny: Zdzisław Raczkowski, Witold Ligezowski, Małgorzata Madziar, Krzysztof Maciąg, Zygfryd Wilk, Bogdan Goczyński, Zygmunt Jan Prusiński oraz wielu sympatyków SOPO

uwagi i wnioski proszę wysyłać na adres: afery@poczta.fm
redakcja@aferyprawa.com
Dziękujemy za przysłane teksty opinie i informacje.

WSZYSTKICH INFORMUJĘ ŻE WOLNOŚĆ WYPOWIEDZI I SWOBODA WYRAŻANIA SWOICH POGLĄDÓW JEST ZAGWARANTOWANA ART 54 KONSTYTUCJI RZECZYPOSPOLITEJ POLSKIEJ.

zdzichu

Komentarze internautów:

Komentowanie nie jest już możliwe.