Imieniny:

AferyPrawa.com

Redaktor Zdzisław Raczkowski ujawnia niekompetencje funkcjonariuszy władzy...
http://Jooble.org
Najczęściej czytane:
Najczęściej komentowane:





Pogoda
Money.pl - Kliknij po więcej
27 października 2021
Źródło: MeteoGroup
Polskie prawo czy polskie prawie! Barwy Bezprawia

opublikowano: 02-11-2011

Kolejny październik i kolejne "wileńskie" rocznice - podpisania (7. X) i "złamania" (9. X) Umowy suwalskiej w 1920 r., ale też podpisania umowy z Sowietami (10. X) i "odzyskania" (28. X) Wilna w 1939 r. W dwudziestoleciu, naznaczonym młodolitewską ideologią walki o Wilno ("Mes be Vilniaus nenurimsim!" - "My bez Wilna nie spoczniemy!"), 9 października obchodzono nawet jako żałobny Dzień Wilna - akademie, sztandary z czarnym kirem itp. Dziś - wydawałoby się - historia odchodząca w niepamięć. Jednakże... pamięć "zdradzieckiej polskiej okupacji" wciąż spędza sen z powiek nie tylko nielicznym już świadkom tamtych "obchodów", ale i środowiskom narodowo-szowinistycznym. Kolejne uroczystości w miejscu pochówku litewskich żołnierzy na wileńskiej Rossie, kolejna konferencja dotycząca wydarzeń sprzed 91. lat...
Przyznam się, że na konferencję, którą "najprzedniejsi synowie i córy narodu litewskiego" postanowili uczcić "Dzień Wilna", wybierałem się bez zapału. Znów ta żółć, "polonizacja", pretensje i oskarżenia - cóż więcej można usłyszeć od popleczników przewodniczącego Związku Narodowców Litwy Gintarasa Songaily? Okazuje się jednak, że pewne sprawy nie odchodzą do historii, zanim nakręcają kapitał polityczny...

Pierwsze, co zaskakuje, to miejsce, w którym odbywa się konferencja: Sejm Litwy, Sala Konstytucyjna... Ta sama, w której odbywają się posiedzenia Polsko-Litewskiego Zgromadzenia Poselskiego, na której za dnia pada wiele gromkich słów o potrzebie nawiązania dialogu, a w godzinach wieczornych trwa spotkanie o wyraźnie antypolskim zabarwieniu. Zresztą, nic dziwnego, skoro organizatorzy "konferencji" należą do koalicji rządzącej...

Na sali (należało się spodziewać) dominują przedstawiciele starszego pokolenia. Jak zaznaczy później jeden z prelegentów, "dzisiaj młodzież już nie ta co kiedyś". Mam się cieszyć czy ubolewać? W oddali widzę sylwetkę "Wodza", może nie najmłodszego, ale w tym gronie odnajduję tylko jedną młodszą osobę - może jakiś polityczny "czeladnik" wpadł, by się zorientować i podbudować wizerunek. A potem już tylko my, ekipa "Wilnoteki" - w takim otoczeniu trudno nie wzbudzić ciekawości. Padają pytania podszyte nadzieją - na wieść o pojawieniu się na sali "wrażych szpiegów" zawrzało niczym w ulu...

Głównym tematem "konferencji okrągłego stołu", jak dumnie nazwano to spotkanie, była 91. rocznica Umowy suwalskiej, jednak głównym tematem wystąpień i referatów było ZŁO czynione przez Polaków i krzywdy wyrządzane Litwinom. Dostało się absolutnie wszystkim. Po godzinie spędzonej w Sali Konstytucyjnej litewskiego parlamentu miałem wrażenie, że Polacy są przyczyną zarówno niepowodzeń litewskich koszykarzy, jak i kryzysu gospodarczego w Europie, a nawet wyginięcia dinozaurów... Główny winowajca - litewscy Polacy i AWPL.

Akcja Wyborcza Akcją Wyborczą, ale co robić z pozostałymi? To złowieszcze pytanie rysowało się na twarzach uczestników konferencji. Jak to co? Zweryfikować ich wiedzę z zakresu języka litewskiego i historii Litwy!

Niektórym uczestnikom "konferencji" nie w smak były powtarzające się oklepane frazesy. Zachęcali, by nazywać rzeczy po imieniu i imać się działań mających położyć kres "dyktatowi" Polaków.
Organizator konferencji, przerażony nastrojami podopiecznych, nie krył, że konferencja nie przebiegała zgodnie z planem. Po zakończeniu spotkania Gintaras Songaila szybko zmierzał ku drzwiom, a zagadnięty przyznał, że wypowiedzi prelegentów dały mu wiele do myślenia.
Tylko jak rozpocząć ten dialog? Przypomniała mi się pani, wykrzykująca o okupantach... Dialog? Z kim? Z panem, który proponuje odebrać obywatelstwo każdemu kto nie wykaże się dostateczną znajomością języka litewskiego i litewskeij historii? Czy też z panią, która w Polakach i wszystkim co polskie widzi największe zło tego świata? Teraz to się nazywa "problemy z komunikacją" - pomyślałem z przekąsem - a poseł, czytając w mych myślach, przerwał niezręczną ciszę.

Zdjęcia: Paweł Dąbrowski
Montaż: Rajmund Rozwadowski
http://wilnoteka.lt/pl/video/ dzien-wilna-czyli-pamiec- polskiej-zdrady - WIDEO - KONIECZNIE

Dario Malinowski, 21 października 2011, 12:46

------------------------------ ------------------------------ ------------------------------ ------------------------------ ------------------------------ ------------------------------ --
Pojawiają się pierwsze konsekwencje wprowadzanej na siłę ustawy "oświatowej'
http://magwil.lt/

PISMO POLAKÓW NA LITWIE

Jego Wysokość SŁOWO
Z tym największy jest ambaras...

"Oto przerabiając „Pana Tadeusza” Adama Mickiewicza na lekcjach polskiego uczniowie dowiadują się, że w Zaścianku Dobrzyńskim mieszkała szlachta o nazwiskach Pac, Obuchowicze, Piotrowscy, Obolewscy, Janowicze, Jabłonowscy, Kupściowie, Mirzejewscy (wym. ‘Mir-zejewscy’, bo prawdopodobnie chodzi o spolszczoną szlachtę pochodzenia tatarskiego). Gdyby im jednak – zgodnie z ujednoliconym programem – wypadło pisać pracę na temat „Ponasa Tadasa”, uczniowie szkół polskich musieliby pamiętać, że w Zaścianku Dobrzyńskim mieszkali Pacasowie, Obuoliauskasowie, Janavičiusowie, Jablonskisowie, Petrauskasowie, Kupstysowie, a Mirzejewskich w ogóle nie było, bo tłumaczom nie udało się tego nazwiska zlitewszczyć."
------------------------------ ------------------------------ ------------------------------ ------------------------------ ------------------------------ ------------------------------ --------
http://magwil.lt/

Wiec protestacyjny przy Sejmie RL Oświata broniona jak twierdza

23 września br. spora część uczniów szkół mniejszości narodowych oraz ich rodziców z Wilna, Wileńszczyzny i Litwy w ogóle (jako że przybyli nawet z Kłajpedy) zaraz po lekcjach wraz z rodzicami stawiła się na placu parkingowym przy Sejmie RL, by dać wyraz niezadowolenia nowelizacją Ustawy o oświacie. Wiec protestu, zorganizowany przez komitety strajkowe szkół i Forum Rodziców Szkół Polskich na Litwie, a wsparty przez Akcję Wyborczą Polaków na Litwie, Związek Polaków na Litwie, Alians Rosjan Litwy, Stowarzyszenie Nauczycieli Szkół Polskich na Litwie „Macierz Szkolna”, Stowarzyszenie Nauczycieli Szkół Rosyjskich oraz Stowarzyszenie Białoruskiej Mowy im. F. Skoryny zgromadził, wedle obliczeń organizatorów, 10-tysięczny tłum. Przybyłym towarzyszyły plakaty po polsku, litewsku, rosyjsku i angielsku, wyrażające stanowcze „nie!” wobec zakusów decydentów oświatowych i nie tylko uszczuplania stanu dotychczasowego edukacyjnego posiadania.

Po odśpiewaniu „Roty” na zaimprowizowaną trybunę zaczęli wchodzić kolejno mówcy. Jako pierwszy uczynił to wicemer samorządu rejonu wileńskiego Jan Gabriel Mincewicz. W emocjonalnym przemówieniu zwrócił się on do „panów nacjonalistów”, apelując o zaprzestanie nagonki na szkoły mniejszości narodowych. Słowa, parafrazujące litewską piosenkę: „Polakami się urodziliśmy, Polakami chcemy być”, zgromadzeni skwitowali gromką owacją.

W identyczny sposób, równoznaczny z pełnią aprobaty, odbierano też przetkane wyraźnym zatroskaniem wystąpienia reprezentujących szkolne komitety strajkowe Ireny Orłowej, Mirosława Szejbaka, Alberta Narwojsza, europarlamentarzysty Waldemara Tomaszewskiego, posłów na Sejm z ramienia AWPL Michała Mackiewicza, Jarosława Narkiewicza i Leonarda Talmonta, prezesa Polskiej Macierzy Szkolnej na Litwie Józefa Kwiatkowskiego. Ów wielogłos protestu powieliły prezes Stowarzyszenia Nauczycieli Szkół Rosyjskich Litwy Ełła Kanaite oraz przewodnicząca Stowarzyszenia Białoruskiej Mowy im. F. Skoryny Maria Matusewicz. Solidarne z przedstawicielami mniejszości były też przewodnicząca Konfederacji Związków Zawodowych Pracowników Oświaty i Nauki RL Ruta Osipavičiute oraz studentka z Druskienik Gintare Pugačiauskaite.

Protestujący nie szczędzili ostrych słów pod adresem bezdusznych urzędników, którzy zignorowali 60 tysięcy podpisów obywateli przeciwnych zmianom ustawy, nie słyszą i nie chcą z nimi rozmawiać. Mnożono ponadto wypowiedzi o kontynuacji walki o swobodne nauczanie w języku ojczystym, o nieujednoliceniu egzaminu maturalnego z języka litewskiego, o zachowaniu wszystkich szkół średnich, o przywróceniu w poczet obowiązkowych egzaminów na maturze sprawdzianu z języka ojczystego, o zwiększeniu finansowania szkół mniejszości narodowych. Postulaty te znalazły zresztą wyraz w podjętej przez uczestników wiecu protestacyjnego rezolucji. Zaznacza ona, że, o ile nie rozpoczną się negocjacje z przedstawicielami mniejszości narodowych i nie uwzględni się ich słusznych żądań, zostanie poparta decyzja rodziców o kontynuowaniu strajku.

Jak można było przypuszczać, reakcja litewskich polityków na tak liczną akcję protestacyjną przy gmachu sejmowym była solidarnie negatywna. Organizatorzy wiecu zostali posądzeni o politykierstwo, o podżeganie do waśni między Litwinami i Polakami, nie brakło bzdurnych domniemań o „ręce Warszawy”. Wszyscy oni byli też zgodni, by strona litewska nie ustąpiła ani w calu wysuwanym postulatom.

Obrona przez nie-Litwinów, czemu zdecydowany ton nadają zamieszkali na Litwie Polacy, prawa do oświaty w dotychczasowej formule zaczyna przypominać obronę twierdzy. Jedno jest pewne: tylko desperacka postawa może być gwarancją powodzenia.

Henryk Mażul

Fot. Paweł Stefanowicz

------------------------------ ------------------------------ ------------------------------ ------------------------------ ------------------------------ ------------------------------ -
http://www.awpl.lt/index.php? option=com_content&view= article&id=236%3Adziennikarce- newsweeka-zabrako- profesjonalnej-argumentacji- pogldow&catid=42%3Aaktualia& Itemid=59&lang=pl
Dziennikarce Newsweek’a zabrakło profesjonalnej argumentacji poglądów

10 października 2011 r. w polskojęzycznym tygodniku „Newsweek” ukazał się artykuł Marii Wiernikowskiej „Polski skansen na Litwie”, odzwierciedlający opinię autorki o Polakach, mieszkających na Litwie. Wprawdzie każdy ma prawo do własnego zdania na poszczególne tematy, jednak w tym wypadku czytelnika może zrażać brak profesjonalnej argumentacji poglądów, wyrażonych w artykule.

Sylwetka Polaka na Litwie jest tu przedstawiona w sposób mało pozytywny – zadufany w sobie, mało inteligentny, wrogo nastawiony do kraju, w którym mieszka. Oskarżany jest o brak lojalności wobec Litwy, w czasie, gdy kraj odzyskiwał niepodległość, twierdząc, że „Polacy głosowali przeciwko niepodległości Litwy”. A przecież, zgodnie z faktami, żaden z polskich posłów nie głosował przeciwko odzyskaniu niepodległości, a wśród sygnatariuszy Aktu Odzyskania Niepodległości Litwy z 1990 roku było trzech Polaków. Z tego wynika, że oskarżenia autorki są całkowicie nieuzasadnione, biorąc pod uwagę też to, iż Polacy wspólnie z Litwinami walczyli o Niepodległość.

Według autorki Polacy na Litwie porozumiewają się głównie po rosyjsku, bo „oglądają rosyjską telewizję, słuchają rosyjskiego radia, (…) w domu rozmawiają po rosyjsku” i są posądzani o to, że nie znają ani języka polskiego, ani litewskiego. Takie oskarżenia są wyssane z palca. Weźmy przykład absolwentów szkół polskich na Litwie – dotąd uzyskują wynik dostawania się na wyższe uczelnie wyższy, niż średnia krajowa, świetnie dają sobie radę na wyższych uczelniach Litwy, gdzie językiem wykładowym jest język litewski, jak również w polskiej uczelni na Litwie (Filia Uniwersytetu Białostockiego w Wilnie), a także w Polsce i uzyskują tam najlepsze wyniki. Znajomość języka rosyjskiego wynika z wielokulturowości społeczeństwa na Litwie, a znajomość języka obcego, również tego znienawidzonego przez autorkę języka rosyjskiego, jest raczej atutem, a nie negatywną cechą litewskich Polaków. Zagadywany przez autorkę po polsku przechodzień na ulicy odpowiedział po rosyjsku, bo prawdopodobnie był Rosjaninem, bo przecież Litwę zamieszkuje również liczna mniejszość etnicznych Rosjan.

Zaskakuje również fakt, jak zawodowa dziennikarka przykład „pastuszka z krową” lekko przenosi na całą społeczność polską na Litwie. Wykorzystała ten przykład do zaatakowania nauczycieli polskich „nienormalnych” szkół, zarzucając im, że „nie chcą, by dzieci znali dobrze język kraju, w którym żyją” i też, że „sami nauczyciele musieliby się dobrze jego nauczyć”. Oskarżając o brak zadbania o dobro uczniów dotkliwie obraża wszystkich nauczycieli polskich szkół, wkładających tyle trudu i serca w swoją pracę. W każdym razie autorka sprawia wrażenie mało zorientowanej w sytuacji polskich szkół na Litwie. Twierdzi, że „polscy nauczyciele nie chcą, by młodzież zdawała litewską maturę”. A przecież wszystkie maturalne egzaminy państwowe są w języku litewskim już od dawna, a nauczyciele dokładają wszelkich starań, by uczeń nie tylko dobrze zrozumiał temat, ale również używał terminologii w języku państwowym. Należałoby więc bliżej poznać zaistniałą sytuację przed wydaniem tak ostrych sądów.

Dziennikarka nie przepuściła też okazji, by dokopać liderowi Polaków na Litwie europosłowi Waldemarowi Tomaszewskiemu. Skrytykowała jego porównanie strajku uczniów szkół polskich na Litwie do strajku we Wrześni, które przytoczył na antenie radia „Znad Wilii”. Chodziło mu przecież o niezmienny mimo upływu ponad 100 lat kontekst walki o prawo do nauki w języku ojczystym a nie o metody represjonowania, stosowane wówczas przez Niemców. Podobnie dziwnie wygląda czepianie się europosła za podanie informacji o wyznaczeniu męża pani Redaktor radia na wiceministra rządu A. Kubiliusa. Informacja ta wielu słuchaczom po prostu przedstawiła subtelności niektórych osobistych sympatii.

Autorka, zaliczając Polaka mieszkającego na Litwie do gorszej, niepełnowartościowej klasy obywateli Litwy i w ogóle nie uważając go za Polaka, głęboko godzi w jego godność. Czy fakt urodzenia poza granicami Polski ma pozbawić Polaka prawa do myślenia, nauki w swoim ojczystym języku? Młodzież polska na Litwie chętnie się uczy również języka państwowego, doskonale zdając sobie sprawę z potrzeby jego znajomości mieszkając w tym kraju, uczy się też i innych języków, wiedząc, że znajomość języków człowieka tylko wzbogaca. Na Litwie mieszka sporo polskiej inteligencji – lekarzy, nauczycieli, prawników, działaczy społecznych – Polaków, którzy w wielkiej mierze przyczyniają się do rozwoju kraju, w którym mieszkają, który uważają za swoją ojczyznę. Pragną oni ładu między narodami, a jednocześnie możliwości zachowania tożsamości narodowej swojej i swoich dzieci. Czyżby z tego powodu mają być gorsi od innych obywateli?

Wspólne cele – jak niegdyś walka przeciwko totalitaryzmowi na Szlaku Bałtyckim, w której udział brali i Litwini, i Polacy – powinny stać się więzią jednoczącą narody. I najprędzej tak będzie, z tym że mocno w tym przeszkadza wzrastający ostatnio na Litwie z łaski konserwatystów Landsbergisa nowy totalitaryzm nacjonalistyczny.

Biuro prasowe AWPL

------------------------------ ------------------------------ ------------------------------ ------------------------------ ------------------------------ ------------------------------ ------------------------------ ------------------------------ -----------
http://www.awpl.lt/index.php? option=com_content&view= article&id=235%3Akto-merda- obiektywizmem-newsweeka-i& catid=42%3Aaktualia&Itemid=59& lang=pl
Kto merda obiektywizmem „Newsweeka”? (I)

Nieprzychylne Polakom litewskie media kwiczą z radości. Sam Jego Wysokość „Newsweek” – w osobie pani redaktor Marii Wiernikowskiej – pochylił się nad (pseudo)polską społecznością Wilna i Wileńszczyzny. Wyprostował się bardzo zdegustowany. I zdziwiony. Tym, że „Litwini mają (do tej społeczności) aż tak anielską cierpliwość”.

Po lekturze artykułu „Polski skansen na Litwie” też się temu dziwię. To znaczy – tej litewskiej do Polaków cierpliwości. Toż to wyprane z dawnych przedwojennych polskich elit kołtuństwo, ciemnogród i cepelia w czystej postaci. Za Sowieta byli to przynajmniej „chłopi w kołchozach, kierowcy taksówek i szatniarze”, dziś – to zamknięci „we własnym kręgu” zataczający się menele. Rozpita, w dodatku ruskojęzyczna, prymitywna dzicz. Wredna jak sto szatanów. Z czystego sadyzmu drażni Litwinów dębem Piłsudskiego w Zułowie, „językiem niezgody” na dwujęzycznych tablicach oraz „wojskowymi piosenkami z międzywojnia i patriotyczymi hymnami” nadawanymi w niedzielne poranki w emitowanym przez Radio „Znad Wilii” „Magazynie kombatanta”.

To starsi. Dzieci nie lepsze. Choć uczęszczają do (pseudo)polskich szkół, to „w domach oglądają rosyjską telewizję”. Z takiego nasienia wyrastają nastolatki-mankurci. Pozbawieni szans na społeczny awans w ogóle nie wiedzą, w jakim świecie żyją, chadzają więc za krowimi ogonami. Pani redaktor jednego takiego tępaka, który wlókł się „za krowiną na łańcuchu”, nawet zaczepiła. Co prawda nie był pijany jak bela, a i po polsku „zaciongał” pięknie, a nawet wiedział, że chodzi do XI klasy, ale kiedy matura – już nie. „A czego chciała od odmóżdżonego przez polską szkołę oszołoma?” – pytam się autorkę wzorem jej zaciongającego rozmówcy.

Czuć, że dziennikarce nawet „pastuszka” żal, ale co poczniesz, skoro to właśni rodzice uczynili mu taką krzywdę posyłając do polskiej szkoły. Mądrzy rodzice oddają pociechy do „normalnych”, znaczy się litewskich szkół, jak to czynią „wielkopolskie” żony litewskich chłopaków. Czyli dziewczyny z Polski, na które „tutejsi krzywo patrzą, bo chciały Litwinów”. A przecież one jedyne mają „pomysł na polskie szkoły na Litwie”. Zamiast jeszcze istniejącego systemu polskojęzycznej oświaty proponują ciemnocie polską szkółkę sobotnią, którą już nawet prowadzą. Ale nikt się z tymi mądrymi kobietami nie liczy. Pani redaktor konstatuje, że to dlatego, iż nie żebrzą w Polsce o pomoc, jak to robią „wszystkie inne polskie szkoły zaopatrzone i wyposażone pod sufit”. Ja obawiam się, że jest inaczej. Na Wileńszczyźnie nikt nie rozumie, czego te damy od nas chamów chcą. „Oni żesz, paniczka, mówią po wielkopolskiemu, a my zaciongamy po wilenskiemu... Gdzie nam ich rozumieć?”.

Okazuje się bowiem, że na Litwie, poza wielkopolskimi żonami, piękną polszczyzną mówi tylko „pierwszy prezydent Litwy” Vytautas Landsbergis. Bo tylko on zachwycił autorkę ciętą ripostą: „solecznicki ogon merda warszawskim psem”. Na Wileńszczyźnie nic się pani redaktor nie spodobało. Ani „mizerny pomnik Mickiewicza” w Solecznikach, ani „tłumaczone na polski z błędami podręczniki”, ani polskie zespoły pieśni i tańca, których nie miała okazji oglądać, ale to i dobrze, bo jak objaśnił jej pewien profesor, „Wileńszczyzna nigdy nie miała swojego ludowego stroju”. Dziennikarka zapamiętale kopie w jedną tylko bramkę. Nie dostrzegła najdrobniejszego argumentu uzasadniającego trwanie Polaków z Wileńszczyzny przy ich polskości, nie wypatrzyła w nas najmizerniejszej sympatycznej cechy. I przez to przesadziła. Jesteśmy w jej reportażu tak prymitywni, nieokrzesani i dzicy, że aż niewiarygodni. Gdybyśmy odpowiadali powyższym opisom, powinnibyśmy panią Wiernikowską jeszcze oskalpować i pożreć. A skoro uszła z Wileńszczyzny z nienaruszoną koafiurą i cało, to coś tu nie gra. Obawiam się, że ktoś mocno zamerdał jej obiektywizmem, a co za tym idzie obiektywizmem całego „Newsweeka”. Dla mnie tygodnik sięgnął bruku.

------------------------------ ------------------------------ ------------------------------ ------------------------------ ------------------------------ ------------------------------ ------

Federacja Organizacji Kresowych

REGON: 011060887 nr KRS: 0000276771

Siedziba: Adres do korespondencji

Krakowskie Przedmieście 64 dr Tomir Sołtan

00-322 Warszawa ul. Żwirki i Wigury 57 m 8, 02-091 Warszawa

www.fok.com.pl


Sygnatura pisma: REM -1 Warszawa, 20 października 2011 r.

Szanowny Pan

Ryszard Bańkowicz

Przewodniczący Rady Etyki Mediów

Zwracamy się do Państwa z prośbą o ocenę postawy Pani Marii Wiernikowskiej, która w „Newsweeku” z 10-16 października 2011 roku opublikowała artykuł „Polski skansen na Litwie”. Pomijamy tu jego skrajnie jednostronnie wrogą Polakom na Litwie tonację. To kwestia do polemik oraz oceny uczciwości autorki artykułu i wiarygodności pisma, które artykuł zamieściło.

Nie możemy jednak przejść do porządku dziennego nad tym, że Pani Maria Wiercińska, w swoim artykule nie cofa się przed ewidentnymi kłamstwami.

Opisując postawę litewskich Polaków w okresie odzyskiwania przez Litwę niepodległości Dziennikarka pisze: „Polscy posłowie w większości głosowali przeciwko niepodległości Litwy (…)”. To kłamstwo. W litewskiej Radzie Najwyższej zasiadało wtedy dziewięciu polskich posłów. Deklarację niepodległości Litwy („Akt Republiki Litewskiej o przywróceniu niepodległego Państwa Litewskiego”) poparło trzech Polaków (Zbigniew Balcewicz, Medard Czobot i Czesław Okińczyc) pozostałych sześciu (Walentyna Subocz, Stanisław Akanowicz, Leon Jankielewicz, Ryszard Maciejkianiec, Stanisław Pieszko, Edward Tomaszewicz) wstrzymało się od głosu. Żaden nie głosował przeciw.

Co więcej, opisując – jako naoczny świadek nadający „korespondencje spod biurka jakiegoś gabinetu, gdzie jeszcze działał telefon” - sytuację ze stycznia 1991 r., kiedy to sowieckie czołgi przeprowadziły rajd na Wilno, masakrując mieszkańców broniących wieży telewizyjnej (14 cywilnych ofiar śmiertelnych) Pani Redaktor Wiernikowska przeciwstawia litewski opór (posłowie heroicznie trwający na posterunku w parlamencie oraz cywilni obrońcy parlamentu kopiący wokół budynku rowy) polskiej kolaboracji (spędzeni z kołchozów Polacy manifestujący na sąsiednim placu pod sowieckimi czerwonymi sztandarami). To obraz totalnie zmanipulowany.

Nie ma w nim:

- ani polskich posłów trwających razem z posłami litewskimi w zagrożonym, i chronionym przez ludność cywilną, parlamencie;

- ani posła Ryszarda Maciejkiańca odczytującego w imieniu Frakcji Polskiej w Radzie Najwyższej Litwy (polskiego koła skupiającego ośmiu posłów) „Odezwę do Rodaków i wszystkich mieszkańców Litwy” podkreślającą, że „żyliśmy i będziemy żyć razem z narodem litewskim”, z którym łączyła nas „i będzie łączyć – niechęć do dyktatu z pozycji siły, wspólne dążenie do wolności, demokracji i niepodległości”;

- ani Polaków trwających nie na sąsiednim placu, a wśród obrońców parlamentu pod biało-czerwonymi, a nie czerwonymi, sztandarami;

- ani Jana Sienkiewicza, prezesa Związku Polaków na Litwie, odczytującego odezwę do Rodaków głoszącą: „będziemy nadal konsekwentnie czynili wszystko od nas zależne, by Republika Litewska była państwem autentycznie niepodległym i demokratycznym (…) stanowczo protestujemy przeciwko zbrojnej ingerencji na Litwie, potępiamy akty przemocy i wandalizmu. Naszym moralnym, patriotycznym obowiązkiem jest solidarność z narodem litewskim (…)”.

Naszym zdaniem taki sposób uprawiana dziennikarstwa narusza etyczne standardy tego zawodu.

Oczekujemy stosownej reakcji Rady Etyki Mediów.

Z poważaniem

PREZYDIUM RADY NACZELNEJ FEDERACJI ORGANIZACJI KRESOWYCH

WICEPRZEWODNICZĄCY PRZEWODNICZĄCY

ADAM CHAJEWSKI TOMIR SOŁTAN

Do wiadomości:

Zespół Ochrony Praw Człowieka

Polska prasa na Litwie

Polska Agencja Prasowa

------------------------------ ------------------------------ ------------------------------ ------------------------------ ------------------------------ ------------------------------ --

http://wilnoteka.lt/pl/ artykul/wsrod-serdecznych- przyjaciol-psy-zajaczka-zjadly

Wśród serdecznych przyjaciół psy zajączka zjadły

Litwini przez jeden dzień mieli nową bohaterkę narodową. Polkę. Jej heroizm opisywały wszystkie litewskie media. Cytowano, powielano. O autorce zaraz zapomniano, ale że Polska się ocknęła – powtarzano przez kolejny tydzień. Maria Wiernikowska i jej dzieło pod gromkim tytułem „Polski skansen na Litwie” to odpowiedź na zapotrzebowanie litewskiej racji stanu, urażone ambicje własne, a może silenie się na oryginalność. Jakiekolwiek były tego powody, od dziennikarki takiej rangi oczekiwałabym więcej. Przede wszystkim rzetelności. Pani Wiernikowska może widzieć, co chce i jak chce. To jej prawo. Miała pecha, nie spotkała prawdziwych Polaków, nie udało jej się (albo nie chciała) z nimi porozmawiać, wysłuchać ich racji. Widziała, co widziała. Socjologiczny obraz całych Solecznik zbudowała na podstawie jednego wypadu do sklepu po bułki.
Na Wileńszczyznę często przyjeżdżają wszystkowiedzący rodacy z Polski. „Koroniarze” – mówi się o nich z przekąsem. Wpadają na jeden dzień i gromko pouczają, że na przykład polskie dzieci powinny się uczyć w szkołach litewskich, normalnych - jak określa Maria Wiernikowska, a polskiego wystarczy się uczyć w szkółkach sobotnio-niedzielnych, bo ktoś taką jedną w Wilnie stworzył. Jak nie znajdują posłuchu te przemądrzałe racje, ich autorzy czują się mocno urażeni. Nic dziwnego. Jednak rzetelność w przedstawianiu faktów dziennikarza obowiązuje. A tego w artykule „Polski skansen na Litwie” zdecydowanie i najbardziej zabrakło. W każdym akapicie. Poczynając od dziwnie nonszalanckiej interpretacji wydarzeń historycznych z lat 20., czyli jakże drażliwej na Litwie i w Polsce kwestii inkorporacji Wilna, po równie swobodne przedstawienie faktów z lat 90. i późniejszych.

Polscy posłowie w litewskiej Radzie Najwyższej, jak insynuuje autorka artykułu, nie głosowali przeciw niepodległości Litwy. Wstrzymali się od głosowania. To, wbrew pozorom, bardzo istotny szczegół. Trzech z jedenastu polskich posłów głosowało za niepodległością, dziewięciu wstrzymało się od głosu. Zaraz po głosowaniu Vytautas Landsbergis podziękował im słowami, że Litwa bardzo ceni fakt wstrzymania się od deklaracji na „nie“.

Ówczesne wątpliwości były i będą długo wypominane litewskim Polakom. Kwestia autonomii na Litwie będzie często powracała, ale bumerangiem wróciła teraz. Dziś już podobno nie tylko litewscy Polacy marzą o autonomii, a cała Polska wręcz czycha na malutką Litwę. A Żeligowski zmartwychwstał w Sikorskim. Litewscy autorzy pomysłu pewnie się cieszą ze swego kawału. I z celności strzału. Litwini uwierzyli – teraz wystarczy tylko podkręcać śrubę. I podkręcają.

Przykro mi z powodu ówczesnych wątpliwości moich Rodaków. Części Rodaków. Jak twierdzi sygnatariusz aktu niepodległości Litwy Czesław Okińczyc, zabrakło „trafności spojrzenia“. Cóż, niektórzy czuli się oszukani, odrzuceni, wyobcowani. Nie mieli zaufania. To był czas wielkich niejasności. Rozpadał się Związek Sowiecki, nie każdy był w stanie to zrozumieć. Razem z rówieśnikami, jako przyszła maturzystka, przeżywałam w roku 1990 ogrom emocji. Euforię, radość, ale też, co tu kryć, niepewność i strach. Bo właśnie wtedy uwolniony z więzów litewski nacjonalizm ujawnił się w całej krasie. Wpadał w skrajny szowinizm. To hasła: Rosjanie na Sybir, Polacy - do gazu. Dramatyczne chwile w domu, kiedy ojca z hukiem wyrzucono z pracy, bo... był Polakiem. Uzasadnienie: brak znajomości języka litewskiego. Języka, który był na marginesie oficjalnego życia, w szkole uczono go na prawach... języka obcego. Nawet Litwini mieli problem z językiem litewskim, ale w pewnym momencie litewskość w paszporcie usprawiedliwiała wszystko, niegodziwości też. To rozpaczliwy obraz, kiedy cios powala niezłomnego i żywotnego człowieka. I jednoczesne zaskoczenie, że ojciec do końca życia był wielkim rzecznikiem niepodległości Litwy. Zawsze mi to ogromnie imponowało.
Podobnych dramatów w domach Polaków na Litwie było dużo więcej. I tyleż dylematów. Ale dylematy skończyły się natychmiast. Z chwilą pojawienia się w Wilnie sowieckich czołgów. 13 stycznia pod Sejmem i wieżą telewizyjną byli Polacy. W Gdańsku opuszczałam kolejne zajęcia na uczelni, rozpaczliwie biegając od jednego telefonu do drugiego, próbując się dodzwonić do najbliższych w Wilnie. Wszystkie telefony milczały. Urywkowa informacja, że mój chłopak w Wilnie jest TAM. Skończyło się szczęśliwie, ale szczegóły poznałam dużo później. Wtedy nie interesowało mnie, jakie flagi powiewają w tłumie pod Sejmem. Mogło to też nie interesować pani Wiernikowskiej, ale zarejestrowały je kamery. Były tam flagi biało-czerwone, byli tam Polacy. O tym też zawsze z przejęciem i wszelkimi szczegółami opowiada mój kolega, najbliższy współpracownik. Był tam ze swoimi rodzicami. Nasi poprzednicy z polskiej redakcji w Telewizji Litewskiej pracowali ramię w ramię z innymi redakcjami, razem nadawali komunikaty, razem opuszczali budynek. Dziś mam wiele, wciąż bardzo żywych, polskich świadectw tamtych dni, ale kogo to interesuje?
Tylko dlatego, że wśród trzynastu ofiar 13 stycznia nie było ani jednego Polaka, dziś zarzuca się i oskarża litewskich Polaków, że nie brali udziału?

Najczęściej to środowiska inteligenckie przewodzą takim ruchom, tak było również na Litwie. Tyle że środowiskom Sajudisu wcale nie zależało na wciągnięciu do wspólnej sprawy Polaków. Co gorsza, i dziś nie zależy. Ci ludzie znów są dzisiaj u szczytu władzy i powtarzamy od nowa ten sam scenariusz, tylko w innej scenerii.
Jakże rozpaczliwe są dylematy ówczesnego polskiego delegata do Rady Najwyższej, który wstrzymał się od głosu za niepodległością Litwy. Stanisław Pieszko twierdzi, że dylematy powróciły. Bo jakie są obecne działania litewskich władz, które jak wtedy, odrzucają dialog z mniejszościami i nie chcą akceptować mniejszości w społeczeństwie. Przypinają łatkę rzekomych wrogów państwa i nielojalnych obywateli, co niejako tłumaczy i usprawiedliwia przymusową i bezdyskusyjną ich asymilację.

W latach 90. Polakom zabrakło wizji, wizjonerstwa i liderów, by umiejętnie zgrać i ukierunkować cały ten bardzo spontaniczny ruch wolnościowy litewskich Polaków.
Racją jest, że po II wojnie światowej, po sowieckich czystkach i repatriacjach na Wileńszczyźnie zostali „chłopi, kierowcy taksówek i szatniarze“. Była garstka lekarzy, inżynierów, trochę więcej nauczycieli. Najczęściej po Syberii. W latach 70. najwyższy pułap polskiej inteligencji na Litwie reprezentowali nauczyciele. Ale nawet ci „chłopi, kierowcy taksówek i szatniarze“ utrzymali i scementowali społeczność, zbudowali system szkół, powołali kilkanaście dziecięcych zespołów artystycznych z flagową już „Wilią“ – „strumieni rodzicą“, kilka mediów, i chyba trudno uwierzyć, że wszystko to wspaniałomyślnie dał nam w darze albo za nas stworzył „wspaniały“ Związek Sowiecki, a później ów dar pomnożyła Litwa. Dzisiaj Polacy na Litwie pozostają jedyną społecznością na terenach byłego Związku Sowieckiego z bardzo silnym żywiołem polskim. Trzeba nie mieć za grosz szacunku dla ludzi i historii, by nie zauważyć owego samozaparcia i determinacji „chłopów, kierowców taksówek i szatniarzy“, którzy stawali na głowie i bardzo często ryzykowali głową, aby jakoś (!) tę polskość utrzymać.
Tak, jeszcze na początku lat 90. Polacy pod względem wykształcenia byli na przedostatnim miejscu na Litwie. Przed Cyganami. Ale chyba z żadnym narodem (poza Żydami) los tak okrutnie się nie obszedł na Wileńszczyżnie jak z Polakami. Czy tylko na Wileńszczyźnie? Nadrobić braki okrutnie przetrzebionej inteligencji nie jest łatwo. Potrzeba lat, dziesiątków lat. Powoli się to zmienia. Zaledwie w tym roku do Stowarzyszenia Naukowców Polaków na Litwie dołączyło siedmiu nowych członków. Niewielu, ale dużo więcej niż wcześniej. Ci ludzie pracują w środowiskach litewskich, doktoraty bronili często na Litwie. O jakimże więc „zamykaniu się we własnym kręgu“ mowa?

85-90 procent maturzystów polskich szkół dostaje się na studia wyższe – z dumą ogłasza Stowarzyszenie Nauczycieli Szkół Polskich „Polska Macierz Szkolna na Litwie“. Studiuje tylko 50 procent polskiej młodzieży – mówił litewski wiceminister oświaty, usprawiedliwiając kardynalne zmiany w polskiej oświacie. O co chodzi? Polskie statystyki uwzględniają wszystkie podejmowane przez młodzież studia, a litewskie statystyki kierują się liczbą Polaków studiujących na Litwie. Tak, ponad 50 procent uczniów polskich szkół studiuje na Litwie, 20 procent – w Polsce, kolejne 20 procent – wyjeżdża na studia za granicę. Ten ostatni odsetek będzie znacznie wzrastał – studia na Litwie stają się tak kosztowne, że młodzież zamiast uniwersytetów litewskich woli brytyjskie czy irlandzkie koledże. Ale nawet jeśli połowa polskich abiturientów studiuje na Litwie i, co ważne, dostaje się na studia na Litwie, to o jakim zamykaniu się w skansenie i jakiej niechęci do języka litewskiego można tu mówić? Nie znam ani jednej polskiej rodziny na Litwie, która kwestionowałaby potrzebę nauki języka litewskiego. Trzeba być niespełna rozumu, by odrzucać język kraju, w którym dane było się urodzić i żyć.

Ale dzisiaj nauka języka litewskiego to jak nowa religia. Nikt już nie dyskutuje nad trącącymi myszką lub przestarzałymi (ogólnolitewskimi) programami fizyki czy matematyki albo niedoskonałą znajomością języków obcych. Ba, w szkole polskiej nauka angielskiego musi ustąpić nauce litewskiego. We wcześniejszych klasach mojej 13-letniej córki rodzice w ramach zajęć fakultatywnych decydowali się na matematykę i język angielski, dziś wyłącznie na litewski. „Co z polskim?” – to pytanie pomijane jest smutnym milczeniem. Gwałtownie zwiększono w programie szkolnym liczbę godzin nauki litewskiego, w niektórych klasach kosztem wychowania fizycznego lub zajęć plastycznych. Szkoły, zatrudniając rzesze nowych lituanistów, nie są w stanie zapewnić uczniom zajęć dodatkowych, tak lubianych, bo wybieranych przez samych uczniów. Codziennie po kilka lekcji litewskiego, w domu do poduszki i rano język litewski, a tu jeszcze znajomi o północy dzwonią, czy nie mam „Pana Tadeusza” po litewsku, bo lituanistka nakazała, bo program przewiduje. Ósmoklasiści przez półtora miesiąca debatują nad różnicą dauninkai czy dauninkai (żmudzki czy auksztocki akcent wymowy). Przerażenie ogarnia uczniów I klasy gimnazjalnej, którzy w ciągu dwóch lat muszą się przestawić na język litewski jako język ojczysty i nadrobić braki lektur. Dwadzieścia cztery utwory piętnastu litewskich autorów, bo w wypracowaniu maturalnym nawet marny autor literatury litewskiej będzie punktowany wyżej niż na przykład znajomość Szymborskiej, co z tego, że noblistki. Jeśli uczeń nie zna dostatecznie na egzaminie danego autora litewskiego, nie pomoże mu i pięćdziesięciu noblistów. Obleje. Zakładam się, że wielu pomyśli: Ale zmyśla.
Wszystko się jednak sprowadza do oskarżenia: „Polacy nie chcą się uczyć litewskiego”.

Na trzecim posiedzeniu polsko-litewskiej międzyrządowej komisji do spraw oświaty litewski wiceminister przekonywał, że strona polska źle interpretuje zapisy ustawy. Minister lansuje tezę, że nie ma bezwzględnego obowiązku dwujęzycznego nauczania historii, geografii i wiedzy o społeczeństwie, bo ustawa – jak twierdzi – ma charakter wyłącznie zalecenia (sic!). Cóż więc robią komisje (tegoż ministerstwa) wizytujące szkoły rejonu wileńskiego i solecznickiego w celu sprawdzenia, czy wymagane przedmioty są nauczane po litewsku. Gdyby chociaż sprawdzały jakość nauczanego przedmiotu, ale nie, sprawdzają wyłącznie język nauczania. Jeden z ostatnich litewskich głosów brzmi: Może warto w polskich szkołach uczyć terminów i pojęć po litewsku. Ależ! Tak się dzieje od niepamiętnych czasów, przecież ta młodzież zdaje maturę na Litwie i głównie na litewskie udaje się studia. Niedawno grzmiał w moim telefonie znajomy litewski dziennikarz, że nieprzestrzeganie ustawy jest poważnym naruszeniem administracyjnym, podlega sądowi i karze. Istna schizofrenia. Dziwimy się później, że ostatnio młodzież albo całkowicie odrzuca język polski, albo litewski. Albo oba, bo ich marzeniem staje się jak najszybsza ucieczka z Litwy. Podczas rozmowy z prawie stu uczniami II klas gimnazjalnych jednej z wileńskiej szkół około 80 procent nich zadeklarowało chęć jak najszybszego wyjazdu z Litwy. Powód podawali jeden: nie widzą na Litwie żadnej szansy dla siebie i dla przyszłości Polaka na Litwie. Czy o to chodziło autorom nowej ustawy?
Pijacy mogą sobie nadal siedzieć pod sklepem, ważne, by mówili po litewsku. Bezbłędnie.

Konstatując fakt, że „... Polacy mają coraz mniejsze szanse na awans społeczny“, autorka artykułu jakoś nie wytłumaczyła, dlaczego „jeżdżąc od 20 lat na Litwę“, nie zechciała zauważyć, jak tej możliwości awansu Polacy byli systematycznie i systemowo pozbawiani. Poprzez rabunek ziemi. Kiedyś ziemię na Litwie zabierali Sowieci, pod kołchozy. W latach 90. wolna Litwa zadeklarowała, że ziemię zwróci. Zwróciła, ale nie wszystkim. Wymyśliła prawo przenoszenia ziemi. Już sami Litwini ocenili, że Nagroda Nobla należy się twórcy „przenoszenia nieruchomości“. Właściciel działki pod Szawlami czy Poniewieżem mógł bez problemu uzyskać posesję pod Wilnem. W ten sposób Polakom po raz kolejny zagrabiono ziemię. Odsyłanie od Annasza do Kajfasza trwało latami. Nierzadko ocierało się o sądy. Ale i to niewiele dało. Pod cichym hasłem „rozrzedźmy polski żywioł na Wileńszczyźnie“ rozdawano ziemie należne litewskim Polakom. Wszyscy na tym zyskali. Poza Polakami. Ustawę o zwrocie ziemi zmieniano, nowelizowano, udoskonalano ponad sto osiemdziesiąt razy, więc wszyscy się pogublili, co można, a czego nie. To problem całej Litwy, dramatów i pod Szawlami nie brakowało. Ale tu było większe przyzwolenie i opór materii mniejszy. Pod płaszczykiem rozrzedzania polskiego żywiołu na Wileńszczyźnie powstały ogromne fortuny, ale i centra mafijne. Centymetr ziemi w Wilnie i okolicach kosztuje tysiące euro, metr – zabraknie cyfr. Tak oto w ciągu dwudziestu lat należne Polakom ziemie rozpływały w rękach innych, w siną dal odpływały jednocześnie marzenia o ich awansie społecznym i finansowym. Jako jeden z pierwszych z przysługującego prawa przenoszenia ziemi skorzystał Vytautas Lansbergis. W Wilnie wiedzą wszyscy, gdzie jest ogromna połać ziemi „ojca litewskiego odrodzenia narodowego“ i jego żony. Pięć kilometrów poza granicami Wilna, na ziemiach, o które ubiegali się Polacy. Landsbergis „przeniósł“ swoją ziemię z Kowna. Był jednym z pierwszych, a potem ciągnęły już tłumy. Jakże łatwo było Lansdbergisowi w 2007 roku przed wyborami samorządowymi nawoływać Litwinów do odebrania Polakom władzy na Wileńszczyźnie. Wtedy się nie udało, bo ktoś jeszcze nie miał meldunku, ktoś inny nie słuchał Landsbergisa. Ale uda się, już niedługo.
Polacy zawsze słyszeli: „Proszę czekać“. Czekali i doczekali: „Ziemi nie ma“. Mogą litewskie władze mówić cokolwiek, że to normalne, że charakterystyczne dla dużych miast, że nie ma żadnych podtekstów narodowościowych i nie dotyczy wyłącznie Palaków, ale fakty są nieubłagane: zwrot ziemi na całej Litwie zrealizowano w 98 procentach, w Wilnie tylko niecałe 20 procent uzyskało ziemię, w rejonie wileńskim i solecznickim ten odsetek jest wyższy, ale jeśli sprawdzić, jaki odsetek należnej ziemi odzyskali ci ludzie i w jaki sposób, to już nie będzie tak wesoło. Kiedy jako współpracownicy polskiej telewizji publicznej próbowaliśmy zainteresować naszych zwierzchników sprawą zwrotu ziemi, najczęściej słyszeliśmy odpowiedzi, że chyba przesadzamy, że to niemożliwe, nikt o tym nie pisze, mało kto mówi, więc chyba nie aż tak istotne, albo że nie możemy drażnić Litwinów, nie możemy psuć stosunków polsko-litewskich. Więc nie psuliśmy. Same się zepsuły. A naprawić szkód w zwrocie ziemi już się nie da. Kryzys, sprawę przyszło zakończyć. Na użytek najbardziej zdeterminowanych uaktywniono hasło: „grabieżca Polak, co to nie o własnym kraju myśli, o rozwoju miasta, a tylko o swojej korzyści osobistej“. Takie hasła padały z ust mera Wilna Arturasa Zuokasa, a spodobały się wielu litewskim prominentom. W to wpisuje się oburzenie pani Wiernikowskiej, że na antenie Radia „Znad Wilii“ roztrząsane są problemy odzyskiwania ziemi. I jak zawsze chwytliwy w Polsce straszak, „gdyby wrocławscy czy opolscy Niemcy nam to zafundowali“. Obywatele kraju ubiegają się o zwrot ziemi, którą kiedyś im zagrabiono, a która teraz przysługuje im na mocy prawa tegoż kraju. Jedni odzyskują, a drudzy - nie. Spróbowalibyśmy to zafundować wrocławskim czy opolskim Niemcom... I trzeba mieć naprawdę anielską cierpliwość, żeby strawić takie brednie pisane przez rzekomo poważną i poważaną dziennikarkę.

W Solecznikach dziennikarka widziała tylko pijaków. Jak nieopodal, na Białorusi. Można pomyśleć, że Litwa to kraj miodem i mlekiem ociekający, a tylko Polacy w Solecznikach przynoszą mu ujmę. Soleczniki dziś są odzwierciedleniem ogólnej sytuacji na Litwie, totalnego kryzysu, zwiększonego pijaństwa i pogrążającej się frustracji obywateli. W Solecznikach frustracji spotęgowanej nieustannymi atakami z Wilna. Czasem też z Polski. Litwini biją za polskość i rzekomą polonizację, Polacy – jak się okazuje – za brak polskości i rusyfikację.

Kiedy przed paru laty białostocki IPN miał przeprowadzić dla uczniów polskich szkół odczyty o wydarzeniach 17 września 1939 roku, sprawa zakończyła się skandalem dyplomatycznym, wręczeniem czy niemal wręczeniem noty dyplomatycznej polskiemu ambasadorowi. Z zarzutem wtrącania się Polski w wewnętrzne sprawy Litwy i edukację litewskich obywateli, nieważne, że polskiej narodowości. Warszaty przyszło odwołać. Zaskoczyła mnie wtedy euforia w Polsce, że dobrze, dostał IPN. Wtedy dowiedziałam się o kontrowersjach wokół tej instytucji. Ale byłam na jednym z odczytów i akurat te urzekły mnie. Żadnej polityki, wiele treściwej informacji w dobrym opakowaniu. Jakże potrzebnej młodym Polakom na Litwie. A i samym Litwinom. W podręcznikach historii jest tylko jedno jedyne zdanie o sytuacji wejścia na Litwę wojsk radzieckich (klasa 10). Jednak Maria Wiernikowska zauważa błędy językowe w tłumaczeniu podręcznika, a zupełnie jej nie przeszkadzają niedociągnięcia merytoryczne (np. manipulacje w określeniu stanu narodowościowego mieszkańców Wilnie przed wojną i to, że jej własny kraj w tychże podręcznikach jest określany jako okupant).

Tegoż 17 wieczorem, przełączając kanały różnych telewizji, natknęłam się na dwie dyskusje studyjne w Telewizji Rosyjskiej. Też było między innymi o napaści 17 września. Wyzwoleniu – jak oczywiście podano. Słuchali wszyscy, ale nie towarzyszyły temu noty dyplomatyczne i zaperzanie się.

Kiedy 2 maja br. weszłam do Telewizji Litewskiej i wpadłam do pokoju znajomej Litwinki, która akurat miała dyżur w niedzielę, zdziwiłam się jej ekscytacją jakimś rosyjskim talk-show na rosyjskim kanale. Moje pytanie o beatyfikację Jana Pawła II skwitowała wymownym spojrzeniem, na co odpowiedziałam, że tylko pytałam, czy wie. Kiedyś Litwini oglądali polską telewizję, była ich oknem na świat, dziś oglądają rosyjskie - jest ich całym światem. Sieci kablowe w pakiecie minimum proponują do dwudziestu kanałów rosyjskich i rosyjskojęzycznych. Przy dwóch polskich i to niszowych. To rosyjskie media na powrót przejęły na Litwie rząd dusz. Polskich dusz także. W Solecznikach dla odmiany zechciano obejrzeć polski program. Ale jak? TVP wycofała się stamtąd w roku 1993. Prawa autorskie itd. Jest TV Polonia, ale ostatnio i ona odwraca się od Polaków, dziwne, bo od jednej z najbardziej wiernych widowni.
W litewskich kioskach ponad połowa prasy to tytuły rosyjskie albo rosyjskojęzyczne. W sieciach handlowych płyty z rosyjskimi filmami czy produkcjami światowymi po rosyjsku - za grosze. Nikomu to nie przeszkadza. Dzisiaj rosyjskość i prorosyjskość stała się cool, czego nie da się powiedzieć o polskości i propolskości. Co musiała zrobić Rosja, żeby tak diametralnie zmienić nastawienie litewskich obywateli do siebie? Systematycznie, przez dwadzieścia lat. Głównie inwestowała w promocję swojego otwartego, wesołego, przyjaznego, ciepłego kraju i wspaniałej kultury. Nie zawsze tej wysokiej, lepiej - popkultury. Książki, gazety, telewizje, radia, koncerty gwiazd, własne dla Litwy okienko w sztandarowej telewizji ORT. A my za informacje o „osiągnięciach polskich sportowców” i polskim doposażeniu bojowym (a propos kraju NATO i UE) mamy się korzyć i podziwiać anielską cierpliwość Litwinów. Efekty są oczywiste. Badania opinii publicznej przeprowadzone w 1996 roku wykazywały, że z sąsiadujących krajów Litwini najbardziej nie lubią Rosji i Rosjan – prawie 80 procent, Polacy byli dalej – obdarzani 30-procentową niechęcią. Dziś te wskaźniki są zupełnie inne, Rosjanom nie ufa 40 procent mieszkańców Litwy, ale 75 procent nie sympatyzuje z Polakami.

Można i trzeba narzekać na cepeliadę, ale jak i gdzie litewscy Polacy mają się żywić współczesną kulturą polską. Jeśli już, to paradoksalnie - bardziej właśnie w Solecznikach, bo tam widać wyjątkowe starania.

Swoje dzieci też zapisałam do dziecięcego zespołu „Świtezianka”. Niedługo obchodzi 40-lecie istnienia. Też w nim kiedyś byłam. Kiedyś ja się krzywiłam, moje dzieci też się krzywiły, nawet bardziej. Ale tańczą, nawet im się zaczyna podobać. Stroje, występy, wspaniała atmosfera. Że na ludowo - trochę im nieswojo, jednak kiedyś na rodzinnym spotkaniu wielce się zdziwiły: „Skąd znacie tyle polskich piosenek?” – pytały. ”Świtezianka, dziecko”. Czy Polacy na Litwie mieliby teraz zamknąć te wszystkie zespoły, teatry, bo Polsce trąci to myszką i wydaje się „obciachowe”? Co w zamian? Pustka. Może lepiej unowocześnić, pozwolić na nowości, a nie kpić. Przecież to dla chętnych, a nie za karę. Do wileńskich amatorskich teatrów przychodzi młodzież. Czegoś poszukują. A w Solecznikach narodziła się Polska Akademia Teatru Niezależnego. Maria Wiernikowska pewnie by się skrzywiła, a panie z teatru w Sopocie podobno strasznie lubią te dziewczyny z Solecznik i od dwóch lat co kwartał pokonują trasę Sopot-Soleczniki, by z nimi pracować. Ale na Litwie nijak nie można było znaleźć partnera do realizacji wspólnego unijnego wniosku.

Jak się czują litewscy Polacy i jak ma przetrwać polskość na Litwie? Każda litewska telewizja, każda gazeta i portal internetowy za punkt honoru stawiają sobie pisanie na tematy polskie. I się zaczyna: Polska to kraj absurdów, oszołomów, szamanów, złych dróg, na których co chwila leje się litewska krew, złego zarządzania, wymyślonych sukcesów. Przed dwoma laty z czystej zawodowej ciekawości przeprowadziłam monitoring litewskiej prasy: przez niecałe trzy miesiące na sto siedemdziesiąt osiem jakichkolwiek wzmianek o Polsce, Polakach i litewskich Polakach - dwie były pozytywne, trzy neutralne, reszta… Dzisiaj można to pomnożyć razy pięć.

Ostatnio stosunki polsko-litewskie zdominował temat mniejszości narodowych. To przez litewskich cepeliowych Polaków nie udaje się zbudować nowoczesnego polsko-litewskiego porozumienia – gromią obrońcy relacji. Dlaczegóż więc dotąd nie zbudowano? Minęło dwadzieścia lat. Budowano niby z zaparciem, z podobnym zacięciem kwestie drażliwe pomijano. „Bądźmy wyrozumiali, to młoda demokracja, nie przesadzajmy, nie naciskajmy” – słyszeliśmy niejednokrotnie. Coś w tym było. Mieliśmy budować mosty energetyczne, szybkie koleje, szerokie drogi, partnerstwo wschodnie i wiele innych. Zbudowaliśmy mur. Nic poza tym. W efekcie niezwykła na Litwie popularność słowa „sudlenkis” – od „Sudas” – g…, „lenkas” – Polak. Lepiej nie wchodzić na litewskie portale internetowe i nie otwierać gazet. Niedawne zdziwienie jednej z polskich dziennikarek: „Niemożliwe, nie ma tu u Was żadnego medium propolskiego, optującego za zbliżeniem polsko-litewskim, mecenasem spraw polskich na Litwie”. Możliwe, bo nie ma.

Sprawy Polaków na Litwie to papierek lakmusowy, wygodny dla wszystkich. Uśmiechy i poklepywania po plecach się skończyły, kiedy w Polsce i na Litwie zmieniła się władza. W Polsce okrzyknięto je rządami ludzi pragmatycznych, na Litwie – poprawnie politycznych. Autostrady ani koleje nie są już potrzebne, bo rozeszły się drogi partnerów. W różnych kierunkach… Ktoś musiał za to zapłacić. I znaleziono kozły ofiarne.

„Poradziliśmy sobie z Polakami na Kowieńszczyźnie, poradzimy i na Wileńszczyźnie” – wymsknie się od czasu do czasu niektórym posłom w litewskim Sejmie. Sami by może nie poradzili, ale przy wydatnym wsparciu pewnych środowisk w Polsce - jak najbardziej.
Antypolska histeria na Litwie dopiero się rozkręca. Nie widać końca kryzysu gospodarczego. Zbliżają się wybory. Wiadomo, co daje stuprocentową gwarancję trafienia w gusta wyborcze.

A jednak szczerze wierzę w mądrość tego narodu.

Coś się jednak zmienia. Zawiązało się Litewsko-Polskie Forum Intelektualistów. To inicjatywa litewska, bardzo mi bliska. Mocno im kibicuję. Do Wilna przyjechali polscy historycy, apelują o dialog. Chęć zbliżenia deklarują literaci PEN-Clubów Polski i Litwy. Ostatnio padło pytanie: Czy można coś zrobić? Zawsze można. Wszyscy tu zawinili. Bez wyjątku. Ale od większości zawsze się oczekuje więcej, zainteresowania się mniejszością. Też w całym tym trójkącie.
Najgorsze, jeśli nic się nie zmieni, albo wróci do stanu sprzed. Jedni udają, że się troszczą, drudzy, że są zatroskani, niby wszystkim zależy, a naprawdę nie zależy nikomu.

Na koniec potwierdzam: Litwa to fajny kraj. Kocham go. Wspaniały kraj, do którego warto wpaść na weekend, ale i przyjechać na dłużej, i robić interesy, i szaleć, i szukać miłości.
Oby jeszcze można było na Litwie żyć.

Zespół Ochrony Praw Człowieka

Polecam sprawy poruszane w działach:
SĄDY PROKURATURA ADWOKATURA
POLITYKA PRAWO INTERWENCJE - sprawy czytelników

"AFERY PRAWA"
Niezależne Czasopismo Internetowe redagowane przez dziennikarzy AP i sympatyków z całego świata których celem jest PRAWO, PRAWDA SPRAWIEDLIWOŚĆ DOSTĘP DO INFORMACJI
ORAZ DOBRO CZŁOWIEKA

uwagi i wnioski proszę wysyłać na adres: afery@poczta.fm
Dziękujemy za przysłane teksty opinie i informacje.

WSZYSTKICH INFORMUJĘ ŻE WOLNOŚĆ WYPOWIEDZI I SWOBODA WYRAŻANIA SWOICH POGLĄDÓW JEST ZAGWARANTOWANA ART 54 KONSTYTUCJI RZECZYPOSPOLITEJ POLSKIEJ.

Komentarze internautów:

Komentowanie nie jest już możliwe.