Imieniny:

AferyPrawa.com

Redaktor Zdzisław Raczkowski ujawnia niekompetencje funkcjonariuszy władzy...
http://Jooble.org
Najczęściej czytane:
Najczęściej komentowane:





Pogoda
Money.pl - Kliknij po więcej
6 sierpnia 2020
Źródło: MeteoGroup
Polskie prawo czy polskie prawie! Barwy Bezprawia

opublikowano: 26-10-2010

Media w Polsce i na świecie - majowy cykl krytyczno-informacyjny Mirosława Nalezińskiego

www.mirnal.neostrada.pl

Błąd w konkursie na "Gustloffa"
W czwartki gazeta "Fakt" dodaje całotygodniowy program telewizyjny. 30 kwietnia 2009 zamieszczono tam konkurs promujący nowy film "Gustloff - rejs ku śmierci". Napisano "to film oparty na faktach" i "opowiada o tragicznym rejsie statku pasażerskiego", zatem coś jednak przekłamano - wszak to był okręt wojenny, nie zaś statek pasażerski. To błąd typu "polskie obozy koncentracyjne" (choć oczywiście mniejszej rangi) i trzeba będzie jednak wyjaśnić (przypomnieć?) naszym dziennikarzom, że są to istotne różnice znaczeniowe.
Storpedowanie okrętu wojennego płynącego w konwoju było zgodne z prawem wojennym. Obecnie politycznie poprawniejsze jest użalanie się nad losem ofiar, jednak nie zapominajmy, kto płynął okrętem - na pokładzie było ponad tysiąc oficerów i marynarzy, także policjanci, gestapowcy, działacze NSDAP i ich rodziny. Aleja prowadząca do pomnika upamiętniającego ofiary największej morskiej katastrofy, powinna nosić imię komandora Marinesko. To on zatopił okręt noszący imię faszysty i niejeden polski, brytyjski czy norweski marynarz byłby dumny z tego trafienia. Wielu mieszkańców okupowanej Europy, świadków niemieckiego barbarzyństwa, nie miałaby żadnych moralnych problemów i wyręczyłaby radzieckiego dowódcę okrętu podwodnego. To teraz zmieniły się perspektywy poprawności...
Nierychliwy, ale sprawiedliwy Bóg w końcu wskazał na ów okręt i to w groteskowym momencie - akurat przez radio transmitowano przemówienie Hitlera. Gdy zaczęto grać hymn III Rzeszy, zawalił się (zatonął) świat rasy panów płynących tym nibywycieczkowcem. Może Stwórca niepotrzebnie czekał aż tak długo a kara była zbyt wysoka? Może to był dopust boży za obóz Auschwitz-Birkenau wyzwolony nieco wcześniej?
I czytamy dalej - "Miał to być jego ostatni rejs z Gdańska do Hamburga z 10 000 pasażerów (w tym z uciekającymi z Polski gestapowcami i ich rodzinami". Można (z gorzką ironią) ocenić niemieckie plany i solidność - miał być, to i był... Czy zdanie jest prawdziwe (z punktu widzenia logiki), jeśli jeden z elementów jest fałszywy? No bo rejs nie był z Gdańska...
Jednostka "Wilhelm Gustloff" została zbudowana w 1937 jako statek wycieczkowy, jednak podczas wojny był okrętem wojennym - służył jako transportowiec wojskowy i miał zamontowaną broń przeciwlotniczą oraz wyrzutnie bomb głębinowych. W swój ostatni rejs wyruszył 30 stycznia 1945. Jako statek pasażerski miał ok. 500 załogantów oraz 3 razy więcej pasażerów, zatem jednostka przewoziła parokrotnie więcej osób, niż to przewidziano.
Wracając do konkursu - należy wysłać SMS z treścią: A (Szczecin), B (Gdańsk) lub C (Porto) - Z którego miasta wypłynął statek "Wilhelm Gustloff"?
Porto jest drugim co do wielkości miastem w Portugalii, jednak nie tylko... Porto to również wzmacniane portugalskie wino i prawdopodobnie ten trunek miał wpływ na ustalenie dwóch konkursowych nazw (Gdańsk, Porto), wszak słynny okręt wypłynął z... Gdyni! Aby uczestniczyć w konkursie i marzyć o wygranej, należało... skłamać i wpisać B!

Idzie wiosna, będą warzywa
Czy dziennikarze portali mają zmysł taktu, który powinien być im niezbędny, podobnie jak lekarzom czy prawnikom? Otóż 23 kwietnia 2009 na portalu Interia zamieszczono dwie fotografie dotyczące jednośladów. Na górze witryny pokazano stadko nagich rowerzystów siedzących wygodnie na siodełkach i żwawo pedałujących ku lepszej przyszłości.
Artykuł "Odkorkuj miasto. Rowerem" ma być głosem w dyskusji nt. korzystania z rowerów zamiast dymiących aut. Informacje zostały udzielone przez przedstawiciela Centrum Zrównoważonego Transportu. Nie wiadomo, czy owo zrównoważenie nawiązuje do trudności z utrzymaniem się jednośladu w położeniu pionowym (co nie jest przecież trudne), czy może być aluzją do owych golasów, a dokładniej do ich profilu (a nawet poziomu) psychologicznego... W końcu to zdecydowana mniejszość obywateli zgodziłaby się jechać nago rowerem.
Jednak do golizny w mediach jesteśmy przyzwyczajani od wielu lat i w omawianym wydaniu taki strój nie szokuje. Skandalem jest natomiast zestawienie tego zdjęcia z umieszczoną poniżej fotografią. Wklejono ją, aby zilustrować artykuł "Śmierć policjanta na motocyklu". Czarno-białe zdjęcie przedstawia 33-letniego sierżanta sztabowego, któremu samochód zajechał drogę skręcając na skrzyżowaniu w lewo. Koszmarne zestawienie tematów - kolorowa, wesoła grupa z wyeksponowanymi półdupkami posadowionymi na siodełkach oraz przystojny policjant pozujący na swoim służbowym motocyklu (zapewne jedno z ostatnich Jego zdjęć).
Inna sprawa - lepiej nie czytać komentarzy dotyczących tego wypadku, bowiem jest zbyt wiele żenujących a nawet obrzydliwych uwag. No cóż, anonimowo ludziska sobie odreagowują własne problemy i omawiają każdą kwestię dotyczącą wypadku i ofiary, i to, niestety, używając obleśnego języka.
Niefortunny jest również zbieg tragicznego zdarzenia z czasem kolejnej a ciekawej akcji Policji, która chce ograniczyć liczbę wypadków z udziałem motocyklistów, tym razem pod hasłem - "Idzie wiosna, będą warzywa". Po tygodniu trwania akcji (dla niektórych rodaków hasło jednak zbyt kontrowersyjne) doszło do tragicznego wypadku funkcjonariusza. To szokujące hasło (jednak pechowo na tle tragedii) otwiera policyjną kampanię społeczną, która ma zwrócić uwagę na zagrożenie - na nieodpowiedzialnych motocyklistów. Kilkanaście miesięcy temu młody motoryzacyjny dziennikarz zginął na filarze mostu w Warszawie, zaś jego starszy kolega po fachu przeżył tę katastrofę spowodowaną miksem nieodpowiedzialności i kiepskiej jakości naszych dróg. Wówczas również nastąpił niefortunny zbieg okoliczności wypadku z kampanią pewnego towarzystwa ubezpieczeniowego, która była firmowana przez owego pechowego kierowcę i jego ojca, znanego a sympatycznego i wieloletniego znawcę motoryzacji.
W 2008 roku zginęło 180 motocyklistów, zaś liczba rejestrowanych ścigaczy lawinowo wzrasta. Jedną z propozycji jest wydawanie prawa jazdy na ciężki motocykl osobie w wieku co najmniej 24 lat.
"Nie wkładamy wszystkich do jednego worka. W oczy rzucają się bandyci, czarne owce, którzy bardzo szybko jeżdżą często na jednym kole" - rzekł rzecznik prasowy z policji drogowej. Oczywiście - owo "wkładanie do worka" to niezamierzony językowy lapsus.
Utrapieniem jest nie tylko prędkość owych motocykli, ale irytuje również hałas. Jadąc samochodem niemal nie słychać szumu jadących obok aut, natomiast od czasu do czasu z rykiem silnika przemykają "nasi dzielni chłopcy". Dzikie dźwięki nie tylko bębnią po usznych bębenkach, ale również mogą zakłócić jazdę innych użytkowników dróg. Kontroli należałoby poddawać motocykle nie tylko pod względem osiąganej prędkości, ale również poziomu hałasu silnika. Przy okazji kontroli radarowej można oceniać także emisję dźwiękową. Jeśli "motor" jest zbyt głośny, to powinien być wręczony mandacik i ustalona ponowna wizyta za parę dni, aby znowu przysłuchać się grze tłoków i pomierzyć warkot ścigacza. W spokojne wiosenne noce, motocyklowe hałasy słychać z kilku kilometrów... I co z tego?

Za partacza zapłacili, ale nie za tchórza
Ostro sobie poczyna redakcja wiodącego tabloidu ("Fakt", 24 kwietnia 2009) - całą stronę zadrukowano... przeprosinami, a dokładniej - trzema oświadczeniami. Cóż tam widzimy - "Axel Springer Polska Sp. z oo., wydawca dziennika 'Fakt' przeprasza panią... za naruszenie jej dóbr osobistych... poprzez podanie nieprawdziwych informacji o jej działalności publicznej". W drugim - "Autorka artykułu... przeprasza... doktora... za zawinione naruszenie dóbr osobistych poprzez określenie go mianem 'lekarz - partacz'... Osoba składająca oświadczenie wyraża ubolewanie i odwołuje wymienione twierdzenie". I ostatnie, ale największe (formatowo i 'ogonowo podwijające') - "Redaktor naczelny... oraz wydawca... przepraszają doktora... za zawinione naruszenie dóbr osobistych poprzez określenie go mianem 'lekarz - partacz' i publikację wizerunku bez jego zgody i wiedzy... Osoby składające oświadczenie wyrażają ubolewanie i odwołują wymienione twierdzenia".
I tu mamy szereg problemów i pytań...
1. Czy redakcja ma prawnika, który analizuje przygotowywane artykuły i na ile on jest winien - czy dotknęły go sankcje finansowe ze strony zatrudniającej go firmy i jakie?
2. Jakie dolegliwości finansowe dotknęły redaktora naczelnego i autorkę artykułu?
3. Na ile są szczere wyartykułowane ubolewania - czy podczas redakcyjnych spotkań rzeczywiście pośród załogi panowała atmosfera samobiczowania i pokutnego wora?
4. Ile papieru i farby zmarnowano na owe oświadczenia, za które to dobra zapłacili czytelnicy, którzy nie mają żadnego pożytku z tej strony, nie licząc ewentualnej radochy z faktu, że i "Fakt" błądzi mijając się z... faktami.
5. Ile za te ogłoszenia zapłaciłby zwykły czytelnik, a ile zapłaciły osoby zobligowane do przeprosin? Redakcja omawia finansowe przywileje różnych zawodów, zatem może zdradzi nam swoje przywileje?
Może redakcja omówi różnice pomiędzy osobami publicznymi a mniej publicznymi, wszak Konstytucja 1997 nie dostrzega takiej różnicy. Dlaczego lekarza nie można nazwać partaczem, durniem, nierobem, łajzą, tchórzem, zaś prezydenta i premiera można? Czy to efekt dobrych polskich międzywojennych (zdziczałych!) zwyczajów, na które to powołuje się jeden z dziennikarzy "Faktu" (autor artykułu "Tchórzliwa rejterada premiera Tuska"). Czy na tego dziennikarza można wylać menelskie słownictwo stosowane przez niego wobec osób najważniejszych w państwie (bez ryzyka szwendania się po sądach)? Oto próbka z tego artykułu - "Jeśli premier zwiewa, bo grupka awanturników zagroziła, że zapali opony, to jest zwykłym tchórzem; Umykanie z podkulonym ogonem się po prostu nie godzi; Donald Tusk zrobił już wiele rzeczy, które dyskwalifikują go jako polityka, działającego na rzecz racji stanu i wspólnego dobra; Tusk zabłysnął właśnie politycznym cynizmem najgorszego sortu; Nic nie ucieszyłoby mnie bardziej niż widok oddziałów policji, szarżujących na warcholstwo...".
Panie Warzecha (autor artykułu) - dlaczego może Pan w ten sposób pisać o politykach i o tłumach, ale za taki język stosowany wobec lekarzy musicie (redakcja "Faktu") przepraszać i ponosić koszta? Co na to Konstytucja 1997? Dlaczego płacicie za partacza, ale nie za tchórza? Według ustawy zasadniczej wszyscy obywatele są równi...
A może wolałby Pan mieć premiera odważnego jak Margaret Thatcher? Rozgoniła górników, pozamykała kopalnie, za jej rządów w więzieniu umarło kilku więźniów politycznych (głodówka). A może kogoś pokroju międzywojennego (a na te czasy Pan się powołuje) Ziembiewicza z "Granicy" Nałkowskiej?
Skąd chamstwo wtargnęło na sejmowe ławy i redakcyjne łamy? Czy nie można w obu środowiskach stosować przyjaznego języka?

Walęcja także dla starców
Kwietniowe media donosiły - "Starcom nagrodzony w Walencji za kampanię Fanta Flirt". W akcję palce maczał serwis Mojageneracja.pl oraz agencja interaktywna K2. Nie trzeba wyjątkowej fantazji w delikatnej (językowej) materii, ale Walencja w języku polskim (podobnie jak Włochy, Dania, Czad i Katar) nie musi kojarzyć się tylko z geografią. Znana jest zależność określeń: walentynki - walę/tynki, dodatkowo podsycana tutaj terminami "flirt" oraz "K2" (szczyt). A generacja? Wg słownika Kopalińskiego - pokolenie, łac. generatio - (s)płodzenie, rodzenie. Generator zwykle kojarzy się nam z elektrycznością, ale to przecież także... rodzic, ojciec, twórca (mnogo to... generatorzy) i (pro)kreator; protoplasta - założyciel rodu, praojciec, gr. - formujący (majstrujący przy uroczej foremce?). Wszystko zatem krąży wokół szczytowania. Akcję przeprowadzono w ubiegłoroczne wakacje, zatem również czas sprzyjał romantycznym kontaktom niezależnym od wieku... A Polaków coraz mniej...
W każdej przyjemnej dziedzinie (i młodzieży, i starcom) mówimy: TAK!

Chamstwa ci u nas coraz więcej
Parę dni temu media ujawniły auto pewnego zmotoryzowanego inteligenta, który na bagażniku ma wielki napis KIEPRZYĆ PACZYŃSKICH. Ma być to śmieszne i prowokacyjne, a jest kolejnym dowodem na schamienie społeczeństwa, które nie bardzo potrafi korzystać z demokracji, a jeśli już ktoś próbuje korzystać ze zdobyczy wolności słowa, to wydaje mu się, że jest urodzonym geniuszem. Oczywiście, ktoś powie - genialna gra słów i dopuszczalna w ramach wolności słowa. I pewnie coś z prawdy w tym jest. Gawiedź lubi dokopywać wodzom, ale niech no tylko ktoś nazwie takiego Kowalskiego łachudrą albo leniem, to całe życie będzie łazić po sądach i nie daruje. Napis widzą policjanci, prokuratorzy, sędziowie, etycy, menele i mądrale. Śmieją się otwarcie albo tylko dyskretnie się uśmiechają, w zależności od kultury osobistej i od stopnia sympatyzowania z obrażanym politykiem.
Wolność to także odpowiedzialność? Na koszulkach można wyrażać swoje opinie? Na samochodach także? A na elewacjach własnych domów?
Na pewnym forum jakiś anonim napisał inne hasło - TUCHAĆ RUSKA. Też wesołe i sprośne, a to najbardziej lubi ludek! A to ktoś prezydenta lub premiera nazwie durniem, chamem, zdrajcą, a nawet ch***m i... nic. Żadnego szacunku. W takiej obleśnej atmosferze rośnie kolejne pokolenie. W telewizyjnym cyklu prowadzonym przez sędzię A.M. Wesołowską widać, w jaki sposób do prawników odnoszą się obywatele III RP. Zwłaszcza postawa młodzieży jest szokująca. Czy realizatorzy złośliwie przedstawiają młodych ludzi (w tym wielu studentów), czy tacy oni są w istocie? Aż tylu meneli? Przecież tylko za samo zachowanie powinni mieć rozmowę z wychowawcami, rodzicami lub z kuratorem. Ale kogo to obchodzi? W szkołach uczą się religii, etyki i czort wie jeszcze czego. Może niektórych nauk zbyt wiele, zaś zapomniano o podstawowym przyzwoitym zachowaniu? I po takich szkołach pani minister mówi do swego rządowego kolegi - zmywaj się (ale w menelskiej wersji) i jako kolejna sława przechodzi do historii w parę tygodni po słynnym płynie (lansowany przez sympatycznego pana Kamila) do mycia uwalonych stołów .
Podobne towarzycho gnieździ się na rozmaitych forach i - co zdumiewające! - to nawet wówczas, kiedy każda wypowiedź jest edytowana wespół z danymi osobowymi i zdjęciem autora. Szok! I kiedy jakiś facet omawia na innym portalu dyskusję toczoną na innym (bodaj najpopularniejszym), to krytykowany twórca spostrzega, że przesadził z wypowiedziami, szybciutko kasuje swój profil (jednak jego wypowiedzi... pozostały), spotyka się z operatywnym a zaprzyjaźnionym adwokatem i wespół żądają przeprosin oraz paru tysięcy europów (w złotówkach, ale w obcej jeszcze walucie brzmi lepiej) uważając, że naruszono dobra osobiste twórcy... Mało tego - tupet owej pary jest aż tak groteskowy, że w pozwie ujawniono, iż likwidator konta jest pisarzem oraz wykładowcą (czyli jest wychowawcą młodzieży!) i dlatego (tak to ujęto!) jego reputacja została wyjątkowo nadwerężona (dopuszczono już wariant "nadwyrężona") i właśnie dlatego wyceniono jego moralne straty tak wysoko... Gdybyż to był tylko pielęgnator powierzchni płaskich, to pewnie sto europów by załatwiło sprawę, ale pisarz?! Szwejk i Kafka się kłaniają, czyli wkraczamy w świat polskiego absurdu?
Na najwyższych dostojników w państwie można wylać całe szambo i... nic! A tu pisarz (i wykładowca w jednej osobie) popiera wulgaria młodzieży, kokietuje ją, wreszcie fałszuje wpis na forum i... chce przeprosin (oraz kasy!) za ujawnienie własnych "sentencji" i przekrętu. A jego mecenasowi nie podoba się prześmiewczy ton faceta, który omówił również jego rolę w całej tej żenującej sprawie oraz mądrości zamieszczone na jego głównej internetowej stronie. On również grozi... sądem. Czy to oznacza, że wodzów można wyzywać od kretynów i tchórzy, ale osobistości niższej rangi nie tylko nie można zwyzywać (pod groźbą ruiny finansowej i odosobnienia), ale nie można nawet zacytować (oraz omówić i skrytykować) ich własnych autorskich wypowiedzi, bo pozwą do sądu?! Czekamy na nowego Bareję, który zrealizuje film na podstawie takich zaskakujących polskich dziwactw...
Kiedy prawo będzie nareszcie jednakowe dla wszystkich obywateli - albo osoby publiczne mają zbyt słabą ochronę prawną, albo osoby niepubliczne mają zbyt dużą ochronę. Konstytucja 1997 nie wspomina o (nie)publicznych osobach i nie wiadomo - kto pierwszy wymyślił, że wipów można wyzwać od durniów, leniów i tchórzów, ale za obrazę mordercy (pewna matka zamęczonej ofiary, nazwała takiego zwierzęciem) można trafić do więzienia? Gdzie nasze społeczeństwo popełniło błąd? Prawdopodobnie zostało to zaimportowane z Zachodu, na którym schamienie mediów i młodzieży jest jeszcze większe niż u nas.
Dzisiaj media zajmują się dwojgiem 10-latków, którzy zdobyli internetowe hasło do profilu koleżanki i wpisali obraźliwe teksty pod jej podobizną. Policja przypomina dzieciom i młodzieży, że publiczne kierowanie (także przez internet) wobec innych osób obraźliwych epitetów, obelżywych gestów stanowi przestępstwo znieważenia (jest ono ścigane z oskarżenia prywatnego). Dorośli sprawcy podlegają karze grzywny albo karze ograniczenia wolności. A jak tym dzieciom Policja wytłumaczy, że kierowca, dziennikarz lub pijak mogą postponować prezydenta albo premiera, ale pacholęta nie mogą obrażać koleżanki? Może podczas omawiania zasad ruchu drogowego, przy okazji funkcjonariusze objaśnią naszym milusińskim podstawowe zasady etykiety i wyjaśnią nazbyt widoczne różnice w traktowaniu obywateli tego samego państwa...

Manipulacja w polskich mediach
Jak podkręcić oglądalność na internetowych łamach? Dać atrakcyjny tytuł? Owszem, od tytułu wiele zależy i jeśli trafia w sedno a jest lapidarny, to już połowa sukcesu. Ale czy można w wabiącym tytule kłamać?
Pytanie bezczelne - każdy powie: "w żadnym przypadku nie można kłamać!". Ale przecież nie ma bodaj dnia, abyśmy nie weszli na internetowy artykuł i... (nie) zostali oszukani.
Artykuł w gazecie i w internecie jest jak towar w sklepie: wiele zależy od opakowania, a tytuł jest taką właśnie oprawą. Ileż razy kupiliśmy coś będąc pod wrażeniem atrakcyjnego opakowania, a to coś okazało się zwykłym bublem?
Niestety media także mamią nas kłamliwymi tytułami. Aby danemu dziennikarzowi wzrosła liczba wejść na stronę. Aby naczelny pochwalił. Takie zachowania powinny być karane przez federacje konsumenckie oraz przez komisje etyki dziennikarskiej.
Przykład sprzed paru dni - pokazuje, że portal www.tvn24.pl sięgnął po... kłamstwo. Dano tytuł "Matka szyfranta: syn żyje i wróci". Ponieważ sprawa była głośna i nikt nie wiedział (nie wie) co się stało z najsłynniejszym polskim szyfrantem, przeto można sobie wyobrazić, że każdy obywatel, któremu nie jest obojętne bezpieczeństwo Polski i los rodaka, natychmiast zajrzy do każdej sensacyjnej informacji, która zapowiada wyjaśnienie tej irytującej (a może i tragicznej) sprawy. Zatem każdy zainteresowany Polak niezwłocznie czyta ten artykuł i co widzi? Ano widzi, że został... oszukany! Już na początku pada wyjaśnienie - "Matka zaginionego chorążego Stefana Zielonki jest dobrej myśli i ma nadzieję, że syn żyje. - Ja myślę, że on wróci i wszystko się ustabilizuje - mówi pani Leokadia".
I teraz proszę porównać tytuł ze zwierzeniami matki szyfranta - "syn żyje" i "mam nadzieję, że syn żyje". Jest różnica? Przecież to dwie całkiem różne informacje! Skandal! Podobnie jak "zagraj, a wygrasz" i "zagraj, a może wygrasz". Wszyscy nas oszukują - na lewo i na prawo. Politycy, handlowcy, dziennikarze, organizatorzy gier i loterii. Czy jest dziedzina życia, w której nie jesteśmy oszukiwani albo przynajmniej nie wprowadzani w błąd? Proszę przykładnie ukarać www.tvn24.pl! Choćby po to, aby w przyszłości dziennikarze nie pisali artykułów pod fałszywymi tytułami. Dawniej skandowaliśmy - "telewizja kłamie!", a teraz internet kłamie? Chyba że uznajemy takie formułowanie tytułów za postępowanie zgodne ze współczesnymi standardami życia i informacji oraz zgodne z dziennikarską etyką. Cwaniaki górą, oszukani niech się nie przyznają, że zostali zrobieni w konia? Niech w pokorze przeżywają nabicie w butelkę? Tak mają wyglądać nowoczesne media?!

Uważajcie nawet na kota w butach!
Pierwszy sławny rzut butem odbył się w Iraku. Obuwie było mierzone nie tyle na stopę schodzącego z firmamentu prezydenta G.W. Busha, lecz było plasowane w cokolwiek wyższe partie ciała przywódcy USA. Zaskoczenie było tak wielkie, że zamachowiec zdążył cisnąć swym obuwiem stóp obojga. Irak* został sławną osobą - migiem zbudowano pomnik buta (u nas to niemożliwe, aby tak szybko załatwiono projekt i całą niezbędną dokumentację na lokalizację wraz z zatwierdzeniem planu zabudowy). Niestety, ostatnie wieści nie są budujące dla tego pomnika - już go zdemontowano (u nas takie rozbiórki trwały nawet... 45 lat). Facet zapewne przewidział, że będzie miał spore kłopoty w swojej ojczyźnie, zatem pomyślał o azylu politycznym w dalekiej (dla niego) Szwajcarii. Dlaczego tam, nie zaś w innym arabskim kraju, w którym ceni się ludzi samodzielnie i otwarcie myślących? W Libii przyjęto by go jak bohatera i z pewnością dano by mu na wychowanie oddział młodzieńców do zadań specjalnych. Na dobry początek ćwiczono by ciskanie właśnie... obuwiem. Zamiast do tarcz, grzaliby do kartonowych sylwetek znanych zachodnich polityków. Z czasem każdy miotacz zauważyłby, że znacznie pewniej zachowuje się w locie trep dociążony a to kamieniem (w ramach szkolenia), a to mocniejszym argumentem (podczas akcji).
Winowajca został uznany za bohatera przez większość Iraków*. Od sądu otrzymał wyrok półtora roku za każdy but. Owo lotne obuwie cieszy się dużym wzięciem na aukcjach - już zaproponowano 10 mln dolarów za parę. Moda na buciane (butowe?) rzuty przyjęła się już nazajutrz, kiedy to w irackich miastach, mieszkańcy zamiast obdarowywać amerykańskich żołnierzy dobrze schłodzonymi napojami, obrzucali ich dobrze schodzonym obuwiem. U nas mamy słynnego poloneza o nazwach: chodzony, łażony, w Iraku zaś mamy już takie słynne schodzone i złażone (a rzucane) buty.
Podobnie uczynili Tybeci* w Indiach, którzy celowali w portrety władców Chin. Zaskakującą obuwniczą woltę zaproponował prezydent Brazylii - kiedy dziennikarze ostro go skrytykowali, zagroził, że to... on obrzuci ich własnymi szewskimi wyrobami. Butem rzucono także w przedstawiciela największego na świecie ludu pracującego miast i wsi (azjatycki ludowy premier zachował się wspaniałomyślnie i poprosił o łaskę dla studenta z Niemiec). Wielce prawdopodobne, że to był wyrób wytworzony przez właśnie tenże wykorzystywany lud (zwykle wyzyskują kapitaliści, ale w Chinach wygląda to nieco inaczej...). Nie było się czym chwalić, zatem kontynentalni Chini* nie mieli dostępu do aż tak zajmującej informacji, którą im ocenzurowano. Może władze obawiają się, że ich lud zamiast wyrzucać stare buty na śmietniki, zechce obrzucić nimi swoich reprezentantów, aby to oni szybciej znaleźli się na śmietniku historii? Zamiast latami chodzić w tych samych butach, skrócą ich okres eksploatacji (a przy okazji rządy komunistów) i kontenery z obuwiem trafią na rynek wewnętrzny a nie na światowy, co zresztą może zachwiać bilansem płatniczym Państwa Środka.
Jeśli rzucasz butem w inną osobę, to czyją ten but jest własnością? Ciekawe zagadnienie prawne. Czy rzut oznacza zrzeczenie się swoich praw do owej ruchomości? I wówczas obrzucony (obdarowany) bierze sobie ów prezent na pamiątkę, zaś rzucający (fundator) próbuje z mityngu odkicać boso obunóż? A jeśli nie zdąży rzucić drugim butem, to kica kulejąco, przy czym mamy dwie formy własności wobec każdego z omawianych przedmiotów? Można także zorganizować dobroczynną licytację przechwyconych w locie wytworów ludzkich rąk dla ludzkich nóg w ramach współpracy pomiędzy kończynami.
Dla początkujących, niezdecydowanych a nieco bojaźliwych obuwniczych miotaczy mamy wyjaśnienie o wysokości kar za omawiane rzuty. Otóż za rzut półbutem orzekana jest półkara, co oznacza, że za lot pary półbutów otrzymamy karę identyczną, co za przelot całego buta. Nie zapominajmy, że obrzucenie dostojnego gościa tuzinem półbutów przeliczą nam na karę adekwatną do użycia półtuzina całych butów. Już ministrowie sprawiedliwości opracowują tabelę z przelicznikami rodzajów i wielkości butów, aby nie doszło do nieporozumień i do dyskomfortu zamachowców, którzy mogliby uważać, że otrzymali niesprawiedliwy wyrok. Urzędnicy chcą iść jeszcze dalej - skończyć z demokracją i tabelkę dopracować w szczegółach. Między innymi - jeśli gość jest z ważniejszego państwa, to i kara surowsza. Rzut w polskiego ministra będzie mniej dolegliwy, niż w amerykańskiego i rosyjskiego, ale zagrożony wyższym wyrokiem, niż w przypadku dyplomaty senegalskiego i madagaskarskiego. Wszak czasy równych żołądków mamy za sobą, zatem dlaczego udawać, że wszyscy dyplomaci są równi?
Rodzącej się nowej tradycji być może wyjdą naprzeciw (oczywiście w eleganckich butach) przedstawiciele znanych obuwniczych koncernów, którzy będą zachęcać do rzucania w polityków swoimi wyrobami - firmy zaoszczędzą miliony na reklamach, miotacz zaś otrzyma dżentelmeńskie zapewnienie stałych dostaw paczek (ale bez sznurowadeł!) podczas rozmyślań w odosobnieniu, zaś jego rodzina darmowe wieloletnie zestawy piechura. No i oczywiście coroczne wczasy nad morzem w jednym z kurortów leżących w państwie o kształcie wielkiego buta, a ponadto z nazwy (w naszym języku) trącającym branżą fryzjerską. A złośliwe służby więzienne będą wiedzieć, w jaki sposób uprzykrzać życie osadzonemu - biedak (jako specjalista w branży) będzie pracować w manufakturze wytwarzającej więzienne... sapogi.
Czyżby rzucanie tortami (zapoczątkowane w czarno-białych niemych filmach) miałoby zostać zastąpione przez rzuty kapciami, bamboszami, trepami, czy chodakami? Buty mają zalety w stosunku do ciast - można je przyodziać, a właściwie wzuć, i to wielokrotnie. Można je wystawiać w muzeum i to przez całe wieki, pobierając biletowe należności. Urzędnicy państwowi wypożyczają z muzeów rozmaite eksponaty (najczęściej malowidła), zatem mogliby także pożyczać takie sławne buty, a to znakomitych piłkarzy, a to więzionych przeciwników politycznych. Jednak podczas wizyty dyplomaty spostponowanego obuwiem, do dobrego tonu należałoby ukrycie takiego szewskiego wyrobu. Z powodu roztargnienia mogłoby wszak dojść do zerwania stosunków dyplomatycznych... Tak czy owak - torty mają znacznie krótszy żywot, jak przystało na artykuły żywnościowe, zatem przed obuwiem rysuje się bardziej świetlana przyszłość.
Także firmy specjalizujące się w sznurowadłach i pastach pielęgnacyjnych mogą mieć swoje pięć minut. KIWI SHOE POLISH widnieje na pudełku znakomitej pasty do butów. Wprawdzie "kiwi" może kojarzyć się z kombinacjami, ale chyba tylko w naszym języku, natomiast jeśli napastnik rzuci takim opakowaniem, to popularyzuje Polskę! W takim przypadku nasz ambasador powinien dodawać miotaczowi otuchy na sali sądowej a potem dostarczać do celi znakomite polskie słynne wiktuały, dzięki którym czas spędzany tamże nie będzie czasem całkiem straconym.
Skoro już o Polsce... Furorę robi nowo otwarta firma odświeżająca stare obuwie. Przetarg na jej lokalizację wygrało nasze polskie miasto... Prabuty! Owszem, kontenery z zachodnimi ciuchami jadą ciągle do nas na sprzedaż, ale stare buciory rewitalizowane w Prabutach, wracają do swoich zamożnych właścicieli - tak cenione są tam nasze ręczne usługi w nożnej branży! Już od lat trudno o prawdziwych szewców - podobno swój zawód wykonywali z wielką pasją, zwaną na tę cześć... szewską. O, gdyby taki szewc zechciał miotnąć w wipa z właściwą sobie pasją, to na pewno by trafił...
Od wieków buty były stosowane oddolnie a podplecznie w akcjach zaczepnych - bezpośredni kop obutą stopą w rejon przeciwnika, służący zwykle mu do siedzenia, jednak opisywana tu nowa metoda polega na szybkim zzuciu oręża, chwycie i rzucie w przeciwnika, ale w rejon służący mu raczej do myślenia, zatem tutaj stosowana jest odgórnie. Czy uruchamiając but w kierunku innej osoby można mieć pewne etyczne "ale"? Zwłaszcza Polacy znający język angielski mogliby mieć wyrzuty sumienia podczas wyrzutów wyzutych butów, bowiem 'but' = 'ale'... Co akcja "but", to jednak pewne "ale"...
Podobno najwięcej odrzutów w dziedzinie wizowych podań mają nasi rodacy z rejonu Podhala. Jeśli jednak udałoby się komuś stamtąd dotrzeć do Stanów, to mógłby ludowym kierpcem obrzucić (już kolejnego) prezydenta tego wielkiego państwa. Ponieważ mężczyźni noszą zwykle kierpce koloru czarnego, to byłoby nawet "pod kolor" - robota na czarno, takież kierpce i... prezydent. Co socjologicznie ciekawe - góralki noszące zwykle jasne kierpce nie byłyby posądzone o dyskryminację rasową, gdyby celowały w białego prezydenta, czego nie można byłoby powiedzieć o góralu, który ciemnym kapciem namierza czarnego szefa USA. Pechowiec, który podczas kolejnych wizowych zmagań w Warszawie otrzymałby negatywne wieści, dodatkowo rozsierdzony bezzwrotnym skasowaniem opłaty wizowej, mógłby choć w ichniego ambasadora cisnąć podhalańskim kierpcem, aby jakoś odreagować różnice w przydzielaniu wiz i podział narodów na lepsze i gorsze.
Naszych mogą wspomóc ciemiężeni Indianie (albo potomkowie, którym taki ucisk się przypomni) i to... mokasynami. W końcu obecny prezydent Obama, to dla nich w pewnym (historycznym) sensie najeźdźca i okupant. Bierny bo bierny, ale zawsze... No i ów czerwonoskóry lud jest kulturalniejszy od naszego - oni obrzucają interlokutorów mokasynami (po indiańsku - mockasin, mawhcasum, mocussinass, mockussinchass), my zaś (do rymu) nieeleganckim słownictwem, najczęściej potomkami niezbyt szlachetnych pań, czyli niemal skórysynami (niewykluczone, że 'moka' to 'skóra' z jelenia, łosia, wapiti albo bizona).
Odwiedzając Belgię należy uważać na osiadłych tam Rosjan ożenionych z Walonkami - oni mogą obrzucić dostojnika walonkami, czyli obuwiem o skórzanych spodach i wojłokowych cholewach. O, cholewa! Tradycjonaliści zamiast skarpetek używają onucek, zatem uwaga na wewnątrzobuwnicze niespodzianki! W Kraju Kwitnącej Wiśni Japoni* mogliby obrzucać dyplomatów japonkami.
Najbezpieczniej jest przebywać pośród baletnic. Obok artyzmu bijącego od pań, nic złego nie może wipa spotkać - baletka (inaczej pointa) nie może być użyta jako broń bijąca, bowiem troczki (wstążeczki) podczas lotu stawiają znaczny aerodynamiczny opór, co skutecznie wybija narzędzie niedoszłej zbrodni z planowanego lotu, którego trajektoria gwałtownie gaśnie (zwykle w pół drogi).
Wip stosunkowo bezpiecznie może wizytować wędkarzy. Oni nijak nie mogą zaatakować swoimi woderami (połączenie kaloszy i nieprzemakalnych spodni; spodniobuty) z uwagi na ograniczone możliwości z ich rozbuciem (i rozspodniowaniem). Zatem nie tylko odpada element zaskoczenia, ale przecież odpadłby ważny element stroju. Taki zamachowiec ostałby się jeno w wymownych, co byłoby wymownym dowodem jego braku elegancji i skuteczności. Natomiast u łapaczy ryb należy uważać na wędki, bowiem takim kijowym wysięgnikiem można wziąć na haka urzędnika nawet z najwyższej półki i to ze znacznej odległości. No i wyobraźmy sobie złośliwe komentarze - "bohaterski opozycjonista wziął prezydenta na haka jak zwykłego robaka"...
Pantofle - elegancki rodzaj o niskiej cholewce (poniżej kostki). Z uwagi na rodzaj (obuwie damskie) oraz na nazwę, stosowane bywają przez panie wyłącznie do obrzucania panów (a nawet do bezpośredniego ich postponowania), choć niektórzy producenci uważają, że pantofle to również męskie eleganckie buty do garnituru. Wielu Polaków na "kapeć" mawia także "pantofel" i mówiąc o kimś "pantoflarz", mamy na myśli przyziemne domowe kapciarstwo, nie zaś górnolotne pantoflarstwo z otoczenia garnituru ...
Prezydenci powinni szczególnie uważać na tenisistów walczących na kortach. Stąpają oni w tenisówkach, zwanych ongiś cichostępami. Były one reklamowane jako obuwie, które nie hałasuje podczas chodzenia (ang. 'sneakers'; to sneak - zakradać się), zatem niech nie dadzą się zaskoczyć w pozorowanym tenisie nawet w Tunisie. W Polsce już przed II wojną światową podobne obuwie produkowała spółka Polski Przemysł Gumowy (stąd nazwa "pepegi"). Równie sportowe (a podobne) są trampki. W Polsce buty tego typu pojawiły się 80 lat temu. Polska nazwa wywodzi się od określenia "tramp" (łazik, wędrowiec), gdyż buty takie noszono podczas pieszych wycieczek. Ochroniarze muszą zatem mieć baczenie na mijanych po drodze trampów.
Groźne buciki to sztyblety, ale tylko z nazwy brzmiącej podobnie do "sztylety". Jest to obuwie na płaskiej podeszwie używane w jeździectwie. Nie można jednak całkowicie ignorować tego tematu, bowiem to nie jeźdźcy, lecz konie posiadają prawdziwie groźną broń - taki wytresowany rumak potrafi rzucić w upatrzonego prezydenta czterema podkowami na raz i jeśli trafi choć jedną, to wyjątkowo owo żelastwo nie przyniesie mu szczęścia! Wipowie (albo wipi) powinni mieć baczenie również na rozmaitej maści magów cwałujących (skoro już o koniach) w baczmagach (obuwie barwy czarnej, żółtej lub brązowej, wzuwane ongiś przez kawalerzystów dosiadających koni maści wszelakiej).
Może będziemy obrzucać według branż? Kaloszami obrzucimy sędziów, a to piłkarskich (zwłaszcza tych skorumpowanych), a to sędziów z poważniejszej półki (tych od Temidy)? Podczas defilad, zwłaszcza z udziałem wojsk desantowych, należy mieć baczenie na lecące z nieba desanty, czyli na czarne sznurowane buty z wysoką cholewką z plastykowymi wkładkami. Część użytkowników narzeka na dyskomfort, zatem zrzut desantów w kierunku ważnych widzów wcale nie musi oznaczać zamachu - całkiem możliwe, że spadochroniarze wyzwalają się właśnie z ucisku niewygodnych buciorów.
Okazuje się, że najbardziej wywrotowe (również podczas człapania w nich) są saboty (drewniaki). Otóż podczas rewolucji przemysłowej, zbuntowani wyrobnicy używali twardych sabotów do niszczenia maszyn i stąd pojęcie... "sabotaż". Oba te słowa są pochodzenia francuskiego. Naród posługujący się elegancką mową ma wielki wkład w rewolucyjne idee, przy czym akurat nie stopy w butach były w centrum zainteresowań ludu, jeśli idzie o skracanie władców i wyzyskiwaczy, lecz rejony ciała leżące na antypodach pięt. Sprawa ruszyła całkiem ostro po wdrożeniu interesującego urządzenia, które zostało skonstruowane przy twórczym udziale chirurga Józefa Guillotina. Facet zastąpił szereg drobnych skalpeli (ratujących życie) jednym solidnym mechanicznym tasakiem (kończącym żywot) i onże wpisuje się na listę lekarzy, którzy sprzeniewierzyli się etyce Hipokratesa, zatem powinien chyba otrzymać ekskomunikę...
Sandałek nie jest dobrym środkiem do zdobycia sławy, bowiem napastnik może nieporadnie zaplątać się w paseczki podczas początkowej fazy rzutu. No i rzeźbiarz miałby raczej trudności z odwzorowaniem takiego obuwia (chyba że pomógłby mu w tym kowal), gdyby społeczeństwo zechciało ufundować pomnika z wielką podobiznę sandała. Noszenie skarpet do sandałów jest uznawane za uchybienie, zatem jeśli skarpetkowo-sandałowy zamachowiec jednak by chybił, to miałby na koncie dwa uchyby, w tym jedną gafę w etykiecie...
Swego czasu dużą furorę w dawnym śródziemnomorskim imperium zrobiło obuwie noszone przez rzymskich legionistów - rodzaj sandałów zwanych po łacinie 'caligae' (l.poj. 'caliga'). Były skrojone lustrzanie (z uwzględnieniem różnic pomiędzy obiema stopami), co było w owych czasach jeszcze nietypowe. Jeden z najgorszych rzymskich cesarzy, Kaligula, otrzymał (już za młodu) przydomek Caligula (Bucik) i był traktowany jako maskotka armii. Kiedy wódz dorósł, imię Kaligula budziło wielki postrach; cesarz szaleniec był nieobliczalny - miał coś z głową (prawdopodobnie choroba mózgu). Być może to on (jako wojskowy i nazewniczo związany z obuwnictwem) położył podwaliny pod nowe znaczenie 'trep'. Jeśli armijne trepy (dostojniej 'trepowie', także 'trepi') będą obrzucać się trepami, to może dojść nawet do puczu.
Zapewne żaden szewski cech nie chciałby mieć takiego patrona. Gdyby jednak ktoś ustawicznie rzucałby wyrobami obuwniczymi w krajach demokracji nieludowej (bowiem w demokracji ludowej może to udać się tylko raz), to takiego uparciucha sympatycy mogliby pieszczotliwie nazwać... "nasz kaligula". U nas, zwłaszcza w dziesiątej muzie, obuwie może zapoczątkować karierę. Aktor Marek Kondrat, debiutujący jako pacholę w filmie "Historia żółtej ciżemki", zarzucił jednak z wiekiem obuwnictwo i całą swoją filmową pasję zamienił na miłość do win i o żadnych swych winach nie chce słyszeć. Porada dla głów państw - jeśli nie zachowujecie się w gościnie nazbyt butnie, to żaden z gospodarzy obuwiem w was nie butnie, a jeśli już coś poleci w waszym kierunku, to but nie, ale raczej pucybut, który zechce poprawić imaż waszego sfatygowanego obuwia... Ale czyścibuta też trzeba mieć na oku! Ba, nawet trzeba uważać na niewinnie wyglądającego kota w butach...

* Zbyt długie i śmieszne są nazwy Irakijczyk, Japończyk, Tybetańczyk, Chińczyk. Krócej i ładniej (wg mnie), to:
jeden Irak (dwaj Iracy albo Irakowie, pięciu Iraków);
jeden Japon (dwaj Japoni albo Japonowie, pięciu Japonów);
jeden Tybet (dwaj Tybeci albo Tybetowie, pięciu Tybetów);
jeden Chin (dwaj Chini albo Chinowie, pięciu Chinów).
Trudno odróżnić narodowość od państwa? A Czech z Czech, Włoch z Włoch, Niemiec z Niemiec? Może być Chin z Chin. Co nam się podoba w Czechach (ludziach, kraju?). W meczu Polska gra ze Szwecją, Polacy zaś ze Szwedami. A jeśli z Czechami, Włochami i Niemcami, to Polska czy Polacy? Rumuni są z Rumunii, Japoni z Japonii, Kaliforni z Kalifornii.

zdzichu