Imieniny:

AferyPrawa.com

Redaktor Zdzisław Raczkowski ujawnia niekompetencje funkcjonariuszy władzy...
http://Jooble.org
Najczęściej czytane:
Najczęściej komentowane:





Pogoda
Money.pl - Kliknij po więcej
30 maja 2020
Źródło: MeteoGroup
Polskie prawo czy polskie prawie! Barwy Bezprawia

opublikowano: 26-10-2010

Media w Polsce i na świecie - lipcowy cykl krytyczno-informacyjny Mirosława Nalezińskiego

www.mirnal.neostrada.pl

Z czym do sądu?
2 lipca 2009 dziennik "Fakt" publikuje kopię pisma otrzymanego z Biura Prasowego Kancelarii Sejmu, w którym czytamy - "Z przykrością muszę poinformować Pana Redaktora o złamaniu przez fotoreportera [...] rozporządzenia [...]. Rozporządzenie to [...] jednoznacznie stwierdza, że 'fotografowanie i filmowanie osób przebywających w restauracjach i innych punktach gastronomicznych znajdujących się w budynkach Sejmu jest zabronione' (w przeciwieństwie do napiętnowanego w artykule spożywania przez posłów kieliszka wina do obiadu, która to konsumpcja w restauracji zabroniona nie jest). Tymczasem takie właśnie zdjęcie zostało zrobione w restauracji sejmowej [...] i opublikowane w Państwa gazecie".
W dalszym ciągu poproszono o zwrócenie pracownikom uwagi na konieczność przestrzegania prawa a nawet zagrożono - "Nie respektowanie [jednak powinno być "Nierespektowanie" - przyp. MN] tych przepisów może spowodować brak zgody na wejście do budynków pozostających w zarządzie Kancelarii Sejmu".
Sprawa dotyczy akcji gazety, która ma szczytny cel - czytelnik wie, że każdy pracownik pijący w pracy może tę pracę stracić, ale są wyjątkowi Polacy (tu posłowie), którzy w pracy podczas obiadku mogą sobie wypić legalnie kieliszeczek alkoholu, zaś potem mogą podejmować ważne decyzje dla Ojczyzny, choćby poprzez głosowanie.
Jednak mamy do czynienia z zarzutem nieznajomości prawa - czy dziennikarze znają przepisy i czy nieznajomość przepisów jest usprawiedliwieniem? Czy osoby przedstawione na zdjęciu mogą czuć się urażone albo nawet uznać, że prasa ujawniając ich dane oraz wizerunek, jednocześnie godzi w ich dobre imię?
I dlaczego ani posłowie, ani Kancelaria Sejmu nie grozi procesem, skoro jednak wielokrotnie złamano prawo?
Pytania są o tyle zasadne, jako że zanosi się na proces, w którym żąda się przeprosin i sporego zadośćuczynienia za znacznie mniej widowiskowe przestępstwo (a może "przestępstwo"?). Otóż pewien pełnomocnik trójmiejskiej pisarki (ta pani kształci i kształtuje naszą młodzież na uczelni i podaje się za ważną postać świata księgowości i informatyki) uznał, że omówienie jej obszernych wypowiedzi na pewnym portalu i przeniesienie rozważań na inny portal jest niezgodne z przepisami - stąd proces zapowiadany na wrzesień br.
Z jednej strony mamy nieprzepisowe (nielegalne?) wykonanie zdjęcia oraz jego zamieszczenie (z ujawnieniem danych) i jedyna sankcja, to zaledwie pogrożenie palcem, że dziennikarze krnąbrnej gazety mogą nie zostać wpuszczeni do budynków Sejmu.
Z drugiej strony mamy żądania przeprosin i niezłej kasy (za zgodne z prawem omówienie różnych problemów na internetowych forach) i to bez żadnych wstępnych pertraktacji oraz z natychmiastowym powiadomieniem Policji. Wg prawnika - jego klientka ma ważną pracę i nie można jej ani cytować bez zgody, ani denerwować, bowiem aktualnie pisze książkę. No to posłowie i inni obśmiewani politycy mają znacznie ważniejsze sprawy do załatwienia dla Ojczyzny i jeśli przekazują podobne sprawy w tryby Temidy, to jednak znacznie ważniejsze...
Także 2 lipca, prezydent Zielonej Góry przeprosił za zachowanie radnej PiS Eleonory Szymkowiak na czerwcowym festiwalu "Rock Nocą". Podczas imprezy, radna miała obrazić białoruskich muzyków krzycząc: "Wypier... z tymi Ruskimi do lasu". Miała czy nie miała (ona sama zaprzecza), choć prezydent wymienił sporą grupę świadków - "Jest nam niezmiernie przykro, że goście z Niemiec, Białorusi, Szkocji oraz przedstawiciele polskich miast: Poznania, Wałbrzycha, Bełchatowa, Żagania i Szprotawy, byli świadkami takiego zachowania".
Tegoż dnia media również poinformowały o nagim zdjęciu 20-letniej Madonny, którą sfotografował 30 lat temu pewien amerykański fotograf - za sesję "bez tajemnic" przyszła sława dostała od niego... 30 dolarów. Teraz fotka jeździ z wystawą po Europie i prawdopodobnie Madonna nie ma wpływu na to kto, kiedy i za ile ogląda ją w niemal pełnej krasie.
20 czerwca 2009 podczas programu "gadających głów", red. Wołek nazwał Napieralskiego "prymitywnym osobnikiem" w obecności setek tysięcy widzów, czym publicznie poniżył jego oraz jego rodzinę. Co na to prawnicy i komisja etyki dziennikarskiej? Na takie ekscesy pozwalają sobie osoby publiczne, zaś w ich ślady idą kolejne pokolenia, sądząc, że to właściwa i nowoczesna droga wymiany poglądów...
Zatem cóż się dzieje na tym świecie? Ludziska chlapią rozmaite teksty na lewo i prawo, ujawniają zdjęcia bez zgody zainteresowanych osób i nikt nikogo nie pozywa przed oblicze sądu? A jeśli już ktoś podaje, to w marginalnej sprawie, gdzie są dowody przeciwko pisarce i będzie mielona oczywista sprawa, bo ktoś ważny dla państwa poczuł się urażony, choć sam zaczął niebezpieczne latanie wzorem ćmy wokół płomienia świecy. Najbardziej zdumiewa stanowisko prawnika, który zachowuje się, jakby nie znał masy przykładów bardziej oczywistych, a jednak nie ruszanych przez Temidę.
Owszem, profesor Miodek wygrał sprawę o zniesławienie, ale ani kasy, ani przeprosin się podobno nie doczekał (dziennikarz nie chce uznać prawomocnego wyroku - "Nie będę nikogo przepraszał, bo powiedziałem prawdę"). Pozwany przegrał, bowiem nie potrafił ujawnić dowodów współpracy naukowca z bezpieką.

Inaczej niż myślisz...
Poszedł do banku po kasę. Wcisnął guzik i dostał numerek z informacją, że kilkunastu klientów jest przed nim. Skorzystał z okazji i poszedł do działu wydającego karty płatnicze (od maja już czekała, jak co roku). Ponieważ zdrapkowa karta do internetowych transakcji się pomału wykańczała, także dostał kolejną.
Wyjątkowo nikogo nie było (same panie w okienkach - żadnego klienta), zatem załatwił owe sprawy od ręki, jednak kolejka przed kasami była dość długa... W końcu gong i tablica z numerem obwieściły, że pora na niego - poprosił o 2800 zł. Pani wzięła pliczek setek i wrzuciła na zliczarkę - czerwone diodowe "patyczki" pokazały liczbę 33. Pani odliczyła pięć banknotów i ponownie zatrudniła maszynkę, która - jak należało się spodziewać - pokazała żądaną liczbę, czyli 28.
Formularze zostały wypełnione na drukarce, podpisane i ostemplowane. Pani ponownie zaprosiła go do sprawdzenia licznika i bankowy gość wziął bez liczenia plik banknotów, okutał go pokwitowaniem i schował do tylnej kieszeni spodni, gdzie już były dwa wartościowe papierki - 100 i 10 zł..
Nad ranem - jak co (roboczego) dnia wbił się w spodnie tudzież inne odzienie, obuł się i już zamierzał wyjść do pracy, ale coś go tknęło. Sprawdził plik banknotów - w zawiniątku było tylko 26 banknotów a poza nim "poprzednie" 110 zł.
Przeżył konsternację - czyżby go oszukano w banku? Ale w jaki sposób? Przecież widział, że od 33 banknotów odjęto 5 i wyraźnie widać było na czytniku 28. Czy mogło być 26 banknotów? Wprawdzie "patyczkowe" cyfry mają właściwości, że w razie uszkodzenia jednego z "patyczków" zamiast cyfry 8 widzimy 6, ale przecież niemożliwa jest sytuacja odwrotna, a przysiągłby, że widział 28! No niemożliwe, aby zliczarka była "ustawiona" pod kontem jelenia, bo prędzej czy później to by się wydało i to raczej prędzej...
Po drodze z banku do domu mógłby go ktoś okraść, ale nie tak finezyjnie, wszak łatwiej byłoby cały plik wyciągnąć z kieszeni, niż tylko dwa banknoty i to omijając dwa "stare" - wariant bez sensu.
Pojechał do pracy i po drodze zastanawiał się nad zgłoszeniem tego incydentu w banku - ale co miałby powiedzieć? Że widział liczby 33 i 28? I że mógł przecież przeliczyć dobytek, jeśli nie zaraz przy kasie, to chociaż przy wyjściu z banku? A może zanosiło się na wykrycie jakiejś afery - że niby zliczarki są umiejętnie "przekręcane" na niekorzyść klienta? Ale to bez sensu - przecież kasjerka nie wie, czy klient przeliczy wypłatę przy niej, a wystarczyłoby tylko jedno takie sprawdzenie i wykazanie, że maszynka zamiast szóstki pokazuje ósemkę i afera natychmiast wychodzi na jaw. Nie, to jednak nie podstęp uczciwej pracownicy banku. Ale co (w takim razie)?
W pracy było sporo zajęć, zatem sprawa utraty dwóch stów wyleciała mu z głowy.
Pod koniec dnia pracy zadzwoniła do niego żona. Od niechcenia zapytał - "kochanie, czy brałaś jakieś pieniążki z domu?". Z drugiej strony kabla usłyszał słodkie - "owszem, wzięłam dwieście złotych z kieszeni twoich spodni" (urocze podwójnie, bowiem kasa się... odnalazła!).
"No nie!" - pomyślał - "a sądziłem, że padłem ofiarą wyrafinowanego spisku, wszak banki tylko czyhają na nasze walory".
Sprawa zatem się wyjaśniła, ale problem szerszej natury pozostał, a nawet nie dawał mu spokoju - ileż to spraw jawi się nam jako oczywiste, a są w istocie całkiem inne?
Ileż wyroków (w tym najwyższych) zapadło, bowiem świadkowie przysięgali (w dobrej wierze!), że widzieli coś, a dokładnie nie widzieli, lecz im rozum podpowiadał, że inaczej widzieć nie mogli?
Iluż ludzi zginęło podczas wojny i okupacji tylko dlatego, że komuś się coś przywidziało - oskarżył niewinnego człowieka, partyzanci albo okupanci go zamordowali, zaś osoba wskazująca palcem na ofiarę (albo pisząca nań donos), po zabiciu tego człowieka uświadamiała sobie, że popełniła straszliwy błąd, którego się nie da niczym odkupić? Jakie to musi być straszliwe uczucie, a można być pewnym, że takich przypadków były tysiące!
Jest krótki a jakże pouczający film Hitchcocka... Otóż pani powiedziała mężowi, że właśnie została spostponowana. Oboje wsiedli do auta i rozpoczęli przeczesywać okolicę. W pewnym momencie żona pokazuje na przechodnia, który zaczyna uciekać przed nimi. Małżonek dogania go i zabija. Wracają do wozu i jadą do domu. Po paru przecznicach, żona reaguje identycznie, widząc idącego ulicą innego mężczyznę podobnego do zabitego - pokazuje mężowi, wołając: "to on!".
Może się zdarzyć, że coś ocenisz całkiem inaczej, niż to początkowo wygląda. I może to być straszliwy a nieodwracalny błąd...

Koty nami manipulują
Brytyjscy naukowcy odkryli, że koty świadomie manipulują ludźmi; oczywiście obwieścili to całemu światu i to akurat podczas kolejnej ogólnonarodowej polskiej odsłony propagującej pewną aktorkę wspinającą się po śliskim gruncie swego talentu.
Parę dni wcześniej w mediach znowu było głośno o Kotce, czyli o owej aktorce. Znowu stereotypy (o kotach) górą i zamiast zwalczać je, to utwierdzamy się w przekonaniu, że jednak w tych miłych ssakach jest coś fałszywego. Aktorzy, komiwojażerowie i szpiedzy są tak wyszkoleni, że wariografy przy nich zwykle wariują (stąd pewnie nazwa tych urządzeń).
Kotka kręci spot dla jednej partii, potem dla drugiej. Tylko aktorom (no i politykom...) takie wyczyny jakoś uchodzą, bo każdy inny lawirant kręcący spot byłby uznany w swoim środowisku za niewiarygodnego kontrahenta. W dawnych czasach aktorzy nie cieszyli się zbytnim poważaniem, a ponieważ zwykle byli bardziej inteligentni i bardziej przebiegli od większości możnych ówczesnego świata, to płacono im wprawdzie godnie, jednak trzymano się od nich z... daleka. Ich zawód (dzisiaj jeden z najlepiej płatnych) był ongiś uważany za nikczemny.
Kotka nie tylko wystąpiła w spocie drugiej partii, ale także przyjęła zaproszenie na partyjne spotkanie z masami. Z jednej strony mówi "to moja inicjatywa", z drugiej strony - "była to niespodzianka"...
Kotka doskonale zna poglądy przywódców tej partii na temat "in vitro", a jednak zataja (parokrotne!) zmagania w tej materii z Naturą wspomaganą medycyną. Gdyby pomysłodawcy spotu o tym wiedzieli... A gdyby sprawa wyszła podczas premiery spotu albo tuż przed eurowyborami? Zapewne otrzymane wynagrodzenie pomogło jej w tej walce, wszak nie są to zabiegi tanie. Za kilka lat aktorka wyda swoje pamiętniki, w których zapewne przyzna - tak, dzięki słynnemu spotowi miałam na kolejny zabieg "in vitro". Działacze wszystkich partii powinni być ostrożniejsi - przed podpisaniem kontraktu należy podsunąć umowę aktorowi, aby podpisał, że nie popiera takich czy innych zabiegów, także poglądów (pod rygorem sporego odszkodowania), dzięki czemu jest szansa, że nie zostaną skompromitowani w podobny sposób - wszak teraz najwięksi etycy milczą na ten temat...
Kotka po raz czwarty walczy o dziecko metodą zakazaną przez wodzów popieranej przezeń partii i wie z poprzednich zmagań, że początkowe tygodnie bywają krytyczne, ale idzie na długo wyczekiwaną (5 lat!) rozprawę po... spożyciu alkoholu (a to szampana, a to piwa) podczas (porannego!) obiadu. W sądzie testuje nasze antyterrorystyczne i antyalkoholowe służby, które uniemożliwiają jej złożenie zeznań (być może jest to główny powód zapaści sprawności polskiego sądownictwa, wszak i ten proces nie został przyspieszony przez procentowe wybryki największej polskiej aktorki tego lata). Kotka zarzuca ochronie sądu, że ją niewłaściwie potraktowano, choć przecież funkcjonariusze wykonywali swoje obowiązki przy świadkach i nie znając (może niestety!) dokładnie wizerunku skandalistki. Przeciętny Polak nie rozpoznaje jeszcze owej pani w sytuacjach niecodziennych, podczas sporego zaskoczenia i stresu, ale jeszcze parę występów przed kamerami a już będzie rozpoznawalna przez bodaj wszystkich rodaków...
Kotka uważa, że wydarzenia z ostatnich paru tygodni wiele ją nauczyły, za co musi ciągle płacić. Mówi o kosztach z jednej strony, ale już nie mówi o swoich dochodach, czyli o kosztach, które poniosły obie partie ją zatrudniające (i płacące za jej występy z naszych podatków), a to byłoby uczciwym przyczynkiem do dyskusji w temacie "koszty". Co do tematu "lojalność" - prowokacyjni dziennikarze podszyli się pod trzecią partię i podobno propozycja nie została odrzucona...
Parę tygodni wcześniej, Kotka twierdzi, że "została skopana w kolano". Raz kopnięta, czy jednak skopana? Parokrotnie kopnięta specjalnie a złośliwie i precyzyjnie w wybrane miejsce? Taka pięta Achillesa naszej nowej Modrzejewskiej, ale nieco inaczej (bo nieco wyżej)? Obdukcja jest przesuwana w czasie, także złożenie zeznań. Jedna niedopowiedziana historia może przemawiać na rzecz aktorki, ale kilka spraw wplecionych w siebie i w politykę, to już nie są przypadki - to jest walka o aktorskie zaistnienie na szerokiej scenie...
Takich aktorów jest więcej - nie mają wprawdzie dyplomów, ale niejednego mogliby wprowadzić z błąd. A to facet, który poinformował nas o talibach w Klewkach (ostatnio podszywał się pod dziennikarza o identycznym nazwisku), a to posłanka z kurwikami w oczach i patriotycznymi łzami, ale z posadą uzyskaną dzięki fałszerstwu, a to dyrektorka biura partii już upadłej (jako i ona sama) - dla posady i gaży odgrywała rolę kurtyzany (seksaktorstwo), ale po utracie stanowiska, postanowiła wejść na scenę i przysporzyć większej sławy dwóm (już i bez niej) znanym dziennikarzom i... sobie. Oszuści i aktorzy - to znaczenia dość bliskie w sensie umiejętności; właśnie kolejny raz obejrzeliśmy film "Konsul" (świetny Piotr Fronczewski w roli superoszusta). Aktor może wykorzystać swój talent nie tylko w godny sposób, jak ludzkość może rozmaicie wykorzystać atom.
Właściwie to każdy z nas jest na swój sposób aktorem, zaś życie jest sceną. Z małym błędem można zauważyć, że każdy chce być wielkim aktorem i mieć możliwie najliczniejszą publikę. Jednak każdy ma jakieś wewnętrzne granice, które jedynie w wyjątkowej sytuacji mogą być przesunięte. Jak daleko posunie się jeszcze Kotka?
Pani Kotka pcha się na scenę mając wprawdzie dyplom, ale nie przydaje blasku polskiemu aktorstwu i to w czasach, kiedy wielcy nasi twórcy schodzą właśnie ze sceny.

Nobel dla Grasia
Każdy obywatel płacący podatki jest rozdarty pomiędzy niechęcią do ich płacenia a uznaniem konieczności do ich uiszczania. W skrajnych przypadkach mamy całkowity brak chęci albo brak uznania... Suma takich zachowań składa się na mniej lub bardziej pełny Skarb Państwa. Jeśli sami kombinujemy albo słyszymy, że czyni to osoba przez nas lubiana, to wówczas uznajemy taką inicjatywę za przejaw zaradności. Jeśli nie przepadamy za taka osobą, to ocena nasza jest znacznie surowsza - uważamy faceta za przestępcę a przynajmniej za dużego cwaniaka i głośno to wyrażamy.
Dzisiejszy polski patriota powinien płacić podatki, choćby z bólem serca i choćby siląc się na miłe miny (na pokaz), zwłaszcza jeśli jest ważnym Polakiem. Im mniej ważny rodak a przy tym ubogi, to społeczeństwo najczęściej wspaniałomyślnie uważa, że nie ma co się drobiazgów czepiać, choć - jak praktyka pokazuje - fiskus właśnie wówczas wytacza ciężkie działa (a to przeciw inwalidzie, a to przeciw emerytce). Czasami jednak okazuje się, że ci głośno nawołujący do bezwzględnego stosowania prawa (wręcz do zerowej tolerancji), to hipokryci, bowiem sami cwaniaczą na potęgę, czepiając się innych o drobne kwoty.
W ostatnich dniach wybuchł skandal - okazało się, że obecny minister naszego rządu, wip z Platformy Obywatelskiej, od kilkunastu lat pomieszkuje sobie (i z rodziną) w cudzym domu, pełniąc zaszczytny tytuł (to jednak złośliwie) ciecia lub (przyjaźniej) opiekuna powierzonego domostwa.
Czy niepłacenie podatku za mieszkanie u obcej osoby w zamian za stróżowanie jest szwindlem? Zdania są podzielone, zaś linia podziału przebiega raczej nie pomiędzy racjami, ale zależy od sympatii lub od ich braku do danej osoby lub do partii.
Uczciwiej byłoby zapytać obywateli (w tym posłów) o dany problem bez ujawniania nazwisk i przynależności partyjnej. Mielibyśmy obiektywne odpowiedzi, natomiast interpretacje prawne zwykłych rodaków, jak również wybranych posłów zależą od zamieszanej osoby i jej partii i jest to problem wszystkich skandali, w które zamieszani są wipi.
Gdyby zaprząc do rozważań rachunek prawdopodobieństwa... Większość posłów z partii X popiera swego kolegę w wybranej kwestii prawnej, zaś większość posłów z partii Y gromi takiego "biedaka" wytykając, jeśli nie popełnienie przestępstwa, to przynajmniej wielce nieetyczną postawę, co ma prowadzić do jego ośmieszenia i dymisji a może nawet do uwięzienia (w co raczej niewielu posłów wierzy w tzw. państwie prawa, w którym pewien uczeń przesiedział w areszcie 3 miesiące za nielegalne korzystanie z ulgi komunikacyjnej).
Ponieważ innym razem (bowiem skandale należą do pejzażu w polityce, jak bociany i wierzby w tradycyjnym krajobrazie starej Polski naszej) wip z partii X zostaje zastąpiony przez wipa z patii Y, przeto cyrk się powtarza ku uciesze dziennikarzy (afery i skandale to podstawowe pożywki dla tego dostojnego stanu). Ludek także ma o czym rozprawiać - jedni popierają, inni ganią i... jakoś ta nasza RP toczy się przez meandry historii: ludziska od pierwszego do pierwszego, zaś Polska od wyborów do wyborów...
Parę dni temu pewien bezrobotny obywatel ujawnił, że sprzedał swój używany aparat fotograficzny za kwotę przekraczającą kilkusetzłotowy urzędowy limit i został z tego powodu ukarany wstrzymaniem pomocy socjalnej. Wcześniej pani (o rzadkim imieniu Zyta) popadła w niełaskę za to, iż zatrudniła w swoim poselskim biurze pewną pannę, która potem została jej synową. Ponieważ jej partia była (kiedyś; już nie jest) wielce etyczna, zatem spotkała ją przykładna kara - straciła funkcję i zdjęto ją z partyjnego stanu. Niestety, sprawa naszego ministra, zwłaszcza na tle wspomnianych "drobiazgów", jest dużo poważniejsza.
Przeciętny Litwin, Białorusin, czy Ukrain nie akceptowałby sytuacji, w której jego minister byłby cieciem w domu należącym do zamożnego Polaka. Podobnie myśleliby Finowie wobec Szweda. No są pewne stereotypy historyczne, przy których politycy uważający się za wrażliwych patriotów, jednak nie majstrują. Dyskusja, czy zaistniała sytuacja jest (nie)legalna jest mało istotna - prawo ma przestrzegać każdy obywatel, zaś polityk ma kształtować etykę, nie zaś wykorzystywać ewentualne luki prawne i zawile przekonywać rodaków (ośmieszając się), że nie złamał prawa. Przecież można sobie wyobrazić, że żony naszych polityków wyjeżdżają na sekswakacje i dowodzą wraz z mężami, że nie łamią przepisów i - oczywiście - mają rację... Tyle, że co nam po takich racjach?!
Są relacje (pomiędzy pewnymi narodami) szczególnie czułe w podobnych sytuacjach, co wynika z uwarunkowań historycznych. Obok już wspomnianych par, kolejne: Japonia - Korea, Irak - Kurdystan, Chiny - Tybet, Rosja - Czeczenia. Niewyobrażalne jest, aby minister rządu państwa, które jest uzależnione od sąsiada albo jest uważane za uboższe, pełnił mniej lub bardziej zaszczytną funkcje ciecia (oraz/albo hydraulika, mechanika samochodowego, nauczyciela muzyki lub języków) a miliony rodaków wiedzą o tym i zachowują spokój. Przecież to jest kolejny nasz skandal a nawet SKANDAL!
Stereotypy są zwykle negatywną spuścizną historii. Bodaj każdy naród ma takie czułe punkty. I politycy, zamiast zwalczać utarte schematy, to oni je utwierdzają, wszak jeśli iluś Polaków uważało, że Niemcy są od nas lepsi, to właśnie minister naszego rządu przekonuje rodaków, że tak właśnie jest w istocie! Brzydkie (a prawdziwe, niestety) przekonanie jest w ten sposób utrwalane i jeśli ktoś chce pocieszyć sceptyków, że jest inaczej, to niech poda przykłady odwrotne - kiedy to niemiecki minister jest cieciem na dworku polskiego biznesmena w Berlinie, rządowy dostojnik Kraju Kwitnącej Wiśni dba o konie (mogą być mechaniczne) w stajni koreańskiego przedstawiciela handlowego w Tokio, zaś żona i dzieci włoskiego ministra koszą trawniki i strzygą żywopłoty etiopskiemu deweloperowi w Rzymie.
Mamy wolność i demokrację, ale to znaczy, że można robić co się podoba, jednakże nikomu nie szkodzić. Cieć a minister polskiego rządu szkodzi swoim rodakom, bowiem ośmiesza ich i można jedynie spekulować, ileż to ostatnio żartów i uszczypliwych uwag o Polaczkach mają nasi zaodrzańscy przyjaciele. Można sobie wyobrazić knajpy pełne Niemców i ich pełne kufle oraz przyśpiewki na temat znanych już tam polskich dziewek i nowo poznawanych polskich ministerialnych służących. A cóż to jest sabotaż? Że robotnik sypnął piachem (za co groziła mu drakońska kara) w tryby nasmarowanego łożyska, zaś straty dotyczyły lokalnej fabryki i poza niewielką grupą nikt o tym nie wiedział? A jak minister jest cieciem u Niemca to nie jest to sabotaż? Przecież zakres problemu i straty moralne (choćby ośmieszenie) w społeczeństwie są znacznie większe z powodu miotły, niż z powodu piasku.
Niech polski ministerialny cieć pilnuje lokalu niemieckiemu biznesmenowi, ale - w ramach równowagi parytetów - niech w tym samym czasie niemiecki ministerialny dozorca dogląda dobytku polskiemu fabrykantowi, który działa za Odrą, niejako w ramach opcji zerowej. W ten sposób istotnie będzie zanikać stereotyp wysysany z mlekiem matek mieszkających po obu stronach tej rzeki.
Zamiast wprowadzać damsko-męski parytet 50/50, może pokusić się o parytet 100/0 na rzecz uczciwych, spokojnych i porządnych przedstawicieli naszej Ojczyzny? Bo jak do tej pory pośród najważniejszych kilkuset Polaków, to wielu jest uczciwych inaczej - balansują na granicy prawa i ośmieszają nas i tu, i przed światem.
Tropem ministra, który sprawnie przetarł ścieżkę zawiłej procedury "świadczenia wzajemne", podążą teraz załogi zakładów pracy? Sypnijmy propozycjami... Niech pracownicy fabryki mebli podpiszą umowę o opiekę nad swym miejscem pracy (nadzór, utrzymanie w czystości, oszczędzanie energii oraz wymiana zużytych żarówek). Zamiast jednej pensji w ciągu roku, otrzymają zestawy meblowe w cenie zakładowej i oczywiście nie zapłacą podatku od tej pensji, wszak nie dostaną jej do ręki. Jeśli w kolejnym roku pracownik nie będzie chciał wziąć drugiego zestawu dla siebie, to z zaprzyjaźnionym zakładem dokona wymiany mebli na proszki do prania albo na cegły, bo mu stopa życiowa na tyle wzrośnie (w cudowny sposób), że zechce się budować. Po paroletnich doświadczeniach i przy udziale nowo powstałych firm doradczych (te to zawsze mają wzięcie, kiedy sprawy podatkowe są zawiłe) utworzy się niemal doskonały układ, w którym Polacy będą na konto otrzymywać od pracodawcy połowę wynagrodzenia (po opodatkowaniu) a pozostałą połowę będą otrzymywać w postaci dóbr doczesnych, dzięki wymianie opartej na świadczeniach wzajemnych (bez podatków) a system będzie znany i propagowany w świecie jako system Grasia, który będzie rozpatrywany przez Skandynawów jako kolejny Polak (wszak od pani Szymborskiej mamy posuchę) do nagrody Nobla.
Może p. Graś wziął sprawy we własne ręce i realizuje swój życiowy plan wg hasła - "bogać się, a może ojczyzna przy tobie też sobie jakoś poradzi"?
Jeśli premier Tusk nie widzi szkodliwego dla Polski działania swego ministra, to pewnie nie zaoponuje, kiedy miliony Polaków zawrą mniej lub bardziej finezyjne wieloletnie umowy o świadczeniach wzajemnych. Jeśli jednak dostrzeże wadę tego mechanizmu, to powinien wyraźnie oświadczyć, że działanie pana Grasia jest szkodliwe dla Skarbu Państwa i powinien zmobilizować posłów do ostatecznego zlikwidowania luki prawnej w tej materii.
Osobną - i jakże wstydliwą - sprawą jest bycie ministrem polskiego rządu i jednocześnie konserwatorem na niemieckich (choćby i w Polsce) powierzchniach płaskich. Niby żadna praca nie hańbi (co przecież też nie jest prawdą), ale ujawnione świadczenia wzajemne z pewnością są żenujące i to nie dla Niemców...

Hieny, czy takie jest życie?
Kiedy zmarł król popu, Michael Jackson, media (także nasze) rozpętały nagonkę na wszystkich cwaniaków, którzy chcą zarobić na jego śmierci. Jeszcze chwila, a nie tylko uznamy, że to nieetyczne, ale zmienimy prawo w kierunku zakazu zarabiania na czyimś dramacie.
A przecież od dawna wiadomo, że artysta malarz (a właściwie jego dzieła) ma większą wartość po swej śmierci, niż za życia. Wówczas znany jest jego dorobek, katalogi są ostateczne i nie podlegają zmianom - są dwie daty ostatecznie ograniczające życiorys twórcy, który niczego już nie stworzy, nie zmieni i nie wymyśli. Może w mniejszym stopniu, ale ta zasada jest prawdziwa dla wszystkich wielkich tego świata i to nie tylko dla malarzy i królów popu, ponieważ także i dla zwykłych królów i dla papieży. Zamykany jest okres twórczości i działalności, czynione są obrachunki, wydawane są monety, banknoty i znaczki pocztowe. Następuje gwałtowny wysyp ulic i placów z nazwami wielkich ludzi, jako że najczęściej radni z nazwami czekają na sygnał koronera i grabarza.
Ale myślimy, że to cały świat jest zepsuty, zaś u nas mamy etykę na wyższym poziomie... Wczoraj pośród mojego tekstu zamieszczonego na jednym z forów znalazłem ramkę, zaś w niej -
Zbigniew Zapasiewicz
Odszedł wybitny polski aktor...
Przypomnij sobie Jego filmografię.
Kliknąłem w obramowane pole naiwnie sądząc, że ktoś bezinteresownie chce zwrócić moją uwagę na dorobek artystyczny Aktora, a może także na Jego idee, wykłady i rozważania. Nic bardziej błędnego - link przedstawiał komercyjne konkrety, czyli zestaw filmowych dzieł z udziałem Mistrza z podaniem cen i sposobu płatności oraz odbioru!
Zatem hieny, czy po prostu życie? A może hieny są na Zachodzie a u nas rozważni handlowcy?

Kiedy 5 lat temu zginęli nasi wysłannicy na wojnę w Iraku, to jeden z tabloidów wyłamał się i pokazał wizerunek jednego z nich - zabity rodak siedział w aucie i to bez widocznych obrażeń. Jednak tysiące moralistów zabierało głos - nieetyczne! Redaktor naczelny tabloidu bronił się jak mógł, głównie przed zarzutem komercji i ujawniania obrzydliwości tego świata.
A parę dni temu pokazano studenta zabitego w Hondurasie w aspekcie dwóch zdjęć - jedno bez retuszu (widać krwawe plamy oraz cieknącą krew), zaś drugie mniej szokujące, bo bez tych atrybutów. Gdyby to był Polak, zaś fotografie byłyby drukowane w polskich gazetach, to byłaby burza podobna do tej sprzed paru lat. Ale człowiek był cudzoziemcem, zatem dyskusja poszła w kierunku możliwości sztuki fotograficznej i manipulacji, nie zaś w kierunku tego niepowtarzalnego Człowieka, który miał jedno życie, stracił je dla jakiejś idei a Jego rodzina (podobnie jak polska parę lat temu) także była wstrząśnięta oglądając te zdjęcia. Specjaliści beznamiętnie wyjaśniali komputerowe możliwości dnia dzisiejszego na tle przaśnej archaicznej już czarno-białej fotografii, kiedy jednakowoż znane już były sztuczki realizowane poprzez majstrowanie przy ówczesnych fotkach.
Czy obcy student był gorszy od naszego korespondenta?
Inna sprawa - czy należy potępiać agencję, która "zmiękczyła" to słynne zdjęcie? Może tego typu manipulacje są do zaakceptowania, wszak dostęp do mediów (zwłaszcza internetowych) jest nieograniczony i mogą tam przypadkiem zajrzeć osoby niezupełnie przygotowane na drastyczne sceny (i to nie tylko dzieci i młodzież).
Przy okazji - dlaczego media nie pokazują koszmarnych zdjęć po wypadkach drogowych, lotniczych lub po wybuchu cystern i składów amunicji? Już sam fakt pokazywania pewnych koszmarów (walka o władzę) a niepokazywanie innych (wypadki) jest także wielką manipulacją. Można pokazać zabitych po eksplozji na minie, ale już nie można pokazać ciał rozerwanych przez eksplozję zbiorników paliwa samolotu...
Zatem hieny, czy po prostu życie? A może hieny są na Zachodzie a u nas rozważni dziennikarze?

Zdobyć Europę
Od lat obywatele Afryki szturmują wybrzeża bogatej Europy. Wielu z nich ginie podczas sztormów, niektórzy są wyrzucani za burtę po odkryciu, że są pasażerami na gapę. Szczęściarzom udaje się uzyskać miejsce w obozie dla uchodźców, gdzie mają znacznie lepiej niż u siebie na wolności.
Okazuje się, że jest jeszcze jedna metoda przedostania się do lepszego świata (i to jeszcze za życia).
Co pewien czas jest głośno o somalijskich piratach. Porywają statki z załogami, są ścigani przez marynarki wojenne bogatych państw, które zwykle kompromitują się swoją niezdarnością.
W Zatoce Adeńskiej grupa Somalów zaatakowała statek "Samanyulo", chcąc go porwać dla okupu, jednak atak odparto w nieszczęśliwy (choć okazało się, że jednak szczęśliwy) sposób dla piratów. Otóż Duni płynący nieopodal wyłowili przestępców, a ponieważ zaatakowany statek płynął pod banderą Antyli Holenderskich, to przekazano ich Holendrom.
Pięciu Somalów ujętych podczas dokonywania aktu piractwa, postawiono przed sądem w Rotterdamie a oni są... szczęśliwi! Zamierzają wystąpić o azyl, ponieważ nie wyobrażają sobie, że gdziekolwiek indziej mogłoby im być lepiej...
Piraci mają swoje plany - "Poproszę władze, żeby nie odsyłano mnie z powrotem do Somalii. Tutaj szanuje się prawa człowieka i chcę tu zostać. Można pograć w piłkę i oglądać telewizję". Smakuje im więzienne jedzenie, toaletę w celi uważają za coś niesamowitego, zaś pobyt za kratami chcą wykorzystać do nauki zawodu i języka.
Oskarżeni pochodzą z bardzo biednych rodzin. Mówią o wojnie w Somalii, braku pracy i o głodzie... Niestabilna sytuacja w Somalii w świetle praw człowieka zasadniczo wyklucza deportację oskarżonych.
Być może i im się coś więcej od życia należy, ale ilu Europów (w tym Polaków) klepie biedę i może tylko pomarzyć o ciepłym przytulnym więzieniu w Holandii. Chociaż nie - pomarzyć mogli o nim ćwierć wieku temu, kiedy paszportów nie mieli. Teraz już dowód osobisty wystarcza, aby ziścić swoje małe marzenia o pracy i życiu na Zachodzie. Także mają w odwodzie wariant B (jak owi piraci) - zawsze można zameldować się na dłużej w tamtejszym... więzieniu.
Holenderscy prawnicy ostrzegają, że przykład postawionych przed sądem piratów może znaleźć naśladowców - Somalowie (oraz inni Afrykanie) będą pozwalali się schwytać jako piraci (jak już im się nie uda tankowca zagarnąć), aby dostać się do Europy i to od razu do jej najlepszej części...
Parę tygodni temu, rzecznik policji naszego nadmorskiego miasta szczerze przyznał - spadła przestępczość w naszym rejonie, bowiem większość znanych nam przestępców wyjechała... na Wyspy Brytyjskie.
Kilkanaście lat temu odmówiono deportacji z Polski małżeństwa oskarżanego o wielkie malwersacje, ponieważ w Chinach groziła im kara śmierci. Chini także wygrali los na loterii, a podatnicy płacą za wszystkie dobrodziejstwa świadczone biednym przestępcom z całego świata. Gorzej, jeśli sami płatnicy przymierają głodem, a nie dostąpili zaszczytu bycia piratami, oszustami i innymi cwaniakami - są pod kreską i dopłacają do czyjegoś przestępczego nieszczęścia a niewiele mają z dobrodziejstw gwarantowanych przez prawa człowieka, które ktoś kiedyś podpisał a to w Helsinkach, czy Strasburgu.
Nieco wcześniej strzelano do wschodnich Niemców, którzy chcieli zdobyć słynny mur a potem Zachodnią Europę, zestrzelono także polskiego lotnika, który także marzył o lepszym życiu. Teraz dla zaradnych (w tym niezbyt szlachetnych) nadeszły dużo lepsze czasy, ale za ich marzenia płacą wszyscy podatnicy, także biedacy.
I jedną niesprawiedliwość zastąpiono inną...

PS Zbyt długie nazwy - Somalijczycy, Duńczycy, Chińczycy, Afrykańczycy, Europejczycy

Czy zrezygnował(a)byś z części swej Wolności na rzecz Wspólnoty?
Oto trudny tekst dla wysmakowanych zwolenników wolności osobistej ("ja jestem najważniejszy"), zatem wielu z nich nie oceni pozytywnie przedstawionych poniżej pomysłów.
'Wolność' to prawa obywateli wyznaczone przez dobro powszechne, interes narodowy i porządek prawny. Tyle jedna z definicji hasła.
Wolność jednostki jest ograniczona zakresem wolności obywatela-sąsiada. Czy jesteśmy skłonni zrezygnować z części swojej wolności na rzecz dobra innych ludzi, na rzecz większej społeczności, na rzecz RP?
Zwykle nie chcemy sami dobrowolnie zrezygnować i za nas podejmuje decyzje Państwo, co może wywołać nie tylko niechęć i dyskusje, ale nawet zamieszki i... rewolucje - upadek rządów a nawet systemów społecznych.
Zacznijmy od drobnych, obywatelskich spraw - zatem nie będzie tutaj o walkach z zaborcą, okupantem i komuną...
Co pewien czas dowiadujemy się o kolejnych tragediach z udziałem psa rasy uznawanej za agresywną. Najczęściej masakrowane są dzieci, rzadziej dorośli i zdarzają się wypadki śmiertelne. Gdzie jest idea wolności pogryzionego dziecka, którego opiekun (albo całkiem obcy człowiek) naraził na kalectwo lub utratę życia, czyli ograniczył jego pole wolności?
Wówczas opinia publiczna jest nawet przez kilkanaście godzin mocno zbulwersowana. Na dłużą chwilę zadumy nie ma co liczyć, bowiem mamy kolejne afery z politykami, biznesmenami, nieobyczajne wydarzenia z posłami i aktorkami, tragiczne wypadki lotnicze i zgony sławnych ludzi. I tak w koło...
Nie ma tygodnia bez wieści o znalezieniu ukrytych pod folią upraw roślin z narkotykowej branży albo dziupli ze skradzionymi samochodami oraz z ukrytymi destylatorniami bimbru albo rozlewniami innych alkoholi, tudzież z kontenerami pełnymi wyrobów tytoniowych. Przestępcy uważają, że w ramach wolności mogą wzbogacać się kosztem zdrowia współobywateli, okradając ich oraz nie płacąc stosownych podatków na rzecz wspólnoty.
Od czasu do czasu telestacje epatują widzów dziwakami, którzy w swoich mieszkaniach upychają zbierany złom, butelki i śmieci wszelakie (ale im akurat potrzebne "na wszelki wypadek"), co grozi pożarem lub skażeniem najbliższego otoczenia a ponadto jest zapachowo nie do zniesienia.
Zdarzają się również ważniacy (nawet w kategorii 'senator'), którzy przez lata zanieczyszczają pola, wody, korumpują urzędników, a jednak nic nie można z takim cwaniactwem zrobić. Biedni a niezaradni obywatele oraz inteligentni kombinatorzy w ramach pojmowanej przez nich wolności, uważają, że mogą robić u siebie w domu lub w swojej firmie niemal wszystko, a reszta nie ma prawa wtrącać się do ich działalności.
Rzadziej, tym niemniej dorzućmy to jako makabryczny podwątek omawianego problemu, dochodzi do ujawnienia porwanych lub uwięzionych a szantażowanych lub molestowanych ludzi, co kończy się tragicznie (polska rodzina Olewników) albo szczęśliwiej (austriacka rodzina Fritzlów). Obywatele a przestępcy z tego działu stawiają swoją wolność ponad wolność innych całkowicie im jej odmawiając.
A wszystko to (i pewnie wiele innych podobnie szokujących spraw) powinniśmy zapakować do jednej teczki pod tytułem "Coroczny przegląd nieruchomości", co - według wielu znawców prawa obywateli do wolności - jednak ją ograniczy.
Mniej więcej co 12 miesięcy specjalny zespół z fachowcami z dziedzin pożarnictwa, energetyki, kynologii, psychologii dokładnie przeglądałby wszystkie lokale, posesje, domy, pałace, uczelnie, kliniki, restauracje, biura, garaże, zagrody, stodoły, fabryki ze szczególnym zwróceniem uwagi na piwnice, strychy, ziemianki i inne zakamarki. W ten sposób ujawniano by rozmaite nielegalne hodowle psów i innych zwierząt, także podejrzanych roślin, przemytnicze i złodziejskie magazyny oraz nielegalne wytwórnie dóbr wszelakich, także budowlane samowole. Sprawdzano by podłączenia energetyczne, wodociągowe, kanalizacyjne, telefoniczne itp. Odkrywano by miejsca hodowli i walk agresywnych zwierząt. Uwalniano by osoby przetrzymywane wbrew ich woli oraz osoby ukrywające się przed wymiarem sprawiedliwości i nielegalnie przebywające w Polsce. Podejrzane miejsca byłyby sprawdzane częściej.
Przy okazji zapisywano by informacje, które zastąpiłyby narodowe spisy powszechne, które są organizowane z wielką pompą co ok. 10 lat - mielibyśmy ważne informacje odświeżane corocznie bez jednorazowego wydawania znacznych środków podczas specjalnej akcji a wyniki byłyby zamieszczane na bieżąco w internecie.
Ponieważ Polska kiedyś będzie musiała wprowadzić podatek katastralny, przeto ów zespół opisywałby i uaktualniał dane dotyczące wszystkich nieruchomości. Powiększenie liczby tytułów podatkowych spowoduje zmniejszenie wysokości opłacanych już podatków z istoty bilansowania, chyba że administracja zostanie rozbudowana (mimo komputeryzacji!) do gigantycznych rozmiarów, co nie należy wiązać z proponowanymi pomysłami, bowiem niektóre rządy mają tendencję do gwałtownego wzrostu liczby urzędników, mimo przedwyborczych obietnic ich znakomitego uszczuplenia...
Ujawniano by tysiące aferalnych spraw rocznie (kradzieże, w tym prądu i aut, narkotyki i inne używki, porwania, zabójstwa, ukrywanie przestępców, przemyt towarów i ludzi), ale czy na tym istotnie zależy przywódcom i naczelnym organom naszego Państwa?
Czy sądy i więzienia podołałyby takiemu wyzwaniu? Niewykluczone, że wielu wipów jest zamieszanych w afery, które byłyby ujawniane podczas systematycznego przeglądania WSZYSTKICH nieruchomości, zatem wielu z nich będzie protestować przeciwko niniejszej propozycji. A czy nam, zwykłym obywatelom, na tym zależy, skoro już kamery na rogu każdej ulicy nas niepokoją? Jeśli to my kombinujemy, to oburzają nas kontrole, ale jeśli inni są "zaradniejsi" od nas, to krytykujemy odpowiedzialne organy, że dopuszczają do takich bezeceństw.
Czy jest w Polsce partia, która by się zdobyła na taką walkę? Przecież zaraz zwolennicy wolności rzucą się jak sępy na tego typu metody, zapominając, że to w ich interesie jest zwalczanie przestępczości już przy zerowej tolerancji i na poziomie miejsca zamieszkania każdego wolnego obywatela RP.
Każde zwiększenie poziomu bezpieczeństwa całego społeczeństwa wiąże się z koniecznością rezygnacji z fragmentu Wolności każdego z obywateli.
Na początek, w ramach dyskusji nad Wolnością, należałoby zastanowić się - na ile każdy z nas mógłby zrezygnować z części omawianego dobra na rzecz ogółu i dla lepszej przyszłości naszych dzieci i wnuków? Na ile nasi urzędnicy i funkcjonariusze należycie by wypełniali swoje obowiązki, nie przekraczając ich i nie wchodząc w korupcyjne układy?
Są narody, których obywatele są gotowi zrezygnować z części swej wolności na rzecz większego bezpieczeństwa, są narody (w tym my), którzy zanim pomyślą, to już budują barykady i wołają - to moje, nie dam i nie zrezygnuję z przywilejów!

PS Kiedy chciałem zilustrować ten artykuł, jakimś skanem, to okazało się, że hasło "wolność" dotyczy ważniejszego znaczenia dla ciemiężonych narodów (walka z zaborcą, kolonizatorem i okupantem) - wszystkie nazwy placów, skwerów, wzgórz i pomników (w tym słynna nowojorska Statua Wolności) dotyczą walki o wolność w górnolotnym znaczeniu (także ostatnie polskie przedwojenne znaczki pocztowe poświęcono 25. rocznicy wymarszu ku Wolności). W znaczeniu "wolność obywatela" można byłoby zeskanować okładkę Konstytucji, ale przecież w ustawie zasadniczej chodzi o zdobycie możliwie największego obszaru wolności dla siebie bez poświęcenia jej części dla ogółu.

Co z wolnością bogacenia się?
Kiedyś mieliśmy socjalizm, zwany przez niektórych komunizmem, potem zainstalowaliśmy jedynie słuszny kapitalizm rynkowy i wolność obywatela. Jeśli tylko ktoś zarabia 10 tysięcy, 100 tysięcy lub miliony złotych (albo dolarów, czy europów) miesięcznie, to odzywają się dwie główne grupy na forach internetowych - etycy, którzy ubolewają nad takimi kominami płacowymi (a nawet pomstują) oraz nonszalanccy komentatorzy (takie robocze określenie przyjęto na dyskutantów, którzy żyją od pierwszego do pierwszego, marzy im się jakiś nagły wielki spadek albo łudzą się, że ciężko a uczciwie pracując do czegoś dojdą, choć większość z nich liczy jednak na nagły, zwykle zakombinowany, przypływ gotówki), którzy uważają, że czasy równych żołądków i niezaradnych obywateli już minęły, zatem zarobki nie powinny być ograniczane przepisami a już na pewno nie jakąś ideologią charakterystyczną dla homo sovieticusa. Ponadto pierwsza grupa najwyraźniej dybie na wolność obywatela do bogacenia się, zaś druga uważa, że wolność daje prawo do nielimitowanych dochodów oraz do nieograniczonych majątków.
Jakież było moje zdumienie, kiedy pewien Francuz (i to nie podczas jakiejś rewolucji francuskiej, kiedy to od góry skracano wielmożów i wyzyskiwaczy) poinformował, że "W ciągu dwóch lat zamierza wprowadzić zasady, które nie pozwolą na wydawanie gigantycznych pieniędzy na pozyskiwanych nowych pracowników do firm. Restrykcje mają też zahamować rozrastające się do granic absurdu zarobki czołowych specjalistów".
A cóż to za socjalistyczne pomysły? Czyżby to nowy Lenin w jednak mniej krwawym (miejmy nadzieję!) wydaniu? Co na to zaprzysięgli zwolennicy wolności obywatela (burżuja i kapitalistycznego wyrobnika)? Wprawdzie na naszych forach przeważają ludzie niezamożni (choć nie całkiem biedni) oraz dość zamożni (choć nie krezusi), to zawsze omawiane dwie grupy mają sobie wiele do powiedzenia o przesadnych płacach i o prawie do nieograniczonego bogactwa.
Panowie szlachta! Do szabel! Ktoś chce nam zabrać nienaruszalne prawo do nieograniczonych zarobków! Co na to ojcowie i najmłodsze dzieci kapitalizmu rynkowego? Co na to Rzecznik Praw Obywatelskich oraz komitety obrony praw człowieka i obywatela? No i co na to konstytucje najważniejszych burżuazyjnych państw?! Przecież to zdumiewający zamach na wolność obywatela! Naruszenie podstawowego prawa człowieka do bogacenia się!
Ten Francuzik to pewnie jakiś nieudacznik i biedak, któremu przypomniały się w jakiejś malignie leninowskie idee? Może ma w swojej francuskiej krwi niewybite do końca socjalistyczne geny? I jeszcze ten facet ma nazwisko kojarzące się z platyną, czyli z jednym z najdroższych kruszców; może jednak sobie gościu żartuje?
Zatem któż jest tym socjalistą, etykiem i wrogiem rynkowego kapitalizmu? Otóż to niejaki Michel Platini, ongiś legenda - jeden z najlepszych europejskich piłkarzy, a teraz prezydent UEFA! Człowiek zamożny i zawdzięczający swój majątek talentowi, pracowitości i... kapitalizmowi. I on mówi NIE temu znakomitemu systemowi? Oczywiście - jemu przyświeca inne podejście, niż wyznawcom prymitywnego komunizmu, ale cóż to za różnica dla piłkarzy i klubów - sportowcy zostaną ograbieni, zaś działaczom zostanie ograniczone pole decyzyjne.
A cóż on takiego powiedział? Oto jego socjalistyczne wypowiedzi -
"Nie wiem, jak można zapłacić ponad 90 milionów E za jednego piłkarza. To po prostu nie mieści się w głowie". "Nie do przyjęcia są zarobki Eto'o na poziomie ponad 11 milionów E za sezon". "Trzeba to ukrócić. Nie wiemy jeszcze jak, ale w ciągu najbliższych dwóch lat coś wymyślimy. Nie wyobrażam sobie, żeby to szaleństwo trwało dalej, bo w końcu ten balon tego nie wytrzyma i pęknie".
Fale krytyki dotyczące zbyt wysokich zarobków przetoczyły się nad kierowcami formuły 1 i nad sławnymi światowymi modelkami.
Co pan Platini ma do klubowych wydatków i do wysokości płac piłkarzy? Każdy ma niezbywalne prawo płacić ile chce i komu chce, nieprawdaż? Jeśli Francuz zazdrości, to niech sam pogra a może uda mu się zarobić jeszcze więcej - no przecież w ten sposób nasi dyskutanci na rozmaitych forach reagują na każdą wypowiedź, w której ktoś nieśmiało chce przekazać swe wątpliwości, że jednak omawiane dochody są cokolwiek przesadzone... Proszę sprawdzić i wpisać tego typu komentarz dotyczący nowego (kolejnego) artykułu informującego nas o niebotycznych czyichś zarobkach. Posypią się epitety oraz wyjaśnienia (że porzuciliśmy ideę jednakich żołądków) oraz porady (że jeśli zazdrościmy, to możemy robić to, co omawiane osoby).
A może z wielkością majątku i wysokością wynagrodzeń powinno być podobnie jak z nośnością windy, mostu i statku - przekroczenie dopuszczalnej wartości grozi katastrofą? Skoro ograniczenia są w technice i w życiu, to dlaczego mamy uznać, że dyskusje o limitach dotyczących delikatnej materii posiadania, są niezgodne z rozsądkiem i konstytucją?

PS Nasz minister sportu uważa, że za dobrą pracę fachowcom należy się godna płaca rzędu 30 tys. zł miesięcznie oraz premie po ok. 110 tys. zł. To jakiego rzędu płace uznałby ten minister za godne dla fachowców, którzy ratują życie (przeszczepy, walka z rakiem, ratownictwo wypadkowe)? Wyższe czy niższe, niż za budowę obiektów sportowych?

Wolność a bezpieczeństwo obywateli
Jaka jest zależność pomiędzy wolnością obywateli a ich bezpieczeństwem?
Dawniej hasło 'wolność' kojarzyło się z niepodległościowymi zrywami, zaś 'bezpieczeństwo' ze spokojnym międzynarodowym współistnieniem (ale także z bezpieką oraz występowało w aspekcie higieny pracy). Dla stosunkowo bezpiecznej Europy, problemy niepodległości Kurdystanu czy Czeczenii są zbyt odległe, natomiast coraz bogatsi Europejczycy myślą częściej nie tyle o wolności obywatela co o bezpieczeństwie obywatela, zwłaszcza że pierwszy termin jest dość abstrakcyjny i istotny dla etyków, filozofów i działaczy a ponadto przez lata został nadszarpnięty i nadmiernie wyeksploatowany, natomiast drugi termin jest konkretny i jakże ważny dla przeciętnego człowieka.
Nie ma dnia, abyśmy nie byli informowani w programach interwencyjnych, że znowu przeciętnego rodaka urzędnicy lub funkcjonariusze zlekceważyli, a to całkiem łamiąc jego prawo do wolności, samookreślenia i godności, a to tak interpretując istniejące prawo, że obywatel czuje się wdeptany w glebę. Jednak jest to margines toczącego się życia, choć oczywiście ważny dla zainteresowanych osób i żenujący dla Polski, zwłaszcza że coraz częściej skargi kierujemy do Strasburga.
Temat bezpieczeństwa obywatela jest ważniejszy dla większości Polaków, niż wolność obywatela. Być może to w końcu dostrzeże spora grupa rodaków oraz media, które będą naciskać decydentów na rozsądne i przemyślane rozwiązania.
O wolność dbają dziennikarze, komitety praw człowieka, czasami posłowie i kolejne rządy. O bezpieczeństwo musimy dbać sami i możemy dawać znaki władzy, że teraz bezpieczeństwo obywatela ma coraz to wyższą rangę. Często wręcz rządy chcą kierować dyskusję na sprawy wolności obywatela i to w aspekcie konstytucji, natomiast w XXI wieku istotniejszą sprawą wydaje się bezpieczeństwo obywatela.
Jaki jest związek wolności i bezpieczeństwa obywatela? Okazuje się, że poszerzenie zakresu wolności jakiegokolwiek obywatela powoduje zmniejszenie bezpieczeństwa innego obywatela i odwrotnie. Jako bogatsi możemy kupić sobie awionetkę i latać niemal do woli (dawniej to trudne z powodu przepisów oraz niewykonalne z powodu cen). Na świecie latają setki tysięcy wolnych obywateli i od czasu do czasu spadają cokolwiek gwałtownie i nie zawsze na lotnisko. To, że wolni ludzie giną lub zostają kalekami, to niejako ich prywatna sprawa (w ramach swej wolności dokonali wyboru), ale oni zabijają i ranią innych wolnych obywateli, którzy nie mają wyboru, których nie obroni żadna konstytucja ani inne przepisy czy wytyczne. Mamy konfrontację dwóch wolnych obywateli, z których pierwszy jest aktywnym podmiotem wydarzenia (narzuca rozwój sytuacji), zaś drugi tylko biernym przedmiotem (jest bezwolną ofiarą sytuacji). Drugi ginie, ponieważ pierwszy wywalczył sobie prawo do wolności. I cóż z tego, że uznamy winę tego pierwszego? W treści epitafium wyryjemy na marmurze zabitemu "Ofiara wolności współobywatela" i takie jedynie będzie zadośćuczynienie?
Mamy coraz więcej młodych kawalerzystów, którzy ujeżdżają swe mechaniczne rumaki zwane ścigaczami. W letnim sezonie prawie codziennie ginie jeden z nich. W ramach wolności kupili wyczynowe motocykle, mają uprawnienia, zatem szaleją po szerokich drogach, jednak czynią to nazbyt energicznie i bywają niezauważalni przez innych - czasami nie tak błyskotliwych - użytkowników dróg. A jeśli giną jako wolni obywatele i zabierają ze sobą innych, równie wolnych, obywateli?
Z obu omówionych przypadków wynika, że wskutek korzystania z dobrodziejstwa wolności obywatelskiej, cierpi wielu ludzi niekorzystających z tej wolności w tym samym zakresie. Wyższy poziom wolności i zamożności jednych jest okupiony obniżeniem poziomu bezpieczeństwa innych. Nawet jeśli nie dochodzi do opisanych wypadków (bo statystycznie jednak to rzadkie wydarzenia), to wielu ludzi z obawy rzadziej uczęszcza w okolice lotnisk i rzadziej korzysta z dróg rezygnując z wycieczkowych planów.
W mediach pokazują pilotów awionetek, którzy nimi z powodzeniem latają, natomiast są zbyt młodzi na otrzymanie prawa jazdy... samochodem. Prawnicy dyskutują na temat podniesienie wieku do 24 lat dla użytkowników ścigaczy. Owe dwa przykłady są dowodem na poszerzanie albo zawężanie wolności wobec niektórych obywateli i z tego powodu nie będzie rewolucji. Kiedyś niewolnictwo było uznanym systemem społeczno-ekonomicznym i wydawało się ówczesnym wolnym obywatelom (oraz ich niewolnikom!), że ten stan rzeczy utrzymywać się będzie w nieskończoność.
Teraz mamy reklamy nadawane podczas przerw w emisji filmów i także wszystkim się wydaje, że nigdy to się nie zmieni. A przecież kiedyś to jarzmo (podobnie jak z niewolnikami) zostanie zrzucone a najpierw poluzowane poprzez dodanie informacji - ile pozostało czasu do wznowienia emisji filmu. To kwestia świadomości telewidzów jako wolnych obywateli, ich stanowczych żądań oraz poparcia organizacji konsumenckich. A że z tego powodu mogą stracić finansowo i telestacje, i wolni obywatele? Przecież uwolnienie niewolników także pogorszyło sytuację finansową wolnych obywateli a wielu niewolników nie mogło odnaleźć się w nowej sytuacji.
U nas panem życia i śmierci jest dyspozytor placówki zdrowia, który w ramach lepiej albo gorzej pojmowanych obowiązków oraz swego prawa do wolności, podejmuje decyzję (często na tle słabej finansowej kondycji placówki albo z powodu braku kadry lekarskiej), która kończy się śmiercią chorego, któremu akurat nic z wolności nie przyszło w krytycznym momencie życia (choćby dlatego, że nie był wipem albo dyspozytor nie był jego znajomym) a drugiej szansy na komfort zademonstrowania, że jest się wolnym człowiekiem już nie dostanie ani od Boga, ani od Państwa. Najczęściej procesy w Polsce przeciwko dyspozytorowi (albo przeciwko lekarzom popełniającym błędy) trwają latami a karalność jest znikoma (w przeciwieństwie do bardziej cywilizowanych państw). Wielu nieboszczyków wolałby mieć mniej wolności a więcej bezpieczeństwa.
W Polsce jest moda na wszelkiego rodzaju sondaże, które kosztują krocie a niewiele społeczeństwu dają - to niektóre partie i media są zadowolone z ich wyników. A gdyby tak omówić szereg przykładów na ograniczenie wolności i wzrost bezpieczeństwa? Niech społeczeństwo (potencjalni wyborcy) wypowiedzą się, co dzisiaj wyżej stawiają. Czy są skłonni zaakceptować kamery przy bankomatach i przy kasach bankowych i w ważniejszych punktach miejscowości? Jeśli sprzedawca samochodu jest uczciwy, to w ramach dobrze pojętego interesu nabywcy, powinien zrozumieć i zgodzić się na sfotografowania swego oblicza. Akwizytor nie powinien się dziwić, jeśli nabywca zaproponuje wykonanie fotki. Więcej - uczciwy handlowiec powinien sam zaproponować nie tylko podpisanie umowy, ale wykonanie zdjęcia.
A z drugiej strony - jeśli już jesteś oszustem, złodziejem, pedofilem, pijanym piratem drogowym lub innym obrzydliwym przestępcą, to wiedz, że właściwe organa zamieszczą twoje dane i wizerunek na internetowym portalu, gdzie dodatkowo będzie opisana twoja antyspołeczna działalność, wyroki oraz spodziewane wyjście na wolność a nawet terminy przepustek. W tym kierunku powinna przemieszczać się linia graniczna wolność-bezpieczeństwo państwa prawa!
Właśnie czytamy - "Teraz policja będzie mogła sprawdzać na wewnętrznych drogach np. trzeźwość kierowców i rowerzystów, łapać za nieużywanie świateł i pasów czy jazdę niesprawnym samochodem. Będzie też mogła wlepiać mandaty za złe parkowanie i odholowywać auta, stojące w miejscach gdzie zatrzymywać się nie wolno. Nowe prawo pozwoli też uwolnić tzw. koperty dla osób niepełnosprawnych. Obecnie zasady prawa drogowego, poza nielicznymi wyjątkami, nie obowiązują na drogach polnych, ulicach osiedlowych, terenach prywatnych czy obiektach takich jak supermarkety lub dworce - czyli tzw. drogach wewnętrznych".
Zatem - prawo (według propozycji) ograniczy wolność kierowców, ale zwiększy bezpieczeństwo innych użytkowników dróg i podniesie komfort życia inwalidom. Czy jesteśmy w stanie zaakceptować tego typu zamiany? I do tego nie jest potrzebna zmiana konstytucji!
Co 4 Polak ginie na przydrożnych drzewach. Z własnej winy, z winy innych użytkowników dróg, z powodu przebiegających zwierząt, rozlanych cieczy. Także giną nasi rodacy na leżących już drzewach albo pod właśnie upadającymi konarami z powodu wichury. Tolerowane przez społeczeństwo jest natychmiastowe wykonywanie kary śmierci najczęściej za czyn niezawiniony i to w państwie funkcjonującym bez tej najwyższej kary i w państwie z przewagą chrześcijan. Drzewa w Polsce są więcej warte niż ludzie. Drzewa cieszą się większą wolnością niż ofiary. Wobec tych roślin obowiązuje jedynie zakaz poruszania się, ale to nie zasługa państwa prawa, lecz taka jest ich istota. Rosną przy drogach, często niezgodnie z polskimi przepisami a cóż dopiero z unijnymi. Każde drzewo stojące zbyt blisko drogi powinno być natychmiast ścięte przez zirytowanego obywatela i to bez czekania na zgodę urzędów! Wystarczyłoby sfotografowanie pnia oraz leżącej miary i wskazanie właściwych przepisów. Korzystnie byłoby posiadać podpis wiarygodnego świadka. Zresztą po ścięciu odległość pnia drzewa od krawędzi jezdni nie ulega zmianie...
Kiedy w końcu Polacy wezmą swoje sprawy w swoje ręce i przerzedzą owych niemych zabójców? Na początek drzewa porastające zewnętrzne łuki szos. W zamian należy posadzić gęste krzewy tłumiące ruch pojazdu (winnego albo całkiem niewinnego kierowcy) wypadającego z trasy.
Parę dni temu pod Elblągiem zginęły 3 osoby po zderzeniu auta na drzewie, które znajduje się mniej niż pół metra od jezdni i co? Wolność drzew polega na tym, że im wolno tam stać, zaś wolność zabitych rodaków (oraz żałobników) polega na możliwości uczestniczenia w uroczystym pogrzebie - ależ wspaniałomyślność państwa! Bezpieczeństwo drzew jest niezagrożone w przeciwieństwie do bezpieczeństwa podróżnych. Czy można to zmienić w źle zarządzanym państwie, w którym człowiek jest szanowany mniej niż drzewo?
Tępogłowym urzędnikom wtóruje część nieodpowiedzialnych internautów, którzy "inteligentnie" konstatują, że to nie pnie najeżdżają na auta (ale dowcipni wobec nieszczęścia). Jeszcze chwila zacietrzewienia a zaproponują posadzenie drzew wzdłuż ciągłych linii w osi szosy, co udowodni ich tezę o coraz mniej uważnym prowadzeniu pojazdów i o winie ofiar, a jednocześnie ucieszy pseudoekologów, którzy odnotują zwiększenie obszaru drzewostanu tak potrzebnego nam do oddychania. Co zdumiewające - gdyby ludzie ci zginęli z ręki mordercy, to mielibyśmy próbę linczu, spektakularne protestacyjne marsze oraz procesy ciągnące się latami i programy telewizyjne ukazujące zło tego świata.
W państwach totalitarnych obywatele mają mniej wolności, co przekłada się na większe poczucie bezpieczeństwa ze strony posiadaczy pojazdów (wyroki bywają drakońskie, zatem potencjalni zabójcy jeżdżą ostrożniej). Oczywiście, obywatele są ubożsi i nie dysponują aż takimi przedmiotami, którymi mogliby manifestować i realizować swoją wolność i którymi mogliby zagrażać współrodakom. Surowsze kary dotyczą również oszustw, kradzieży i poważniejszych przestępstw. Nikt rozsądny nie będzie przekonywać do modelu totalitarnego, jednak część wolnych obywateli demokratycznych państw powinna mocniej naciskać swoje rządy na zwiększenie bezpieczeństwa kosztem wolności innych obywateli jakże często wykorzystujących swoje (albo wypożyczone) drogocenne przedmioty do realizacji konstytucyjnie zapisanej wolności i to kosztem bezpieczeństwa pozostałych - także przecież wolnych - obywateli (często interesy jednych i drugich obywateli się przenikają; bywa, że grupy interesu nachodzą na siebie jako zbiory, w zależności od rozpatrywanej dziedziny, co komplikuje omawiane problemy).
Istota wolności - "robię co mi się podoba, ale nie wchodzę w szkodę innemu obywatelowi" jest łamana i to w sposób często nieodwracalny.
Parę miesięcy temu wydarzyła się katastrofa samolotu, który stał parę godzin na lotnisku, gdzie był przeglądany z powodu awarii. Część pasażerów (cały czas przebywali w mało przyjaznych warunkach wewnątrz kadłuba) uznała, że wobec znacznego opóźnienia ich odlot nie ma sensu i chciała zrezygnować z podróży, ale załoga (wolni obywatele powołujący się na swoje restrykcyjne przepisy) zabroniła wyjścia pasażerom (wolnym obywatelom, ale tylko na papierze). Wszyscy zginęli, zatem mamy przykład na skrajnie zniewalającą (i niszczącą!) wolność jednych obywateli kosztem wolności (i bezpieczeństwa!) innych obywateli.
Co ciekawe, większość internautów nie dostrzega wcale tego i podobnych problemów - są jak niewolnicy, którzy w większości uważali, że "tak musi być!".
Niemal codziennie media donoszą o konflikcie pomiędzy wolnością obywatela a utratą wolności (i to zwykle połączoną ze spadkiem poczucia bezpieczeństwa, a nawet z utratą życia!) innego obywatela. Codziennie można wydłużać listę dramatycznych par problemów pomiędzy aktywnie wolnymi obywatelami a biernie wolnymi (z definicji i tylko z definicji!).
Jutro i pojutrze życie dopisze kolejne drastyczne przykłady wykorzystywania jednych wolnych przez innych wolnych obywateli...
Kiedy wykorzystywani obywatele sami zgłoszą postulat, aby zmniejszyć zakres swej wolności i w zamian otrzymać zwiększone bezpieczeństwo...


Mirosław Naleziński, Gdynia
www.mirnal.neostrada.pl


PUBLIKACJE MIRKA 2009r

AKTUALNOŚCI CZERWCOWE MIROSŁAWA NALEZIŃSKIEGO

AKTUALNOŚCI MAJOWE MIROSŁAWA NALEZIŃSKIEGO
AKTUALNOŚCI KWIETNIOWE MIROSŁAWA NALEZIŃSKIEGO

AKTUALNOŚCI MARCOWE MIROSŁAWA NALEZIŃSKIEGO

AKTUALNOŚCI LUTOWE MIROSŁAWA NALEZIŃSKIEGO
AKTUALNOŚCI STYCZNIOWE MIROSŁAWA NALEZIŃSKIEGO

PUBLIKACJE MIRKA 2008r

AKTUALNOŚCI GRUDNIOWE MIROSŁAWA NALEZIŃSKIEGO
AKTUALNOŚCI
LISTOPADOWE MIROSŁAWA NALEZIŃSKIEGO
AKTUALNOŚCI PAŹDZIERNIKOWE MIROSŁAWA NALEZIŃSKIEGO
AKTUALNOŚCI WRZEŚNIOWE MIROSŁAWA NALEZIŃSKIEGO
AKTUALNOŚCI SIERPNIOWE MIROSŁAWA NALEZIŃSKIEGO
AKTUALNOŚCI
czerwcowe MIROSŁAWA NALEZIŃSKIEGO
AKTUALNOŚCI kwietniowe MIROSŁAWA NALEZIŃSKIEGO
AKTUALNOŚCI
marcowe 2008 MIROSŁAWA NALEZIŃSKIEGO
AKTUALNOŚCI lutowe 2008 MIROSŁAWA NALEZIŃSKIEGO
AKTUALNOŚCI styczniowe 2008 MIROSŁAWA NALEZIŃSKIEGO

PUBLIKACJE MIRKA w 2007r
AKTUALNOŚCI grudniowe 2008 MIROSŁAWA NALEZIŃSKIEGO
AKTUALNOŚCI
listopadowe 2007 MIROSŁAWA NALEZIŃSKIEGO
AKTUALNOŚCI
październikowe 2007 MIROSŁAWA NALEZIŃSKIEGO
AKTUALNOŚCI
wrześniowe 2007 MIROSŁAWA NALEZIŃSKIEGO
AKTUALNOŚCI
sierpniowe 2007 MIROSŁAWA NALEZIŃSKIEGO
AKTUALNOŚCI
lipcowe 2007 MIROSŁAWA NALEZIŃSKIEGO
AKTUALNOŚCI czerwcowe 2007 MIROSŁAWA NALEZIŃSKIEGO
AKTUALNOŚCI majowe 2007 MIROSŁAWA NALEZIŃSKIEGO
AKTUALNOŚCI kwiecień 2007 MIROSŁAWA NALEZIŃSKIEGO
AKTUALNOŚCI
marzec 2007 MIROSŁAWA NALEZIŃSKIEGO
AKTUALNOŚCI luty 2007 MIROSŁAWA NALEZIŃSKIEGO
AKTUALNOŚCI styczeń 2007 MIROSŁAWA NALEZIŃSKIEGO

PUBLIKACJE MIRKA w 2006r
AKTUALNOŚCI GRUDZIEŃ MIROSŁAW NALEZIŃSKI

AKTUALNOŚCI LISTOPADOWE MIROSŁAW NALEZIŃSKI
AKTUALNOŚCI PAŹDZIERNIKOWY MIROSŁAW NALEZIŃSKI
AKTUALNOŚCI SIERPNIOWE MIROSŁAW NALEZIŃSKI
AKTUALNOŚCI LIPCOWE MIROSŁAW NALEZIŃSKI
AKTUALNOŚCI MAJOWE MIROSŁAW NALEZIŃSKIEGI
AKTUALNOŚCI KWIETNIOWE MIROSŁAW NALEZIŃSKI
AKTUALNOŚCI MARCOWE MIROSŁAW NALEZIŃSKI
AKTUALNOŚCI LUTOWE MIROSŁAW NALEZIŃSKI
AKTUALNOŚCI STYCZNIOWE MIROSŁAW NALEZIŃSKI

i przechodzimy na 2005r
AKTUALNOŚCI GRUDNIOWE MIROSŁAW NALEZIŃSKI
AKTUALNOŚCI LISTOPADOWE MIROSŁAW NALEZIŃSKI
AKTUALNOŚCI PAŹDZIERNIKOWY MIROSŁAW NALEZIŃSKI
AKTUALNOŚCI WRZEŚNIOWE MIROSŁAW NALEZIŃSKI
AKTUALNOŚCI SIERPNIOWE MIROSŁAW NALEZIŃSKI
AKTUALNOŚCI CZERWCOWE MIROSŁAW NALEZIŃSKI
AKTUALNOŚCI MAJOWE MIROSŁAW NALEZIŃSKI
AKTUALNOŚCI KWIETNIOWE MIROSŁAW NALEZIŃSKI

Polecam sprawy poruszane w działach:
SĄDY PROKURATURA ADWOKATURA
POLITYKA PRAWO INTERWENCJE - sprawy czytelników

Tematy w dziale dla inteligentnych:
ARTYKUŁY - tematy do przemyślenia z cyklu: POLITYKA - PIENIĄDZ - WŁADZA

"AFERY PRAWA"
Niezależne Czasopismo Internetowe www.aferyprawa.com
redagowane przez dziennikarzy AP i sympatyków z całego świata których celem jest PRAWO, PRAWDA SPRAWIEDLIWOŚĆ DOSTĘP DO INFORMACJI
ORAZ DOBRO CZŁOWIEKA

uwagi i wnioski proszę wysyłać na adres:

aferyprawa@gmail.com
redakcja@aferyprawa.com
Dziękujemy za przysłane teksty opinie i informacje.

WSZYSTKICH INFORMUJĘ ŻE WOLNOŚĆ WYPOWIEDZI I SWOBODA WYRAŻANIA SWOICH POGLĄDÓW JEST ZAGWARANTOWANA ART 54 KONSTYTUCJI RZECZYPOSPOLITEJ POLSKIEJ.

zdzichu

Komentarze internautów:

Komentowanie nie jest już możliwe.