KTO MOŻE ZOSTAĆ POLITYKIEM? 
[w opracowaniu]
Rzeczpospolita partyjna - czyli sztafeta do władzy... i  

Współczesny polityk jest biznesmenem, menadżerem, omnibusem i musi  łączyć w sobie zalety teoretyka, agitatora i administratora. Tak więc powinien posiadać cechy umiejętność rozmawiania z ludźmi i przekonywania do swojej racji, zdolność bezkonfliktowej współpracy, odporność na krytykę i umiejętność wysławiania się, kompetencje merytoryczne, dyspozycyjność i... mocną głowę.
Jeszcze w czasach PRL-u, skąd pochodzi większość polityków SLD, gdy chciało się uprawiać politykę (czyli iść na łatwiznę) wystarczyło zapisać się do organizacji młodzieżowej, a w stosownym czasie przejść do struktur partii. Kompetencja nie miała większego znaczenia. Zresztą były prowadzone specjalne Wyższe Studia Polityczne w Moskwie i nie tylko, które ma 80% tych znanych z pierwszych stron gazet polityków zaliczone... 
Wiele osób robiło też przypadkową karierę np. w strukturach partii czy władzy musiał być pełny przekrój społeczno-zawodowy. Gdy potrzebny był reprezentant danego środowiska, po prostu dobierano pielęgniarkę, robotnika czy kobietę, w zależności od zapotrzebowania. To był taki przyspieszony sposób wejścia do świata polityki. Coś, jak dzisiaj do parlamentu lansuje się kobiety. 
Dziś dominują dwa rodzaje polityków: ci ze styropianu i ci z komitetów, a więc głównie bohaterowie końcówki PRL. Szeregi tych ostatnich stopniowo się przerzedzają, ostatni napływ eksdziałaczy PZPR miał miejsce w 2001 r. na fali popularności SLD. O składzie obu grup w dużej mierze zdecydował przypadek. Był to efekt wietrzenia sceny politycznej i zapotrzebowania na nowe twarze. Wyborcy często też głosowali przeciwko czemuś i komuś, a nie za konkretnym kandydatem. 

Zasilanie sceny politycznej głównie z dwóch źródeł – postsolidarnościowego i postkomunistycznego – sprawiło, że od kilkunastu lat mamy do czynienia z tymi samymi w większości ludźmi. Ruchy i przetasowania dokonują się w jednym gronie. – To oznacza, że istnieje spora grupa osób skazanych na politykę, bo nie znalazłyby już innego zajęcia odpowiadającego ich ambicjom – stwierdza dr Jerzy Głuszyński, socjolog, prezes Instytutu Pentor. – A człowiek skazany na politykę staje się podatny na różne pokusy. 

Niedopuszczanie potencjalnych rywali szkodzi też partiom, które w ten sposób same ograniczają swoją ofertę. Efekty takiego działania odczuło boleśnie na przykład PSL. W wyborach do Parlamentu Europejskiego ludowcy musieli wystawić swych najważniejszych liderów, aby przekroczyć próg wyborczy. Teraz mają problem, kogo umieścić na listach krajowych, by przyciągnąć elektorat. 

Z drugiej strony demokracja powinna mieć stabilną, sprawdzoną kadrę, będącą pewnego rodzaju ostoją. – W Polsce to zjawisko zaczyna się dopiero rysować – uważa dr Głuszyński. – Istnieje grupa polityków, którzy byli już premierami, ministrami, ale jest nieliczna i raczej mało szanowana. Nie potrafimy jeszcze wykorzystać możliwości sprawdzonych liderów politycznych, nie delegujemy ich do gremiów międzynarodowych, gdzie mogliby kształtować pozytywny wizerunek Polski. Przykładem może być zamieszanie wokół kandydata na przewodniczącego Parlamentu Europejskiego – prof. Bronisława Geremka, który przez część polskich polityków był postrzegany jako zagrożenie. Woleli więc zagłosować na kandydata z innego kraju. 

Rządzenie przez zasiedzenie 

Partie nie umieją też wykorzystać swoich najmłodszych członków. Choć liderzy (np. SLD) od czasu do czasu prowadzą akcję promowania nowych twarzy, często jest to dobieranie wyłącznie na zasadzie ozdobnika. – Lansuje się posłusznych, podobnych do swoich promotorów, by nie stanowili zagrożenia dla zasiedziałych polityków– mówi Jerzy Głuszyński. Pozytywnym wyjątkiem mógłby być Wojciech Olejniczak, minister rolnictwa, który nie ma jeszcze trzydziestki. Ale jego kariera opiera się nie na działalności politycznej, lecz głównie na tym, że okazał się sprawnym administratorem. Udowodnił, że można zdobyć szacunek ugrupowań opozycyjnych, mając legitymację partii tak mało popularnej jak Sojusz Lewicy Demokratycznej. 

Życiem publicznym rządzą starzy wyjadacze. Gdy ktoś raz zaczepi się w polityce, trudno się go pozbyć. Nawet jeśli popełnia błędy i traci zaufanie społeczne. Wynika to m.in. z braku procedur blokowania lub braku świadomości, że takie blokowanie może się udać.
– W efekcie nasza demokracja jest demokracją rekrutacyjną, przeprowadzaną raz na cztery lata. Polityk dopiero na rok przed kolejnymi wyborami przypomina sobie, że ci Kowalscy, którzy na niego głosowali, będą mu jeszcze potrzebni, i wtedy ponownie zaczyna się interesować ich sprawami – wyjaśnia Grzegorz Rydlewski. 

Teoretycznie władze samorządowe (burmistrzowie, wójtowie czy prezydenci miast) mogą być odwołane ze stanowiska w drodze referendum. W praktyce jednak mieszkańcy, nawet gdy są niezadowoleni z ich pracy, bardzo rzadko wykorzystują takie procedury. A jeśli zostaną one uruchomione, duża część społeczności traktuje je obojętnie. Tak było chociażby w przypadku próby odwołania ze stanowiska prezydenta Szczecina Mariana Jurczyka. W rozpisanym referendum wzięło udział niewielu mieszkańców. Można więc czuć się bezkarnie, przynajmniej do końca kadencji. 

– Nigdzie nie ma idealnych polityków. Jednak w dojrzałej demokracji społeczeństwa bardzo szybko potrafią rozpoznać fałszywe intencje swoich przedstawicieli, a następnie skorzystać z procedur korygujących – mówi G. Rydlewski. 

Słowem, politycy często są tacy, jacy są, bo mają na to nasze przyzwolenie. Nie bezpośrednie, lecz przez zaniechanie. Skutki ich decyzji odczuwamy potem długo na własnej skórze, czego najlepszym przykładem jest obecna dramatyczna sytuacja w służbie zdrowia. 

Byle w górę 

Karierę polityczną w Polsce można zrobić na kilka sposobów. Większość naszych VIP-ów reprezentuje jedną z poniższych grup. 

Skoczkowie. Wydawałoby się, że nikt nie może urodzić się na nowo, a jednak politykom ta sztuka już wielokrotnie się udała. Wystarczy prześledzić życiorysy najpopularniejszych liderów, by odkryć, że wierność nie jest ich mocną stroną. Co więcej, wychodzą na tym znakomicie. Życie pokazuje bowiem, że kariery robią ci, którzy nie przywiązują się zbytnio do partii przez samych siebie zakładanych. Kto pamiętałby dziś o Janie Rokicie, gdyby ten w odpowiednim momencie nie porzucił AWS na rzecz ugrupowania bez bagażu złych doświadczeń? Rokita zmienia partie niczym rękawiczki. Były już Unia Demokratyczna i Unia Wolności, SKL, AWS i obecnie PO. 

Kierunek wędrówek jest zawsze taki sam – od ugrupowania staczającego się w niebyt do zyskującego na popularności. Takich skoczków jest w Sejmie wielu. Prym wśród nich wiedzie obecny poseł do europarlamentu Dariusz Grabowski. Zaliczył już KPN, ROP, AWS, PSL i LPR. Wszystkie te partie łączy jedno: chętnie umieszczały Grabowskiego na swoich listach wyborczych. Bogate pod tym względem są też biografie działaczy PiS. Większość– chyba że nie pozwala im na to młody wiek – działała już w PC i AWS. W PO dla odmiany można odnaleźć niegdysiejsze gwiazdy KLD, UW i AWS. 

Zmiana barw zazwyczaj wiąże się z określonymi profitami. Andrzej Celiński, przechodząc z UW do SLD, otrzymał funkcję wiceprzewodniczącego SLD. Złośliwi wytykali mu potem, że gdy nie wybrano go na przewodniczącego Sojuszu, obraził się i odszedł do nowego ugrupowania. 

Komety. W polityce, podobnie jak w show-biznesie, można pojawić się nagle, zabłysnąć i równie szybko zniknąć. Do historii przeszedł przypadek kandydata na prezydenta Stana Tymińskiego, człowieka znikąd, który nieoczekiwanie pobił swą popularnością osoby znane od lat. Przegrany ostatecznie wyścig do Belwederu sprawił, że Tymiński ponownie usunął się w polityczny niebyt. Karierę z dnia na dzień zrobiła ambitna Renata Beger z Samoobrony. Jej udział w komisji śledczej i bezpruderyjne wyznania sprawiły, że zdumiony naród zwrócił uwagę na posłankę z warkoczem. 

Chłopcy na posyłki. Młodzież bardzo często zaczyna od funkcji asystenta politycznej szychy. Noszenie teczki za Józefem Oleksym wyszło na dobre Michałowi Toberowi (29 lat, poseł, eksrzecznik rządu, były wiceminister kultury). W karierze pomaga również odcięcie się od dawnego opiekuna z pozostawieniem mu noża w plecach. Zrobiła tak na przykład posłanka Sylwia Pusz (32 lata, dawniej w SLD, teraz w SDPL). Ciesząc się poparciem samego Leszka Millera, wielokrotnie powtarzała, że to jej duchowy ojciec. Kiedy jednak politycznemu tatusiowi powinęła się noga, Pusz odwróciła się od niego i przeszła do konkurencyjnego ugrupowania. Podczas głosowania nad wyborem Millera na przewodniczącego Komisji Europejskiej opowiedziała się przeciwko niemu. Jej głos przeważył i kandydatura przepadła.
Mrówki. Powiedzmy sobie szczerze, żmudna praca bez robienia szumu wokół własnej osoby nie jest najbardziej skutecznym sposobem na zrobienie oszałamiającej kariery. Mróweczki są potrzebne, lecz zazwyczaj pozostają w cieniu swoich bardziej wygadanych kolegów. Niekiedy nazywa się ich politykami-menedżerami lub administratorami. Takimi posłami są m.in. Przemysław Gosiewski z PiS, Wacław Martyniuk z SLD czy Renata Rochnowska z Samoobrony. 

Im wcześniej, tym lepiej 

Metodą najbardziej wartą polecenia wydaje się cierpliwe pięcie się w górę przez zdobywanie doświadczenia. – Powinno się zacząć od pracy w gminie, województwie, a dopiero potem ubiegać się o mandat do parlamentu – uważa wicepremier i przewodnicząca UP Izabela Jaruga-Nowacka. Jej zdaniem polska polityka będzie pod tym względem coraz bardziej profesjonalna. – Moje pokolenie nie było przygotowane do takiej działalności, większość z nas to samoucy. 

W rozwiniętych państwach demokracji do polityki często wchodzi się boczną ścieżką: budując sobie najpierw silną pozycję w wykonywanym zawodzie. Dla kogoś, kto jest ekspertem w określonej dziedzinie nauki czy biznesie, mandat poselski nie jest czymś, czego trzeba trzymać się kurczowo za każdą cenę. Jak twierdzą politolodzy, w zachodniej Europie poświęcenie się działalności publicznej wynika z chęci dowartościowania się, z poczucia misji. To jak sięgnięcie po coś więcej, niż się już osiągnęło. 

U nas przykłady tego typu karier można policzyć na palcach jednej ręki. Jeśli wybiera się drogę tradycyjną, warto przynajmniej sprawdzić się wcześniej na wielu różnych szczeblach. 

– Aby zrobić karierę polityczną, należy zaczynać od najmłodszych lat: działać w samorządzie szkolnym, akademickim, organizacjach młodzieżowych– radzi Jerzy Głuszyński. – Warto również nabrać doświadczenia w pracy na rzecz społeczności lokalnej, angażując się w jakąś działalność publiczną. W USA co drugi obywatel należy do jakiejś organizacji. Polacy, po doświadczeniach czynu społecznego, są jeszcze nieufni wobec takiej aktywności. Trzeba przynajmniej pokolenia, aby zmienić to nastawienie. 

Polityk powinien przejść przez wybory lokalne, a dopiero później kandydować w wyborach krajowych i europejskich. Właśnie w ten sposób do wejścia na polityczną scenę przygotowuje się młode pokolenie. Trzydziestoletni Maciej Świderski zaczynał jako asystent posłów Bronisława Komorowskiego i Jana Rokity. Od dwóch kadencji jest radnym warszawskiej gminy, a obecnie jej przewodniczącym, działa także w młodzieżowej organizacji konserwatystów. Podobnie postępuje Andrzej Stefaniak z SLD. Jest samorządowcem oraz asystentem rzecznika partii Jerzego Wenderlicha. Dwudziestoparoletni Grzegorz Pietruczuk, przewodniczący Frakcji Młodych Demokratów i doradca ministra spraw wewnętrznych, pierwsze kroki stawiał w lewicowych młodzieżówkach. Poznał też od podszewki pracę w samorządzie – przez cztery lata był radnym na warszawskich Bielanach, studiując jednocześnie na Wydziale Nauk Politycznych Uniwersytetu Warszawskiego. Do młodego pokolenia polityków należy Roman Giertych. Ale jego przypadek jest wyjątkowy: do zawodu przygotowywali go dziad Jędrzej i ojciec Maciej. W jednym z wywiadów Giertych wspomina, że w domu w ramach edukacji musiał ćwiczyć symulacje sytuacji politycznych. 

– Młodzi już zdają sobie sprawę, że aby być politykiem, nie wystarczy zostać posłem, tak samo jak nie wystarczy wejść do pracowni zegarmistrzowskiej, by zostać zegarmistrzem – ocenia Grzegorz Rydlewski. – Wśród moich studentów jest spora grupa osób, które pociąga polityka i kiedyś chcieliby się w niej znaleźć. Traktują to jako swoistą rolę społeczną, do której trzeba się przygotować. To sygnał, że zmierzamy w stronę normalności. 

O tym, jak szybko się tam znajdziemy, zadecydują wyborcy. Polacy pomału przekonują się, jaką siłę ma karta do głosowania, i odmawiają poparcia ludziom traktującym działalność publiczną jedynie jako sposób na zdobycie sławy i pieniędzy. Wybory do Parlamentu Europejskiego pokazały też, że nie marnujemy głosów na amatorów, którzy w polityce nigdy dotąd niczego nie dokonali.
Sławomir Rybicki, poseł PO, przewodniczący komisji etyki 

W Polsce stosunkowo łatwo jest zrobić karierę polityczną. W demokracjach ukształtowanych – w Wielkiej Brytanii czy Francji – trzeba najpierw przejść przez wiele szczebli działalności lokalnej, być naprawdę aktywnym w swoim regionie. Dopiero ukoronowaniem tej pracy jest wybór na członka parlamentu. Natomiast u nas posłami zostają niekiedy ludzie przypadkowi, którzy dopiero stawiają pierwsze kroki w polityce. Zdarza się nawet, że do otrzymania mandatu wystarczy kilkaset głosów w wyborach. Dlatego PO opowiada się za wprowadzeniem okręgów jednomandatowych – dzięki temu parlamentarzystami zostaliby rzeczywiście ci, którzy mają doświadczenie, są znani i szanowani przez wyborców. 

Zbigniew Ziobro, poseł PiS 

Nie traktuję działalności politycznej jako sposobu na zrobienie kariery i bycie znanym. Do polityki pchały mnie pasja, wrażliwość społeczna i chęć walki o zmianę wymiaru sprawiedliwości. Nie szedłem tam, aby zostać posłem czy wiceministrem, ale po to, by pomagać ludziom skrzywdzonym przez los. Polska demokracja jest jeszcze młoda i dlatego nasza scena polityczna jest dość chwiejna. Wprawdzie po lewej stronie widać pewną stabilizację – takie postacie, jak Miller, Oleksy czy Jaskiernia są obecne od lat – ale już po prawej rotacja jest większa. Wciąż stoimy przed profesjonalizacją polityki. Nie sądzę, aby dobrym pomysłem było tworzenie szkół, które miałyby być kuźnią kadr. Ale brakuje u nas możliwości podnoszenia kwalifikacji. Politycy powinni uczyć się, jak na przykład rozmawiać z wyborcami, mediami. Największą naszą bolączką jest jednak brak zaplecza, ekspertów pracujących na drugiej linii, profesjonalistów tworzących kadrę doradczą dla parlamentarzystów. 

Katarzyna Piekarska, posłanka, wiceprzewodnicząca SLD 

Moje pokolenie i starsze karierę zawdzięcza w dużej mierze przypadkowi – kiedyś bardzo wiele zależało od tego, kto po jakiej stronie barykady stał, jakich wyborów dokonał. Ludzie nie zakładali sobie: zostanę posłem, to raczej uczestnictwo w wydarzeniach społecznych i politycznych windowało ich do polityki. Teraz zaczyna być inaczej. Młodzi ludzie planują taki sposób na życie i podporządkują mu wybór szkoły, studiów, kursów, towarzystwa, w jakim się obracają. Dla nich to taka sama decyzja jak postanowienie, że będzie się lekarzem, prawnikiem czy nauczycielem. Do polityki trafiają więc osoby coraz lepiej przygotowane merytorycznie, ale często nie traktują one tej pracy jako służby na rzecz innych. Nie potrafią też walczyć o swoją pozycję, oczekują, że ktoś im ją załatwi. Część młodzieży SLD chce się przesiąść do rządowych lancii, więc nawołuje do zmiany pokoleniowej. Nie proponują jednak niczego konstruktywnego, żadnej debaty programowej i ideowej. Bunt jest prawem młodzieży, ale tu nie mamy do czynienia z walką o idee, lecz o władzę. 

Wanda Łyżwińska, posłanka Samoobrony 

Moim zdaniem kariera polityczna powinna polegać na zdobywaniu doświadczeń i pracy społecznej na szczeblu lokalnym: gminy, powiatu. Taką drogę przeszła większość parlamentarzystów Samoobrony. Ja sama działałam aktywnie na terenie dawnego województwa radomskiego: organizowałam spotkania, blokady, pikiety. 

Ryszard Czarnecki,europoseł z ramienia Samoobrony 

W Polsce minął czas szybkich karier politycznych. Miały one miejsce po 1989 roku, gdy doszło do rewolucji kadrowej. Wówczas do polityki dostało się wielu młodych, nawet zbyt młodych działaczy– często niesprawdzonych, za to z odpowiednią legitymacją partyjną. Podobnie było w 1993 roku, kiedy za oczyszczanie państwa wzięli się ci, którzy sami byli wcześniej wyrzucani przez swych przeciwników politycznych. 

Żałuję, że nie ma u nas szkół kształcących kandydatów na polityków. We Francji taką wylęgarnią kadr jest słynna ENA, w Wielkiej Brytanii podobną funkcję pełnią uczelnie w Cambrige czy Eton. To z nich wychodzą późniejsi premierzy czy ministrowie. W Polsce jest wprawdzie Krajowa Szkoła Administracji Publicznej, ale kształci ona jedynie urzędników. Niektórzy do polityki trafiają więc z biznesu (choć wielu obiera kierunek odwrotny), inni prosto z blokad, a jeszcze inni z uniwersytetów. Nie ma polskiego wzorca również co do zawodów, z których najczęściej rekrutują się politycy. W jednej z kadencji parlamentarnych dominowali na przykład nauczyciele, ale nie był to najlepszy Sejm.
Wspinaczki partyjne 

Karierę robią nie tylko pojedynczy aktywiści, ale także całe ugrupowania. 

Narodzeni na nowo 

Najpopularniejszą metodą jest gromadne porzucenie jednej partii, by na jej gruzach założyć następną. To chwyt powtarzany z dużym upodobaniem, jako że Polacy obdarzają sporym kredytem zaufania każdą nową inicjatywę. Wierzą– niestety, często naiwnie – że oto pojawia się na scenie nowa jakość polityczna, zapominając, że za odświeżonym naprędce szyldem stoją zwykle starzy wyjadacze. Takim sukcesem może się pochwalić Platforma Obywatelska. Powstała w chwili, gdy wiadomo już było, że AWS i UW, w których działali wtedy politycy Platformy, nie dostaną się do Sejmu. Oba te ugrupowania też zresztą nie wzięły się znikąd – AWS była konglomeratem różnych prawicowych partyjek, UW zasilali politycy z Kongresu Liberalno-Demokratycznego. O założeniu nowej partii pomyślała część polityków Sojuszu, rozczarowanych jego notowaniami. Na razie efekt nie jest zachwycający: SDPL Marka Borowskiego zdobywa 6-8 proc. poparcia. Ale to i tak lepiej niż notowania SLD. 

Silni w opozycji 

Na razie po szczeblach kariery pną się z sukcesem wyłącznie partie opozycyjne. Wraz z przejęciem władzy, co jest w końcu celem każdego ugrupowania, popularność nieuchronnie zaczyna spadać. Tej prawidłowości doświadczyły wszystkie rządzące od 1989 roku partie: AWS, UW czy obecnie SLD. Sojusz to przykład ugrupowania, które odzyskało sympatię wyborców dzięki byciu twardą opozycją w latach 1997-2001. Po trzech latach u steru władzy z 40 proc. zwolenników zostało zaledwie 8 proc. 

Politycy w oczach narodu 

Niemal trzy czwarte z nas sądzi, że ludzie, którzy chcą objąć stanowiska w polityce, kierują się głównie chęcią zrobienia czegoś dla siebie i kolegów. Tylko 3 proc. Polaków wierzy, że motywacją jest pragnienie służenia krajowi. Polityka nie jest zajęciem dla ludzi uczciwych – tak uważa aż 80 proc. Większość twierdzi też, że politycy są bardziej nieuczciwi od przeciętnych obywateli. Przeciwnego zdania jest zaledwie 1 proc. Sondaż przeprowadził OBOP na początku lipca. 

Zatrudnianie kolegów na mniej lub bardziej eksponowanych stanowiskach w administracji publicznej, wykorzystywanie pełnionych funkcji do celów prywatnych, manipulowanie prawem w najważniejszych dla kraju sprawach. To wszystko objawy upartyjnienia państwa. Nawet sami politycy przyznają, że trudno temu zaprzeczyć. 
Nie ma tygodnia, by media nie informowały, że kolejni działacze zamieszani są w jakąś brudną sprawę, nie swoim kosztem wspierają znajomków lub dzięki państwowym stanowiskom załatwiają własne interesy. W ostatnich miesiącach takich afer, dużych i małych, mieliśmy dziesiątki. Wystarczy przypomnieć sprawę Starachowic, w której posłowie SLD są oskarżeni o przekazanie kolegom samorządowcom informacji o skierowanej przeciwko nim akcji Centralnego Biura Śledczego. Co jakiś czas wychodzą na jaw kolejne szczegóły działalności opolskich władz miasta rodem z Sojuszu. Od dawna w areszcie siedzą członkowie zarządu, a okazało się, że w jednej ze spraw swój udział mógł mieć Leszek Miller. Podobno prosił ówczesnego prezydenta miasta Leszka Pogana o pomoc dla syna Zdzisława Montkiewicza (wtedy prezesa PZU) – chodziło o załatwienie w Opolu działki pod budowę supermarketu. Pogan twierdzi, że nie było to polecenie, a tylko „koleżeńska rozmowa”.
Jesienią 1997 r. Marian Krzaklewski zapowiadał, że AWS zlikwiduje nieformalne układy postkomunistyczne. Cztery lata później to Akcję i jej szefa oskarżano o wykorzystywanie kraju do forsowania partyjnych interesów. fot. Mariola Miszkiewicz 
Sztafeta władzy
Właśnie w takiej interpretacji różnego rodzaju przysług czy decyzji personalnych tkwi problem. Upartyjnienie państwa sięga już od podrzędnych stanowisk w lokalnych urzędach po najwyższe funkcje publiczne – nic dziwnego, skoro o zatrudnieniu decyduje z reguły partyjny rodowód. Trudno to jednak udowodnić. Zawsze pojawiają się bowiem wyjaśnienia: „to świetny fachowiec i jego partyjne koneksje nie mają tu nic do rzeczy”.

Znamienne, że zależnie od opcji rządzącej uwłaszcza się raz lewa, raz prawa strona polityczna, przy czym ugrupowania będące akurat w opozycji wysuwają programy odpartyjnienia kraju, a po dojściu do władzy same stają się bohaterami afer. Doskonale widać to, jeśli prześledzi się kilka ostatnich lat życia publicznego w Polsce – zawłaszczanie państwa odbywa się na wszystkich szczeblach władzy i często w nieoczekiwanych miejscach. A metody walki z tym problemem wewnątrz ugrupowań są zawsze takie same.

Kiedy w 1997 roku do wyborów parlamentarnych szykowała się nowa prawicowa siła – Akcja Wyborcza Solidarność, jej niekwestionowany szef Marian Krzaklewski otwarcie mówił o czterech tysiącach stanowisk do wzięcia. Miały zostać obsadzone ludźmi nieuwikłanymi w partyjne interesy, co pozwoliłoby uzdrowić kraj wykorzystywany przez postkomunistyczny układ SLD-PSL.

To wtedy powstał znany skrót TKM (teraz k... my), obrazujący, jak bardzo rozbita dotychczas prawica liczyła na przejęcie władzy. Cztery lata później Akcja się rozpadała, afera goniła aferę, a źródłem każdej z nich było zawłaszczanie kraju przez polityków rządzącego obozu.

W lutym 2001 roku bohaterem mediów stał się wojewoda warmińsko-mazurski Zbigniew Babalski. Jego odwołania domagał się wpierw opozycyjny SLD, potem Unia Wolności, wreszcie sama lokalna AWS. Babalski potraktował urząd wojewódzki i jego budżet jak swoją własność. Przesunął ponad 700 tys. zł ze środków na pomoc społeczną do urzędu, by zwiększyć zatrudnienie we własnej administracji. Etaty mieli otrzymać oczywiście ludzie przez niego zaakceptowani, a lokalna AWS zaczęła protestować dopiero wtedy, gdy okazało się, że nie może liczyć na te posady.

W tym samym czasie w woj. kujawsko-pomorskim toczyła się inna partyjna rozgrywka – tym razem w Lasach Państwowych. Szefem Regionalnej Dyrekcji LP od trzech lat był Janusz Kaczmarek, jednocześnie radny wojewódzki AWS. Dosyć niespodziewanie w mediach znalazły się informacje, że dyrektor zatrudnia w podległych mu placówkach swoich krewnych i prowadzi z nimi podejrzane transakcje. Sprawa Kaczmarka pojawiła się także w Sejmie, gdzie posłowie SLD mówili, w jaki sposób leśniczy z AWS wyrzuca z pracy innych leśniczych z SLD. Dlaczego nad szefem regionalnych lasów nagle zaczęły zbierać się chmury? Jego działania nie przeszkadzały politykom Akcji do chwili, gdy dyrektor przestał być zainteresowany AWS i wstąpił do tworzącej się Platformy Obywatelskiej. Byli koledzy z władz regionalnych Akcji przyjęli to jednoznacznie: dobrze, że Kaczmarek powyganiał czerwonych z lasu, ale skoro zmienił partię, powinien zrzec się stanowiska, które dostał z klucza partyjnego.Czyszczenie szeregów

Kiedy już nawet w lasach toczyły się partyjne rozgrywki i kolor legitymacji był ważniejszy niż kwalifikacje, a urzędnicy tworzyli prywatne imperia, AWS rozpaczliwie usiłowała poprawić swoje notowania. Czyniła to tak samo jak teraz SLD. Ówczesny poseł Akcji Wojciech Arkuszewski na pół roku przed wyborami zaproponował przeprowadzenie czystek – wyeliminowanie z szeregów partii ludzi niekompetentnych i skorumpowanych, którzy ją kompromitują. Arkuszewski tłumaczył w mediach nie tylko swój pomysł, ale także przyczyny choroby AWS. Jego zdaniem osoby nieuczciwe znalazły się w Akcji, gdyż musiała ona przyjąć jak najwięcej członków różnych frakcji, by możliwe stało się zjednoczenie prawicy. Z tego samego powodu Marian Krzaklewski zmuszony był tolerować wiele zachowań, by uniknąć podziałów wewnętrznych, zachować jedność, nie narażać reform Jerzego Buzka itp.

Ta argumentacja pokazuje jeden z najistotniejszych mechanizmów życia politycznego sprzyjających upartyjnieniu państwa. Partie za wszelką cenę chcą osiągnąć jak najlepszy wynik wyborczy i w imię tego celu pozwalają podczepić się osobom, które nie dają żadnych gwarancji przestrzegania podstawowych norm etycznych. Następnie tolerują powstawanie układów, a wręcz sprzyjają ich tworzeniu, by zapewnić sobie poparcie podczas swych rządów. A potem jest już za późno na zmianę powstałej sytuacji.

By nie być gołosłownym, przywołajmy przykład Sojuszu Lewicy Demokratycznej, i nie chodzi tu o najświeższe afery. Kiedy AWS traciła pozycję, SLD przy każdej okazji wytykał jej kolesiostwo, kierowanie się partykularnym interesem partii, a nie kraju. Już w 1999 roku Sojusz stworzył kartę etyki z preambułą, w której mówi się o sprzeciwie wobec upartyjniania państwa. Karta miała być gwarantem tego, że członkowie SLD po przejęciu władzy nie pójdą w ślady polityków i leśniczych AWS. Jednak w imię wzmacniania pozycji nowych członków przyjmowano na chybił trafił, a lokalni działacze już wtedy przymykali oczy na wybryki swoich kolegów. To samo robił Leszek Miller. Warto w tym miejscu przypomnieć zdarzenie z 2001 roku, którego skutki trwają do dziś.

Ochrona partyjnych kolegów i ich interesów należy do politycznego kanonu. Widać to wyraźnie zwłaszcza na szczeblu lokalnym, gdzie media nie przyglądają się tak uważnie wszystkim drobnym sprawom. Dotyczy to każdego ugrupowania. Przykładem „zawodowej solidarności” może być chociażby sprawa jednego z radnych warszawskiego Targówka Pawła Sęka. Piastując stanowisko wiceprzewodniczącego rady gminy, był jednocześnie pracownikiem firmy Naftobaza. Zarząd firmy chciał go zwolnić, ale zgodnie z przepisami musiała na to wyrazić zgodę rada gminy. I mimo licznych konfliktów politycznych murem zagłosowała za Sękiem. Wszyscy, bez względu na przynależność partyjną, byli przeciw zwolnieniu radnego.

Wszystko nasze

Krycie współtowarzyszy, tworzenie nowych etatów dla swoich, pomoc w forsowaniu prywaty to objawy upartyjnienia, które najbardziej irytują opinię publiczną. Znacznie groźniejsza jednak jest destabilizacja podstawowych struktur i mechanizmów funkcjonowania państwa. A o tym, że polskie ugrupowania przedkładają swoje interesy nad dobro kraju, świadczą dobitnie choćby wydarzenia związane z reformowaniem służb specjalnych. Ta jedna z najważniejszych struktur jest ulepszana przez wszystkie ugrupowania od początku III RP. O ile po 1989 roku było jasne, że konieczne jest stworzenie zupełnie nowych służb, o tyle dwie czy jedną kadencję temu chodziło już wyłącznie o przejęcie kontroli nad nimi przez układ rządzący.
Zbigniew Siemiątkowski jeszcze w 2000 roku mówił publicznie, że miarą wiarygodności SLD będzie sytuacja, w której przyszły premier (Leszek Miller) zacznie konsultować powołanie szefów służb z liderem opozycji. Bowiem „po tym poznaje się dojrzałą formację polityczną, że potrafi wznieść się ponad własne urazy”. Już kilkanaście miesięcy później Sojusz mimo sprzeciwu opozycji przeprowadził reformę służb, przy okazji pozbawiając pracy część funkcjonariuszy Urzędu Ochrony Państwa. Kilka lat później okazało się, że reforma została w dodatku przeprowadzona niezgodnie z konstytucją, a kierowany przez Siemiątkowskiego UOP jest jednym z bohaterów afery Orlenu.

Wszystko wskazuje więc na to, że kolejna kadencja przyniesie kolejną reformę. Obecna opozycja zapewnia, że celem zmian będzie odcięcie służb od polityki – ten sam argument towarzyszył wszystkim od czasu teczek Antoniego Macierewicza, czyli od ponad dekady.

Doraźny partyjny interes daje o sobie znać także przy okazji przygotowywania kolejnych ordynacji wyborczych. Każda kadencja Sejmu przynosi zmiany w zależności od pozycji poszczególnych ugrupowań. Tak była tworzona również pierwsza ordynacja do wyborów samorządowych 2002 roku, wprowadzająca bezpośrednią elekcję wójtów i burmistrzów. Prof. Jerzy Regulski, jeden z polskich autorytetów w sprawach samorządu, oceniał wtedy, że debata parlamentarna toczy się „od ogona”. Największe spory dotyczyły terminu wyborów, a nie zasadniczego tematu. SLD chciał wykorzystać wysokie (ale spadające już) notowania i doprowadzić do wyborów jak najszybciej, natomiast PiS i PO potrzebowały czasu, by się przygotować, i chciały jak najpóźniejszej elekcji. W ten sposób kluczowa dla obywateli zmiana nie została poprzedzona solidną debatą, lecz podlegała partyjnym kalkulacjom.

Podobnie wygląda sprawa likwidacji Senatu. Był to jeden z głównych postulatów SLD w kampanii wyborczej 2001 roku. Bardzo szybko wyszło jednak na jaw, że to jedynie postulat. Kiedy Sojusz skonstatował, że w Senacie ma zdecydowaną większość, która może przydać się do forsowania różnych projektów, okazało się, że zamiast likwidacji chce tylko debaty publicznej. Ta zresztą dosyć szybko ucichła. Wraca dopiero teraz wraz z postulatami Platformy Obywatelskiej.

Politycy i cywile

Konieczność ograniczenia wpływu partyjnych interesów dostrzegali politycy różnych opcji i kadencji parlamentu. Dzięki temu udało się przed kilku laty powołać do życia Korpus Służby Cywilnej, czyli apolitycznych urzędników. To oni mieli kierować urzędami administracji państwowej i blokować zapędy zmieniających się politycznych szefów resortów i podległych jednostek. Jednak Służba Cywilna wciąż nie jest na tyle silna, by ów cel osiągnąć – w dużej mierze dlatego, że politycy konsekwentnie starają się zmniejszać jej kompetencje oraz niezależność.

Rząd Leszka Millera kilka razy forsował rozwiązania umożliwiające zatrudnianie w administracji osób spoza Służby. Co jakiś czas wracał pomysł ograniczenia kompetencji jej szefa lub w ogóle likwidacji urzędu. W kwietniu, na jednym z ostatnich posiedzeń, gabinet Millera próbował zablokować przepis mówiący, że dyrektorem generalnym w urzędzie administracji państwowej może być tylko członek korpusu Służby Cywilnej. Do zmiany nie doszło, ale ostatnie wydarzenia pokazują, że walka polityków z cywilami nie jest zakończona.

Premier Marek Belka zapowiadał odpolitycznienie administracji, ale to jego gabinet przygotował projekt ustawy, zgodnie z którym szef rządu miałby prawo odwołać kierownika urzędu centralnego lub agencji państwowej, jeśli „podejmuje on działania sprzeczne z polityką ustaloną przez Radę Ministrów”. Dałoby to możliwość odwołania w dowolnym momencie i bez jednoznacznych powodów nawet urzędników sprawujących swoje funkcje kadencyjnie. Po burzy w mediach premier wycofał się z tej propozycji.

To pokazuje jednak, że w pojęciu polityków wybór kadr urzędniczych z konkursu jest dobrym rozwiązaniem, o ile można będzie kontrolować i odwołać danego urzędnika z przyczyn politycznych. Mimo że obowiązuje wymóg konkursu na stanowisko dyrektora urzędu, politycy zachowują spory wpływ na ów proces. Zgodnie bowiem z przepisami nominację powinien zaakceptować szef jednostki, będący najczęściej politykiem. Warto w tym miejscu przypomnieć sprawę Jerzego Owczarka, który wygrał konkurs na stanowisko dyrektora generalnego Urzędu Komitetu Integracji Europejskiej w maju, ale jeszcze we wrześniu nie mógł objąć stanowiska. Powodem był brak opinii ministra Jarosława Pietrasa, któremu UKIE podlega.
JAROSŁAW MOLGA 2004-09-29 
Spirala walki
Tak jak cztery lata temu SLD, tak i teraz opozycja proponuje polityczne rozwiązania mające ograniczyć upartyjnianie państwa. Platforma Obywatelska idzie w swoich propozycjach najdalej, bo zdaniem Donalda Tuska patologia jest tak duża, że tylko zdecydowane działania mogą przynieść efekt. PO proponuje więc zmianę konstytucji, by możliwa stała się likwidacja Senatu, zmniejszenie o połowę liczby parlamentarzystów, i zmianę ordynacji wyborczej na większościową z głosowaniem w jednomandatowych okręgach wyborczych. Z kolei Prawo i Sprawiedliwość chce przeprowadzić gruntowną reformę państwa, czyli budować IV Rzeczpospolitą – zaostrzyć kary za korupcję dla urzędników i osób piastujących funkcje publiczne.

Z nieoficjalnych rozmów z działaczami wynika jednak, że to nie kwestie konstytucyjne czy liczba posłów decydują o upartyjnieniu struktur państwa. Przede wszystkim chodzi o styl życia politycznego w Polsce i stan klasy politycznej. Jeden z posłów wyjaśnia to następująco: – Oczywiście popieramy stanowisko szefów Platformy, ale na dole sprawy wyglądają inaczej. Za chwilę będziemy ustalać listy do wyborów parlamentarnych, a potem samorządowych. Przecież żaden z nas nie będzie optował, by na tych listach znaleźli się przestępcy, ale i nikt nie zechce sam sobie tworzyć politycznego przeciwnika. Każdy postara się promować kogoś, kto jest mu przychylny i będzie w stanie pomóc. Polityk zapewni na przykład o swoim poparciu radnego w gminie, a w zamian otrzyma pomoc w kampanii do parlamentu – któraś z miejscowych firm da parę złotych na ten cel. Przy kampanii pracuje wiele osób mających nadzieję, że przyniesie im to coś więcej niż tylko satysfakcję. Potem załatwia się im jakąś posadę. Kiedy się już załatwi, broni się tego za wszelką cenę, bo nasi przeciwnicy polityczni robią to samo, a w polskiej polityce dominuje zasada „my albo oni”. Dlatego po zmianie układu politycznego dochodzi do fali zmian personalnych od ministerstw po domy kultury.

Spirala walki, o której wspomina poseł, jest kolejnym czynnikiem sprzyjającym zawłaszczaniu przez partię jak najszerszych obszarów państwa. I nie wygląda na to, by cokolwiek miało się tutaj zmienić. Jak bardzo partie są przyzwyczajone do permanentnej wojny, widać było wyraźnie, gdy Marek Belka powoływał Andrzeja Ananicza i Annę Radziwiłł do swojego rządu. Zbulwersowani byli politycy SLD, ale także ci z prawej strony – uznali oni Ananicza i Radziwiłł za niemal zdrajców. Gdy pojawiła się informacja, że Andrzej Olechowski może zostać ambasadorem Polski w USA, Platforma szybko zapowiedziała, że jeśli Olechowski się zgodzi, usunie go z partii, by w żaden sposób nie kojarzono PO z wikłaniem się w układy z lewicowym rządem. Jak widać, nawet funkcja ambasadora przestała być bezpartyjna.

Upartyjnianiu państwa najbardziej sprzyja jednak tzw. polityczny kapitalizm. Jego różne objawy wyszły na jaw podczas prac komisji ds. afery Rywina, a teraz Orlenu. Jak mówiła „Politykom” Jadwiga Staniszkis, ów problem wynika z marnej kondycji naszej klasy politycznej. Polską politykę, dużą i małą, tworzą ludzie traktujący państwo jako narzędzie wzbogacenia się. Budują sieć powiązań z urzędnikami, którzy także wykorzystują stanowisko do swoich prywatnych celów. Objawami tej pogłębiającej się choroby jest kryzys finansów publicznych czy służby zdrowia. I setki afer z politykami w tle. 
Jarosław Molga

Sztuka lawirowania 



Łgarstwa wielkie i małe 

Ten, kto nie potrafi zręcznie poruszać się w meandrach życia politycznego, zwykle bardzo szybko przegrywa swoją szansę. Tutaj trzeba umiejętnie lawirować, przemilczać niektóre fakty, naginać wieloznaczne interpretacje. W polityce szczególnie łatwo przekroczyć cienką niekiedy granicę dzielącą prawdę od kłamstwa. 



ANNA ROMASZKAN 2004-09-24 


Kłamać można na dwa sposoby: albo coś ukrywając, albo fałszując. Ukrywanie to inaczej powstrzymywanie się od przekazania znanej nam informacji. Częściej stosowane i uważane za mniej naganne niż fałszowanie, łatwiej się też broni – w razie wpadki można tłumaczyć się: przecież nie kłamałem, tylko zapomniałem powiedzieć. Fałszowanie zaś polega na świadomym przekazywaniu fałszywej wiadomości jako prawdziwej.

Łgarstwa wielkie i małe

Są kłamstwa indywidualne i grupowe. Zdaniem posłanki PO Marty Fogler w naszym życiu politycznym pleni się teraz to drugie. Dana partia, chcąc zdobyć wyborców, celowo rozgłasza nieprawdę, np. złowieszczy, że po wejściu do Unii Europejskiej w kraju będą się działy straszne rzeczy. W tej kategorii mieści się również tworzenie fałszywego obrazu swego ugrupowania bądź jego liderów. Kłamstwo jednostkowe zaś popełnia konkretny polityk. Głównym motywem jest zwykle strach przed kompromitacją i chęć poprawienia własnego wizerunku – zataja się więc różne fakty z przeszłości, tworzy sztuczny życiorys, koloryzuje życie rodzinne.

Lęk jest też podłożem kłamstwa lustracyjnego. – Mało kto przyznaje się do tajnej współpracy ze służbami, choć u nas karana jest nie współpraca, lecz jej zatajenie – mówi Marta Fogler. Często chodzi również o to, by pogrążyć (czyli unieszkodliwić) przeciwnika i osiągnąć własne cele, to znaczy zdobyć władzę. – Kłamstwo stało się tak wszechobecne, że nie jest już nawet postrzegane jako naganne – twierdzi posłanka. – Wielu liderów nie poniosło za nie żadnych konsekwencji.

Innego zdania jest Zbigniew Kuźmiuk, przewodniczący klubu parlamentarnego PSL. – Świadome kłamanie błyskawicznie pogrąża polityka – mówi. Dziś bowiem, gdy mamy szybki obieg informacji, łatwo jest zestawić czyjeś wypowiedzi w różnych okresach, a jeżeli ktoś nie trzyma się faktów i zmienia poglądy jak rękawiczki, wychodzi na durnia i kłamcę. Podobnie jest z ugrupowaniami politycznymi.

– Jeśli ktoś zakłada, że siłę partii da się zbudować na kłamstwie, jest w ogromnym błędzie – uważa poseł. Według niego znakomitym na to dowodem jest głęboki kryzys lub upadek świetnie zapowiadających się formacji, takich jak AWS czy SLD. Ich liderzy dowodzili, że mają wspaniałe programy, są znakomicie przygotowani do rządzenia, a ich szuflady pękają od dobrze przygotowanych projektów ustaw. Po krótkim czasie okazało się to bańką mydlaną.

Kłamiąc na temat swój lub własnej partii, wyolbrzymia się lub wymyśla walory i zasługi, rozgłaszając nieprawdę o innych. To samo robi się z wadami. Kłamstwa o politykach inspirowane przez innych to dziś popularna forma prowadzenia różnych potyczek – uważa Marta Fogler. Rozgrywa się je za pomocą black public relations, który niemało kosztuje. Znacznie więcej niż przekazywanie przez agencje PR-owskie rzetelnych informacji o danej osobie. Taki PR robi się dość łatwo. Wystarczy, że przeciwnicy jakiegoś polityka podeślą dziennikarzom poczytnej gazety artykuł, w którym doczepiony jest on do bulwersującej afery. Fogler na przykład twierdzi, że dopisano ją do afery mostowej. – Nie wiem do dziś, jaki konkretnie był zarzut w stosunku do mnie – mówi. – Przekonałam się sama, że człowieka łatwo zabić gazetą. Można to zrobić nawet w tydzień.

W politycznym tygielku mieszają się kłamstwa i kłamstewka. Te ostatnie wynikają ze zwykłej głupoty i na ogół nie są groźne (chyba że ich autorzy piastują wysokie stanowiska). Za wielkimi kłamstwami stoją korupcja i kradzież. Poseł PiS Marek Suski korupcję uważa za formę zakamuflowanego kłamstwa. – Ten, kto dokonuje korupcji, na pytanie: czy ukradłeś, odpowie oczywiście: nie. Ujawnianie matactw i nieprawidłowości to pierwszy krok w kierunku powrotu do normalności i demokratycznych form życia.

Z lekkim retuszem
Polityka jest sztuką zbiorowej rozgrywki. Samemu nie osiągnie się nic. Trzeba grać w drużynie i dostosowywać się do reguł. Czy kompromis jest skłamaniem samemu sobie? – Jeśli tak, to cała polityka jest kłamstwem – stwierdza Bronisław Cieślak z SLD. – Większość podejmowanych tu decyzji to wynik wypadkowej, przypominającej zderzenie wektorów w fizyce. Wypadkowa oznacza, że niczyja racja nie jest na wierzchu.

Cieślak przekonuje, że retuszowanie rzeczywistości czy nawet przemilczanie pewnych jej aspektów to całkowicie naturalne zjawisko. Nie można mieć politykom tego za złe. Nie jest przecież łatwo tłumaczyć pewne racje, nieraz trzeba stosować taktykę wymijających odpowiedzi. Jeśli spytamy na przykład, czy polskie wojska powinny opuścić Irak, większość nie odpowie zdecydowanie „tak” lub „nie”, lecz zacznie tłumaczyć, że są racje za i racje przeciw.
Polityka jest sztuką nieustannego lawirowania między mówieniem prawdy, półprawdy i umiejętnym kamuflowaniem pewnych faktów – podkreśla Marta Fogler. Czy w takim razie w życiu politycznym można nie kłamać? Niestety, szczerość często nie popłaca. Politycy, którzy nie oszukiwali społeczeństwa i mówili mu gorzką prawdę, nie mają dziś takiego poparcia jak liderzy niektórych partii obiecujących gruszki na wierzbie bez obaw, że ktoś ich potem z tego rozliczy.

Wielu ima się więc wszelkich sposobów, by tylko zdobyć poparcie. Po wyborach szybko zapominają o pięknych hasłach, wygłaszanych podczas kampanii. Czy mają prawo składać obietnice, z których większość jest zupełnie nierealna? – Jeżeli w pełni zdają sobie z tego sprawę, jest to oszustwo – mówi poseł Marek Suski. – Niektórym wydaje się, że gdy zdobędą mandat poselski, będą mogli spełnić każdą obiecankę. Polityk powinien jednak wiedzieć, co jest realne, a co nie. Wszyscy pamiętamy liderów, którzy przyrzekali, że za ich rządów każde młode małżeństwo dostanie mieszkanie. I co? Wygrali w wyborach! Winić za to naiwne społeczeństwo czy raczej przebiegłość polityków?

Kłamstwom sprzyja poczucie bezkarności. – Gdy ludzie, którzy mówią nieprawdę, są mimo to wybierani na wysokie stanowiska, społeczeństwo uznaje, że wolno tak postępować – dodaje Suski.

Wierzyć czy nie? 

Czy politycy uważają, że niezbędna jest umiejętność rozpoznawania kłamstwa i wiedza o tym, jak samemu unikać wpadek, gdy nie wszystko chce się ujawnić? Zbigniew Kuźmiuk przyznaje, że nie był szkolony w socjotechnikach i nie potrafi odgadnąć po gestach, oczach, minie, czy ktoś mówi prawdę. Sam też nie stosuje żadnych sztuczek. Jego zdaniem ludzie mający pewną pozycję w życiu publicznym powinni przede wszystkim być sobą.

Wyuczenie się sztucznych gestów nie jest dobrze odbierane przez społeczeństwo, choć niejednemu liderowi umiejętnie wykorzystana wiedza z zakresu socjotechnik skutecznie pomogła w zdobyciu głosów wyborców. – Kobiety mają zapewne większą intuicję niż mężczyźni, ale gdybym zawsze wiedziała, kto kłamie, nigdy by mnie nie oszukano – mówi Marta Fogler. – Mam pewne podejrzenia co do szczerości wypowiedzi, gdy podczas dyskusji ktoś nagle podnosi głos, jakby chciał zakrzyczeć poczucie winy i podbić wartość swojej argumentacji. Moją nieufność budzą też wystudiowane gesty Leppera, jego aktorskie modelowanie głosu, uciekanie wzrokiem, czytanie nawet krótkich wystąpień z kartki, brak kontaktu wzrokowego z publicznością. Myślę, że każdy polityk ma swój sposób rozpoznawania osoby nieszczerej.

Społeczeństwo też intuicyjnie wyczuwa, komu można wierzyć, a komu nie. Nieraz jednak okazuje się, że kolejny raz zostało perfekcyjnie oszukane. Ale na szczęście kłamstwo doskonałe nie istnieje. Również w polityce. 

Półprawda usprawiedliwiona – prof. dr hab. Janusz Czapiński, psycholog społeczny

Problem nie polega na tym, czy kłamać, czy nie. Ważne są intencje, jakie się za tym kryją. Do niedawna panował zwyczaj, że lekarz nie mówił prawdy o chorobie, działając w dobrej wierze. Politycy, którzy chcą przeforsować sensowny program zmian społecznych, muszą przewidywać, że napotkają opór społeczny. Będą więc zmuszeni postępować jak ów lekarz – nie ujawnią całej prawdy lub naciągną oceny, by otworzyć sobie drogę do realizacji programu. Na przykład były premier Leszek Balcerowicz mówił, że krew i pot skończą się pół roku po wprowadzeniu drastycznej operacji uwolnienia kursu złotego i pełnej swobody dyktowania cen na rynku. Moim zdaniem zdawał sobie sprawę, że pół roku to raczej nierealny termin. Otrzymał jednak społeczne przyzwolenie na tę końską kurację. Z perspektywy 15 lat można ocenić, że tego typu nagięcie było uzasadnione.

Nieszczęście zaczyna się wtedy, gdy polityk kłamie nie po to, by poprawić ład społeczny, ale wyłącznie dlatego, że chce zyskać władzę lub ją utrzymać. To są złe, naganne intencje. Mam wrażenie, choć nie robiłem takich badań, że u większości polskich polityków przeważa nieczysta motywacja. Kłamią, naginają fakty, przemilczają niewygodne dla siebie informacje z żądzy władzy lub jeszcze gorzej – chęci dorobienia się.
Nie znam polityka, który nie kłamie, tak samo jak nie znam ludzi, którzy zawsze mówią tylko prawdę. Człowiek ma świadomość, że powodzenie w życiu zależy od tego, jak inni ocenią jego zamiary i wizerunek. Wśród innych gatunków wyróżnia nas zdecydowanie motywacja kierowania wrażeniem. Stwarza ona pokusę, by podrasować, naciągnąć wizerunek własnej osoby. A stąd już bardzo blisko do kłamstwa.

Jak rozpoznać kłamcę? – Krzysztof Piotrowicz, specjalista od kreowania wizerunku i wywierania wpływu

Kłamstwo można wykryć, obserwując mowę ciała i sposób, w jaki polityk przemawia. Niektórzy z nas intuicyjnie wyczuwają, że w danej wypowiedzi coś nie gra, mówimy wtedy: on ściemnia, kręci, jest śliski. Liczy się bowiem to, co odczytujemy z gestów, nie słów. Politycy często wykonują gest bezradności – stoją z rękami wyciągniętymi wzdłuż tułowia, widać wtedy wewnętrzną część dłoni, ramiona są podciągnięte do góry. Trudno uwierzyć w szczerość kogoś, kto przyjmuje taką postawę, choć nie zawsze musi to oznaczać, że kłamie. Zdarza się też, że polityk porusza kwestię, która nie powinna wzbudzać większych emocji, ale jego gesty mogą świadczyć, że podchodzi do sprawy bardzo emocjonalnie. Może to sugerować, że prowadzi nieczystą grę, coś chce ukryć. Wtedy zamiast otwartych dłoni zobaczymy rozczapierzone, przygięte palce, gesty manipulacji (pocieranie nosa, uszu, podbródka, drapanie się po głowie), cyniczny, przyklejony do ust uśmieszek oraz ściągnięte ramiona. Taką postawę przybierał niejednokrotnie Leszek Miller – mogła ona wzbudzić podejrzenia, że premier chciał coś ukryć, nie do końca był szczery. O zamiarze zatajenia czegoś może też świadczyć uporczywe uciekanie wzrokiem. Wszystko to są odruchy nieświadome, wyniesione jeszcze z dzieciństwa i odpowiednim treningiem można je opanować.

Są również osoby, które nie kłamią, ale zachowują się tak, jakby to robiły, ponieważ obawiają się, że inni nie uwierzą w to, co mówią. Bywa też, że gesty pozornie wskazujące na kłamstwo mogą być tylko oznaką zakłopotania, np. z powodu zaskoczenia w nietypowej sytuacji.

Politycy umiejętnie tuszują kłamstwa, stosując różne wybiegi. Mówią ogólnikowo. Operują półprawdami, powołują się na tajemnicę państwową lub handlową. Furorę robi dziś wykrętne zdanie: nie potwierdzam, nie zaprzeczam. Tak może odpowiedzieć aktorka zapytana, czy jest w ciąży, ale nie polityk, nagabywany o informacje związane z jakąś bulwersującą sprawą. Ten manipulacyjny wybieg uczy społeczeństwo, że dopuszczalne jest lawirowanie, przemilczanie, unikanie odpowiedzi na niewygodne pytania.
Anna Romaszkan

Po szczeblach do władzy Rządzenie przez zasiedzenie 

W ciągu piętnastu lat demokracji nie dopracowaliśmy się jeszcze niepisanych norm, jakie powinien spełniać kandydat na polityka. W Polsce może nim obecnie zostać każdy. I nie jest to, niestety, pozytywny przykład równości szans. 
JOANNA TAŃSKA 2004-09-02 

A tu, tak na wesoło z posiedzeń sejmowych :-) , a co plotkują na ulicach???

Nowe publikacje o tematyce aferalnej i korupcyjnej: 
CO BĘDZIE Z TĄ POLSKĄ POD ŻYDOWSKĄ WŁADZĄ?  PISMO DO KOFI ANANA SEKRETARZA GENERALNEGO ORGANIZACJI NARODÓW ZJEDNOCZONYCH (ONZ) - SKARGA KOMITETU NARODOWEGO POLSKI Dla kogo elitarne stowarzyszenie "ORDYNACKA"???
KIM NAPRAWDĘ JEST PREZYDENT R.P.???? 
ALEKSANDER KWAŚNIEWSKI, CZY MOŻE STOLZMAN???
NIEZNANE FAKTY Z ŻYCIA KWAŚNIEWSKIEGO - KOLEJNA AFERA SLD?
"CZY JOLANTA KWAŚNIEWSKA  MA SZANSE  ZOSTAĆ PREZYDENTEM RZECZPOSPOLITEJ???"
czy fundacje "piorą pieniądze?" , zostały tylko wspomnienia J. Kwaśniewskiej
"Bóg Honor Ojczyzna" - krzyż narodu polskiego? - Judaizm, czyli "Jak rozpoznać Żyda".
10 kłamstw Aleksandra Kwaśniewskiego??? - a co na to Unia Europejska ? - podaj dalej...

TAJNE - JAWNE TAJEMNICE PAŃSTWOWE?
Raport o działalności pułkownika Władimira Ałganowa z KGB w sprawach:
Prezydenta RP Aleksandra Kwaśniewskiego, Premiera Józefa Oleksego i Leszka Millera, szefa MSWiA oraz Ministra Spraw Zagranicznych Włodzimierza Cimoszewicza, Ministra Skarbu Wiesława Kaczmarka, oraz biznesmena Jana Kulczyka.
TYLKO ŻEBRZĄCE "PRUSKIE POWIERNICTWO" ??? , czy kolejny “Drang nach Osten"???
witryna OBYWATELSKIE NIEPOSŁUSZEŃSTWO  i dodatkowo:

 WIELKIE BRANIE  ,    fakty o korupcji  , KORUPCJA ,  korupcja - uzasadnienie "wpadki parlamentarzystów", 
Kto może zostać politykiemco kryje przywilej immunitetu? odszkodowania - Sąd Najwyższy,
dowCIPY spod §... i wiele innych... 

tym samym dochodzimy do setna sprawy, czyli  "Raportu o stanie sądownictwa polskiego", ale to tylko dla osób myślących, a więc nie dla prawników...
...jasne, że terror rodzi terror, tak więc z uwagi na typowo stalinowskie prześladowanie  mojej osoby i prowadzonej działalności publicystycznej, moim celem jest obnażenie impotencji organów władzy...

POLECANE WITRYNY PATRIOTÓW POLSKICH http://www.polonica.net I http://www.ojczyzna.pl 

WWW.AFERY.PRX.PL - WITRYNA PRYWATNA PROWADZONA PRZEZ ZDZISŁAWA RACZKOWSKIEGO.
Dziękuję za przysłane opinie i informacje. 
    uwagi i wnioski proszę wysyłać na adres: afery@prx.pl