Imieniny:

AferyPrawa.com

Redaktor Zdzisław Raczkowski ujawnia niekompetencje funkcjonariuszy władzy...
http://Jooble.org
Najczęściej czytane:
Najczęściej komentowane:





Pogoda
Money.pl - Kliknij po więcej
6 sierpnia 2020
Źródło: MeteoGroup
Polskie prawo czy polskie prawie! Barwy Bezprawia

opublikowano: 26-10-2010

AFERY PRAWA MIROSŁAW NALEZIŃSKI BŁĘDY I WPADKI KACZKI DZIENNIKARSKIE W GAZETACH I TVP TVN POLSAT

Medialne wpadki dziennikarskie i telewizyjne - październikowy cykl krytyczny Mirosława Nalezińskiego.

www.mirnal.neostrada.pl  

  Lustrzane swastyki z Discovery (17 października 2006)
    Zapewne wielu z nas ogląda ciekawe programy na Discovery. Od lat oglądam filmy dokumentalne na temat II wojny światowej - wodzowie, batalie, żołnierze, historia. Ale...
    Z pewnością każdy z nas miał kłopoty z narysowaniem swastyki na nieprzyjacielskim czołgu podczas lekcji rysunku w szkole podstawowej, z owym szatańskim symbolem, który pochodzi z Indii i do czasów III Rzeszy, miał całkowicie inne znaczenie. Zresztą stosowanie symbolu jest zabronione i nie można, ot tak sobie rysować go (choćby na murach).
    Ostatnio w telewizji, na kanale Discovery, emitowany był cykl pt. Blitzkrieg . Na ówczesnej mapie Polski, Litwy, Łotwy, Estonii i ZSRR pokazano zmiany na froncie podczas obrony Moskwy i Leningradu. Jednak wszystkie swastyki mają... odwrotnie zwrócone ramiona ("w lewo"). A wystarczyłoby zapamiętać, że swastyka to inaczej gammadion składający się z czterech dużych (wielkich) greckich liter gamma (prawoskrętne) i wszystko jasne (duża litera gamma to pionowa kreska z górną odnogą w prawo)...
    Gwoli ścisłości (Wikipedia ) - okazuje się, że omawiany znak był znany w epoce brązu w Chinach, Japonii, Italii, Grecji, Skandynawii, zaś w Indiach nadal jest znakiem magicznym. Okazuje się, że jeszcze przed II w. św. owe symbole były stosowane w wojskach Finlandii i Łotwy. Znak swastyki (pod nazwą "kołowrót") znany był wśród Słowian, również na naszych ziemiach. Symbol ten pojawił się w Wojsku Polskim w okresie międzywojennym (21. i 22. Dywizja Piechoty Górskiej i 4. Pułk Piechoty Legionów). Oczywiście, znak jeśli nawet wówczas występował pod nazwą "swastyka", to nie miał jeszcze złowrogiego znaczenia z oczywistych powodów. Hitlerowskie zbrodnie całkowicie zmieniły stosunek ludzkości do omawianej nazwy i kształtu. Można także wyróżnić swastykę prawoskrętną - "svastika" oraz lewoskrętną - "sauvastika". Jednak powody naniesienia swastyk (na mapach ukazanych w filmach na Discovery) w odwróconej wersji są mi nieznane.
    Może Czytelnicy mają jakieś teorie?

    Inwalida - językowy nietakt - Fakt (19 października 2006)
    Obrzydliwą drwinę z inwalidów, dziennikarze z brukowca "Metro" opakowali w formę plugawego dowcipu.
    Większość Polaków nie poznałaby owego plugastwa*, gdyby nie "Fakt", który zadbał o rozpowszechnienie "chamskiego żartu"*.
    Ongiś pewien opozycjonista rozszyfrował skrótowiec PZPR i - po wniesieniu sprawy do sądu - wyrok był najmniej interesujący, ale za to miliony rodaków zrywały boki wysłuchując (lub czytając) każdorazowo oryginalnego a zabawnego rozwinięcia skróconej nazwy omawianej partii. Innym razem pewien zespół muzyczny pozwolił sobie na wyszydzanie księży w aspekcie alkoholizmu i nieopatrznie sprawę podał ktoś do sądu - piosenka biła rekordy popularności, a bez szarpania przez Temidę, niewielu Polaków znałoby ten frywolny tekst.
    I teraz podobnie - nie czytałem w "Metrze" dowcipu, ale usłużny "Fakt", pod przykrywką walki ze "szmatławcem"*, przedrukował tę "twórczość". No cóż, wypada zatem napiętnować zdziczałe poczucie humoru. Zatem -

Jedzie inwalida bez nóg na wózku, obok biegnie facet i mówi:
- Co, pobiegałoby się?
Inwalida poskarżył się policjantowi, a on:
- Trzeba było kopnąć go w d...!

Poskarżył się żonie, a ona:
- Nie martw się, zrobię ci kawę. Postawi cię na nogi.

Poskarżył się księdzu, a ksiądz:
- Należy wybaczać, synu. Teraz uklęknij, to się pomodlimy.

    Prawda, że paskudne, obrzydliwe dowcipy? Należy napiętnować niekulturalnych dziennikarzy "Metra" i pochwalić redaktorów z konkurencyjnego "Faktu" za walkę z żartobliwymi nieprawościami tego świata.
    Przy okazji, czy etycy i poloniści wystąpią o zmianę słowa "inwalida" na bardziej przyjazne, bowiem to oznacza człowieka nieważnego? Nie jest to słowo przypadkiem "ideologicznie niepoprawne"?
    Invalid (ang.) - "nieważny, chory, ułomny, inwalida, cherlak, niezdolny"; a już skandaliczny jest słownik gwary uczniowskiej (Onet): inwalida - 1. "osoba głupia, tępa, ograniczona intelektualnie"; 2. "niezdara, człowiek, który robi wiele rzeczy niezdarnie, nieuważnie, flegmatycznie".
    Chyba edukację trzeba zacząć od milusińskich w szkółkach...
    * - określenia "Faktu"

    Poloniści też błądzą - Poradnia Językowa PWN (20 października 2006)
    Niemal codziennie otrzymuję drogą emajlową (wg słowników "e-mailową") porady z Poradni Językowej PWN. Jednak dzisiaj mamy dzień szczególny - otrzymałem 3 porady z... błędami. Oczywiście, ranga jest różna i pozostawiam jej ocenę Czytelnikom.
    Zaczęło się od ortograficznej wpadki osoby pytającej - Jak jest prawidłowo: "gmin gdynia i kosakowo" czy "gmin gdynii i kosakowa"? Bardzo proszę o pomoc w rozwiązaniu tego problemu.
    I odpowiedź prof. Mirosław Bańko - Z gramatycznego punktu widzenia obie konstrukcje są poprawne. Pierwsza, oparta na tzw. związku rządu, jest wygodniejsza, gdyż nie obliguje do odmiany nazwy gminy. W wypadku mniej znanych gmin taka możliwość jest nieoceniona. Często korzystają z niej urzędnicy, toteż konstrukcje typu "gmin Gdynia i Kosakowo" są charakterystyczne zwłaszcza dla języka aktów urzędowych.
    Druga konstrukcja - "gmin Gdynii i Kosakowa" - jest bardziej zgodna z duchem polszczyzny, w której wyrazy przeważnie się odmieniają. Zwłaszcza w wypadku bardziej znanych miejscowości warto jej dawać pierwszeństwo.
    Warto pamiętać o implikacjach, jakie niesie wybór jednej albo drugiej konstrukcji. Ktoś, kto mówi np. "do miasta Turek", nie tylko zdradza swoje zamiłowanie do polszczyzny kalcelaryjnej*, ale też daje powód do podejrzeń, że nie wie, jak powinna wyglądać forma dopełniacza: "Turka? Turku?".
    O ortografii zamilczę, bo każdy wie, że nazwy gmin, miast, wsi itp. piszemy wielkimi literami. Czy na klawiaturze Pani komputera zepsuły się klawisze Shift?
    * - kancelaryjnej
    Niezależnie od pomyłki z klawiszem owej pani lub od ignorancji w znajomości dopełniacza nazwy mojego rodzinnego miasta (Gdyni), udało się jej zaskoczyć pana profesora, który wprawdzie słusznie zamienił pierwsze małe litery nazw obu miejscowości na wielkie, ale przeoczył błąd zasugerowanego dopełniacza Gdynii. Czyżby skopiował bez kontroli? Niezła gratka dla łowcy byków, niby wirtualnych, jednak równie zaskakujących, co te na papierze, np. popełnionych w dyktandzie...
    Owszem, bywają mniej znane miejscowości, które mieszkańcom znacznie oddalonym od Rumi, Oruni, Chyloni, Lini, mogą sprawiać trudności dopełniaczowo-celownikowo-miejscownikowe, polegające na zdwojeniu ostatniej litery, ale "w Gdynii"?! To problem Turku/Turka schodzi na odległy plan, niczym wejście Turka/Turczyna z Turcją do Unii Europejskiej. Z pewnością nie można przesiedzieć omawianego problemu po... turecku.
    W drugiej części tegoż emajlu, ciąg dalszy święta niesłusznych zdwojeń. Ktoś pyta - Co oznacza PT i czy od tego (skrótu?) pochodzi słowo petent?
    I odpowiedź prof. Małgorzaty Marcjanik - Skrót P.T. (poprawnie pisany z kropkami) pochodzi od łacińskiego wyrażenia pleno titulo, co oznacza 'pełnym tytułem, z zachowaniem należnych tyttułów'. Wyraz petent z omawianym skrótem nie ma nic wspólnego. Pochodzi bowiem od niemieckiego rzeczownika Petent, a ten od łacińskiego imiesłowu petens. Polski wyraz oznacza - jak wiadomo - interesanta, osobę przychodzącą do urzędu, aby załatwić jakąś sprawę.
    Może zostanę tyttularnym łowcą byków (językowych)?
    Natomiast w Poradniku językowym prof. Mariana Bugajskiego (Radio "Zachód") znajdujemy inną ciekawostkę. Niejaka Fredzia pyta - Czy w pracach naukowych (magisterskich, doktorskich) nazwy łacińskie zamieszczone w tekście, piszemy w nawiasach italikiem, małymi literami z uwzględnieniem skrótu - "łac." (i nazwa)?
    I odpowiedź - Tak się powinno pisać - kursywą i ze skrótem "łać.", jeśli chcemy podkreślić pochodzenie słowa, a więc np. mianownik, łać. nominativus.
    I Profesor wpadł w pułapkę, przed którą poloniści niejednokrotnie nas przestrzegali - nie piszemy: tyś., godź., mieś. oraz łać., ale tys., godz., mies. oraz łac. z oczywistych powodów (wyrazy tysiąc, godzina, miesiąc, łacina/łaciński nie mają liter ś/ź/ć).
    Jeśli zdarzy nam się popełnić błąd i jesteśmy źli na siebie i na świat cały, pomyślmy wówczas o fachowcach - także profesorowie popełniają błędy, których uczniowie mogliby się powstydzić... Każdy może być petentem pukającym do poradni językowej, ale nawet takie urzędy czasami nie załatwią interesanta właściwie (poprawnie)...

    Jak usprawnić system podatkowy? - Wiadomości24 (20 października 2006)
    Narzekamy na obecny system podatkowy, między innymi na konieczność wypełniania formularzy PIT. Idea nowego podejścia do systemu podatkowego opiera się na paru pomysłach. Być może znawcy prawa podatkowego uznają propozycje za nierealne, ale przeżyliśmy już szereg systemów, które były niewzruszalne, a jednak je zmieniono...
    Każdy nowo narodzony obywatel naszego otrzymuje indywidualny numer (IN). Jest to uniwersalny numer, co oznacza, że wszelkie dokumenty (paszport, dowód osobisty, prawo jazdy, przepustki do zakładu pracy, książeczka zdrowia, indeks studenta, kartoteka linii papilarnych itp.) wystawione na daną osobę, mają identyczny numer, czyli IN. Oczywiście w przypadku banków, polis ubezpieczeniowych - IN stanowiłby część pełnego oznakowania. W przypadku adresu emajlowego (bo w ten sposób powinniśmy pisać; nie "e-mailowego"), IN byłby częścią tego adresu i (przy braku innych danych odbiorcy) umożliwiałby dotarcie do adresata (pod warunkiem posiadania łączności internetowej).
    Wszystkie obecne numery (PESEL, NIP itp.) byłyby unieważnione.
    Kolejny krok to zorganizowanie Banku Podatkowego (BP). Każdy podatnik posiada konto w BP, na które przelewane są wszelkie dochody (umowa o pracę, umowa o dzieło, umowa o wynajem lokalu, prawa autorskie, stypendia, alimenty, profity z wynalazków, odsetki bankowe, wygrane z loterii, wygrane w konkursach, spadki, darowizny itp.). Jeśli pewne dochody już zostały opodatkowane na podstawie osobnych przepisów przed przelaniem do BP, to kwoty te są gromadzone na osobnym koncie klienta BP.
    BP natychmiast przekazuje z konta właściciela odpowiednie kwoty na fundusze emerytalne, rentowe, chorobowe, wypadkowe i zdrowotne oraz na konta wierzycieli na podstawie prawomocnego orzeczenia sądowego.
    BP niezwłocznie przekazuje kwotę określoną przez podatnika na konto wskazanej przez niego dowolnej osoby, firmy lub banku albo przesyła przekazem na wskazany adres pocztowy.
    Kwota gromadzona w BP podlega oprocentowaniu według stopy dla lokat, obliczonej według średniej stopy z kilku największych banków w Polsce. Środki są wypłacane zgodnie z dyspozycjami właściciela konta w BP na dowolne cele, przy czym w pierwszej kolejności wypłacane są kwoty już wcześniej opodatkowane. Środki zgromadzone na koncie podatnika są podzielone na (przykładowo) tysiączłotowe porcje, z których każda jest traktowana jako osobna lokata o wysokości oprocentowania zależnej od czasu jej zamrożenia.
    Kapitał zgromadzony w BP jest wolny od podatku (co najwyżej odsetki byłyby opodatkowane). I najważniejsze - podatkowi podlegają wyłącznie środki wypłacane z konta BP! Tak długo, jak spoczywają na koncie podatnika, tak długo nie są opodatkowane! Podatek jest obliczany podczas wchodzenia kapitału w obieg finansowy Polski, podobnie do cła, które naliczane jest po wprowadzeniu towaru na terytorium naszego kraju.
    Korzystnie byłoby, aby organizacyjnie BP oraz Urząd Skarbowy (US) były zlokalizowane w jednym budynku. Każdorazowa wypłata z BP jest opodatkowana (lub zwalniana z podatku) przez US, zaś podatek jest przekazywany do Skarbu Państwa. Przy każdej wyspecyfikowanej wypłacie (przelewie) jest podana wysokość pobieranego podatku.
    BP wydaje karty płatnicze, przy użyciu których, podatnik może nabywać towary oraz usługi w Polsce i poza jej granicami. Każda wydatkowana w ten sposób kwota jest stosownie opodatkowana według wcześniej opisanych procedur.
    Towary i usługi, które są objęte ulgami podatkowymi, będą wyraźnie oznaczone w punktach handlowych, cennikach, ogłoszeniach, reklamach, informatorach. Podstawą ich oznakowania będzie lista opracowana przez odpowiednie ministerstwa, komisje sejmowe, federacje konsumenckie. Jeśli przepisy unijne nie zabraniają, to zostanie wytypowany szereg towarów produkowanych w Polsce, których zakup będzie premiowany ulgą podatkową, co zwiększy popyt i podaż (zatem także wzrost zatrudnienia) na te dobra.
    Wszelkie należności za towary lub usługi podlegające systemowi ulg podatkowych w danym roku, wnoszone są bezgotówkowo, czyli przy użyciu karty płatniczej BP, chyba że nabywca nie jest zainteresowany ewentualną ulgą podatkową obowiązującą w danym roku. BP księguje środki przeznaczone na zakup towarów oraz zgodność wydatków z ustalonymi limitami zakupów podlegających ulgom. Zlikwidowana zostaje dolna granica wydatków upoważniająca do zastosowania ulg podatkowych. Górna granica jest ustalana corocznie.
    Wszystkie wpłaty i wypłaty z konta BP będą na bieżąco zamieszczane na odpowiednim formularzu PIT, który będzie można obserwować internetowo i na tej podstawie podejmowane będą decyzje przez podatnika (na przykład przelanie określonych kwot z BP na inne konta albo ich pozostawienie na koncie BP w aspekcie korzystnego dlań rozliczenia zobowiązań podatkowych). Rozliczenie (ostatecznie wypełniony formularz) nastąpi możliwie niezwłocznie, czyli znacznie wcześniej niż z końcem kwietnia. Jeśli podatnik nie zgłosi zastrzeżeń i uwag do formularza (na przykład do końca stycznia następnego roku), to US uzna go za ostatecznie złożony. Uregulowanie ewentualnych zaległości podatkowych powinno nastąpić niezwłocznie, ale też nadpłata podatku będzie natychmiast przekazana na konto podatnika w BP jako wolna od podatku za następny rok. Zasadniczo zaległości i nadpłaty w tym systemie nie powinny mieć miejsca, bowiem na bieżąco byłyby wykonywane stosowne operacje finansowe.
    Inne pomysły, które powstały podczas rozważania proponowanego systemu.
    Podatnik może zlecić BP przekazywanie należności za telefon, energię elektryczną, gaz, wodę, raty kredytowe, czynsz itp., przy czym przelewy te podlegają opisanej procedurze opodatkowania.
    W przypadku przekazywania należności na wskazany adres pocztowy, BP wyda przekaz pocztowy na blankiecie czekowym z nazwiskiem odbiorcy, który może być zrealizowany w dowolnym urzędzie pocztowym albo podczas płacenia za towary w sklepie, jednak za okazaniem dokumentu.
    Wszelkie usługi medyczne opłacane są czekami zdrowotnymi wystawianymi przez punkty usług medycznych. Czeki te są dostarczane do BP, który sprawdza legalność ich wystawienia oraz status ubezpieczenia pacjenta i ustala należności według cenników obowiązujących w służbie zdrowia oraz obciąża, tak konto kasy chorych, jak i (ewentualnie) konto tegoż podatnika, przelewając ustalone kwoty na konto punktu usług medycznych. W punktach usług medycznych wprowadza się zakaz obrotu gotówkowego. W przypadku niezidentyfikowania pacjenta, kosztami obciąża się Skarb Państwa.

    Wprowadzenie powyższego systemu w życie, jak mniemam, spowoduje zmniejszenie szarej strefy zatrudnienia (wszelkie wypłaty powyżej ustalonego minimum będą przekazywane pracownikowi-podatnikowi wyłącznie przez BP, zaś każda zapłata powyżej pewnego minimum, przekazana bezpośrednio pracownikowi będzie uznana za transakcję nielegalną).
    Podatnik nie będzie wypełniał formularzy PIT, ponieważ uczyni to BP na podstawie posiadanej pełnej dokumentacji i to niezwłocznie po zakończeniu roku podatkowego.
    Towary i usługi podlegające ulgom podatkowym będą monitorowane na bieżąco. Imienne czeki znakomicie utrudnią kradzież (na przykład podczas napadu na doręczyciela), zaś w przypadku utraty będzie wydany duplikat.
    Czeki medyczne ograniczą patologiczne nieprawidłowości finansowe rozpowszechnione obecnie w służbie zdrowia.
    A jeśli cała Unia Europejska przeszłaby na omawiany system, to byłyby spójne procedury na wielkim obszarze, co utrudniłoby nieformalne działania obywateli skłonnych do przesadnie samodzielnego działania na własną rękę...

    Co z marginesem społecznym? - Wiadomości24 (28 października 2006)
    W sobotę 28 października, gdyński policjant jechał autobusem na służbę w komisariacie. Grupa  młodzieńców znalazła sobie dodatkowe zajęcia w pojeździe, zakazane zresztą przez przewoźnika - pili alkohol, palili papierosy i klęli. 38-letni policjant zwrócił im uwagę pokazując legitymację służbową. Ok. dziesięciu chuliganów rzuciło się na niego bijąc po twarzy i  powodując urazy kręgów szyjnych oraz klatki piersiowej. Próbowali wyciągnąć go z pojazdu na zewnątrz, jednak dopiero wówczas pasażerowie i kierowca podnieśli alarm, wobec czego napastnicy zbiegli.
    Kolejny dramatyczny i bulwersujący incydent ostatnich dni.
    Odważny policjant swą obywatelską postawą zasłużył na uznanie, jednak czy jeszcze kiedykolwiek zachowa się podobnie albo czy stanie w obronie innej napadniętej osoby? Co my uczynilibyśmy w podobnej sytuacji? Oczywiście, takich meneli trzeba izolować, ale miejsc w więzieniach jest zbyt mało, zaś to szemrane towarzystwo wiele się nie przejmuje niewielkimi wyrokami. Za napad na funkcjonariusza grozi 10 lat więzienia, ale adwokaci udowodnią, że poszkodowany legitymacji nie zdążył okazać albo było zbyt ciemno, by ją odczytać, zatem (jeśli pojmą tych zbirów) pewnie kwalifikacja będzie łagodniejsza - zwykła napaść na obywatela. Chyba że ambicją gdyńskiej policji i sądu będzie ujęcie owych zbirów i długotrwałe odgrodzenie od zwykłych obywateli.
   Stałym i nierozwiązywalnym zagadnieniem jest brak solidarności obywatelskiej wobec przemocy. Tu już chyba nic nie można uczynić, skoro do tej pory niczego nie wymyślono. Owszem, wynaleziono telefon komórkowy i ten drobny a ważny przedmiot jest w stanie uratować komuś życie, kiedy zostanie błyskawicznie użyty przez świadków. Ponadto kierowca autobusu, tramwaju, trolejbusu powinien mieć specjalny przycisk, którym automatycznie powiadomi centralę przewoźnika oraz najbliższy posterunek policji, że zaistniało poważne zagrożenie zdrowia i życia pasażerów, kontrolerów, kierowcy. I jeśli Policji rzeczywiście zależy na wyłapywaniu chuliganów słownych, rabunkowych, bójkowych czy niszczycielskich, to mogliby co pewien czas wysyłać po cywilnemu swoich paru funkcjonariuszy, aby jeżdżąc z pasażerami bacznie obserwowali zachowanie się podejrzanych typków. A za autobusem dyskretnie niech jedzie policyjna furgonetka o wzmocnionej karoserii. W razie rozróby od razu niech jadą z zaskoczoną chuliganerią do sędziego, który natychmiast wymierzy właściwy wyrok. Taka jedna akcja co parę dni, a miasto zyska sobie określenie przyjaznego miejsca pod słońcem.
    W końcu pewien odważny straceniec nabędzie broń palną, wyćwiczy rękę i refleks, przełamie bariery psychologiczne i ruszy wieczorem w miejskie czeluści. Rano usłyszymy o kolejnych ofiarach samotnego rycerza-zabójcy... Może w końcu ktoś weźmie sprawy we własne ręce...
    W związku z chuligańskimi wydarzeniami sprzed tygodnia, w wyniku których nie żyją Bartosz i Ania, opisane bandyckie zachowanie w Trójmieście ma dodatkowy wydźwięk i jest rękawicą prowokacyjnie rzuconą naszej policji. Pewna część młodzieży daje wyraźne sygnały, że nie ma zamiaru szanować ani prawa, ani obywateli, ani służb strzegących porządku publicznego. Co robić z marginesem społecznym, który nie chce się ucywilizować?
   Co da wieloletnia izolacja chuligana, skoro on sam nie chce zmienić się i w celi będzie rozmawiał niemal wyłącznie o wymyślnych sposobach kradzieży, rozboju i życia na cudzy rachunek? Co z nimi począć, kiedy nie reagują na prośby i groźby rodziców, wychowawców, pracodawców, księży, etyków, współmałżonków? Czy jesteśmy w stanie wymyślić rozsądny program resocjalizacyjny? Jakie są kierunki na studiach nawracania przestępców na "porządną drogę", na studiach, na których nauki pobierają osoby raczej o naukowym podejściu do zagadnienia i jakże często o zbyt delikatnej konstrukcji psychicznej? W mediach występują głównie mądrzy naukowcy oderwani od rzeczywistości, o ustach przepełnionych chrześcijańską troską oraz helsińskimi prawami człowieka, zatem osoby lejące nam miód na dziegciową przaśną rzeczywistość. Gdzie konkretni ludzie czynu, choćby również lejący, ale pałami po chuligańskich grzbietach?

    Dlaczego gwiazda spadła z firmamentu?- Wiadomości24 (28 października 2006)
    Joanna Liszowska i Robert Kochanek odpadli z programu "Taniec z gwiazdami". U sędziów zdobyli najwięcej, bo aż 38 punktów. Było to ex aequo (ale bardziej zrozumiale i łatwiejsze w pisowni - na równi) z inną parą. Niestety, odpadli głosami telewizyjnej publiki, co wydawało się nieprawdopodobnym wydarzeniem. Jak to, p. Joanna, seksbomba, nadająca ton i dodająca pikanterii programowi poza czołówką? Czyżby panowie nie kwapili się do masowego wydzwaniania na rzecz pociągającej (i to nie narządem węchu) panny? Owszem, fiszbinki jakby nieco oklapły, ale pewnie było to życzenie realizatorów, aby całkiem nie znokautować przeciwników... A może męska część telewizyjnej widowni była tak pewna wygranej najseksowniejszej tancerki, że szkoda było im tej przysłowiowej złotówki, że o stawce 22% (VAT) jedynie nadmienię? Przegrana jest na tyle dręcząca, że należy znaleźć jakieś wytłumaczenie, choćby niezbyt... logiczne (tak zapewne ocenią niektórzy Czytelnicy).
    Wiele zacnych dam (nie jakieś tam młode kozy), które określane są w niektórych złośliwych kręgach jako zwolenniczki wełenki koziego pochodzenia o stosunkowo trudnej nazwie, zresztą (politycznie) wylansowanej całkiem niedawno (i tym należy chyba tłumaczyć dość często popełniany błąd ortograficzny - zamiast H pisują CH); otóż te nobliwe damy hołdujące cnotom wszelakim, a zwłaszcza obyczajowym, one głosowały na wszystkie inne panie, które nie tańczyły z kochankami. Ponieważ jedynie p. Joasia tańczyła z kochankiem, przeto miała przechlapane. Owszem, gdyby wszystkie jawnie do tego się przyznawały, ale jedna?! I przypłaciła tę szczerość wypadnięciem (a młodzieżowo - wypadem) za burtę (jak to mówią nad morzem).
    A skoro program był poświęcony Elvisowi Presleyowi, to można nadmienić, że to oryginalne imię jakoś nie przyjęło się w Polsce, a szkoda. Oczywiście, jedynie w postaci Elwis (a pani - Elwisa), bowiem tylko  taka forma byłaby zgodna z wytycznymi Rady Języka Polskiego. Jeszcze parę osób wierzy, że Mistrz żyje. Mówi się również, że i u nas zostanie wydany znaczek pocztowy z jego wizerunkiem, bo mamy poważne filatelistyczne zaległości w tej materii.
    Jeśli już o sędziach - niekiedy ich nazywamy bardziej egzotycznie: jurorzy albo jurorowie i wymawiamy "jak piszemy". Ale już zespół (takich) jurorów określamy jako jury, które wymawiamy [żiri], co nijak nie przypomina słowiańskiej mowy. Ponieważ znamy podobne polskie słowa obcego pochodzenia (jurysdykcja, jurysta), które przy niewielkiej zmianie znaczenia, nie zamieniają się w dziwne a obco brzmiące tworki, przeto proponuję stosować wyraz jura deklinowany i wymawiany jak Jura Krakowsko-Częstochowska, czyli na przykład - jak Państwo znajdujecie bezstronność czteroosobowej jury oceniającej pary taneczne programu "Taniec z gwiazdami?".
    Niestety, program ma to do siebie, że jedna z par musi spaść z turnieju jak gwiazda z firmamentu. I tak się stało. Jeśli istnieje jakiś wpływ imienia, nazwiska lub pseudonimu na losy ludzkie, to może to jest właśnie taki przykład...

    Autograf szczęśliwej Motylii - Wiadomości24 (29 października 2006)
    Dzisiaj odbędą się zawody pływackie z udziałem słynnej naszej ozłoconej Motylii, czyli Otylii Jędrzejczak.
    Pani Otylia przeszła dramatyczną drogę. Wielkie tryumfy i szczęście z tym związane, potem wielka tragedia, do której przyłożyła swą rękę niewłaściwie ułożoną na kierownicy pojazdu otrzymanego w nagrodę za zwycięstwa. Koszmar.
    I pewnego dnia (pół roku temu) przypadkowo wszedłem na jedną z internetowych aukcji. Ujrzałem kartkę pocztową z autografem naszej Motylii. Na kartce uśmiechnięta i szczęśliwa nasza Mistrzyni. Na olimpijskim (Ateny) stemplu data 2 sierpnia 2004. Zatem wydana jeszcze przed tragedią (wypadek samochodowy, w którym utraciła ukochanego brata). Ale kiedy p. Otylia podpisała się na kartce? Napisałem emajla z prośbą o wyjaśnienie tej kwestii i oto odpowiedź - Kartka została wydana przez Polski Związek Filatelistów Oddział Ruda Śląska w kwietniu 2004 roku w nakładzie 1000 szt. Pani Otylia Jędrzejczak podpisała ją na spotkaniu filatelistów z mistrzynią olimpijską w dniu 26.11.2004 w Gimnazjum nr 1 w Rudzie Śląskiej, co potwierdza kasownik okolicznościowy, który wydaliśmy na tę okoliczność. Pani Otylia, która pochodzi z Rudy Śląskiej, na tym spotkaniu rozdała około stu autografów, głównie dla dzieci w szkole, w której przy tej okazji otwarto kryty basen.
    Wygrałem licytację i stałem się właścicielem uśmiechniętego wizerunku złotej Motylii z odręcznym szelmowskim uśmiechem pod autografem. Była u szczytu sławy i nic jeszcze nie zapowiadało tragedii. Niestety, po niecałym roku runął świat tej dziewczynie, a wszyscy obserwowali, jak sobie poradzi nie tyle z ukochanym pływaniem, ale z osobistymi przeżyciami, w których przecież miała swój negatywny udział. Tak już bywa, że sławni ludzie obserwowani są przez niemal wszystkich tak w sytuacjach radosnych, jak też tragicznych - cena sławy. Biedna i dzielna dziewczyna - większość rodaków trzyma za nią kciuki!
    Każdy z nas wielokrotnie przegląda swoje zdjęcia, listy, może i zeszyty szkolne. Porównuje z opisaną datą i zamyśla się - to jeszcze było przed tym wydarzeniem, a to kilka dni po nim...
    Niebawem święto tych co odeszli. Tym bardziej zadumamy się nad upływającym czasem, który zabiera bliskich i dalekich, biednych i bogatych, sławnych i nieznanych... Wszystkich.

    Dodać zegary do reklam! - Wiadomości24 (29 października 2006)
    Każdy z nas sobie przeskakuje po rozmaitych programach dzięki urządzonku zwanym pilotem, zwłaszcza jeśli właśnie oglądany film ma przerwę na reklamy. Co pewien czas wracamy sprawdzając, czy już wznowiono emisję "naszego" filmu. Niekiedy uda się trafić tuż przed zniknięciem ostatniej reklamy, czasami parę sekund po, i wówczas nie wiemy ile straciliśmy.
Tak sobie skacząc palcem po małej klawiaturce, pomyślałem - czy telestacja serwując nam cykl reklam, nie może na ekranie zamieścić zegara wskazującego czasu pozostałego do wznowienia filmu? Niektóre telestacje dają nam wytchnienie (od... najciekawszej sceny filmowej) na dwie minuty, inne na dziesięć. Po latach treningu można dość dokładnie "wstrzelić" się w kontynuację akcji w zależności od telestacji...
    Czasami udaje się trafić w dziesiątkę - akurat jest kontynuacja akcji, zaś pod spodem jest nazwa filmu, co oznacza, że przed chwilą wznowiono emisję (gdyby nie ów napis, to moglibyśmy pomyśleć, że przepadło nam parę minut z emisji). A bywa, że wracamy i... lecą już napisy końcowe - lista aktorów i realizatorów, bo spóźniliśmy się pół minuty i przepadła nam najciekawsza scena filmu, i to końcowa. Można wyć do księżyca, bo 90 minut poszło na marne, gdyż koniec zawierał najważniejsze przesłanie dzieła...
    Kiedy miałem czarno-biały telewizor z dwoma kanałami i musiałem każdorazowo zwlekać się z kanapy i podchodzić do skrzynki oraz przekręcać wielkie pokrętło, a potem małą gałeczką w osi tego pokrętła dostroić obraz, bo się rozkojarzał, to (po obaleniu komuny) ów pilot* był tak rewelacyjny, że trudno było go krytykować. No cóż, ale apetyt rośnie w miarę jedzenia. Małych fiacików (umiłowanych ongiś) już prawie nie ma, zatem może wejść na wyższy stopień rozwoju i wymagań... Może czas poprosić telestacje o zamieszczanie takich zegarów? A jak nie poprosić, to... zażądać, także przy pomocy Federacji Konsumenta?
    Ktoś powie - ależ chłopie, przecież nie po to dają reklamy, abyś je (najoględniej pisząc) omijał... No tak, ale z drugiej strony żadna telestacja nie może także uznać, że reklamy oglądamy za karę. Jeśli robi nam uprzejmość nadając reklamę, to chyba świadczenie tej usługi uznaje (przynajmniej oficjalnie) za wielką uprzejmość w zapoznawaniu widza z najnowszymi trendami konsumpcyjnymi, a nie za dopust... telewizyjny. Wszak każdy usługodawca przedstawia swym klientom pewne plany, np. linie autobusowe mają przystanki z rozkładami jazdy. Nie po to, aby pasażer omijał je szerokim łukiem, ale aby skoordynował swe potrzeby z ofertą firmy transportowej. Aukcje internetowe też wychodzą frontem do klienta, informując go, że za 5 minut albo dni zakończy się impreza i pora podbijać cenę.
    Być może z niechęcią, ale telestacje powinny zamieścić takie zegary, bo "klient nasz Pan" (stare a dobre hasło, jeszcze z czasów PRL). Należy tylko im przedstawić swą prośbę, a w razie potrzeby poprosić o pomoc... Rzecznika Praw Obywatelskich.
    Wiele reklam jest dobrze zrealizowanych - to są małe dzieła sztuki i bardzo chętnie je oglądam. Ale paronastokrotne śledzenie tych samych filmików nie musi być marzeniem telewidza, zwłaszcza że również musi wyjść z psem albo nastawić pralkę. I wówczas taki zegar to prawdziwy skarb a doradca.
    Zresztą - same telestacje nigdy by nie wpadły na pomysł graficznego znakowania rodzaju filmu (porada dla oglądających), nigdy by same nie ograniczały pory emisji filmów "dla dorosłych", nigdy by nie zakazały reklamy alkoholu, zatem także w tej materii inicjatywy nie okażą, co jest oczywiste "samo przez się"...
    Aby była pełna jasność - zegary nie mają liczyć czasu od zera wzwyż (żeby telestacje nie udawały, że nie wiedzą o co chodzi...), ale mają liczyć do zera, czyli - ile czasu zostało do wznowienia emisji programu.
    Żyjemy wespół w wolnym kraju - telestacja ma prawo emitować reklamy, zaś widz ma prawo wiedzieć, ile czasu one będą trwać. Co uczyni z nabytą wiedzą - jego prywatna sprawa, zatem pytać o to byłoby nietaktem.

* - tak, wiem - niektórzy zamożniejsi Polacy mieli kolorowe telewizory z pilotami jeszcze przed upadkiem PRL...

    Włochy - spór o toaletę - Wiadomości24 (31 października 2006)
    U nas dyskusje dotyczą tolerancji wobec innoseksualistów. Jeśli ktoś myśli nieprawomyślnie, to należy oskarżyć go o odszczepieństwo i wykluczyć ze społeczeństwa, a przynajmniej wypisać z klubu dyskusyjnego. Wszędzie węszymy, czy nie mamy homofoba. A we Włoszech?
    A we Włoszech trwa spór o toaletę, w szczególności dla transwestyty, a właściwie - transwestytki. Pewna deputowana stwierdziła, że nie życzy sobie (i pewnie innym), aby posłanka Vladimira Luxuria nachodziła ją w damskiej toalecie, skoro owa Vladimira urodziła się jako dżentelmen, choćby i wątpliwy. Niektórzy posłowie proponują utworzenie trzeciej toalety. Kwestię ma rozstrzygnąć komisja parlamentarna.
    A to owa Luxuria ma na czole napisane, że była facetem? Widać po niej męskie pochodzenie? Przeżycia męskiego (poprzedniego) życia wycisnęły na niej głębokie piętno? W którym miejscu? Kraj, w którym toczy się ta debata, to najwłaściwsze miejsce do takich dyskusji - należy jeszcze sprecyzować, czy owe kudełki (synonim z polskiej nazwy państwa o obuwniczym kształcie) strzyżone są w trójkącik, czy w kółeczko. I według geometrii iść na stronę (ale nie internetową). Jest coraz popularniejsze fryzjerstwo nie tyle z górnych partii ciała, co ze środkowych. I od tego uzależnić uznanie płci - kobieta czy mężczyzna...
    I co na to krytycy jakichkolwiek opinii, które nie są zgodne w stu procentach z jedynie słuszną linią liberalnej Europy?
    Ponieważ nazwisko tej pani brzmi oryginalnie, przeto można rzucić okiem do słownika, które słowa kojarzą się z nim. Otóż - luksus, rozkosz, bujność, płodność, zmysłowość, bogactwo... Co ta posłanka chciała nam przekazać przyjmując takie nazwisko? Że to wszystko ma, czy o tym wszystkim marzy? Że już jest szczęśliwa, czy dopiero będzie?
    Włochy? Rozczesać owe kołtuny w ramach walki z kołtunerią i ocenić płeć, najlepiej kolektywnie i komisyjnie w Unii Europejskiej!

Czy kara śmierci ograniczyłaby skalę przestępczości? (5 września 2006)
    Podobno kara śmierci ma tyluż zwolenników, co przeciwników. W nowoczesnej Europie zrezygnowano z tej kary. Nawet Rosja, Ukraina i Turcja.
    Nie tylko w Polsce popełniane są okrutne zabójstwa. Jeśli w Rosji jest parę razy więcej mieszkańców niż w Polsce, to na każde koszmarne morderstwo u nas, tam przypada kilka. Czyli - jeśli u nas pokazują w telewizji upiorny przypadek zabicia jednego człowieka, tamże pokazują (albo mogliby pokazać) w to miejsce kilka razy więcej podobnych przypadków. A jednak oni również zrezygnowali z kary śmierci, choć z pewnością (jako zwykli a podobni nam ludzie) mają swoje zdanie i w większości (jak my) są za przywróceniem kary śmierci. I znacznie częściej są bombardowani obrzydliwymi relacjami niż my, Polacy. Nawet jedyny ujęty terrorysta odpowiedzialny za masakrę w Biesłanie otrzymał dożywocie.
    Kara powinna być sygnałem dla potencjalnych zabójców (czyli dla nas wszystkich), że jeśli zostaną ujęci, to zostaną również zgładzeni. Kościół przez tysiące lat aprobował tę karę i nie wiadomo dokładnie, co się takiego stało, że nagle zmienił zdanie. W dobie terroryzmu można sobie wyobrazić, że w końcu ktoś u nas świadomie spowoduje wielką katastrofę i zginie wielu ludzi. I co? Terrorysta otrzyma dożywocie? Większość z nas z tym zapewne się nie zgodzi, ale tak właśnie będzie.
    Często podaje się przykłady filmowe, na których ukazano wykonanie kary śmierci. Owszem, wygląda to koszmarnie i nie ma nic wspólnego z humanitaryzmem i miłością do człowieka. Rzeczywiście, można ją postrzegać jako odwet na zabójcy. Ale jeśli potem pokażą nam okrutną śmierć niewinnego człowieka zabitego przez siepacza, to nieco nam przechodzą skrupuły. Inna sprawa, że w obecnej dobie sterylne zabicie zbrodniarza (niejako z urzędu) już nie musi być aż tak makabryczne. Przecież można podczas snu, według komputerowego programu, wtłoczyć trujący gaz do celi i mamy rozwiązany problem unicestwienia człowieka, na którego zapadł surowy, ale sprawiedliwy wyrok. Tylko komputer "wie" - co, kiedy i jak... Dziesięciu sędziów uruchamia program parę miesięcy przed "zaśnięciem", który zdejmie ze stanu osobowego krwawego zabójcę o nieustalonej (dla ludzi) porze. Cyniczne? Tak, ale do przyjęcia wśród cynizmów tego świata.
    Prawdopodobnie należałoby zmienić przepis mówiący o pełnej świadomości skazańca podczas wykonywania wyroku. Z jednej strony uznajemy, że świadome wykonanie kary jest zbyt okrutne, a z drugiej strony etycy nie zgodzą się na... nieświadome odejście zabójcy. Pętla moralna. Każdego roku w Polsce ginie kilkanaście osób podczas kąpieli, bo coś ulatniało się z piecyka. To coś, to czad. Czy widzicie powód, by zbrodniarzowi nie zaaplikować podobnego składu chemicznego? Oczywiście, poza argumentami (aksjomatami), że człowiek jest dobrem najwyższym, że nie można odpłacać mu tym samym i poza stwierdzeniem, że będąc w UE już nigdy nie wykonamy wyroku kary śmierci.
    Ongiś kara śmierci była orzekana tylko w przypadkach najcięższych zbrodni popełnianych świadomie i z wyrachowaniem. Pomijam tu przestępstwa typu szpiegostwo (zdrada ojczyzny) i przestępstwa gospodarcze. Zatem, nawet jeśli dzisiaj funkcjonowałaby ta kara, to i tak nie orzekano by jej za każde zabójstwo. Pewnie takich przypadków byłoby jedynie parę rocznie. Poważnym problemem są koszmarne pomyłki sądowe, których wiele jednak popełniono (mówi się otwarcie o tym po zastosowaniu badań DNA w kryminalistyce, zwłaszcza w USA, gdzie jednak ta kara ciągle obowiązuje).
    Mimo że kara śmierci powinna być orzekana jedynie w oczywistych przypadkach (bez poszlak), to jednak istnieje groźba popełnienia pomyłki. Ostatnio w Polsce ujawniono przypadek skazania na dożywocie domniemanego zabójcy, który przyznał się do zbrodni (sic!), a jednak po latach ujęto prawdziwego zbrodniarza (inna sprawa - czy ów niewinny, a niezaradny człowiek, przyznałby się do winy, gdyby groziła mu kara śmierci?). To poważne zarzuty wobec (jednak czasami błądzącego) wymiaru sprawiedliwości. Co byłoby, gdyby zdążono wykonać karę?! Jak czują się prawnicy, którym pewnie zimny pot wystąpił na plecach (unieważnienie wyroku a sprawa kary śmierci).
    Na koniec poruszę nieomawiany przypadek ewentualnego wykonywania kary śmierci za przestępstwa gospodarcze. Rozumiem, to niepopularne zagadnienie, bowiem kojarzy się z chińskimi koszmarami pokazywanymi czasami w mediach. U nas też wykonano bodaj parę podobnych wyroków. Myślę, że nikt nie poprze kary śmierci w aspekcie finansowych przewałów w naszej rzeczywistości, kiedy kara ta ma szlachetnych przeciwników już za ohydne zbrodnie, a co dopiero za zabór mienia. Ale zapytam przewrotnie - o ileż godniej by nam się żyło, gdyby po 1989 r. orzeczono by (i wykonano!) parę ostatecznych wyroków? Bylibyśmy wszyscy bardziej uczciwi. Gdyby zlikwidowano kilku cwaniaków, którzy ograbiliby zakłady pracy i banki na miliony złotych, to Polska byłaby piękniejszym krajem. Owszem, na trupach superzłodziei. I cóż z tego, zapytam nieetycznie i niezbyt po chrześcijańsku? A teraz - dyrektor banku ukradł klientowi parę milionów złotych. Bank nie chce oddać tych pieniędzy (bo uważa, że nie odpowiada za to), a zaborcy mienia grozi parę lat odsiadki. Po dwóch latach wyjdzie na wolność za dobre zachowanie i do końca życia nie będzie musiał pracować. Klient może popełnić samobójstwo, a my patrzymy na jego zmagania, jak na zebry przechodzące stadem przez rzekę, w której krokodyl wybrał sobie jednego paskowatego dziwaka ze stada - co to resztę obchodzi, najważniejsze, że my przeszliśmy bezpiecznie. A złodziej śmieje się! Śmieje, bo i ja - gdybym Was, drodzy Czytelnicy, okradł w biurze turystycznym, na giełdzie, w komisie samochodowym, w notariacie, w banku, to także bym serdecznie a szczerze obśmiał się w Wasze okradzione a pełne miłości do bliźniego twarze! I wszystkim emerytom, którzy w tym frajerskim kraju będą otrzymywali po niecałym tysiącu złotych miesięcznie za swe zmarnowane życie w robocie dla siebie i dla ojczyzny. Bo demokratyczna Temida w dziwnym kraju jest słaba i śmieszna.
    Gdyby ów dyrektor wiedział, że grozi mu za taki przekręt kara śmierci, gdyby uczęszczając do szkoły już wówczas dowiedział się, że za to grozi kara śmierci, z pewnością nie ukradłby tych pieniędzy. Wyobraźmy sobie - wprowadzając karę śmierci za przewały, mielibyśmy uczciwszych celników, urzędników, lekarzy, prawników, działaczy sportowych, księży. Za cenę paru szczególnie zaborczych typów przynoszących wstyd naszej cywilizacji, mielibyśmy parokrotnie uczciwsze i szczęśliwsze społeczeństwo. Kara śmierci byłaby wykonywana jedynie w przypadku udowodnienia wielkich afer i w przypadku niezwrócenia zagarniętego mienia w całości wraz z dodatkowymi karami i kosztami prowadzenia sprawy, czyli prawdopodobnie nie doszłoby do jej wymierzenia z oczywistego powodu.
    Można sobie odpowiedzieć na pytanie - czy widmo kary śmierci przeciwdziałałoby rozszerzaniu się przestępczości? Owszem, w wielu sektorach naszego życia, zwłaszcza finansowego (przestępstwa "białych kołnierzyków" oraz zwykłych bandytów w zaborze wielkich kwot). Na pewno nie ograniczy liczby popełnianych zabójstw na tle emocjonalnym, ale też poprzednio w takich przypadkach nie orzekano najwyższej kary, więcej - nie zasądzano także dożywocia ani nawet 25 lat pozbawienia wolności. Ale kary śmierci nikt poważny nie przywróci w Polsce. Żaden polityk nie zaryzykuje swej kariery, zwłaszcza po ostrych brukselskich reprymendach dotyczących zaledwie chęci zgłoszenia tematu do dyskusji w Unii Europejskiej. Być może w sejmowym tajnym głosowaniu i owszem, ale musiałaby odbyć się jawna debata. Co ciekawe, jeśli przeciętny człowiek jest za karą śmierci, to po otrzymaniu mandatu posła, zmienia swe poglądy. Dlaczego? Bowiem orientuje się, że uczciwe wyrażanie emocji podczas imienin, to jedno, a moralizowanie i pouczanie społeczeństwa z sali sejmowej, to zupełnie inna sprawa...
    Czy jestem za wprowadzeniem kary śmierci? Proste pytanie, ale niełatwa odpowiedź. Niech każdy sobie odpowie na nie, jak również na podobne pytanie - czy jestem za dopuszczalnością aborcji? Zbyt ogólne problemy - każdy przypadek powinien być oceniany osobno. Nie jestem za powszechnym wprowadzeniem kary śmierci, ale za jej dopuszczalnością w wyjątkowych przypadkach (i podobnie jest z aborcją). A moja opinia - większe zło wyrządza społeczeństwu superzłodziej okradający setki ludzi i pozbawiający ich środków do życia, zwykle rozbijając ich rodziny oraz skłaniając do popełnienia samobójstwa, niż bandyta pozbawiający życia niewinnej ofiary, zapewne wywoła konsternację wśród eleganckich i dobrze ułożonych rodaków. W przypadku świadomego zrujnowania firmy mamy dramat całej społeczności, upadek ważnych zasad prawnych często w glorii wykorzystywanego prawa, ryzyko zamieszek społecznych i wypaczenia moralne w dłuższych horyzontach czasowych. Natomiast śmierć jednej niewinnej osoby jest tragedią tylko dla jej rodziny i nie wprowadza większego zakłócenia w funkcjonowaniu społeczeństwa (jakkolwiek brzmi to okrutnie i cynicznie), zwłaszcza że najczęściej ofiara nie ma możliwości uniknięcia tragedii. Owszem, jest to zwykle historia medialna i podsycana przez media, ale groźniejsze dla społeczeństwa są przestępstwa gospodarcze, czego nikt nie zauważa... Codziennie ginie ok. 15 osób w wypadkach drogowych oraz kilkanaście osób popełnia samobójstwa. Poza rodzinami zwykle nikogo to nie interesuje. Pojedyncze dramaty. Społeczeństwo funkcjonuje "jakby nigdy nic". Natomiast wielkie gospodarcze przekręty sieją spustoszenie w moralności społeczeństwa, deprawują niemal wszystkie jednostki tej gromady i mają negatywny wpływ na postęp cywilizacyjny.
    Co ciekawe, prawo dopuszcza indywidualny odwet - jeśli natychmiast zabijesz napastnika, choćby tylko złodzieja roweru, telefonu, radyjka, to będziesz (w zasadzie) uniewinniony. I w ten sposób ideały postępowej ludzkości są zachowane. Wilk syty i owca cała. Gdyby jednak wprowadzono karę śmierci, to corocznie kilku Polaków byłoby uratowanych, ponieważ potencjalni mordercy (choćby w ostatniej chwili) zrezygnowaliby z makabrycznego planu. Ale czy warto ratować paru rodaków (którzy nawet by nie wiedzieli, że los ich oszczędził - nie zdawaliby sobie sprawy, że żyją dzięki karze śmierci, wprowadzonej w kodeksie karnym) rezygnując ze szczytnej a humanitarnej idei likwidującej karę śmierci? Prawdopodobieństwo, że to właśnie my zostaniemy zamordowani jest znikome, a jakiż komfort bycia Europejczykiem przez wielkie E. Ale o taką (podobno) Polskę walczyliśmy...
    Dlaczego mądrale a etycy nie aprobują kary śmierci za przestępstwo gospodarcze, nawet jeśli godzą się na nią w niektórych demokratycznych państwach za pewne rodzaje zabójstw? To dość proste i praktyczne - oni są przekonani, że nie zamordują dla korzyści materialnych, natomiast NIE wykluczają, że oni (lub ktoś z ich rodziny) nie połaszczą się na te korzyści w "białych kołnierzykach"!
    Czy kara śmierci może ograniczyć poziom przestępczości? Jeśli ja (Ty, oni) nie zabiję tudzież nie zrujnuję firmy dla pieniędzy, ponieważ boję się kary śmierci i lęk (potencjalnego mordercy) przed tą karą spowoduje, że rocznie kilku ludzi zostanie ocalonych, to mamy pośredni dowód na zmniejszenie liczby zabójstw w przypadku wprowadzenia kary śmierci. Jednak teraz sprawa jest polityczna i nikt jej nie zaproponuje w Europie na poważnie. Inteligentny a wygadany polityk może w Europie pięknie mówić o humanitaryzmie zlikwidowania kary śmierci, zaś w Stanach Zjednoczonych, tenże sam polityk, mógłby przekonywać o słuszności tejże kary i agitować za jej pozostawieniem w kodeksie karnym...

    Lewe monety - Dziennik (6 września 2006)
    Zamiast na wystawne życie, gangsterzy z Bydgoszczy zyski ze sprzedaży kradzionych samochodów zainwestowali w mennicę. Gdy policjanci weszli na zaplecze sklepu mięsnego mennica pracowała pełną parą. Za podrabianie pieniędzy grozi nawet 25 lat więzienia.
    Dawniej za podrabianie środków płatniczych otrzymywało się karę śmierci. Owo przestępstwo należało do jednych z "najwyżej ocenianych" przez sądy, bowiem godziło w gospodarkę państw zarządzanych jeszcze przez feudałów.
    Teraz ich ranga podupadła, ale widać, że formalne zagrożenie jest i tak bardzo wysokie. Jednak niech gazeta - zamiast pisania o maksymalnej wysokości kary - opisze parę znanych przypadków z lat minionych. Kto i ile lat otrzymał oraz po ilu latach wyszedł, a dla pełnego obrazu oraz (aby odstraszyć kolejnych "wybijaczy" monet) - jakie finansowe a dodatkowe ogłoszono kary. I wówczas potencjalni przestępcy (my, czytelnicy) mieliby uczciwy pogląd na sprawę. Ale dziennikarze nie wykorzystują swych możliwości wychowawczych wobec społeczeństwa a tylko opisują ciekawe historyjki, zaś podawanych maksymalnych kar przecież nikt poważny na poważnie w tym kraju i tak nie bierze... Już uczniowie doskonale wiedzą, że grożenie karami to tylko dydaktyczna sztuczka, którą wszyscy znają i nie biorą na serio.
    Gdyby zamieszczono kilkanaście nazwisk z ostatnich dziesięciu lat z podaniem wyroków i rzeczywistych długości odsiadek, to każdy planujący podrabianie pieniędzy, zadumałby się nad tą listą. Gdyby także w innych przestępczych dziedzinach załączano takie wykazy, to niewątpliwie spadłaby liczba złoczyńców. Oczywiście pod jednym warunkiem - wysokości rzeczywistych wyroków byłyby istotnie odstręczające, a nie ośmieszające Temidę...

    To Państwo odpowiada za przestępstwa ciągłe popełnione przez swoich funkcjonariuszy! - Fakt (7 września 2006)
    Wystawiał przepustki, załatwiał pracę, pisał pozytywne opinie. Wystarczyło zapłacić odpowiednią sumę. Taki interes rozkręcił w areszcie śledczym jego pracownik i za to teraz sam posiedzi w areszcie.
    Informacje, że celnicy, policjanci, księża, prawnicy robią przekręty już spowszedniały. Ciekawostką nawet nie jest to, że oficer śledczy w pomieszczeniu bez krat, kombinował pod bokiem przełożonych biorąc w łapę i przesadzą go "za ścianę" z mniejszym okienkiem z "grylem"* na tle nieba, mniejszą powierzchnią roboczą i zawieszoną pensją. Najciekawszy jest błąd redakcji, która poza opisywanym artykułem pt. "W więzieniu handlował wolnością", dwie strony dalej zamieściła krótszą notatkę pt. "Wypuszczał więźniów za łapówki", w którym opisany jest (przez innego dziennikarza) tenże sam zaradny łapownik pobierający od kilkuset do kilku tysięcy złotych za przepustki i przerwy w odsiadkach. Pierwszy raz udało mi się przyłapać (jakąkolwiek) gazetę na tego typu błędzie...
    Obok opisano położne, które przez 5 lat pobierały drobne opłaty za darmowe badania oszukując ponad dziesięć tysięcy pań. Wyobraźmy sobie - dwie spokojne panie w białych czepkach, przez ponad tysiąc dni służby, kasuje codziennie ok. 10 schorowanych kobiet i nikt nic nie wie! Na tej samej stronie opisano kierowcę, który jechał 26. raz po pijaku z (oczywiście) fałszywym prawem jazdy. Był kontrolowany przez 20 ostatnich lat i posiedzi 1,5 roku, zaś prawo jazdy odebrano na... 85 lat. Ciekawe, ile razy rzeczywiście jechał na bani, skoro złapano go tyle razy? Mam nadzieję, że Księga Guinnessa przegapi ten wstydliwy dla nas rekord.
    Powyższe trzy przykłady pokazują, jak Polacy potrafią sobie radzić w sytuacjach, kiedy przełożeni i odnośne władze nie sprawują właściwego nadzoru. Jeśli oficer i pielęgniarki przez całe lata kombinowały w miejscu pracy, to większą winę ponoszą ich przełożeni - nie zauważyli, nie dopatrzyli, nie skontrolowali. Nawet nie posądzam ich o współudział, ale po prostu o indolencję. Sam nie wiem, czy gorsze dla sprawy jest udowodnienie szefom współsprawstwa, czy głupoty. Inteligencja na służbie przestępstwa kontra ociężałość umysłowa. Co lepsze?
    I dopóki szefowie nie będą karani za brak odpowiedniego nadzoru, dopóty podwładni będą kombinować "jak się tylko da". W przypadku zmotoryzowanego pijaka mamy do czynienia z kompromitacją naszej państwowej władzy. Trudno sobie wprost wyobrazić, aby facet przez niemal ćwierć wieku był łapany średnio co rok na jeździe "na gazie" i z fałszywym prawkiem! To oznacza, że Państwo nie potrafi sobie radzić z takimi przypadkami! To sygnał dla innych rodaków - jeśli już pijesz, to zbytnio nie przejmuj się, gdyż nic ci nie zrobią. Przecież po wyjściu z paki nie będzie gościu czekał na odzyskanie prawa jazdy, bowiem mu życia nie starczy i wiadomo, że po opuszczeniu kazamatów wsiądzie do samochodu. Pytanie - w jakiej odległości od kierownicy? Obstawiamy warianty?
    Jeśli Państwo sobie nie radzi z nieuczciwymi pracownikami spod znaku Temidy, w służbie zdrowia oraz z pijanymi kierowcami, to - w przypadku przestępstwa ciągłego - Państwo powinno odpowiadać (choćby finansowo) za szkody wyrządzone przez przestępców przy biernej postawie Państwa. Należy konstytucyjnie zagwarantować wypłaty odszkodowań z budżetu Państwa (niestety z naszej wspólnej składki) przy surowej karze finansowej orzekanej wobec przestępców oraz ich nieudacznych zwierzchników.
    W ten schemat wpisuje się (cóż za słownictwo, ale ostatnio modne!) instytucja wcześniejszego zwalniania z więzień oraz nieposyłania skazanych tamże z powodu... braku miejsc w owych smutnych budynkach. Jeśli z powodu takiej błędnej decyzji złoczyńca popełni kolejne przestępstwo, to ofiara powinna otrzymać dodatkowe odszkodowanie z tytułu błędu popełnionego przez przedstawiciela Państwa!
    * - w słownikach języka polskiego powinna być nazwa *gryl* (nie *grill*), ponieważ znane jest podobne słowo *grylaż*; a zatem również *wieczorne grylowanko* (nie *grillowanko*)

    "Tragedia Posejdona" - kpiny z fizyki! - telestacja (13 września 2006)
    Z pewnością każdy z nas oglądał film "Tragedia Posejdona" choć w jednej z wersji (20 lat temu lub teraz, nowszą). Bodaj w każdym filmie zdarzają się wszelkiej maści gafy (zegarki u rycerzy, adidasy u żołnierzy, w tle anteny satelitarne). Ale rzadko zdarza się błąd, którego niepopełnienie położyłoby ideę stworzenia filmu.
    Zauważyłem trzy poważne takie błędy.
    1. Statek przewraca się do góry dnem. Niezależnie czy pływa "normalnie" (dno u dołu), czy odwrotnie, to podlega tym samym prawom fizyki. Zatem jego ciężar (także z przyjętą wodą po zalaniu) równy jest wyporowi. Ale ludzie zamknięci są w powietrznym bąblu, czyli w wolnej od wody przestrzeni. Wówczas cały ciężar statku "wisi" na tej poduszce powietrznej, zatem ciśnienie powietrza jest większe niż atmosferyczne. Jednak nie zauważamy żadnych kłopotów - pasażerowie zachowują się normalnie, jak my na co dzień (nie licząc oczywiście stresującej sytuacji niemającej wpływu jednak na zmniejszenie... ciśnienia).
    2. Ekipa ratująca wykonuje otwór w kadłubie, aby wydobyć ocalałych pasażerów z katastrofy. Już podczas wykonania pierwszego przewiertu, powietrze ze sprężonej poduszki powietrznej powinno buchnąć pod ciśnieniem w ratowników, zaś po wykonaniu otworu umożliwiającego przejście człowieka, rozprężane powietrze powinno gwałtownie uciekać z dziurawego kadłuba. Co dzieje się z wnętrzem samolotu lecącego na kilku kilometrach ponad Ziemią, kiedy odpadną drzwi, to wiemy z filmów katastroficznych - pasażerowie i luźne przedmioty bywają wyssane z (dość) bezpiecznego aeroplanu.
    3. Przez kilkanaście minut pasażerowie przechodzą kładką ponad gejzerami palącego się paliwa. Są kilkanaście metrów ponad płonącą powierzchnią. I co? Nic sie nie dzieje - grzebią się niemiłosiernie z przechodzeniem, a my wnikliwie rozważamy (z nimi) wszelakie aspekty indywidualnych osobowości. W rzeczywistości nikt nie przeszedłby ponad palącym się paliwem, ponieważ gorąco od płomieni oraz gazy (spaliny) uniemożliwią taką przeprawę bez specjalnego skafandra!
    Rozumiem, że filmy powstają, aby widz przeżywał dreszcz emocji oraz rozważał poważne problemy moralne, które zawarte są w przesłaniu filmu, jednak ewidentne błędy w dziedzinie fizyki bywają zaskakujące.
    Pierwsza wersja filmu (oryginalna, sprzed lat) jednak jest lepsza od drugiej. Zwykle tak bywa. Pewnie dlatego, że poznaliśmy główne problemy moralne już za pierwszym razem. Badanie obiektywne polegałoby na obejrzeniu dwóch filmów w odwrotnej kolejności przez widownię, która nie widziała żadnego z tych filmów.

    Reklamowi naciągacze - internet (22 września 2006)
    Komfortowe wkładki do butów, dzięki którym schudniesz bez żadnego wysiłku! Nie musisz zapisywać się na siłownię, pocić się, biegać, męczyć. Nie musisz stosować żadnych środków farmakologicznych, ani karkołomnych diet, aby schudnąć ponad 7 kilo! Wystarczy, że będziesz... chodzić - oto tekst reklamujący jeden z cudownych środków odchudzających.
    Czy produkty promowane w ten sposób są wiarygodne?  Czy tego typu ogłoszenia nie powinny być przedstawiane do oceny różnym towarzystwom (lekarze, dietetycy, konsumenci) i, po ustaleniu ich prawdziwości, redagowane?
    Po uzyskaniu opinii ekspertów, wyrób mógłby otrzymać certyfikat, a każdy potencjalny nabywca miałby przynajmniej cień gwarancji, że to nie jakiś propagandowy kit, odzierający nas ze złudzeń i pieniędzy. Zamieszczenie reklamy bez zgody i certyfikatu byłoby ścigane z urzędu, zaś o karach informowano by w mediach (jak obecnie w przypadku firm telekomunikacyjnych). Bez takich certyfikatów nie byłoby możliwe zamieszczenie ogłoszeń reklamowych w prasie, radiostacjach, telestacjach, internecie oraz we wszystkich innych mediach. Firmy, które nie uzyskałyby certyfikatu, a zmieniłyby nazwę i ponownie by starały się uzyskać aprobatę, jednak nieskutecznie, byłyby ostrzegane i wymieniane z nazwy na specjalnej internetowej stronie prowadzonej przez Federację Konsumentów wespół z Policją. W bardziej kryminalnych przypadkach byłyby zamieszczane nazwiska (nie)odpowiedzialnych prezesów tych firm wraz z ich imażami (wizerunkami, facjatami - jak kto woli).
    Redakcje (zwłaszcza prasowe) nie mogłyby wykpiwać się lapidarnym zastrzeżeniem "nie odpowiadamy za treść ogłoszeń". Doskonale wiedzą one, że to forma oszustwa, ale z oczywistych względów przyjmują ogłoszenia do druku współuczestnicząc w przestępstwie. Dziennikarze zwykle apelują do lekarzy, polityków, sędziów o wyższy poziom etyki, ale wobec siebie nie są zbyt surowi - "za kanty w ogłoszeniu nie odpowiadamy, ale chętnie pieniążki bierzemy".
    Bezkrytycznie emitowane są oferty typu "schudniesz 10 kg w 10 dni". Nikogo to nie interesuje? Pojedyncze osoby nieco się podenerwują i rozchodzi się po kościach (nadal obrośniętych... sadłem). Często w tych szwindlach uczestniczą znane a lubiane osoby publiczne, zwykle aktorzy i aktorki. Nieładnie, szanowni Państwo! Dla pieniędzy sprzedajecie swoich wielbicieli! Czy ktoś położy kres takim oszustwom? Może na 20-lecie wolnego rynku w Polsce coś mądrego wymyśli 40-milionowy naród? Trzymam kciuki i chudnę z nerwów!

Mirosław Naleziński, Gdynia  www.mirnal.neostrada.pl

AKTUALNOŚCI SIERPNIOWE MIROSŁAWA NALEZIŃSKIEGI

AKTUALNOŚCI LIPCOWE MIROSŁAWA NALEZIŃSKIEGI

AKTUALNOŚCI MAJOWE MIROSŁAWA NALEZIŃSKIEGI

AKTUALNOŚCI KWIETNIOWE MIROSŁAWA NALEZIŃSKIEGI

AKTUALNOŚCI MARCOWE MIROSŁAWA NALEZIŃSKIEGI

AKTUALNOŚCI LUTOWE MIROSŁAWA NALEZIŃSKIEGI

AKTUALNOŚCI STYCZNIOWE MIROSŁAWA NALEZIŃSKIEGI

i przechodzimy na 2005r
AKTUALNOŚCI GRUDNIOWE MIROSŁAWA NALEZIŃSKIEGI
AKTUALNOŚCI LISTOPADOWE MIROSŁAWA NALEZIŃSKIEGI
AKTUALNOŚCI PAŹDZIERNIKOWY MIROSŁAWA NALEZIŃSKIEGI
AKTUALNOŚCI WRZEŚNIOWE MIROSŁAWA NALEZIŃSKIEGI
AKTUALNOŚCI SIERPNIOWE MIROSŁAWA NALEZIŃSKIEGI
AKTUALNOŚCI CZERWCOWE MIROSŁAWA NALEZIŃSKIEGI
AKTUALNOŚCI MAJOWE MIROSŁAWA NALEZIŃSKIEGI
AKTUALNOŚCI KWIETNIOWE MIROSŁAWA NALEZIŃSKIEGO

 ARTYKUŁY - tematy do przemyślenia
i wiele innych w kolejnych działach wydawnictwa:
   SĄDY   PROKURATURA  ADWOKATURA
 POLITYKA  PRAWO  INTERWENCJE - sprawy czytelników

"AFERY PRAWA" - Niezależne Czasopismo Internetowe 
www.aferyprawa.com  
Redaktor Naczelny:
mgr inż.  ZDZISŁAW RACZKOWSKI

    uwagi i wnioski proszę wysyłać na adres: Z.Raczkowski@aferyprawa.com 
Dziękuję za przysłane teksty opinie i informacje. 

WSZYSTKICH INFORMUJĘ ŻE PROWADZENIE STRON PUBLICYSTYCZNYCH
JEST W ZGODZIE z  Art. 54 KONSTYTUCJI RZECZYPOSPOLITEJ POLSKIEJ 

zdzichu

Komentarze internautów:

Komentowanie nie jest już możliwe.