Imieniny:

AferyPrawa.com

Redaktor Zdzisław Raczkowski ujawnia niekompetencje funkcjonariuszy władzy...
http://Jooble.org
Najczęściej czytane:
Najczęściej komentowane:





Pogoda
Money.pl - Kliknij po więcej
6 sierpnia 2020
Źródło: MeteoGroup
Polskie prawo czy polskie prawie! Barwy Bezprawia

opublikowano: 26-10-2010

Media w Polsce i na świecie - lutowy cykl krytyczno-informacyjny Mirosława Nalezińskiego

Kto jest ch...? Sobiesiak: Nie pamiętam
Artykuł pod tym tytułem zamieszcza TVN24.pl (15:34, 11.02.2010). Jednak po odświeżeniu (16:16, 11.02.2010) nieco artykuł został zmodyfikowany, no i tytuł został całkiem zmieniony na "Sobiesiak wygrał z komisją, kamery wyproszono" (zapewne uznano, że był zbyt śmiały - poprzedni tytuł po zmianie został tylko podtytułem).
Pierwsze półtorej godziny należało do piłkarza i biznesmena Ryszarda Sobiesiaka. Tuż przed przesłuchaniem przed obliczem słynnej komisji o roboczej nazwie "Hazardowa", znany dziennikarz powiedział, że nie zna p. Sobiesiaka i zastanawia się - jak on wygląda. Parę milionów Polaków czekało wraz z nim. Po dwóch godzinach, piłkarz Sobiesiak był najsłynniejszym polskim piłkarzem, przyćmiewając sławę Lubańskiego, Dejny i Bońka, którzy latami ciężko pracowali na swoją pozycję. Był reprezentantem nie tyle naszej piłki nożnej, ale wszystkich biznesmenów pokrzywdzonych przez "głupawych urzędasów" (jak się wyraził). Setki tysięcy obywateli ma podobną opinię o urzędnikach, ale zwykle swymi przekonaniami dzielili się podczas prywatnych spotkań towarzyskich. Na tak wielką skalę, p. Sobiesiak chyba jest pierwszym Polakiem, który totalnie obraził urzędników i zapewne w wielu akapitach swej wypowiedzi miał rację, zatem został w pewnym sensie bohaterem sponiewieranych biznesmenów.
Ponadto - jak też sam zauważył - z mało znanych budowli wzniesionych w celach komercyjnych, parę milionów rodaków już wie, w których kurortach wypoczywać, wszak za darmo media zrobiły jego rodzinnej firmie wielką reklamę wartą zapewne setki tysięcy złotych...
Niestety, po wygłoszeniu swej przemowy, którą porwał za sobą wielu telewidzów i słuchaczy, jednak patetyczna wena i chęć do szczerych wypowiedzi wyraźnie go opuściły - "proszę o uchylenie pytania" i "odmawiam odpowiedzi", a potem - "nie wiem", "nie pamiętam", "już wcześniej powiedziałem".
Podczas wyjaśnień specjalistów, dowiedzieliśmy się, że za uporczywe uchylanie się od odpowiedzi, przesłuchiwanemu grozi maksymalna grzywna 10 tys. zł oraz miesiąc odsiadki. Zakładając, że drugie rozwiązanie jest tylko straszakiem (wszak mamy demokratyczną Polskę), aż dziwne, że p. Sobiesiak nie położył tej kwoty na stole i nie wyszedł ze swoim pełnomocnikiem "na miasto".
W końcu poseł Arłukowicz zadał pytanie z kropkami - "Stwierdza pan, że ten ch... nie chce dobrze dla państwa. Kto jest ch...?". I tutaj mamy ciekawą językowo-psychologiczną zagadkę. Skoro poseł wymawiał (dziennikarze nie mieli podglądu) "ch" (albo "h"), które przecież w naszym języku brzmi dokładnie jak "h" (albo "ch") i tylko niewielu z nas potrafi wymawiać na dwa sposoby, to skąd wiadomo, w jaki sposób zasłyszane "ch/h" zapisać? Dziennikarze zapisali jako "ch", bowiem widzieli, że wahania "ch/h" są dawno rozstrzygnięte i przecież doskonale wiedzą, co posiadają (i w jaki sposób onego się opisuje), zaś dziennikarki mamy równie nowoczesne, wyzwolone i językowo obyte (sic!), zatem obie płcie doskonale wiedzą o co chodzi i jak się to pisze (albo po prostu przedstawicielki i przedstawiciele mediów świetnie znali zapisy z podsłuchów i taka będzie oficjalna wersja).
Jeśli można było mieć wątpliwości co do znaczenia (czy jednak nie "h", bo może jednak: harpagoni, hieny, hipokryci, homosie, hucuły, hulajdusze, hultaje, hycle), to już w następnym zdaniu nie było już żadnych wątpliwości - "Albo oni ze mną w ch... grają, albo się z mną umówili", bowiem to powiedzenie jest tak ogólnie znane, że nawet pacholę wie, o co chodzi, zaś ludzie po studiach muszą wiedzieć - jak to się pisze... Ponieważ komisja badała sprawę gier hazardowych, to nawet zdanie to mogłoby być dowodem na to, że zainteresowane firmy mają zamiar nie tylko grać z zastosowaniem jednorękich bandytów, ale także grać w ch., czyli może w tzw. dwuręki kieszonkowy bilard. I tej linii oraz gry powinien się trzymać oburącz piłkarz o nazwisku nawiązującym do naszego zwycięskiego króla spod Wiednia, pod którym to miastem obaj odnosili swe życiowe sukcesy w odstępie równych czterystu lat.
Internetowy słownik www.sjp.pl nie tylko akceptuje obie formy ("ch" i "h"), co wzbudza tam żywą dyskusję zwolenników obu opcji, ale także (ponieważ jest przeznaczony do użytku językowych graczy - skrabliści, literacy* i krzyżówkowicze) ma adnotację "dopuszczalne w grach", co powinno zaciekawić... komisję sejmową, bo to może być świeży i nieodkryty jeszcze trop?
Dyskusje na forum owego słownika były na tyle żywe i obfite, że w obu wariantach je zablokowano uczciwie uprzedzając ewentualnych nowych a energicznych dyskutantów - "Dopisywanie komentarzy dla tego słowa zostało zablokowane". W końcu wolność słowa to piękna sprawa, ale czcza gadanina musiała tak się skończyć (pewnie jakiś nowy - tym razem językowy - Piłsudski tamże się objawił).
Inny słownik - www.so.pwn.pl ma jedynie dłuższą postać (sic!) i nie ma żadnych możliwości dyskutowania... Tamże http://poradnia.pwn.pl/lista. php?kat=16&szukaj=etymologii jest zamieszczona opinia - "Etymologicznie uzasadniona jest pisownia przez ch, ale ponieważ od osób używających tego słowa w piśmie trudno oczekiwać znajomości etymologii, słowniki (te, które w ogóle to słowo odnotowały) aprobują także pisownię przez h".
Niestety, zdanie to dowodzi, że poloniści dali d. (a przecież ciągle nie dają jej w przypadku dopuszczenia "szłem"). Oczywiście, ludzie z nizin (nie chodzi o ukształtowanie terenu) zwykle nie wiedzą, w jaki sposób pisać, to wina raczej nauczycieli, bowiem nie przypominam sobie, aby nam wyjaśniali ten problem w szkołach. Zresztą, wcale nie trzeba wiedzieć, co oznacza termin "etymologia"; wystarczy znać pisownię (wielu z nas przecież mówi prozą, jednak nie wiedząc o tym). Po sprawdzeniu autorstwa - opinię wydał mężczyzna, jak mniemam całkiem normalny (zatem zarzut dawstwa tu raczej odpada), który w komentarzu żartobliwie przyznaje się do winy...
Słynne ongiś koszulki z czteroliterowym napisem "H.W.D.P." mają ów błąd ortograficzny i czy w związku z ustawą o języku polskim nie powinniśmy spodziewać się w końcu poważniejszych mandatów?
Jest bardzo prawdopodobne, że jedyną sprawą, która zostanie zapamiętana z tej afery, to prawidłowa pisownia męskiego atrybutu i choć za to komisji cześć i ch/wała!

* - gracze w literaki

Ile wody będzie z tego śniegu?
Powierzchnia całego Trójmiasta to (wg Wikipedii) 417 km kw. Załóżmy, że w aglomeracji zalega śnieg o średniej grubości 30 cm. Mamy więc objętość śniegu 0,1251 km, który po stopieniu (zakładając, że woda zajmuje 5 razy mniejszą objętość niż śnieg) zamieni się w 0,0250 km sześc. wody, czyli w 25 mln metrów sześc. i to jest 25 mld litrów wody, czyli 60 litrów z każdego trójmiejskiego metra kwadratowego! Tę ostatnią liczbę (kopę) można otrzymać szybciej - 30 cm śniegu na metrze kw. to 300 litrów śniegu, czyli 60 litrów wody. Kopa pewnie tu się pojawia całkiem zasadnie, wszak mamy kopny śnieg i sytuacja jest na tyle dramatyczna, że jeśli osoba odpowiedzialna za kataklizm okaże się nieodpowiedzialnym urzędnikiem, to może zaliczyć...
Gdybyśmy chcieli wywieźć ów śnieg (jeszcze przed stopieniem), to przeliczając na kontenery 20-stopowe o objętości 33 m sześc. i uwzględniając dwukrotne zagęszczenie śniegu, to byłoby do zebrania prawie dwa miliony takich pojemników. Takie obliczenia w zasadzie nie mają sensu, bowiem nie ma możliwości wywozu w krótkim czasie tej ilości śniegu. Gdyby policzyć samo paliwo spalone do wywozu białego puchu, to byłoby to koszmarne obciążenie dla budżetu naszych trzech nadmorskich miast, zatrucie środowiska spalinami oraz zakorkowanie szlaków komunikacyjnych. A przecież w podobnej sytuacji są chyba wszystkie polskie miasta, zatem walka ze śniegiem polegająca na całkowitym jego wywiezieniu nad morze, do dolin i na nisko położone nieużytki byłaby zabójcza dla chwiejącego się budżetu Państwa.
Znacznie prościej, taniej i logiczniej jest skupić się na zwiększeniu drożności studzienek drogowych i ich kanalizacji oraz wszystkich strumyków, potoków i rowów melioracyjnych, jak również rozbicie wszelkich zatorów lodowych na rzekach. Przed spodziewanym stopnieniem śniegu należy przejrzeć wszystkie krytyczne miejsca, które przecież znają specjaliści od spraw katastrof naturalnych, w tym pogodowych - za to mają etaty i pensje. Jeśli są nieprzewidywalne ulewy, to trudno ich obwiniać, ale zalegający od tygodni śnieg nie można uznać za niespodziankę, jeśli ruszy on grawitacyjnie wraz z roztopami. Jeśli Gdynia zostanie zalana w najniżej położonych dzielnicach z powodu zatkania ulicznych studzienek, to wina będzie po stronie opiekunów tych drenażowych systemów.
"Fakt" (11 lutego 2010, w artykule "Będzie powódź"; autor nomen omen p. Osuch) przestrzega mieszkańców Trójmiasta przed zbliżającym się kataklizmem. Aglomerację ma zalać 6 mld litrów pochodzących ze zleżałego śniegu, co jest wartością czterokrotnie mniejszą od uprzednio obliczonej; być może przyjęto mniejszą grubość kołdry śnieżnej, mniejszą wydajność wody ze śniegu i mniejszą powierzchnię obsypaną śniegiem, którą uznajemy za groźną dla powodziowego stanu (część pośniegowej wody spłynie wprost i bezszkodowo do Zatoki Gdańskiej). Chochlik zapewne spowodował, że napisano "6 mln litrów wody będzie ze śniegu w Trójmieście!". Oczywiście, powinno być tysiąc razy więcej, czyli aż 6 mld, choć spoglądając na pierwszy akapit - aż 25 mld litrów (i to jest poprawniejsze obliczenie), a to jest jednak całkiem sporo!
Natomiast eFakt.pl (3 lutego 2010, w artykule "W Polsce leży już miliard wywrotek śniegu") podaje, że ilość śniegu zalegającego całą Polskę (przy powierzchni ok. 312 tys. km kw.), to ponad 93 mld metrów sześciennych śniegu, czyli niemal 20 mld m sześc. wody (i te obliczenia są proporcjonalne do danych z pierwszego akapitu), więc do uprzątnięcia lodowego puchu należałoby uruchomić miliard kursów wywrotek (licząc 20 ton na sztukę, choć przy puszystości towaru może być z tym kłopot). Dowiadujemy się tam, również, że Wisła rocznie odprowadza do Bałtyku 33 km sześc. wody, czyli o 65% więcej, niż zawiera omawiana śnieżna powłoka.
Trochę dziwne i niefortunne są rozważania w tej notce - "A ile w tym śniegu jest wody?", bowiem przypomina to problem zawartości cukru w cukrze w słynnym polskim filmie. Odpowiedziano - "W świeżo spadłym śniegu jest 10 procent wody. Kiedy mamy okres wiosenny, gdy słońce już przygrzewa i jeszcze spadnie deszcz, może być i 50 procent". Zapewne chodzi o to, że z metrowej pokrywy śniegu świeżego otrzymamy tylko stumilimetrowy słup wody, zaś w drugim przypadku aż 500 mm. Przecież w śniegu - nie licząc zanieczyszczeń - jest... 100% wody.
Pamiętam, że w latach 60. wywrotki marki "Star" uwijały się po Gdyni wyrzucając nadmiar śniegu do zatoki. Tak czy owak - media nas nastraszyły i należy przygotować się na powodzie po, zwłaszcza gwałtownym, ociepleniu.

Koszmarny błąd organizatorów igrzysk w Wankuwerze
Tuż przed oficjalnym otwarciem XXI Zimowych Igrzysk Olimpijskich w Wankuwerze, wydarzył się tragiczny wypadek na torze saneczkowym. Takich wypadków było w historii sportu już wiele i można byłoby przejść nad tym ostatnim dramatem również do porządku - a co nas w końcu to obchodzi? Skoro ktoś młody i nieuważny, to niech sobie ginie (tak zresztą wielu internautów rozumuje we wszystkich rozważaniach po wypadkach, w których giną rodacy na przydrożnych drzewach).
Analizując zdjęcie z wypadku, widać, że 21-letni Gruzin, Nodar Kumaritaszwili wyleciał z toru tuż nad poręczą ograniczającą saneczkową rynnę (przy prędkości około 140 km/h). Gdyby burta rynny była wyższa o pół metra, sportowiec miałby tylko nieprzyjemną przygodę i mógłby dożyć sędziwego wieku. Drugim, poważniejszym błędem, jest ustawienie podpór, na których roztrzaskał się ten młody człowiek. Jak można było dopuścić do realizacji i eksploatacji projekt, który zagraża życiu i kompromituje twórców oraz organizatorów igrzysk? I to w państwie będącym szczytem marzeń niejednego mieszkańca Ziemi, gdzie bezpieczeństwo socjalne i dbałość o życie są na najwyższym poziomie?
Jeśli projektantom zależało na estetycznych walorach i koniecznie chcieli mieć niżej poręcz oraz podpory i większy prześwit, aby podziwiano piękną kanadyjską przyrodę, to mogli zastosować przezroczyste tafle znane z hokejowych zawodów.
Zwykle mawia się - dobrze, wydarzyła się tragedia ("Titanic", katastrofa samolotu itp.), to zaraz konstruktorzy i projektanci dopracują szczegóły i świat wyda się lepszy, ale przecież nie musiało dojść do tego koszmaru, bowiem przeciętnie uzdolniony inżynier lub specjalista od spraw bezpieczeństwa, powinien natychmiast wychwycić ten błąd przed tragedią!
Identyczny błąd popełniono podczas budowy tunelu de l'Alma w Paryżu, w którym zginęła księżna Diana! Jej samochód wpadł na 13. międzyjezdniowy filar i gwałtownie się zatrzymał, co przy znacznej prędkości musiało skończyć się masakrą. A wystarczyło na podporach wzdłuż jezdni zamontować odbojnice, czyli odpowiednio wyprofilowane arkusze blach, które umożliwiłyby płynne wytracenie prędkości i energii kinetycznej. Twierdzę, że saneczkarz Nodar oraz księżna Diana przeżyliby swoje wypadki, gdyby podpory były chronione przez płozy bezpieczeństwa. Niestety, indolencja osób (nie)odpowiedzialnych za stan bezpieczeństwa olimpijskiego toru oraz tunelów jest porażająca! Kiedy umierała Diana, Nodar miał osiem lat i czy mógłby się spodziewać, że za 13 lat zginie w podobny sposób, bo francuskojęzyczni inżynierowie (w obu przypadkach) nie wykazali się inteligencją?

Kanadzi ponownie mataczą
Po parogodzinnym śledztwie Międzynarodowa Federacja Saneczkarska (FIL) i kanadyjski koroner ogłosili, że śmierć gruzińskiego saneczkarza była spowodowana błędem sportowca, a nie wadliwym zabezpieczeniem toru. Skandal, po prostu skandal! I to w wykonaniu Kanadów miłujących rzetelność i fachowość.
Ale podobnie pokrętne oświadczenie wydała wankuwerska policja po tragedii 14 października 2007, kiedy to paralizatorem zabito Polaka Roberta Dziekańskiego. Gdyby nie amatorskie nagranie, nigdy byśmy nie poznali prawdy. Kłamstwom i mataczeniom nie było końca i słynna kanadyjska policja kompromitowała się na każdym etapie śledztwa.
Dzisiaj również możemy obejrzeć wypadek Gruzina i dokładnie widać, że zginął z powodu konstrukcyjnych niedoskonałości olimpijskiego obiektu. Niedopuszczalna jest sytuacja, w której jakikolwiek saneczkarz (zawodowiec lub amator, początkujący albo doświadczony) wypada z toru i ginie. Nawet gdyby tam jechał przypadkowy kibic, który dla żartu wdarł się na obiekt i jechał; nawet on nie powinien zginąć, bowiem nowoczesny tor saneczkowy w państwie o wysokich technicznych standardach, powinien mieć nadzwyczajny zapas bezpieczeństwa. Im bogatsze państwo, im życie jest tam cenione wyżej, tym współczynnik bezpieczeństwa powinien być wyższy, bowiem cena życia (liczona przez towarzystwa ubezpieczeniowe) jest znacznie wyższa, niż w krajach trzeciego świata, jak również w Polsce.
Kanada to nie Polska, zaś infantylne wyjaśnienia tak policji (sprawa Dziekańskiego), jak organizatorów (sprawa Kumaritaszwiliego), przypominają krętactwa znane nam z codziennych łgarstw polskich funkcjonariuszy i urzędników oraz lekarzy, którzy popełniają błędy i latami nikt nie może im tego udowodnić, choć wszyscy mają całkiem odmienne opinie.
Jednak w omawianym przypadku, każdy (z wyjątkiem niewidomego) może ocenić powód śmierci gruzińskiego młodzieńca, który otrzymał zaszczytne wyróżnienie w swojej ojczyźnie, pojechał ją reprezentować na drugim końcu świata, ufał wysokiemu poziomowi bezpieczeństwa w Kanadzie, czyli w państwie o doskonałej technicznej reputacji, i śmiertelnie się na tym zawiódł; mało tego - teraz organizatorzy po prostu kłamią!
Mam nadzieję, że w końcu Kanadzi przyznają się do błędu i wypłacą ogromne odszkodowanie oraz przebudują swoje wszystkie zimowe tory w taki sposób, że już nigdy nie usłyszymy o tak kompromitującym ich wypadku. Ameryka Północna to kontynent, na którym zapadają dziwne wyroki - nie tylko milionowe, ale miliardowe odszkodowania (w dolarach), obszar, na którym można dostać odszkodowanie z powodu instrukcji zawierającej małą usterkę, gdzie można otrzymać zadośćuczynienie z takich powodów, które u nas, w światłej Polsce, byłyby uznane za całkiem kuriozalne - u nas sądy wyśmiałyby petenta albo zasądziły parę tysięcy złotych (np. przypadek polskiego robotnika, który po wypadku samochodowym w Wielkiej Brytanii otrzymał tam ponad 30 mln zł odszkodowania).

Głupota lubi Polaków?
Właśnie podano, że od marca wzrosną opłaty za "przejazd płatnymi* odcinkami autostrady A2". Od razu rozgorzała dyskusja, że w innych państwach za takie opłaty można jechać na dłuższych trasach, choć kierowcy zarabiają tam znaczenie więcej, niż w Polsce. Zwracano uwagę także na Niemcy, gdzie autostrady są bezpłatne, zaś duże pretensje mają tamtejsi obywatele, że oni nam u siebie fundują przejazdy, a u nas muszą płacić i to za gorszą jakość. Gdyby policzyć, to zapewne Polacy jeżdżąc po Niemczech pokonują więcej kilometrów, niż Niemcy w Polsce, zatem na pewno nasi zachodni sąsiedzi są na poważnym minusie.
Ponad 20 lat po obaleniu komuny mamy mizerny zasób autostradowych kilometrów. Pewnie wielu z nas, podczas euforii wydzierania władzy proradzieckim i ekonomicznie nieefektywnym działaczom, nie zastanawiało się, co z autostradami, bo były ważniejsze sprawy. A biedna - i niezbyt mądrze zarządzana - nasza ojczyzna straciła kontrolę nad nowoczesnymi drogami, które zaczęli budować kapitaliści i to bardziej pazerni, niż na "imperialistycznym Zachodzie", jak to kiedyś określano złych a chciwych burżujów.
I na nic tu frazesy o solidarności Polaków, na nic konstytucyjne rozważania; zresztą codziennie mamy interwencyjne programy telewizyjne, w których politycy i biznesmeni całkowicie odeszli od pracy na rzecz przyjaznej Rzeczypospolitej; dla nich liczy się wolny rynek i prawo, które z racji nieprecyzyjności naginają na własną korzyść. Wielu Polaków zginęło za lepszą Polskę, mają pomniki, ulice i place, a na Ich krwi bezlitośnie zarabiają biznesowi cwaniacy, którzy zajęli się przejmowaniem Polski wydartej spod dominacji ZSRR i niemal otwarcie zdają się nam mówić - a teraz to możesz nam naskoczyć, hołoto!
Nie mam i nigdy nie miałem motocykla, nie przepadam za tymi pojazdami i nie podobają mi się ich szarże po naszych drogach. W sezonie ginie codziennie jeden polski motocyklista - a to z własnej winy, a to przez nieuwagę automobilistów. Jednak popieram ich w protestach dotyczących opłat za autostrady. Przecież nawet dziecko dostrzeże rzecz oczywistą - opłaty za korzystanie z nowoczesnych (u nas często brzmi to jak ironia) tras, nie mogą (i nie powinny) być jednakowe dla motocykli i osobówek**. To jest skandal i powinien tym problemem zająć się ktoś i to na poważnie! Przecież to przeczy ekonomii, logice i rozsądkowi! Jeśli pewne rozważania osadzone są na tych trzech podstawach, jeśli władza i społeczeństwo ma współbudować nowoczesne państwo, w którym przepisy tworzone oparte są (lub powinny być) na rozumie, to właśnie jest doskonała okazja, aby problem ten rozwiązać.
Dziwię się głupocie, pazerności i bezczelności właścicieli autostrad, wszak doskonale wiedzą, że Polacy to naród, który jest czuły na wszelkie niesprawiedliwości i prędzej czy później zróżnicują opłaty dla jednośladów i osobówek. Przegrają podobnie jak wschodni Niemcy stracili Mur Berliński***. Po co zatem im ta walka? Aby pokazać, kto tu rządzi? I będziemy świadkami kolejnych awantur przy kasach na autostradach? Ale przegrana będzie dla nich tym bardziej żenująca. Jednak ich upór i porażka położy się poważnym cieniem na naszej Polsce, zatem nie jest to wyłącznie ich sprawa. A po zeszłorocznych protestach, w ramach ustalania nowej taryfy, mieli doskonałą okazję, aby opłaty były rozsądniejsze, przy - jednocześnie - zachowanym wizerunku przyjaznego kapitalisty. Ale nie, zaprzepaścili tę okazję!
Nie sądzę, aby komukolwiek zależało na takim zamęcie, raczej ktoś upiera się przy swoich nielogicznych argumentach tylko dla pokazania "kto tu rządzi", zatem władza (rząd, sądy, parlament) powinna zająć stanowisko mediatora i to niezwłocznie. Cenniki powinny być opracowywane z głową, wespół z przedstawicielami konsumentów i natychmiast korygowane, jeśli użytkownicy wysuwają rozsądne żądania. Ignorowanie społecznego niezadowolenia zawsze dawało beznadziejne efekty. Czyżby autostradowi zarządcy nie mogli wyciągnąć wniosków z historii PRL? Zamiast upartych komunistycznych mędrców mamy teraz nieustępliwych wymądrzałych burżujów?!

* - choć dobrze, że nie wzrosły opłaty za odcinki bezpłatne
** - skoro wyraz "ciężarówka" (samochód ciężarowy) funkcjonuje w naszym języku, to dlaczego samochód osobowy nie ma analogicznego odpowiednika...
*** - słowniki zalecają pisownię... "mur berliński"

Wpadka Kanadów i TVN24
18 lutego 13:30 TVN24.pl w notce "Ochrona zaspała na otwarciu" http://www.tvn24.pl/-1, 1643859,0,1,ochrona-zaspala- na-otwarciu,wiadomosc.html nabija się z Kanadów, a dokładniej - z organizatorów igrzysk w Wankuwerze:
"Lista wpadek organizatorów igrzysk w Vancouver rośnie lawinowo. Amerykańskie media dotarły do kolejnej, która miała miejsce podczas ceremonii otwarcia. Okazuje się, że na jednej z trybun w pobliżu wiceprezydenta USA Joe Bidena znalazł się niezrównoważony psychicznie mężczyzna, który zmylił ochronę".
Zgoda, znacznie łatwiej krytykować cudze wpadki, niż swoje, zatem teraz parę słów o językowej wpadce stacji TVN24, do której doszło godzinę wcześniej. Otóż, bardzo sympatyczna prezenterka podała najświeższą informację o tragedii, do której doszło "w Ludwikszafen". Pomyślałem - no cóż, może faktycznie wydarzyło się to w Ludwigschafen, choć czułem, że jednak w Ludwigshafen. Po kilkunastu minutach, w oficjalnych wiadomościach, jej kolega już poprawnie przeczytał nazwę tego miasta. To istotnie było w Ludwigshafen.
To prawda, że teraz uczymy się głównie angielskiego i o niemieckim mamy coraz mniejsze pojęcie, jednak są podstawowe zasady wymawiania niemieckich nazw, które powinny być znane, jeśli nie wszystkim dziennikarzom, to przynajmniej jednemu, który by wyjaśniał swoim kolegom, dzięki czemu nie zaliczaliby takich wpadek.
Pani popełniła błąd, ponieważ połączenie "sh" w nazwie niemieckiego miasta wymówiła... po angielsku, a ponadto nie podzieliła tego wyrazu. Jest to błąd, który może wystąpić w naszym wyrazie "nadzór", kiedy wymówimy "dz" jak w słowie "dzban", zaś powinniśmy wymówić [nad-zór], podobnież [ludwigs-hafen]. W komisji hazardowej wielu posłów błędnie wymawia nazwisko "Drzewiecki", bowiem mawiają [drze] zamiast [d-rze]...
Na kolejną wpadkę nie trzeba było długo czekać, bowiem o 14:12 w notce - "Zasztyletowano 15-latkę" http://www.tvn24.pl/0,1643864, 0,1,zasztyletowali-15_latke, wiadomosc.html czytamy:
"Makabryczne odkrycie w miejscowości Nowy Konik pod Sulejówkiem (mazowieckie). W śniegu odnaleziono ciężko ranną 15-letnią dziewczynę. Mimo wysiłków lekarzy nastolatka zmarła". Nazwa w nawiasie powinna być od wielkiej litery. Ale to początek błędów...
"Jak relacjonuje Daniel Niezdrow z zespołu prasowego KSP, 15-latka leżała porzucona w śniegu, przy przystanku autobusowym. Była wyziębiona i wykrwawiona". Dziennikarz zapewne zasugerował się fatalnym stanem zdrowia dziewczyny i z nazwiska Niezdropa (z przejęcia) uczynił... Niezdrow.
"Rany były na tyle poważne, że niestety nie dało się go uratować. Mimo szybkiej operacji dziewczynka zmarła około godziny 2:30". Skoro to dziewczynka, to jednak "nie udało się jej uratować".
"O tym, ze rana kobieta leży na przystanku policja została powiadomiona telefonicznie w środę około 22". Literówki - "że ranna", a ponadto kobieta, czy dziewczyn(k)a, skoro jednak miała 15 lat? Jeśli dziennikarze nie mogą tego ustalić, to jak ma przeciętny satyr stwierdzić, czy spotyka się z panienką, czy już z panią, co ma jednak zasadnicze znaczenie w sądzie.
"Z nieoficjalnych informacji portalu tvn24.pl wynika, że widziała ona [osoba zgłaszająca] z pewnej odległości osobę, która zadawania rany 15-latce". Jednak "która zadawała rany" albo "podczas zadawania ran".
Niewielkim usprawiedliwieniem może być bezkrytyczne skopiowanie informacji z http://www.tvnwarszawa.pl, dokąd zresztą portal odsyła, zapraszając "czytaj więcej", jednak nie dowiemy się niczego nowego a istotnego, poza tym, że ofiarę określono tam jako dziewczynkę i jako dziecko, zaś tvn.24.pl uznał ją za kobietę.
PS Panienki i kobiety z podwarszawskiej miejscowości Nowy Konik (oraz damy przejeżdżające przez te tereny) powinny być szczególnie czujne na przestępczość o naturze sugerowanej przez tę nazwę. No i przejazd jest przez Nowy Konik, nie zaś przez Nowego Konika (oj, ten trudny biernik...).

Żenujący gol
17 lutego 2010 odbył się mecz 1/8 finałów Ligi Mistrzów Arsenal Londyn - FC Porto (1:2). Agencje informują, że "Obie bramki padły po fatalnych błędach polskiego bramkarza Fabiańskiego".
Sposób zdobycia gola był szokujący i potwierdza, że albo przepisy gry w piłkę nożną nie są dopracowane, albo sędzia okazał się wyjątkowo nieprzyjazny. Do tego dochodzi całkiem niesportowe zachowanie Portugalów.
Cóż się stało? Otóż zawodnik Arsenalu przedłużył toczenie się piłki w kierunku Fabiańskiego, który zgodnie z przepisami nie powinien jej chwytać. Niestety, uczynił to, zatem sędzia odgwizdał przewinienie. Ponieważ dotknięcie obrońcy było nieznaczne (albo nawet go nie było lub bramkarz tego nie zauważył), zatem sędzia nie powinien przerywać gry, zwłaszcza że przepis stanowi, iż zabronione jest przejęcie piłki przez bramkarza w oczywistej i niebudzącej wątpliwości sytuacji, kiedy można uznać, że zawodnicy grają na czas (właśnie dlatego ongiś ustalono tę zmianę przepisów; jedynie odbicie głową do bramkarza nie powoduje przerwania gry).
Polski bramkarz przekazał piłkę sędziemu, ten zaś niezwłocznie ją ustawił w polu karnym i tu zaczęła się komedia niegodna piłkarskiego meczu na (podobno) światowym poziomie - portugalski napastnik wznowił grę podając piłkę partnerowi, który strzelił gola totalnie zaskoczonej drużynie Arsenalu, która nie przygotowała się jeszcze do obrony; zapewne planowali ustawić mur i bramkarza, co zwykle trwa kilkanaście sekund. Zresztą istnieje niepisana zasada - im bliżej bramki ma być wznowiona gra, tym więcej czasu przeznaczają obie drużyny na ustawienie swoich zawodników; to już niemal rytuał!
Na portalach rozgorzały dyskusje, czy opisana scena była zgodna z przepisami. Niektórzy uważali, że jeśli sędzia wznawia grę na polu karnym, to powinien odgwizdać wznowienie gry po uznaniu, że ustawienie obrony jest przepisowe, zwłaszcza że odległość od bramki była parometrowa, zagrożenie duże, zatem - kiedy, jak kiedy - ale właśnie w takiej sytuacji, strzał w kierunku bramki powinien być oddany po umożliwieniu ustawienia obrony. Przecież na tym polega gra - na poprawnym ustawieniu obrony w przypadku bezpośredniego zagrożenia bramki przy wznowieniu gry przez sędziego!
Niestety, sędzia (Skandynaw; a zawsze uważałem ludy północnej Europy za rozsądne i nienawykłe do sztuczek) zignorował powagę sytuacji, pozwolił na natychmiastowe zagranie i na zdobycie bramki. Szokujące to wydarzenie przypominało raczej wyczyny podwórkowych gawroszy, którzy sobie amatorsko pląsają z piłką po wytartych trawnikach pomiędzy blokami, niż uczciwą grę zawodowców, na których patrzą miliony kibiców.
Niehonorowy gol w wykonaniu Portugalów dowodzi, że w sporcie jest coraz mniej miejsca na fair play, ponadto - co może zabrzmi nieładnie - są nacje, które stosują sztuczki charakterystyczne dla pewnych narodów, wszak trudno sobie wyobrazić, aby tego typu cwaniactwo było udziałem ludów, które nie kojarzą się nam z kuglarstwem (przepraszam za to nieco rasistowskie stwierdzenie, ale przychodzą mi na myśl narody, które - jak mniemam - w opisanej sytuacji nie zrobiłyby cyrku z piłki nożnej).
Oczywiście, ten przypadek powinien być wyjaśniony telewidzom przez znawców przepisów, ale nawet jeśli odbyło się to w ich zgodzie (a tak wyjaśniono w telewizji tuż przed północą 18 lutego), to (tym bardziej!) należy te przepisy zmienić!
Fabiański mógł rzucić piłkę w głąb pola gry albo w inny sposób przedłużyć czas przekazywania piłki, ale zachował się przyzwoicie (czyli po sportowemu) i po prostu ją oddał. Mógł także wykopać ją poza boisko ryzykując otrzymanie żółtej kartki, ale cóż to za sport, kiedy to trzeba łamać przepisy, aby zachować się właściwie i aby być lojalnym wobec kolegów z drużyny? Natomiast napastnicy postąpili niegodnie i nie po sportowemu! Ale to oni zdobyli gola, zaś Fabiańskiego obsobaczono i obśmiano! Czy na tym ma polegać nowoczesny sport?! Na popieraniu cwaniactwa? A jeśli jest ono zgodne z przepisami, no to już jest prawdziwy skandal!
Sędzia powinien stać na straży przepisów, popierając jednak sportowe przyjazne zachowania. Niestety, nie zdał tu egzaminu, zaś portugalscy piłkarze kontynuowali niewłaściwą postawę sędziego. Na powtórkach widać to niecodzienne zdarzenie - niech będzie ono przykładem, w jaki sposób nie należy sędziować, bowiem gdyby nie niestosowne podejście skandynawskiego arbitra, to przecież piłkarze Porto nie zagraliby w cwaniacki sposób. Taka gra przypomina szkolne zmagania młodocianych dyletantów, nie zaś zawodowców, z których młodzież ma brać przykład!
Niewykluczone, że zawodnicy sądzili, iż sędzia planuje podyktowanie rzutu karnego albo że ustawi piłkę, poczeka na ustawienie muru, którego odległość sprawdzi swoim "krokomierzem", czyli zachowa się rutynowo, jak w dziesiątkach podobnych sytuacji. Któż mógł przypuszczać, że można w taki sposób wykonać rzut pośredni? Teraz wielu udaje mądrych, ale czy takie gole już widzieliśmy?
Jak to możliwe, że sędzia korzysta z gwizdka w znacznie mniej dramatycznych sytuacjach, natomiast rezygnuje z tego sprzętu w najbardziej krytycznym momencie i miejscu, czyli kilka metrów od bramki i to wówczas, kiedy bramkarz nie jest jeszcze w niej ustawiony? Gdzie jak gdzie, ale to właśnie w takiej sytuacji sędzia powinien postawić piłkę na ziemi, ocenić ustawienie zawodników oraz gwizdkiem dać sygnał do rozpoczęcia gry!
Zamiast szlachetnej rywalizacji ujrzeliśmy absurd, bowiem ten gol to prawdziwie nonsensowny gol - powinien otrzymać nawet taki tytuł w futbolowym konkursie na antygol roku!
Z punktu widzenia uczciwości, która powinna być najważniejsza w sporcie - czy kara, jaką drużyna poniosła za tak niewielkie przewinienie, jest właściwa? Przecież rzuty karne zwykle są orzekane za rzeczywiście ciężkie przewinienia i są mniej "bramkostrzelne", niż opisana sytuacja! O paradoksie - w takiej sytuacji korzystniejsze (choć nieprzepisowe) dla Arsenalu byłoby podyktowanie rzutu karnego! Ale właśnie ten fakt dowodzi, że gra nie powinna być wznowiona w zaistniały sposób, bowiem natychmiastowe kontynuowanie gry było większą karą, niż decyzja o karniaku.
Jeśli gola zdobyto zgodnie z przepisami, to tym gorzej dla przepisów - niezwłocznie należy je zmienić! Po takiej decyzji arbitra to można tylko płakać lub śmiać się do łez; równie dobrze mógł sędzia (lub bramkarz) wrzucić piłkę do siatki - byłoby ciekawiej, weselej i komiczniej... A tak (dla idei sportu) wyszło żenująco!
Ciekawe, gdyby zamieścić ankietę w tej sprawie, to czy większość internautów popierałaby kuglarstwo (nawet zgodne z przepisami), czy dla większości ważniejsze byłoby sportowe i rycerskie zachowanie?
Przepis zakazujący podania piłki do bramkarza jest przykładem na pozornie dobre rozwiązanie w sytuacji, kiedy dawniej bezczelnie grano na czas. Pozornie dobre, bowiem po wprowadzeniu tego przepisu było wiele kuriozalnych sytuacji; np. piłka odbiła się rykoszetem od obrońcy w kierunku bramkarza, ten zaś - nie będąc pewnym reakcji sędziego - na wszelki wypadek wybijał ją zwykle bez większego sensu (czasami pod nogi przeciwnika i...).
Należałoby zlikwidować ten przepis przy okazji wprowadzenia pomiaru czasu netto (np. dwie połowy po 30 minut) i wówczas czas przebywania piłki w gestii bramkarza (od pochwycenia do wyrzutu) nie byłby wliczany do czasu gry, zatem problem gry na czas upadłby definitywnie i nie dochodziłoby do niesportowego zachowania, jak to opisano powyżej.
Piłka nożna należy do dyscyplin, które są odporne na nowinki techniczne i zmiany regulaminowe, co powoduje, że gra ta traci na atrakcyjności w porównaniu z innymi sportami. Upór przy niewprowadzaniu dodatkowych sędziów oraz zakaz podejmowania decyzji z zastosowaniem wideozapisów, to tylko dwa przykłady na zacofanie instytucji odpowiedzialnych za piłkę nożną.
Czy jeszcze istnieją jakieś inne dziwne interpretacje przepisów, którymi mogą nas zaskoczyć nawiedzeni sędziowie oraz sprytni piłkarze? Może kilka takich sztuczek omówić w telewizyjnym programie sportowym i zainscenizować na murawie - przynajmniej ustrzeże nas to przed rozdziawieniem naszych zdumionych jam ustnych, kiedy to jakiś komediant w stroju sędziego zaserwuje nam kolejną nieprawdopodobną zabawę pod bramką i to na mistrzostwach lub podczas igrzysk olimpijskich...
Nie mam żadnego poglądu na temat całego meczu, bowiem przypadkiem (akurat kliknąłem palcem w ten a nie w inny guzik pilota) obejrzałem wyłącznie kuriozalną drugą bramkę dla Porto. Nie jestem kibicem żadnej z omawianych drużyn. Zależy mi na wyeliminowaniu idiotycznych sytuacji z każdej dyscypliny sportowej, bowiem ośmieszają one ideę szlachetnej rywalizacji i pomniejszają wagę zmagań sportowców.
Z całego meczu, jak wspomniałem, obejrzałem tylko ten fragment i zaraz przełączyłem na inny program - nie będę oglądać kuglarstwa i sportowców, którzy nie grają fair. Nie dość, że piłka nożna oferuje tylko parę (góra!) goli podczas półtoragodzinnych zmagań, to jeszcze takie skandale nam serwują pseudosportowcy wespół z sędzią.

Amerykański Dyzma
19 lutego 2010 światowe media donoszą - "Bohater z 11 września posiedzi 4 lata". Okazuje się, że Bernard Kerik, były komisarz nowojorskiej policji, został skazany na 4 lata więzienia za korupcję i przestępstwa podatkowe. Po sądowych pertraktacjach - tak charakterystycznych dla amerykańskiej sprawiedliwości, co niejednokrotnie widzieliśmy w fabularnych filmach realizowanych przez naszych zamorskich (a nawet zaoceanicznych) przyjaciół - pan Kerik przyznał się do winy i oczekiwał na wytargowany wyrok 2,5 roku do spędzenia za ogrylowanym oknem. Niestety (dla niego), sędzia prowadzący sprawę zachował się nieelegancko, ale populistycznie - zaostrzył wyrok do 4 lat, wskazując na znaczną szkodliwość czynu.
Kimże jest ów Kerik? Otóż był protegowanym burmistrza Nowego Jorku, słynnego Giulianiego, dla którego pracował jako... kierowca i ochroniarz. Szybciutko awansował z szeregowego policjanta na wyższego urzędnika wydziału karnego, a potem na komisarza policji nowojorskiej. A my się dziwimy, że niektórzy nasi urzędnicy robią zaskakująco szybkie kariery i że podobno jest to niemożliwe w państwach o ustabilizowanej a długotrwałej demokracji... Jedyna widoczna różnica, to dość wysoki wyrok, który u nas jest raczej nie do pomyślenia.
Za zasługi po ataku 11 września 2001, ówczesny prezydent George W. Bush mianował Kerika ministrem bezpieczeństwa państwa, jednak tuż przed jego zatwierdzeniem ujawniono, że jakaś firma budowlana (podejrzana o związki z mafią) wyremontowała mu dom, licząc na duże kontrakty z miastem. Ponadto, co w USA jest szczególnie boleśnie karane (nie jak u nas) okazało się też, że niedoszły minister dwukrotnie sfałszował dane dotyczące jego należności podatkowych. Tutaj znacznie przegiął i, mając na względzie fakt, że nawet takiego Ala Capone skazano głównie za podatkowe hece, w ostatnim swym słowie całkiem skruszał - prosił o wybaczenie i ewentualne złagodzenie wyroku.
Zatem o mało co, a byłby amerykańskim ministrem (i to od bezpieczeństwa narodowego!) siedzącym w pudle. Gdyby Amerykanie chcieli zrealizować film "Kariera Bernarda Kerika" na podobieństwo naszego Nikodema Dyzmy, to mają własny materiał i nie muszą płacić za prawa autorskie. Kerik nie ukończył Uniwersytetu Jagiellońskiego, podobnie jak Dyzma nie widział na oczy Oksfordu. Pierwszy zna język polski podobnie jak drugi znał angielski. Obaj kombinowali i obaj zostali zarekomendowani na wysokie stanowiska rządowe przez swoich ustawionych przyjaciół.
Wielu rodaków uważa, że gdyby nasi urzędnicy więcej zarabiali, to byliby mniej podatni na korupcyjne przygody. Otóż magazyn "Forbes" opisuje miasto Cleveland (stan Ohio), które "zwyciężyło" w dorocznym rankingu najbardziej przygnębiających amerykańskich miast. Jakie czynniki zaważyły na losach miasta? Mianowicie - kiepscy sportowcy, kapryśna pogoda, wysokie podatki i (właśnie!)... korupcja. Okazuje się, że przez ostatnie 10 lat skazano tam ponad 300 urzędników, czyli co 12 dni (i to w jednym amerykańskim mieście) mieliśmy dowód na to, że wyższe zarobki nie idą w parze z uczciwością (być może, że byłoby ich kilka razy więcej, gdyby mieli... polskie płace).
PS Jakie mogą być losy pracowitego programisty, który nie cwaniaczy i nie ma znajomości w urzędach, ma zaś kłopoty z pracą i z wypełnianiem pitów oraz ze zrozumieniem podatkowych przepisów? Amerykańska skarbówka zrobiła dokładną kontrolę panu A.J. Stackowi, co kosztowało go 10 000 dolarów w zaległych podatkach i karach. Ponadto kłopoty finansowe przyczyniły się do kryzysu jego małżeństwa i zniweczyły plany emerytalne, co u nas jest raczej niemożliwe. Cóż uczynił załamany p. Stack? Ponieważ miał na stanie mały samolocik, przeto nie poszedł w ślady naszego wczesnokapitalistycznego biznesmena, p. Wokulskiego, który z braku własnego samolotu postanowił skorzystać z cudzego pociągu. Pan Stack podpalił swój dom i ramach obywatelskiego protestu wbił się awionetką we właściwy (swoim problemom) urząd skarbowy, któremu podesłał pożegnalny list z zestawem antyrządowych obelg. Zapewne przejdzie do legendy i kiedyś zostanie uznany za fiskusowego męczennika a może nawet za narodowego bohatera, zwłaszcza że kapitalizm uznał za "system polegający na manipulacji naiwnymi i oszukiwaniu słabych". Media wyjaśniają, że "Przepis wprowadzono w celu łatwiejszego ściągania podatków od osób z tej kategorii zawodowej" a to oznacza, że Amerykanin padł ofiarą rządowego wygodnictwa...

Płynność ruchu na skrzyżowaniu
1 lutego 2010 Interia.pl w artykule "Liczniki świateł na drogi!" opisuje system odliczający czas do zmiany sygnalizacji świetlnej na skrzyżowaniach, który jest testowany w kilkunastu newralgicznych miejscach na ulicach Torunia.
Dowiadujemy się z notki - "Przy złych warunkach atmosferycznych, jak deszcz czy śnieg, znajomość czasu wyświetlenia światła zielonego umożliwia wcześniejsze przygotowanie się do manewru zatrzymania. Pozwala to uniknąć gwałtownego hamowania. Ponadto urządzenie ogranicza blokowanie skrzyżowania przez pojazdy nie mogące go opuścić. Jeśli kierujący widzi, że zjazd ze skrzyżowania jest niemożliwy a czasu światła zielonego jest mało, to najczęściej powstrzymuje się od wjazdu w obszar skrzyżowania".
Rozwiązanie chwalą też użytkownicy dróg, w tym jeden z taksówkarzy - "Już dawno powinni byli to wprowadzić. Bardzo dobra rzecz, pieniądze na to muszą się znaleźć".
Poza Toruniem system jest testowany w Warszawie, Wrocławiu i Opolu oraz będzie w Bydgoszczy. Podobno jeden omawiany wyświetlacz kosztuje 3 tysiące złotych.
W burzliwej dyskusji (pod artykułem) internauci przywołują ze swojej pamięci podobne rozwiązania widziane przez nich podczas podróży po innych krajach, które są uznawane za biedniejsze, mniej rozgarnięte (gorzej zarządzane) i które mają niższy poziom zmotoryzowania.
Przy okazji uprzejmie informuję, że 19 października 2005 napisałem artykuł "Oszczędzajmy nerwy i paliwo!", który przesłałem do kilkudziesięciu redakcji i instytucji i który został wydrukowany przez "Gazetę Krakowską".
Oto obszerny fragment -
To może podpowiemy urzędnikom bardziej świetlisty/świetlany pomysł na oszczędności w branży oświetleniowej na skrzyżowaniach? Wszyscy kierowcy, kiedy zbliżają się do krzyżówki uzbrojonej w trójkolorowe sygnalizatory, obstawiają (niczym w loterii) czas włączenia się koloru żółtego. Oni nie wiedzą, kiedy się włączy owo światło, oni właśnie... obstawiają. Niektórzy kierowcy, zwłaszcza autobusowi i trolejbusowi, z racji kursowania po stałych trasach, niemal na pamięć znają cykle zmian świateł. Ale często jest i tak, że przeliczają się o parę sekund. I wówczas... Rozpędzony wóz załadowany pasażerami zbliża się do skrzyżowania. Kierowca błędnie ocenia, że żółte światło włączy się za 7 sekund i zwiększa prędkość pojazdu (ponad dozwoloną), aby zdążyć przed zmianą świateł. A tu zmiana następuje po 4 sekundach i rozpędzony kilkunastotonowy bolid nie hamuje (bo groziłoby to przewróceniem stojących pasażerów) i przejeżdża przez zebry już po zmianie na światło czerwone. Zdarza się, że kierowca właśnie rozpędza pojazd, ale po zmianie światła na żółte, gwałtownie hamuje przed pasami, co irytuje klientów wozu, no i oczywiście podraża koszty eksploatacji taboru. Przecież paliwo zostało bezpowrotnie utracone, środowisko niefrasobliwie zadymione, zaś układ hamulcowy, opony oraz nawierzchnia jezdni - niepotrzebnie a dodatkowo zużyte.
Gdyby wśród pasażerów jeździli policjanci i kontrolerzy - specjaliści od ruchu drogowego i ekonomicznej jazdy, to potwierdziliby, że co dziesiąty manewr wykonywany na podstawie decyzji podjętej przed skrzyżowaniem, jest błędny. Błędny, to znaczy - niebezpieczny (potencjalnie groźny dla ludzi, zwłaszcza przechodniów) oraz kosztowny (wymienione koszty popełnienia błędu można oszacować na kilka złotych). O niepoliczalnych kosztach (frustracja, irytacja, zdenerwowanie przewożonej masy) można wspomnieć raczej jedynie dla porządku...
Im większy samochód (autobus, ciężarówka) tym trudniej go zatrzymać przed przejściem dla pieszych. Ustaliła się pewna zasada - kierowcy wielkich wozów wiedzą, że rozpędzony pojazd "ma prawo" przejechać na styku światła żółtego i czerwonego, bowiem i oni, i przechodnie, z doświadczenia wiedzą, że nagłe hamowanie nie wchodzi w rachubę. Przechodnie często korzystają ze swoich uprawnień i wchodzą na zebrę zaraz po włączeniu zielonego (dla nich) światła. Ale ryzykują raczej przed samochodami osobowymi, bowiem liczą na sprawne zatrzymanie pojazdu. W przypadku większych bolidów, o ryzykanta jednak trudniej, choć przecież wykroczenie drogowe kierowcy jednak istnieje. A co będzie, jeśli zagapione dziecko albo zamyślony emeryt wejdzie na pasy po ujrzeniu zielonego światła, zaś kierowca tira - korzystając z niepisanego "odwiecznego" prawa do przejazdu przez skrzyżowanie na styku żółci i czerwieni - nie zdejmie stopy z pedału "gaz"?
Wracając do pomysłu - końcowa faza trwania światła zielonego powinna być zamieniona w potrójne pulsowanie tego światła, które z daleka przygotuje kierowców na zwalnianie ruchu, a nie zachęci (jak obecnie) do podejmowania ryzyka polegającego na przyspieszaniu tuż przed nieoczekiwaną zmianą świateł. Po trzykrotnym mignięciu zielonego światła, pojazd nie powinien wjeżdżać na skrzyżowanie (byłoby to wykroczenie), ale o ten okres powinno być skrócone "świecenie" światła żółtego i czerwonego (w sumie). Inny wariant pomysłu - zamiast pulsowania zielonego światła, dodatkowo włączane jest światło żółte, zatem świecą one oba jednocześnie do momentu wyłączenia się światła zielonego (jak obecnie - pozostanie jedynie światło żółte).
Nieco droższy sposób - na 9 sekund przed planowaną zmianą światła zielonego na żółte, na jednocyfrowym wyświetlaczu (umieszczonym nad sygnalizatorem, korzystnie na wysięgniku ponad jezdnią), pokazywałaby się kolejna cyfra (od 9 do 1), zaś przy zerze następowałaby zmiana światła z zielonego na żółte. Kierowcy z odległości 100-200 metrów znaliby (na bieżąco) pozostały czas do zmiany świateł.
Opisany pomysł (przy niewielkich nakładach finansowych) przynosiłby codziennie wymierne oszczędności (mniejsze zużycie paliwa i innych materiałów) oraz niewymierne korzyści (spokojniejsze nerwy kierowców i pasażerów wszelkich pojazdów). [koniec cytatu]
Niestety, my, Polacy, nie potrafimy korzystać ani z już znanych w świecie rozwiązań, ani nie bierzemy pod uwagę propozycji nadsyłanych przez zwykłych obywateli, zatem - biorąc choćby tylko moją propozycję - mamy 5 lat straty. Już 5 lat temu Trójmiasto mogło być na etapie wdrażania, ale obecnie już inne miasta zostawiły je daleko w polu. Jeszcze nic straconego, bowiem można byłoby rozważyć tańszy system - opisany w trzecim, od końca, akapicie cytatu.
To o uprzedzeniu kierowcy o spodziewanej zmianie koloru światła zielonego na żółte, ale w podobny sposób można byłoby przygotować kierowcę na zmianę czerwonego światła na zielone (np. przez ostatnie trzy sekundy emitowania światła czerwonego, byłoby ono pulsujące; choć w Polsce do światła zielonego przygotowuje żółte). Szkoda, że wynalazcy sygnalizacji świetlnej nie opracowali tego wariantu podczas wdrażania systemu do użytku, bowiem od lat już ona istniałaby w proponowanej postaci, co byłoby mniej kosztowne i mniej irytujące, no i wszyscy bylibyśmy już dawno przygotowani do postulowanych zmian. Niestety, szanowni wynalazcy, jeśli czegoś nie wymyślicie "od razu", to - jak widać - jakiekolwiek zmiany idą strasznie opieszale (tzw. opór materii).

Wyważane listy
Prezydent Białorusi wystosował 20 lutego 2010 wyważoną odpowiedź na skierowany do niego list prez. Lecha Kaczyńskiego. Wysłany 16 lutego list polskiego prezydenta dotyczył represji wobec Polaków na Białorusi. A. Łukaszenka odpowiedział na pytania i "wyraził nadzieję na wyważony i pełny szacunku dialog pomiędzy Białorusią a Polską na rzecz dalszego rozwoju przyjaznych i dobrosąsiedzkich stosunków między naszymi państwami".
Podobnych wypowiedzi udzielał pewien kanclerz pod koniec lat 30., w szczególności w 1939, i właściwie miał rację, bowiem (przecież!) wyważył, ale... wszystkie nasze graniczne szlabany. To typowe wodolejstwo i zasadniczo trudno odróżnić wrogość od przyjaźni, bowiem w dyplomacji hipokryzja i fałsz sięgają szczytów mistrzostwa w tych dziedzinach.
Nasz prezydent w równie wyważony sposób "wskazał na konieczność przestrzegania praw człowieka, będących fundamentem funkcjonowania współczesnych społeczeństw europejskich", ale nie słyszano, aby wskazał na konieczność stosowania wyważonej logiki przy ustalaniu płac dla doświadczonych lekarzy i dla początkujących (obecnie młodzież ma wyższe płace od nestorów i to także bulwersuje nie tylko środowiska medyczne, ale wielu obywateli, którzy obserwują dziwne siatki płacowe obowiązujące w Polsce).
Ale najciekawsze - list z naszej stolicy do białoruskiej jechał 4 dni i to góra, bowiem po tym czasie, to już wystosowano odpowiedź. Cóż za tempo jazdy i pisania!
Do zwykłego obywatela RP napisano wyważony list w Gdańsku (ważna urzędowa sprawa) 10 lutego prosząc o stawiennictwo 24 lutego (wczesnym rankiem). Stempel na kopercie jest z 12 lutego, ale do adresata w Gdyni dotarł dopiero 22 lutego. Szedł (a raczej człapał) 10 dni na trasie ok. 20 km, czyli ok. 80 m/godz. (a zatem właściwe pełzł był). Gdyby czołgał się dwa dni dłużej (a to tylko o 20% więcej), to obywatel nie miałby możliwości zdążyć na wyznaczone miejsce i miałby problemy z wyjaśnieniem nieobecności, natomiast urzędnik był święcie przekonany, że sporządzenie pisma na dwa tygodnie przed spotkaniem jest szczytem urzędniczej elegancji (i nie dane mu było się dowiedzieć o jego błędnym mniemaniu).
Biorąc przykład z prezydentów, obywatel mógłby w wyważony sposób zwrócić się do Poczty Polskiej, aby w środku Europy starała się być szybsza od gorliwego żółwia oraz aby - na wszelki wypadek - urzędnicy wysyłali swoje pisma z miesięcznym wyprzedzeniem. Aż dziwne, że listy z Ameryki potrafią dojść w parę dni nad Bałtyk, zaś wzdłuż linii brzegowej utykają w (zapewne) zmarzniętych a nadtopniałych zaspach.
Bardzo pouczające są noty dyplomatyczne sporządzane w "wyważonym" tonie, w których głowy państw "wskazują" na coś oraz "wyrażają" najczęściej nadzieję. Proponuję w tym stylu pisać skargi i reklamacje - o ile podniesię się nam kultura pisania listów... Kilka utartych zwrotów i jakie efekty! Może na lekcjach języka polskiego młodzież powinna ćwiczyć dyplomatyczny wdzięk i elegancję?

PS Z przesyłkami z Gdańska do Gdyni mają także problemy inni dostawcy - 18 grudnia 2007 pewna firma (sprzedawca) przeemajlowała - "Pragniemy poinformować, że przesyłka została nadana za pośrednictwem firmy kurierskiej [...] i zgodnie z ich standardem powinna zostać dostarczona w ciągu dwóch dni roboczych. Uprzejmie prosimy o obecność pod wskazanym adresem odbioru i jednocześnie prosimy o monitorowanie statusu przesyłki na stronie". Po wejściu w internetowy system śledzenia paczki widać, że prezenty nadane 18 grudnia w stolicy już od 19 grudnia są w Gdańsku i dopiero po 9 dniach (sic!) dotarły do Gdyni - oczywiście po Wigilii. I nie pomogły wyważone doniesienia sprzedawcy, że "Jesteśmy w stałym kontakcie z [...]. Wszystkie paczki wysłaliśmy ekspresem z gwarancją doręczenia. [...] nas zapewnia, że pracują w sobotę, niedzielę i w poniedziałek oraz że dostarczą wszystkie paczki". W końcu - jak przystało na dyplomatów - obiecali, że wszystkie przesyłki dostarczą i... (przecież) dostarczyli! Co ciekawe - przed wojną pomiedzy tymi miastami przebiegała granica państwowa i złośliwi twierdzą, że przesyłki docierały wówczas znacznie szybciej.

Roztargnienie czy lekceważenie?
Aby oglądać TV1000 na stałe zamów Pakiet Max Telewizji Cyfrowej UPC na stronie www.upc.pl lub zadzwoń... TV1000 zaprasza na film "Joanna d'Arc" 16 stycznia o godz. 20:00. W pierwszej połowie miesiąca napis ten był całkowicie zrozumiały, bowiem planowana emisja była zapowiedziana na dość bliską przyszłość, ale dzisiaj mamy... 1 lutego 2010 i można się zastanowić, czy aby film miał być emitowany w 2010 (i czy był?), czy jednak w przyszłym roku (niemal za cały rok) albo i w obecnym, i w 2011... Zapewne prawda jest prozaiczna - po prostu ktoś "odpowiedzialny" za informowanie widzów zapomniał o tekście puszczonym w ruch przesuwny u dołu ekranu i swoim "zaangażowaniem" daje przykład troski wobec swoich (także potencjalnych) klientów. Ale to lekceważenie klientów trwa już dwa tygodnie!
Podobne uchybienia możemy zaobserwować podczas emisji świetnego cyklu Ewy Drzyzgi - "Rozmowy w toku", kiedy to na zakończenie kolejnego odcinka, jesteśmy zachęcani przez tekst na planszy do oglądania kolejnego programu - podawany jest interesujący tytuł (prawdopodobnie wznowienia) odcinka oraz czas emisji, zaś proponowany czas (a mamy styczeń 2010) sugeruje spotkanie... jesienią (podany jest miesiąc bez roku), przy czym trudno orzec, czy jest to czas emisji, która już się odbyła (i był to termin pierwszej edycji), czy emisji, która się dopiero odbędzie u schyłku 2010 (i jest to termin wznowienia)...
"Klub dla Ciebie" co miesiąc dostarcza katalog z wieloma interesującymi produktami. Pod koniec stycznia dostarczono oferty na luty. Na skrzydełku zachwalane są produkty tygodnia, jednak zaznaczono "oferta ważna od 25 do 31 stycznia 2010 r." a przecież wielu adresatów otrzymało ów katalog pod koniec promocji albo nawet już po niej.
Czym kierowano się podczas tworzenia internetowego Słownika języka polskiego www.sjp.pl? Owszem, umożliwiono wprowadzanie komentarzy przez dyskutantów, ale system przyjmie nową uwagę po wpisaniu podanego kodu wspak. Pomysł jest logiczny i sprytny, ale... Ale dlaczego jest to aż dwunastocyfrowa liczba kontrolna (np. 245294245294), przecież wystarczyłyby 4 cyfry. Prawdopodobnie chodziło o zniechęcenie użytkowników do dopisywania komentarzy, bo to i sporo czasu, i łatwo się można pomylić, zatem to chyba nie roztargnienie twórców zabezpieczenia, ale ich... złośliwość? Może jestem niesprawiedliwy? Może jakiś "pomysłodawca" sugerował wpisanie wspak 24 cyfr, ale zwyciężyli zdroworozsądkowcy (tego wyrazu jeszcze nie ma w tym słowniku)?
A (podobno) mamy tworzyć Przyjazne Państwo... Nawet drobne sprawy należy starannie przygotowywać.
PS Do 8 lutego 2010 owo zaproszenie na 16 stycznia pracowicie krążyło i w końcu przestało...

Mopsi kalendarz
Niektórzy współcześni gawrosze sami nagrywają swoje uliczne wyczyny - a to skopią przechodnia, a to wybiją okno wystawowe, a to zdemolują wiatę. Wielu z nich policja nigdy by nie namierzyła, ale kiedy funkcjonariusze jakimś sposobem trafią na takie nagranie, może być wstyd w rodzinie, na osiedlu a nawet sądowy wyrok.
Podobną wpadkę zaliczono w naddrwęckim mieście, tyle że nie o zniszczenie poszło, chyba że... wizerunku urzędu. Tam dyrektor zasłużonego (dla lokalnej społeczności) Miejskiego Ośrodka Pomocy Społecznej, osobiście zredagował biurowe materiały do użytku wewnętrznego. Materiały te przyobleczono w formę praktycznego kalendarza i nie byłoby w tym nic szczególnego i zdrożnego, gdyby nie tematy uwiecznionych wydarzeń. Otóż - jak podaje TVN24 - "wydawnictwo przedstawia m.in. zakrapiane imprezy pracowników opieki społecznej oraz ich samych, nierzadko w bardzo odważnych pozach".
Co znaczy "odważne pozy"? Przecież pracownicy MOPS-u muszą być bojowi podczas wykonywania swoich czynności zawodowych, niczym rasowy czworonożny mops. Jednak nie wyjaśniono czym zakrapiano - a szkoda! - bo jeśli czyniono to octem, to przecież oczywistym się wydaje, że imprezowiczów w końcu musiało mocno pogiąć - stąd pogłoski o ich rzekomo odważnych pozach.
Inna sprawa, że na świecie jest moda na śmiałe ujęcia, a to w wykonaniu sportsmenek, a to polityczek, to niby dlaczego nie mogłyby śmielszymi się okazać również urzędniczki realizujące trudne zadania na coraz bardziej wymagającym polu lokalnego społeczeństwa?
Kalendarz wydano z okazji 20-lecia omawianego MOPS-u i był przeznaczony tylko dla pracowników, jednak wskutek donosu (jak uważają jedni) lub obywatelskiej postawy (jak twierdzą inni) zawartość wyciekła nie tylko do mieszkańców tego urokliwego regionu, ale rozlała się na całą Polskę i już żartownisie wszelakiej maści ciągną sobie łacha z MOPSiska maści przecież jakże szlachetnej. Także i z tego, że ciężko pracujący urzędnicy potrafią z otrzymywanych budżetowych pieniążków wygospodarować sobie na wycieczki (mówi się o Paryżu i Hawajach). Jacy zatem oni zaradni - nie dość, że pomagają bliźnim w utrzymaniu się na przyzwoicie minimalnym poziomie, to jeszcze im samym udało się na cokolwiek wyższym szczeblu osiąść - a do tego i świat szeroki pozwiedzają przy okazji równie szerokiego wachlarza swych świadczeń... A może powinni być wzorem dla innych budżetowych urzędników?
Ale jak znamy życie - w Polsce zaraz zawistna NIK zrobi kontrolę u wszystkich polskich urzędowych pomocników społecznych... Pan Janusz Korwin-Mikke zapewne zaraz chciałby zestawiać kwoty pomocy ubogim z wydatkami na utrzymanie całej ogólnopolskiej machiny pod szyldem MOPS, jednak - jak zwykle przy takich okazjach - przeoczyłby, ileż to miejsc pracy daje ta firma Polakom i o ile wskaźnik bezrobocia wzrósłby, gdyby nie twórczy działacze i pracowici urzędnicy tej firmy.

Mapa Googli
Każdy z nas niejednokrotnie popatrywał sobie na mapę edytowaną przez Google - http://mapy.google.pl, także http://mapy.google.pl. Supermapy, supersprawa - cud techniki. W pewnym momencie zaintrygowała mnie mapa części Europy - patrz załącznik.


Zwróćmy uwagę na kilka intrygujących informacji, choć niewykluczone, że uważny obserwator zauważy na tej mapce jeszcze inne ciekawostki.
Na mapie wymieniono nazwy państw w języku angielskim oraz w językach narodowych (jeśli w obu przypadkach nazwy są identyczne, to podano tylko jedną).
I tak... Czechy opisano po angielsku oficjalną nazwą - Czech Republik, choć żadne inne państwo nie zostało uhonorowane w ten sposób. Mamy zatem Poland, Germany, France itp. oraz... Czech Republik. Także w lokalnych językach wszystkie państwa są opisane na nieoficjalną modłę, ale nie wspomniane Czechy, bowiem widzimy napis - Èeská Republika. Prawdopodobnie wynika to z faktu, że zarówno Anglicy oraz Czesi mają problemy z ustaleniem nazwy nieoficjalnej; podobno właściwą nazwą jest Czechia., ale jakoś większość woli Czech Republik, zaś podczas zawodów sportowych na koszulkach przeważają napisy Czech team. Wracając do oficjalnej nazwy - po czesku to jednak Èeská republika (drugie słowo od małej litery i tu mamy błąd Googli).
W nazwach nieoficjalnych nie ma znaczenia, czy Norwegia jest królestwem, czy republiką, ale w przypadku naszych południowych sąsiadów, musielibyśmy zmienić na mapach Republika Czeska na Królestwo Czeskie, gdyby doszło u nich do zmiany ustroju.
Należy uznać, że na mapach powinny być nazwy oficjalne albo nieoficjalne lub w obu wersjach. Mieszanie rodzajów nazw należy uznać za błąd.
W 1993 Czechosłowacja została podzielona na dwa państwa - na Słowację oraz na... Republikę Czeską, co jest dość irytujące... Oczywiście, większość obywateli świata ma to w "głębokim poważaniu", jednak są osoby, które z tym nie potrafią sobie poradzić (mamy wszak rozmaite zboczenia).
Czeska Wikipedia podaje jednowyrazową nazwę państwa - Èesko, ale sami Czesi oraz świat anglojęzyczny jakoś sobie z tego niewiele robi. W innych językach Czechy mogą mieć całkiem inną postać (co nie jest czymś niezwykłym, wszak Deutschland to po naszemu Niemcy), choć fonetycznie jednak brzmią podobnie, np. po kaszubsku Czeskô, chorwacku Èe¹ka, litewsku Èekija, maltańsku Cekkja, hiszpańsku Chequia, włosku Cechia, białorusku, ukraińsku, rosyjsku Czechija, rumuńsku Cehia, węgiersku Csehország, niemiecku Tschechien, francusku Tchéquie, fryzyjsku Tsjechje, niderlandzku Tsjechië, norwesku Tsjekkia, szwedzku Tjeckien, duńsku Tjekkiet, estońsku T¹ehhi, fińsku T¹ekki, katalońsku Txequia, baskijsku Txekia, islandzku Tékkland, farersku Kekkia.
Czechia? Dlaczegóż by nie? Nawet po polsku jest do zaakceptowania, jednak Google mają przytłaczającą przewagę Czech Republik...
Niemcy to po angielsku Germany i taką nazwę już skądś my znamy, wszak na naszych zachodnich sąsiadów mawialiśmy ongiś Germanie albo właśnie (mniej elegancko) Germany. Choć formalnie nazwa ta kojarzy się ze znacznie większym obszarem Europy, jednak Anglikom to jakoś nie przeszkadzało podczas ustalania tej nazwy.
Co do elegancji, to można mieć wątpliwości zastanawiając się nad nazwą Francja - w języku francuskim i angielskim to (dwie) France, co w naszym języku ma parę pejoratywnych znaczeń, ale jest to również (tym razem sympatyczna) forma deklinacji nazwiska Franko oraz żeńskiego imienia Franka. Wzorem Czech, również Francję można byłoby zapisać bardziej oficjalnie jako République française, ale tutaj jest odwrotnie - rzeczownik od wielkiej litery, zaś przymiotnik od małej.
Zagadkowe jest niemieckie miasto Oldenburg nieopodal Bremy, bowiem na mapie opisano je (jedyny taki przypadek!) dwukrotnie (raz w nawiasie). Trochę (skąpego) światła rzuca Wikipedia, która podaje - Oldenburg (Oldb), w statystyce Oldenburg (Oldenburg). A inne miasta w statystyce jak się prezentują? I co ma statystyka do omawianej mapy? Już mniej zagadkowo opisano miasto Halle (Saale) , które jest położone nad rzeką (o nazwie w nawiasie; po polsku Soława), choć także nieznany jest sens podania tej nazwy (wiele miast leży nad rzekami, ale ich nazw nie podano w nawiasach). Przecież nie piszemy na naszych mapach Olsztyn (Łyna), aby odróżnić od drugiego, mniej znanego Olsztyna. W tekstach i owszem, ale nie na mapach, na których umieszczamy wyłącznie oficjalne nazwy geograficzne, bez dodatkowych informacji. Natomiast poprawnie napisano Ústí nad Labem oraz Frankfurt am Main, ponieważ są to oficjalne nazwy.
Na mapie jest także widoczna północna część państwa zwanego niemal przez wszystkich Italia (Italy lub podobnie), ale przez nas Włochy, co tematycznie grawituje ku... fryzjerstwu, ale i tak jest to pikuś (pan Pikuś) - aby już zakończyć to podgryzanie niczym gryzoń, należy wspomnieć o szwajcarskim kantonie Gryzonia, który w herbie nie ma ani jednego... gryzonia.
A skoro już o tym neutralnym państwie - zaskakuje niekonsekwencja spolszczenia nazwy jego największego miasta, bowiem Zürich to po polsku... Zurych i mamy dziwoląg, ponieważ zakończenie nazwy jest poprawnie spolszczone, ale początek, niestety, fatalnie! Powinno być... Curych (i tak jest po czesku). Podobne błędy (połowicznego spolszczenia) popełniliśmy podczas przyjmowania wyrazów bizneswoman oraz casanowa.

Nie przesadzajmy z tragediami
Nie ma dnia, abyśmy nie dowiadywali się o tragediach. A to o jednostkowych, a to o wielkich i niewyobrażalnych, np. w Haiti. Ale termin "tragedia" jednak powinien odzwierciedlać tragedię, a to oznacza jednak nagłe rozstanie się z życiem, zwykle podczas wypadku.
TVN24 informuje 5 lutego 2010 - "Tragedia na dworcu kolejowym w Warszawie. Na stacji Olszynka Grochowska pod pociąg wpadły dwie kobiety. Obie trafiły do szpitala". Ponieważ tytuł brzmi - "Dwie kobiety wpadły pod pociąg", przeto po jego przeczytaniu oraz zacytowanego wstępu, ale bez ostatniego zdania (o szpitalu), każdy był pewien, że co najmniej jedna z pań zginęła. Okazuje się, że żadna. Mało tego - nawet nie wiadomo, czy ofiary są ciężko ranne.
Przy okazji - często media (nawet telewizyjne dzienniki w głównych wydaniach!) informują, że "ofiara trafiła do szpitala". Słowo "trafić" w tym znaczeniu nie jest zbyt fortunne, bowiem trafić to można śnieżką w bałwana, rakietą w cel i kulą w płot; można również trafić w sedno sprawy, ale w jaki sposób ranny może trafić do szpitala? To już "szybciej" kierowca karetki mógłby trafić, byle do właściwego, co przecież nie zawsze się im (właśnie)... (przy)trafia. Jeszcze potoczniej (i chyba komiczniej) brzmi informacja - "ofiara wylądowała w szpitalu". Owszem, np. w rozmowach prywatnych, jednak w wiadomościach dziennikarze nie powinni posługiwać się językiem potocznym. Gdyby istotnie ranni zostali wystrzeleni w kierunku szpitala i udałoby się im trafić w ów budynek albo wylądowaliby śmigłowcem obok szpitala, to wówczas taki język byłby właściwy.
5 lutego 2010 "Dziennik Bałtycki" informuje, że "Tragicznie dla dwóch dziewczynek z Kołczygłów zakończyła się droga ze szkoły do domu". Po dość szczegółowym opisie wypadku, dowiadujemy się, że jedna uczennica ma złamaną kość podudzia, druga zaś ma złamaną kość udową, zatem redaktor powinien napisać "Tragicznie mogła się zakończyć...". Natomiast tuż poniżej poprawnie ujęto wydarzenie, bowiem - "Do tragicznego wypadku doszło tuż za rogatkami Redy" i, rzeczywiście, kierowca zjechał na przeciwny pas jezdni zderzając się czołowo z tirem i, niestety, zginął .
Tego samego dnia "Fakt" podaje, że pewna turecka rodzina ratowała swój honor - "16-letnia dziewczyna została żywcem pogrzebana przez swoją rodzinę". O, to jest tragedia, choć słowo to, niestety, tu nie padło. Natomiast gazeta właściwie opisała wypadek pięciu maturzystów ("Nikt nie spodziewał się takiej tragedii"), którzy zjechali na przeciwny pas i wpadli pod tira (ponownie wypadek z wielkim autem, ale wina znowu nie leży po stronie kierowcy ciężarówki) na Podkarpaciu - zginęło trzech z nich.
W innym miejscu opisano problem, z którym zmaga się znany dziennikarz TVP - obniżają mu pensję z ok. 50 tys. zł do 30 tys. zł. Z pewnością to jest prawdziwa tragedia dla tego pana, ale jednak tego nieszczęścia nie nazwano wprost tragedią, choć nadmieniono o dramacie - "telewizja nie ma pieniędzy, bo dramatycznie zmalały wpływy z abonamentu".
Oczywiście, tragedią (i to narodową) byłoby złamanie palca przez Chopina, jednak powszechnie przyjęto, że o tragicznych wypadkach piszemy, jeśli jest co najmniej jedna ofiara śmiertelna. Mało tego - rodziny czytają w prasie o tragicznych wypadkach, co może je zszokować i na całe szczęście dowiadują się od lekarzy, że to jednak nie są tragiczne (w powszechnym rozumieniu) wydarzenia.
Błąd polega na stosowaniu wyrazu "tragedia" w przypadku, kiedy nie było tragedii oraz na niezastosowaniu tego słowa, kiedy jednak dochodzi do niej.
Nie przesadzajmy zatem z tragediami, bowiem zabraknie nam słownictwa, kiedy wydarzy się prawdziwy koszmar.

Psa spisano na straty - a procedury, a serce?
Wszyscy słyszeli o piesku, który został uratowany przez polski statek naukowo-badawczy "Baltica" (współarmatorzy - Morski Instytut Rybacki oraz Instytut Meteorologii i Gospodarki Wodnej; zbudowany w Stoczni Remontowej NAUTA w Gdyni w 1993). Nawet głośno było o nim w świecie. Wielu z nas dowiedziało się również, że "płynącego Wisłą na krze pieska widziano w okolicach Grudziądza".
Ostatnio wpadła mi w oczy gazeta, w której napisano, że nie tylko widziano psa płynącego na krze w okolicach tego miasta, ale nawet że służby ratownicze podjęły się ratowania tego biednego zwierzęcia. I dopiero ta informacja mnie zdruzgotała, bowiem pierwszą (sprzed wielu dni) uznałem za nieoficjalną informację jakiegoś świadka spacerującego wzdłuż Wisły.
Okazuje się, że już 23 stycznia widziano pieska, ratowano go, jednak bezskutecznie. I co??? Wiedziały o tym służby ratunkowe, ojcowie miasta, dziennikarze, miłośnicy zwierząt i co? - pytam ponownie! Nikt nie zainteresował się dalszym losem zmarzniętego ssaka, skazanego na zamarznięcie? W kraju miłującym zwierzęta, w szczególności psy?!
Postanowiłem przejrzeć internet w tej sprawie i znalazłem opis na stronie - http://www.se.pl/wydarzenia/ kronika-kryminalna/kra-porwaa- miska_127625.html, gdzie dopiero 25 stycznia zaalarmowano czytelników - "Niech ktoś pomoże temu nieszczęsnemu psu! Wielki kundel Misiek jest uwięziony na lodowej krze dryfującej w dół Wisły. Jest głodny, zziębnięty i przerażony. I nie może się wydostać. Próbowali ściągnąć go na brzeg strażacy z Grudziądza (woj. kujawsko-pomorskie), ale przegrali walkę z żywiołem. Nikt nie wie, gdzie teraz jest Misiek i co się z nim stało".
W dalszym ciągu dramatycznej fabuły czytamy, że "Strażacy od razu rzucili się na ratunek Miśka. Mieli cały profesjonalny sprzęt, jaki na co dzień używają do ratowania ludzi. Liczyli, że uda im się dopłynąć łodzią do psiska i wyciągnąć go na brzeg. Niestety, kry na Wiśle było tyle, że nie dało się odbić od brzegu! Zdruzgotani strażacy stali bezradnie na brzegu i patrzyli, jak dryfujący pies znika gdzieś za horyzontem".
No dobrze, że to nie był człowiek, choć z pewnością naszego dwunożnego ziomala nie zostawiono by samemu sobie. Ale psa zostawiono, choć jest on przecież nazywany (przez nas) przyjacielem człowieka. Pewnie tak jest, ale to my tak uważamy na pokaz, bowiem prawdziwych przyjaciół poznaje się w biedzie. Może uznano, że piesek nie jest jeszcze w prawdziwej biedzie i dano mu szansę, aby sam się ratował? Miał przecież jeszcze do morza 120 km mroźnej nadziei, nieprawdaż?
Rzecznik prasowy Komendy Powiatowej Państwowej Straży Pożarnej w Grudziądzu przyznał - "Poddaliśmy się, bo akcja ratownicza niosła za sobą groźbę utraty życia przez strażaka".
Zgoda, nasi dzielni strażacy zrobili zapewne wszystko, co w ich mocy (jak na walkę o życie jednak tylko zwierzaka), natomiast dlaczego nie podjęto szerszych działań? Czy powiadomiono wszystkie właściwe instytucje, które w swoich dumnych a fundamentalnych preambułach mają zajmować się takimi wypadkami? Jakże to - dzielne ratownicze zastępy uznały, że nie dadzą rady i udały się do domów oglądać telewizję w ciepłych kapciach (jako i ja teraz, kiedy opisuję tę sytuację)? Po prostu my, Polacy, machnęliśmy ręką na dalszy los psiaka? A niech go pies trąca?! A gdyby tam płynął zając, koń, niedźwiedź, szympans? Gdzie przebiega linia walki o życie i kto ją ustala?
Oczywiście, łatwo teraz sobie krytykować, ale po tym wypadku należy przejrzeć procedury - jak to możliwe, aby czterdziestomilionowy naród nie miał właściwego wyposażenia do ratowania zwierząt i ludzi porwanych przez krę? Przecież to prawdziwy wstyd! Należy zapoznać się z procedurami państw, których służby ratunkowe może już mają gotowe wskazówki, państw, które może mniej mówią o miłości do zwierząt, ale więcej czynią dla nich?
Nazajutrz SE informuje na swej stronie - http://www.se.pl/wydarzenia/ kraj/kra-porwala-psa-zobacz- dramatyczna-akcje-ratunkowa_ 127994.html, że "Misiek jest cały i zdrowy. W ostatniej chwili wyłowili go spece od pogody z IMGW z Gdyni, którzy przez czysty przypadek natknęli się na ledwo żywe zwierzę podczas rejsu badawczego".
Istotnie, jak opisywała załoga statku "Baltica", tuż przed zmierzchem postanowiono poszukać fok w celach badawczych, ale natknięto się na ssaka, którego naukowcy nijak nie mogli zakwalifikować jako fokę - miał... ogon i uszy. Tym bardziej było to groteskowe spotkanie, gdyż wydarzyło się to ok. 30 km od brzegu, zaś psiak bujał się na małej białej kierce pośród tysięcy innych, podobnych. I gdyby statek szedł nieco innym kursem albo nieco później, to kudłatego Baltika (bo tak w końcu nazwano Miśka) żywego nie ujrzałby nawet pies z kulawą nogą!
Czy załodze należą się brawa? Oczywiście, że tak! Natomiast trudno tu mówić o bohaterstwie; jeśli już, to raczej o odwadze, ale był to po prostu zwykły ludzki odruch serca. Jednak skoro mamy tak mało bohaterskich aktów, to może dlatego media ów czyn stawiają aż tak wysoko...
Najważniejsze, że Baltik przeżył, ma się dobrze, został przyjęty do załogi, otrzymał stopień oraz przydziałową michę i niejeden pies mógłby mu teraz pozazdrościć, gdyby... czytał albo słyszał o nim.
Nadal jednak otwartą sprawą jest zbadanie całości akcji ratunkowej, która nie została pomyślnie zakończona na Wiśle, a która jakimś cudem zakończyła się daleko od ujścia naszej królowej rzek. Może zamiast szumu wokół komisji sejmowych, które - jak widać - zwiększają jedynie popularność kłócących się posłów, zbierze się komisja rządowa i omówi przykład uratowanego psiaka w aspekcie ratowania nieszczęśników porwanych przez lodowe tafle i to już na rzekach, zanim biedacy wypłyną na bałtyckie wody, bowiem następnym razem szczęście może nie dopisać... Niech Baltik przetestuje niewydolne procedury dla dobra nas wszystkich! Zanim będą nas ratować na Bałtyku statki obcych bander, bowiem to już byłby nie tylko skandal, ale i kompromitacja...
PS
1. Strażacy udali się do domów, aby w bamboszach śledzić dalsze losy pieska w... okienku telewizyjnym.
2. Piesek płynął 120 km do Bałtyku i po drodze mijał mosty, z których można było przeprowadzić akcję ratowniczą.
3. TVN24 ma helikopter "Błękitny", którego załoga mogłaby zlokalizować pieska, nagłośnić sprawę i medialnie zmusić całą Polskę do ratowania czworonoga.
4. Pieska mogły ratować zarówno lodołamacze rzeczne, jak i morskie, kiedy ssaczy zuch pokonywał 120 km Wisłą i 30 km po Zatoce Gdańskiej.
5. Psisko płynęło kilkadziesiąt godzin bez jedzenia, w kilkunastostopniowym mrozie, leżąc na lodowej i lodowatej tafli, bez wsparcia, także ciemną nocą - jakże musiało to być traumatyczne przeżycie dla tej kudłatej istoty, a na brzegach szwendały się dwunogie ciekawskie stworzenia określające (w swoich patetycznych powiedzonkach) nieszczęśnika "swoim przyjacielem". W tej historii to nie ludzie okazali się bohaterami, ale ten pies!

Dziwna oferta na Allegro
Parę miesięcy temu spore grono Allegrowiczów licytowało telewizorek na aukcji numer 794206641. Ja zaproponowałem cenę 130 zł, ale inni podbili cenę do ok. 200 zł (taką cenę widziałem ok. północy przed wyłączeniem komputera).
Jakież było moje zdziwienie, kiedy nazajutrz otrzymałem informację - "Twoja oferta została odwołana przez Sprzedającego" oraz wyjaśnienie "Powód odwołania podany przez Sprzedającego: za mała cena".
Po wejściu na stronę widzę, że było 9 licytantów i wszystkie kolejne ceny zostały skasowane, zatem trudno powiedzieć, jaka była maksymalna cena.
Ja wprawdzie sobie odpuściłem ten telewizorek o północy, jednak inni licytowali wyżej. Czy postępowanie sprzedającego jest rzetelne i czy jest zgodne z regulaminem? Pierwszy raz spotykam się z takim zdarzeniem - odwołanie licytacji z powodu zbyt niskiej ceny. Nie było wszak informacji o cenie minimalnej, natomiast podczas licytacji sprzedający dopisał "Dodano 2009-10-26 22:11 Zastrzegam sobie prawo do zakończenia aukcji przed czasem, jeżeli cena nie będzie mnie satysfakcjonować". To przecież każdy podczas licytacji może sobie takie zastrzeżenie dopisać...
Na przykład - daję na licytację znaczek, za który chcę otrzymać co najmniej 10 zł (i tymi planami nie dzielę się z nikim), wielu licytantów podbija cenę przez dwa tygodnie (tracąc swój drogocenny czas), cena końcowa sięga 9 zł, a ja odwołuję licytację...
Czy to jest w porządku? Czy ustalając cały system licytacji istotnie twórcom chodziło o dopuszczenie do opisanego przypadku? Jeśli sprzedający chce osiągnąć ustaloną przez siebie cenę transakcji, to niech to wyraźnie napisze albo da w opcji "kup teraz".
Powyższy tekst (w nieco zmienionej postaci) wysłałem do szefostwa Allegro, ale nie otrzymałem odpowiedzi.
PS Należy usprawnić szukanie archiwalnych transakcji. Ot, choćby ta omawiana - każdy użytkownik Allegro, który chce zapoznać się z losami transakcji o danym numerze, powinien otrzymać pełne informacje już po wpisaniu tego numeru, bez odsyłania i kombinowania tudzież składania podań... Po cóż robić jakiekolwiek trudności i tajemnice?

Propozycje dla handlowych platform w internecie
Allegro jest największym polskim internetowym sklepem - można przeanalizować pewne zmiany na handlowych stronach; do zastosowania także w innych handlowych platformach. Otóż na stronach ukazujących listę przedmiotów, można byłoby dodać kolumny - z oznaczeniem n (nowe), u (używane), p (powystawowe), zaś po nich mogłaby być dodana litera g (na gwarancji).
Znaczki pocztowe mogłyby mieć oznaczenia w proponowanej kolumnie - c (czyste), k (kasowane), s (skopiowane); podobnie pocztówki i widokówki (litera k oznaczałaby skasowane i/lub zapisane).
Monety miałyby oznaczenia I, II, III w zależności od menniczego stanu.
W innej kolumnie proponuję umieszczać liczbę licytowanych przedmiotów (w opcji licytowanej) lub liczbę przedmiotów do nabycia (w opcji "kup teraz"), wszak wielu osobom zbędna wydaje się informacja - ile złożono ofert (a przecież cześć z nich opiewa na więcej niż jeden przedmiot), natomiast bardziej interesująca jest liczba przedmiotów jeszcze niekupionych, czyli możliwych do nabycia.
Ponieważ niektórzy nabywcy preferują niektóre państwa jako producentów poszukiwanych artykułów albo nie są zainteresowani pewnymi państwami, przeto korzystnie dla kupujących byłoby dodać jeszcze jedną kolumnę, w której zamieszczano by dwu- lub trzyliterowe skróty nazw państw. Jeśli nazwa państwa nie byłaby znana i trudna do ustalenia, to wpisywano by np. 0 (zero). Gdyby w opisie przedmiotu była nazwa państwa, wówczas można byłoby zrezygnować ze skrótu w nowej kolumnie.
Powinien być bezwzględny wymóg informowania o państwie producenta w przypadku artykułów technicznych oraz taki wymóg przy podawaniu lokalizacji sprzedającego, bowiem wielu dokonuje niezbyt jasnych wpisów (np. "cała Polska").
Powyższe propozycje ułatwiłyby kupno kontrahentom poszukującym artykułów spełniających opisane kryteria. Gdyby okazało się, że jest zbyt mało miejsca na dodatkowe kolumny, to można byłoby przewidzieć opcje do wyboru, np. odpowiednio klikając, zainteresowany kupiec rezygnowałby z kolumny "cena z dostawą" lub "liczba ofert" otrzymując podgląd na proponowane kolumny; po prostu potencjalny nabywca sam konstruowałby sobie kolumny, które go interesują.

Mirosław Naleziński, Gdynia
www.mirnal.neostrada.pl

PUBLIKACJE MIRKA 2010r.

Media w Polsce i na świecie - styczniowy cykl krytyczno-informacyjny

PUBLIKACJE MIRKA 2009r

AKTUALNOŚCI GRUDNIOWE MIROSŁAWA NALEZIŃSKIEGO

AKTUALNOŚCI LISTOPADOWE MIROSŁAWA NALEZIŃSKIEGO

AKTUALNOŚCI PAŹDZIERNIKOWE MIROSŁAWA NALEZIŃSKIEGO

AKTUALNOŚCI WRZEŚNIOWE MIROSŁAWA NALEZIŃSKIEGO

AKTUALNOŚCI SIERPNIOWE MIROSŁAWA NALEZIŃSKIEGO

AKTUALNOŚCI LIPCOWE MIROSŁAWA NALEZIŃSKIEGO

AKTUALNOŚCI CZERWCOWE MIROSŁAWA NALEZIŃSKIEGO

AKTUALNOŚCI MAJOWE MIROSŁAWA NALEZIŃSKIEGO
AKTUALNOŚCI KWIETNIOWE MIROSŁAWA NALEZIŃSKIEGO

AKTUALNOŚCI MARCOWE MIROSŁAWA NALEZIŃSKIEGO


AKTUALNOŚCI LUTOWE MIROSŁAWA NALEZIŃSKIEGO
AKTUALNOŚCI STYCZNIOWE MIROSŁAWA NALEZIŃSKIEGO

PUBLIKACJE MIRKA 2008r

AKTUALNOŚCI GRUDNIOWE MIROSŁAWA NALEZIŃSKIEGO
AKTUALNOŚCI
LISTOPADOWE MIROSŁAWA NALEZIŃSKIEGO
AKTUALNOŚCI PAŹDZIERNIKOWE MIROSŁAWA NALEZIŃSKIEGO
AKTUALNOŚCI WRZEŚNIOWE MIROSŁAWA NALEZIŃSKIEGO
AKTUALNOŚCI SIERPNIOWE MIROSŁAWA NALEZIŃSKIEGO
AKTUALNOŚCI czerwcowe MIROSŁAWA NALEZIŃSKIEGO
AKTUALNOŚCI kwietniowe MIROSŁAWA NALEZIŃSKIEGO
AKTUALNOŚCI marcowe 2008 MIROSŁAWA NALEZIŃSKIEGO
AKTUALNOŚCI lutowe 2008 MIROSŁAWA NALEZIŃSKIEGO
AKTUALNOŚCI styczniowe 2008 MIROSŁAWA NALEZIŃSKIEGO

PUBLIKACJE MIRKA w 2007r
AKTUALNOŚCI grudniowe 2008 MIROSŁAWA NALEZIŃSKIEGO
AKTUALNOŚCI listopadowe 2007 MIROSŁAWA NALEZIŃSKIEGO
AKTUALNOŚCI październikowe 2007 MIROSŁAWA NALEZIŃSKIEGO
AKTUALNOŚCI wrześniowe 2007 MIROSŁAWA NALEZIŃSKIEGO
AKTUALNOŚCI sierpniowe 2007 MIROSŁAWA NALEZIŃSKIEGO
AKTUALNOŚCI lipcowe 2007 MIROSŁAWA NALEZIŃSKIEGO
AKTUALNOŚCI czerwcowe 2007 MIROSŁAWA NALEZIŃSKIEGO
AKTUALNOŚCI majowe 2007 MIROSŁAWA NALEZIŃSKIEGO
AKTUALNOŚCI kwiecień 2007 MIROSŁAWA NALEZIŃSKIEGO
AKTUALNOŚCI
marzec 2007 MIROSŁAWA NALEZIŃSKIEGO
AKTUALNOŚCI luty 2007 MIROSŁAWA NALEZIŃSKIEGO
AKTUALNOŚCI styczeń 2007 MIROSŁAWA NALEZIŃSKIEGO

PUBLIKACJE MIRKA w 2006r
AKTUALNOŚCI GRUDZIEŃ MIROSŁAW NALEZIŃSKI

AKTUALNOŚCI LISTOPADOWE MIROSŁAW NALEZIŃSKI
AKTUALNOŚCI PAŹDZIERNIKOWY MIROSŁAW NALEZIŃSKI
AKTUALNOŚCI SIERPNIOWE MIROSŁAW NALEZIŃSKI
AKTUALNOŚCI LIPCOWE MIROSŁAW NALEZIŃSKI
AKTUALNOŚCI MAJOWE MIROSŁAW NALEZIŃSKIEGI
AKTUALNOŚCI KWIETNIOWE MIROSŁAW NALEZIŃSKI
AKTUALNOŚCI MARCOWE MIROSŁAW NALEZIŃSKI
AKTUALNOŚCI LUTOWE MIROSŁAW NALEZIŃSKI
AKTUALNOŚCI STYCZNIOWE MIROSŁAW NALEZIŃSKI

i przechodzimy na 2005r
AKTUALNOŚCI GRUDNIOWE MIROSŁAW NALEZIŃSKI
AKTUALNOŚCI LISTOPADOWE MIROSŁAW NALEZIŃSKI
AKTUALNOŚCI PAŹDZIERNIKOWY MIROSŁAW NALEZIŃSKI
AKTUALNOŚCI WRZEŚNIOWE MIROSŁAW NALEZIŃSKI
AKTUALNOŚCI SIERPNIOWE MIROSŁAW NALEZIŃSKI
AKTUALNOŚCI CZERWCOWE MIROSŁAW NALEZIŃSKI
AKTUALNOŚCI MAJOWE MIROSŁAW NALEZIŃSKI
AKTUALNOŚCI KWIETNIOWE MIROSŁAW NALEZIŃSKI


Tematy w dziale dla inteligentnych:

ARTYKUŁY - do przemyślenia z cyklu: POLITYKA - PIENIĄDZ - WŁADZA

Polecam sprawy poruszane w działach:
SĄDY PROKURATURA ADWOKATURA
POLITYKA PRAWO INTERWENCJE - sprawy czytelników

"AFERY PRAWA"
Niezależne Czasopismo Internetowe www.aferyprawa.com redagowane przez dziennikarzy AP i sympatyków z całego świata których celem jest PRAWO, PRAWDA SPRAWIEDLIWOŚĆ DOSTĘP DO INFORMACJI
ORAZ DOBRO CZŁOWIEKA

uwagi i wnioski proszę wysyłać na adres: afery@poczta.fm - Polska
redakcja@aferyprawa.com
Dziękujemy za przysłane teksty opinie i informacje.

WSZYSTKICH INFORMUJĘ ŻE WOLNOŚĆ WYPOWIEDZI I SWOBODA WYRAŻANIA SWOICH POGLĄDÓW JEST ZAGWARANTOWANA ART 54 KONSTYTUCJI RZECZYPOSPOLITEJ POLSKIEJ.

zdzichu

Komentarze internautów:

Komentowanie nie jest już możliwe.