Imieniny:

AferyPrawa.com

Redaktor Zdzisław Raczkowski ujawnia niekompetencje funkcjonariuszy władzy...
http://Jooble.org
Najczęściej czytane:
Najczęściej komentowane:





Pogoda
Money.pl - Kliknij po więcej
25 marca 2019
Źródło: MeteoGroup
Polskie prawo czy polskie prawie! Barwy Bezprawia

opublikowano: 26-10-2010

AFERY PRAWA PRAWO RODZINNE BIZNESEM SĄDOWYM

Tandem psychopatów, sąd rodzinny i zakonnice 

Ponad miesiąc temu pisaliśmy o dramacie rodziny Zawadzkich, pani Joannie i Waldemarze. Rodzina jest w trudnej sytuacji materialnej. Nie ona jedna. Dodatkowo jest to rodzina niezwykła ze względu na duża różnicę wieku. Pani Joanna ma ok. 30 lat, pan Waldemar 76. 

Urodziło im się dwóch synów, Julian mający obecnie 9 lat i Cezary mający teraz 2 i pół roku. Rodzina mieszkała początkowo w Repkach koło Sokołowa Podlaskiego we własnym mieszkaniu przerobionym z pomieszczenia gospodarczego dawnej Spółdzielni Kółek Rolniczych (SKR). Motorem rodziny, mimo wieku, jest pan Waldemar, obieżyświat, z zawodu mechanik samochodowy. Całe życie żył nieformalnie bez składek emerytalnych i ubezpieczeń. Skromny majątek jaki zgromadził, stracił, jak mówi, wskutek małżeństwa i rozwodu ze swoją wcześniejszą żoną. Dlatego teraz nie ma emerytury. W normalnym społeczeństwie bez rozbudowanego aparatu „pomocy rodzinie” Zawadzcy w biedzie, ale by przeżyli, żyjąc z jego dorywczej pracy i pomocy Caritasu.

Urzędnicy nie lubią sytuacji niecodziennych, które nie mieszczą się w ich regułach i tabelkach. Psychopata na państwowej posadzie będzie takich ludzi tępił. 

Wskutek donosów nadgorliwych pracowników socjalnych, Sędzia Sławomir Onisko z Sądu Rejonowego w Sokołowie Podlaskim polecił siłą zabrać najpierw małego Cezarego a kilka miesięcy po tym, Juliana. Były to ewidentne rozboje z użyciem policji. Jak podaje pan Waldemar, w pierwszej akcji brało udział ośmiu mężczyzn. Miało to miejsce 5 stycznia 2006r. Cezary urodził się 4 czerwca 2005, a więc powinien być jeszcze długo karmiony piersią. Dziecko przenoszono z miejsca na miejsce, z Siedlec do Otwocka a później do Pogotowia Rodzinnego Krzysztofa i Elżbiety Kopka w Gliniance. Ostatecznie ślad po Cezarym zaginął, przynajmniej dla Zawadzkich.

Psychopaci sądowi wiedzą gdzie dziecko jest, ale rodzicom tego nie powiedzą. W trakcie przetrzymywania dziecka w różnych palcówkach maksymalnie ograniczono rodzicom kontakt z synem. Był wyraźnie przygotowywane do adopcji. Charakterystyczne jest że, jak mówi pan Waldemar, już cztery dni po zabraniu im dziecka, było o tym poinformowany Katolicki Ośrodek Adopcyjny w Warszawie. W sposób typowy dla polskich sądów, większość decyzji w sprawie ograniczenia a później pozbawienia władzy rodzicielskiej w stosunku do Cezarego była podejmowana na posiedzeniach niejawnych. Rozprawa zaś o pozbawienie władzy rodzicielskiej była farsą, wskazującą, że jej wynik był z góry ustalony. W uzasadnieniu  w ogóle nie są rozważone argumenty państwa Zawadzkich i nie ma zeznań niezależnych świadków. Pod uwagę wzięte są tylko tendencyjne wypowiedzi urzędników „pomocy” społecznej, głównie na temat trudnej sytuacji mieszkaniowej i materialnej Zawadzkich.  Rozsądek nakazywałby w takim wypadku przede wszystkim pomóc rodzicom, a prawo, nawet to pisane, opiera się gównie na rozsądku. Cierpiący na manię wielkości i zapewne wierzący w swoją boską, nadprzyrodzoną władzę sędziowie, prawem przejmować się nie muszą. Tak w każdym razie zachowuje się sędzia Sławomir Onisko.

 Po odebraniu im Cezarego, Pan Waldemar wraz ze starszym synem Julianem przeniósł się do Warszawy, gdzie zamieszkali w „mieszkaniu” kwaterunkowym czyli 12.5m2 pokoju będący częścią przedwojennego dużego mieszkania. Jest to lokal oczywiście bez tzw. wygód z toaletą i wodą na wspólnym korytarzu. Starszy pan z dzieckiem to widok trochę nietypowy i zwrócił uwagę sąsiadów a w następstwie urzędników. Pan Waldemar czasem wyjeżdżał na większość dnia w celach zarobkowych a dziecko pozostawało wtedy pod opieką sąsiadki – starszej pani. Oczywiście ktoś „życzliwy” z chorobliwą wyobraźnia doniósł doniósł, że dziecko pozostaje w domu samo a na dodatek jest bite. W aktach jest na ten temat notatka, jednak bez nazwiska informatora. Zeznania świadków, w tym policji, mówią coś diametralnie innego, że chłopiec był zadbany i bardzo związany emocjonalnie z ojcem. Zgadza się z tym nawet kurator. Świadkowie zaś nie byli przypadkowi i ustawieni lecz byli to odpowiedzialni ludzie z pozycją społeczną, jak pastor kościoła anglikańskiego, tłumacz czy działacz kościelny w ramach samopomocy rodzin. Ludzie ci dobrze znali pana Waldemara i Juliana. Raporty nasłanych urzędników koncentrowały się na złych warunkach mieszkaniowych a dla „władz” liczą się tylko opinie przygotowane przez ich własnych zaufanych ludzi. 15 września 2006r, znów niejawnie, żeby uniknąć niepotrzebnych kłopotów, sędzia Olga Boniecka  z sądu dla Warszawy Pragi-Północ zdecydowała o odebraniu Juliana. 19 września Pan Waldemar z Julianem przeżyli kolejny najazd policji. Chłopiec został siłą zabrany i umieszczony w Pogotowiu Rodzinnym p.p. Kopka, tym samym gdzie już był przetrzymywany Cezary.

Jako że nieszczęścia chodzą parami, w międzyczasie skromne lokum Zawadzkich w Repkach spaliło się i oboje państwo Zawadzcy zamieszkali w kwaterunkowym „mieszkaniu” na warszawskiej Pradze.

Tak więc bracia spotkali się. Jednocześnie Zawadzkim maksymalnie ograniczono kontakty z synami. Przy wszelkich próbach wyegzekwowania prawa do kontaktów z dziećmi pan Waldemar był traktowany jak awanturnik, a nowi opiekunowie skarżyli się do sądu że zakłóca im życie. Jak widać, traktowali dzieci Zawadzkich jak swoją własność. W czerwcu 2007 Julian został wysłany na kilka dni na „badania”. W tym czasie Cezary zniknął z ośrodka Kopków i przekazany do adopcji. Chodziło o uniknięcie dramatu rozdzielania braci, którzy był bardzo ze sobą związani.

Od tego czasu Zawadzcy stracili kontakt z małym Czarkiem. Wszelkie próby dowiedzenia się przez rodziców o los ich dziecka były udaremniane. Przypadkiem dowiedzieli się, że sprawa o adopcję Cezarego toczyła się w sądzie w Pruszkowie opisywanym już w Aferach Prawa. Odmówiono im jednak wglądu w akta sądowe, gdyż jak twierdzono, nie byli stroną w sprawie. Próba wznowienia procesu i odzyskania Cezarego nie powiodła się. W obliczu zorganizowanej sitwy urzędniczej, prosty człowiek bez doświadczenia prawniczego i zasobów finansowych, nawet z determinacją pana Waldemara, nie ma szans.

Julian pozostał dalej w rodzinie zastępczej Kopków . Jego kontakty z ojcem były w dalszym ciągu utrudniane. Dopominanie się pana Waldemara o spotkania z synem miało taki skutek, że w lipcu 2008r państwo Kopka zrezygnowali z Juliana i mocą postanowienia „sądu” chłopiec został przeniesiony do Domu Dziecka Sióstr Franciszkanek w Warszawie przy ul. Paprociowej. Jak twierdzi pan Waldemar, z jednego miejsca kaźni do drugiego.

Chłopiec, o którym kiedyś mówiono, że jest towarzyski, łatwo nawiązuje kontakty i uczy się zabaw, stał się osowiały i musiał powtarzać zerówkę. Oczywiście w kwestii kontaktów z rodzicami nic się nie zmieniło. Są one umożliwiane bardzo rzadko i zawsze w niewielkim „pokoju spotkań” w obecności „klawiszy”. Bardzo często pan Waldemar po prostu spotyka się z odmową. Pretekstem jest np. to, że dziecka nie ma w ośrodku, albo że śpi, ale jest zajęte czym innym. Gdy rodzice próbowali porozmawiać z synem przez siatkę Julian był od nich odciągany i mówiono mu żeby z rodzicami nie rozmawiał. Ostatnio wybraliśmy się tam razem. Oczywiście ze spotkania nic nie wyszło. Niejaka siostra Teresa, dosłownie kipiała agresją gdy przedstawiłem się jako dziennikarz i kazała mi się wynosić. Groziła policją i że poskarży się sądowi! Powiedziała, że siostra dyrektor sobie tego nie życzy. Ciekawa była jej reakcja, gdy spytałem ile zarabiają na handlu dziećmi. Powiedziała, że więcej niż przypuszczam. Sama dyrektor, Alicja Bochonko, traktuje chłopca jak swoją własność. W rozmowie telefonicznej oznajmiła, że dziecko zostało jej podarowane. Wyraźnie kontakt z rodzicami jest siostrom nie na rękę i psuje im plany.

Domy dziecka to biznes. To samo dotyczy rodzin zastępczych. Dlatego tak niechętnie widziane są kontakty rodziców z dziećmi. Jest tak szczególnie w przypadkach gdy dzieci zostały odebrane rodzicom siłą i chcą oni koniecznie utrzymać wzajemny kontakt, traktują podopiecznych jak swoją własność, którą otrzymały w podarunku. Utrzymanie związku dzieci z rodzicami stwarza ryzyko, że podopieczni uciekną z placówki do domu a ludzie typu Bochonko czy Kopka stracą źródło dochodu.

Bardzo wątpliwa jest przy tym legalność adopcji z pozbawianiem rodziców prawa do kontaktu z dziećmi. W bardzo podejrzanych okolicznościach państwo Joanna i Waldemar zostali pozbawieni władzy rodzicielskiej.  Orzeczenie Sądu Najwyższego z 7 listopada 2000 r. (sygn. I CKN 1115/2000) jednak oddziela pojęcie władzy rodzicielskiej od praw rodzicielskich. Mówi on wyraźnie, że nawet rodzic pozbawiony władzy rodzicielskiej zachowuje prawo do osobistej styczności z dziećmi. Psychopaci są jednak niezawiśli i uważają że mogą robić co chcą. Człowiek to ich własność i mogą wobec niego wydawać arbitralne decyzje. Jak widać według Sędziego Onisko z Sokołowa Podlaskiego czy sędzi Olgi Bonieckiej z Warszawy Pragi, orzeczenia Sądu Najwyższego nie mają najmniejszego znaczenia.

Zaledwie część pieniędzy, które dostają za Juliana zakonnice, wystarczyłaby żeby istotnie zmienić jakość życia państwa Zawadzkich i rozwiązać ich problemy . Nie chodzi jednak o to by pomóc ludziom, lecz o to żeby kręcił się biznes, bez względu na to, że dzieje się to kosztem niszczenia rodzin. W Warszawie są mieszkania socjalne, ale nie jest tajemnicą, że są one trzymane dla swoich. Nieruchomości to wielki biznes a prawo jest tak ustawione, że kwaterunkowe mieszkania po pewnym czasie lokatorzy wykupują na własność po stosunkowo niewysokiej cenie.  Później oczywiście sprzedają je na wolnym rynku. Do tego trzeba jednak mieć dojścia i układy, na które Zawadzcy nie mają co liczyć.

W tej chwili Sąd dla Warszawy Pragi przygotowuje się o pozbawienia Zawadzkich władzy rodzicielskiej także w stosunku do Juliana. W ten sposób zupełnie legalnie będzie można zabronić rodzicom kontaktu z ich dziećmi i uniknąć ciągłych wizyt niechcianych gości. Biznes będzie kręcił się lepiej bez przeszkód ze strony natarczywych rodziców. 

Oczywiście o całym opisanym bandytyzmie były informowane wszelkie instytucje mające zajmować się przestrzeganiem praworządności, w tym Rzecznik Praw Obywatelskich czy Rzecznik Praw Dziecka. Pan Waldemar pisał też do senatora Romaszewskiego i do władz kościelnych. Wszystko bezskutecznie. 

Bogdan Goczyński 

Linki do artykułów na pokrewne tematy 

Sędziowie oddajcie nam nasze dzieci !!! dramat rodziny Zawadzkich

Zakonnice nie dopuszczają matki do dziecka

Nawet pozbawiony władzy rodzicielskiej rodzic ma prawo do osobistej styczności z dzieckiem.

Rzecznik Praw Obywatelskich czy rzecznik sitwy?

Szansa dla Rzecznika Praw Dziecka.

Senator Romaszewski, legenda Solidarności czy trybik przestępczej machiny RP.  

Polecam sprawy poruszane w działach:
 SĄDY   PROKURATURA  ADWOKATURA
 POLITYKA  PRAWO  INTERWENCJE - sprawy czytelników  

Tematy  w dziale dla inteligentnych:  
ARTYKUŁY - tematy do przemyślenia z cyklu: POLITYKA - PIENIĄDZ - WŁADZA

"AFERY PRAWA" 
 
Niezależne Czasopismo Internetowe www.aferyprawa.com
  redagowane przez dziennikarzy AP i sympatyków z całego świata których celem jest PRAWO, PRAWDA SPRAWIEDLIWOŚĆ DOSTĘP DO INFORMACJI 
ORAZ DOBRO CZŁOWIEKA

    uwagi i wnioski proszę wysyłać na adres: afery@poczta.fm  - Polska
redakcja@aferyprawa.com 
Dziękujemy za przysłane teksty opinie i informacje. 

WSZYSTKICH INFORMUJĘ ŻE WOLNOŚĆ WYPOWIEDZI I SWOBODA WYRAŻANIA SWOICH POGLĄDÓW JEST ZAGWARANTOWANA ART 54 KONSTYTUCJI RZECZYPOSPOLITEJ POLSKIEJ.

zdzichu

Komentarze internautów:

Komentowanie nie jest już możliwe.

~anna
01-06-2010 / 00:00
Co sie stało z Julianem? nadal w placówce??