Imieniny:

AferyPrawa.com

Redaktor Zdzisław Raczkowski ujawnia niekompetencje funkcjonariuszy władzy...
http://Jooble.org
Najczęściej czytane:
Najczęściej komentowane:





Pogoda
Money.pl - Kliknij po więcej
19 sierpnia 2019
Źródło: MeteoGroup
Polskie prawo czy polskie prawie! Barwy Bezprawia

opublikowano: 26-10-2010

 Prokuratorzy Trzej desperados.  

To że 90% naszego społeczeństwa nie ma zaufania do sądów, prokuratury i policji, czyli organów władzy, fatalnie świadczy o działaniu tych instytucji. Doniesienia o nieetyce urzędników prawie codziennie mamy w mediach.
Czy korupcja we władzach to rzecz oczywista? Czy można tam jeszcze spotkać nieskorumpowanych urzędników?
Prawdopodobnie można, ale ci uczciwi nie mają łatwego życia w tym skorumpowanym towarzystwie. Nazywają ich "desperato"...
Czy w skorumpowanej polskiej rzeczywistości można być uczciwym?
Przykłady wzięte z życia uczciwych urzędników. ( Katarzyna Klukowska)

Źle się dzieje w prokuraturze. Ręczne sterowanie to chleb powszedni. Ściganie przestępców jest niemile widziane. Kto myśli inaczej, odchodzi

Razem zaczynali, w tym samym czasie odeszli. Mieli te same marzenia: ścigać bandytów i wsadzać ich do pudła. Dobrze im szło. Za dobrze. Zablokowany awans, zesłanie do "sądówki", wyjęte najważniejsze sprawy, degradacja, dyscyplinarka. Gdy złożyli wypowiedzenia, nikt nie próbował ich zatrzymać.

Desperado nr 1

Marcin Zalewski. Pogromca złodziei samochodowych i mafiosów. Przez sześć lat w Prokuratorze Rejonowej Warszawa Śródmieście. Przez jego ręce przewinęło się kilkuset bandytów. Od 2001 roku w wydziale przestępczości zorganizowanej prokuratury okręgowej. Przez dwa lata i siedem miesięcy wysłał do sądu 23 akty oskarżenia, posadził na ławie oskarżonych blisko 200 osób. Kilkadziesiąt z nich jest już osądzonych. Ostatnie wyroki zapadły w grudniu zeszłego roku. "Mijają właśnie trzy lata, odkąd prokurator Marcin Zalewski rozpoczął krucjatę przeciwko przestępczym grupom zajmującym się kradzieżami aut w Warszawie i okolicach" - przypomniał sędzia. Zalewskiego nie było na sali. Pół roku wcześniej zrzucił togę prokuratorską.

Miał dość. Gwoździem do trumny była sprawa jego nominacji. Od prokuratora nadzorującego usłyszał, że tak marni prokuratorzy jak on nie powinni zajmować miejsc w elitarnych wydziałach prokuratury okręgowej. Uznał, że nie ma tu czego szukać. Zdaniem przełożonych nie był dość dobry. Wystarczająco dobra okazała się jego koleżanka, prokurator Katarzyna Sawicka, która bawiła się z gangsterami na balu sylwestrowym.

Na wieść, że odchodzi, w światku przestępczym zawrzało. Bandyci gotowi byli wyłożyć duże pieniądze, by podjął się ich obrony. Odmówił. Specjalizuje się w odszkodowaniach.

Desperado nr 2

Filip Dopierała. Spec od przestępstw gospodarczych. Przez siedem lat pracy w śródmiejskiej prokuraturze prowadził ponad 160 spraw. Jedna trzecia skończyła się aktem oskarżenia. Zajmował się wyłudzeniami kredytów bankowych na wielką skalę, do aresztu posłał m.in. prezesów Amerbanku. Rozgryzł i oskarżył szefów trzech firm deweloperskich: Fridomu, War-Inwestu i Unikatu Development. Przedsiębiorczy prezesi specjalizowali się w tym, że brali od ludzi pieniądze na mieszkania, ale ich nie budowali. Oszukali w ten sposób ponad 1300 osób. Akt oskarżenia szefów Fridomu liczy ponad 100 stron, akta - 120 tomów. W sądzie leżą od lata 1999 roku. W lipcu zeszłego roku sprawa trafiła wreszcie na wokandę. Dopierały nie było na sali, choć był tego dnia w sądzie. Oskarżał złodzieja zegarka i telefonu. Szef śródmiejskiej prokuratury przysłał w zastępstwie kompletnie "zielonego" asesora. Wybuchł skandal.

Sąd nie zostawił na asesorze suchej nitki. Obrońcy oskarżonych triumfowali. Przełożony Dopierały nie widział w tym nic nadzwyczajnego. "Nie sędzia jest od dyktowania prokuratorowi rejonowemu, który z jego pracowników ma oskarżać" - mówił "Gazecie".

Wkrótce po tym wydarzeniu szef prokuratury został odwołany. Nie pomogło to Dopierale, który z kierownika działu przestępstw gospodarczych trafił do "sądówki", uważanej za rodzaj prokuratorskiej banicji. Odebrano mu wszystkie sprawy. Na koniec zrobiono mu dyscyplinarkę - pozwolił, by w jego gabinecie adwokat oskarżonego dewelopera zwrócił pieniądze klientce, która nie doczekała się obiecanego mieszkania. Gdyby przekazanie gotówki odbyło się na korytarzu, sprawy by nie było. A tak dostał upomnienie. Stracił serce do pracy. Prokuratorską togę zdjął 1 września ubiegłego roku. Wpisał się na listę radcowską i adwokacką.

Desperado nr 3

Adam Woźny. Oskarżał w sprawie czteroletniego Michałka, bestialsko utopionego w Wiśle w styczniu 2001 roku.

Jego sukcesem było oskarżenie sprawcy rabunku w jednym z hipermarketów. Ochroniarz napadł na kolegów. Może by mu się udało, ale poznali go po głosie. W sądzie tłumaczył, że miał 2-tysięczny debet na koncie i nie wiedział, skąd wziąć na jego pokrycie. "A co ja mam powiedzieć? - myślał wtedy Woźny. - Mój dług jest kilkakrotnie wyższy".

Zaczynał na Mokotowie "na śledztwach". Podobała mu się ta robota, kiedy nagle został przerzucony do dochodzeń. Dla prokuratora to degradacja. Dochodzenia to sprawy mniejszego kalibru, zajmuje się nimi głównie policja. Co innego śledztwa - dotyczą najcięższych przestępstw: gwałtów, zbrodni ze szczególnym okrucieństwem, spraw, w których palce maczali policjanci.

Nie był zachwycony, ale pracował, jak umiał najlepiej: prosił szefa o duże sprawy, przesłuchiwał, wnosił o areszty. Jego "konikiem" były narkotyki. Warszawskie Pole Mokotowskie było w tym czasie największym targowiskiem heroiny, amfetaminy i kokainy w stolicy. Policja łapała płotki, nie umieli odróżnić dilera od narkomana. Postanowił zrobić schemat, kto jest kim w tym światku.

Wtedy dostał pierwszy cios. Dziewczyna narkomana, którego tego dnia zatrzymał, pomówiła go o przyjęcie 500-złotowej łapówki. Rzekomo na budowę domu. Sprawę umorzono, bo dziewczyna odwołała swoje zeznania, ale szef i koledzy patrzyli podejrzliwie. Pytali, gdzie buduje dom i skąd ma na to forsę. Nie mógł im tego wybaczyć. Tym bardziej że żadnego domu nie budował, a i samochód ma nie pierwszej młodości. Przeniósł się na Pragę Północ. Do ulubionych śledztw. Rozpracował sprawę haraczy na Stadionie Dziesięciolecia, największym targowisku Europy, które wymuszali policjanci i strażnicy miejscy. Nie zyskał tym ich sympatii. Ciężko mu się współpracowało, ale miał to gdzieś. Tym bardziej że dostał propozycję pracy w wydziale przestępstw zorganizowanych prokuratury okręgowej, tzw. PZ-ach. Sami o niego wystąpili. Był już spakowany, gdy dowiedział się, że propozycja jest nieaktualna. Powód? Bez powodu.

Na osłodę szef zaproponował mu funkcję kierownika działu i napisał entuzjastyczna opinię. Trochę wyższa pensja, no i stanowisko. Tym razem nominację zablokował Zygmunt Kapusta, szef prokuratury apelacyjnej. Woźny zadzwonił do niego. "Dlaczego nie?" - zapytał. "Bo nie" - odpowiedział Kapusta. - Nie muszę się panu tłumaczyć". Zaraz potem Adam odszedł z prokuratury. Jest adwokatem.

Klepacze

Dlaczego odeszli z prokuratury?

ADAM: - Przez siedem lat słyszałem: "Nie pozwolimy ci odejść, bo jesteś za dobry". Przy rozmowach o awansie już nie byłem za dobry... Miałem dość dziadostwa. Dla ratowania statystyki - królowej nauk w prokuraturze - nie chciałem wysyłać niedorobionych spraw. Po prostu nie chciałem się wstydzić w sądzie.

MARCIN: - Jedną trzecią czasu spędzałem na numerowaniu stron w aktach, robieniu spisów treści i innej równie ogłupiającej pracy biurowej.


FILIP: - Zabrali mi wszystkie sprawy, zdegradowali, wytoczyli dyscyplinarkę. Ale najgorsze było to, że nie dało się skutecznie i z sercem ścigać przestępców.

ADAM: - To mit, że w prokuraturze sprawy się prowadzi. W prokuraturze sprawy się "klepie". Nieważne, jak. Byle szybko, bo statystyka musi się zgodzić. Przykład? Proszę bardzo.

Kobieta zgłasza kradzież telefonu komórkowego. Wiadomo, sprawa do umorzenia. Nie tym razem. Po tygodniu od zdarzenia kobieta przynosi biling rozmów telefonicznych. Widać, że złodziej wykonał kilka połączeń. Wystarczy ustalić osoby, do których dzwonił. Pojawia się cień szansy na dorwanie sprawcy. Decyzja przełożonego: umorzyć. Robię, co każą. Kobieta jest nieustępliwa. Pisze skargę do prokuratury okręgowej. Po dwóch miesiącach okręgowa zwraca akta i każe podjąć dochodzenie. Sprawa ma już nowy numer, więc dobrze wygląda w statystyce. Biorę się do roboty. Wysyłam do operatorów pytanie o dane osób, z którymi kontaktował się złodziej. Długo to trwa, więc zawieszam sprawę. Wiadomo, statystyka. Wreszcie przychodzi odpowiedź, a sprawa dostaje kolejny numer. Wzywam te osoby. Pytam, kto do nich dzwonił pół roku temu. Patrzą na mnie jak na wariata. A pan by pamiętał? - odpowiadają pytaniem. Umarzam sprawę. Na szczęście kobieta też ma dosyć. Nigdzie się już nie żali.

MARCIN: - To jeszcze nic! Prawdziwą zmorą są "becepy", czyli sprawy, w których gołym okiem widać brak cech przestępstwa, ale nadzór każe je prowadzić. Idzie na to od cholery czasu, a skutek jest mizerny. Czasami ludzie pytają mnie, przy jakiej sprawie najbardziej się napracowałem. Nie wierzą, jak mówię, że tyrałem jak wół za sprawą aktorki Katarzyny F. i jej ówczesnego narzeczonego. Oskarżyli policjantów o złe traktowanie. Cała wina funkcjonariuszy polegała na tym, że ich zatrzymali i odwieźli do izby wytrzeźwień, bo byli w sztok pijani. Potwierdziło to 30 świadków, których musiałem przesłuchać, bo domagał się tego nadzór. To dopiero była orka!

ADAM: - Starzy wyjadacze tłumaczą młodym prokuratorom, że trzeba szanować pracę, co należy rozumieć: nie przemęczaj się, lepiej niczego nie wykrywaj, bo może trzeba będzie kogoś aresztować. Jak sprawa okaże się ciekawa, to rzucą się na nią media. Wszyscy będą pytać, pojawią się jacyś nachalni adwokaci. Lepiej sprawę klepnąć, czyli umorzyć. Jak nikt się nie poskarży, wkrótce o niej zapomną.

FILIP: - Szefowie-trzęsidupy organizują kołchoźnicze odprawy. Chwalą tych podwładnych, którzy robią dobrą statystykę, i pokrzykują na tych, co się wloką ze śledztwami. "Kończ i wysyłaj do sądu" - mówią. Nie pomaga tłumaczenie, że za wcześnie, że sąd zwróci i będzie obciach.

Kiedyś złożyłem sobie postanowienie: odejdę z prokuratury, jak zdarzą się trzy rzeczy: pomyślę, żeby wziąć łapówkę, albo wbrew swojej woli umorzę sprawę lub wyślę akt oskarżenia. I stało się. Kiedy nadzór po raz trzeci odrzucił moje umorzenie, złamałem się i napisałem akt oskarżenia. Dla świętego spokoju. Nie z tego powodu jednak odszedłem. Nie było tam dla mnie miejsca. Nie odpowiadało mi też podejście do pracy.

MARCIN: - Mimo całego zaangażowania w pracę uchodziłem za wariata. Może jest w tym trochę mojej winy, bo byłem za pyskaty. Zdaję sobie sprawę ze swoich wad, ale znam też swoją wartość. Nigdy nie kreowałem się na supermana, ale tam, gdzie mam własne zdanie, to je powiem, jak się na czymś znam, to nie będę tego krył. Moją porażką jest to, że tak wiele spraw kryminalnych musiałem umorzyć. Głównie z powodu niewykrycia sprawcy.

Biedaprokuratorzy

Ich ostatnia prokuratorska pensja to 3,3 tys. zł na rękę.

ADAM: - W prokuraturze nauczyłem się żyć na debecie. Wszystko, co zarabiałem, pompowałem w firmę: prywatna komórka, bo służbowych było jak na lekarstwo, laptop, komputer z drukarką na biurku. Nawet tusz do drukarki kupowałem za własne pieniądze. Nie chciałem nikogo kłuć w oczy. Po prostu lepiej się pracowało. Pamiętam, jak jeden ze świadków wszedł do pokoju i gwizdnął z podziwu: "Aleście się tu skomputeryzowali!". Co mu będę tłumaczył, że to prywatny sprzęt.

Większość kolegów dojeżdżała do pracy metrem lub autobusem. Ja wykorzystywałem prywatny samochód. Także do służbowych celów. Nie liczyłem kilometrów. Często sięgałem po prokuratorskie pożyczki, bo z moimi zarobkami żaden bank nie traktował mnie poważnie. "Kredyt? Jaki kredyt. Nie ma pan zdolności kredytowej" - słyszałem.

FILIP: - Nie przesadzaj. Musisz przyznać, że dla większości prokuratorów to i tak za duże pieniądze. Są urzędnikami i powinni zarabiać jak urzędnicy, czyli najwyżej połowę tego. Za to ci, którzy tyrają, wkładają w pracę całe serce, powinni być nagradzani. Ale to marzenia ściętej głowy. Hasłem dnia jest: czy się stoi, czy się leży...

MARCIN: - Jeżeli ktoś mnie pyta, czy pensja prokuratorska jest wysoka, czy niska odpowiadam, że i taka, i taka. Jest bardzo niska dla człowieka, który się angażuje, dokłada do rachunków za telefon komórkowy i wykorzystuje prywatny samochód do służbowych celów. Miesiąc w miesiąc dokładałem firmie kilkaset złotych z własnej kieszeni: na papier do drukarki, służbowe rozmowy przez prywatny telefon (służbową komórkę dostałem na 14 miesięcy przed swoim odejściem, już po wysłaniu gigantycznego aktu oskarżenia), niemal wyłącznie korzystałem z prywatnego komputera.

Co innego nieroby! Dla nich to fantastyczna pensja. Nigdzie by takiej nie dostali.

ADAM: - Utrzymywali mnie rodzice. Wiecie, jak mi było wstyd? Dorosły koń i wyciąga rękę do matki po pieniądze! Co było robić, skoro na aplikacji zarabiałem 300 zł, a za wynajęcie mieszkania płaciłem 350 zł? Jak wracałem do siebie, na południe Polski, wszyscy znajomi mówili: "Wow, pan prokurator! Ten się umiał ustawić". W prawdę nikt by nie uwierzył.

FILIP: - Śmieją się, że w niektórych prokuraturach nie można domknąć okien, tak się prokuratorzy wylewają. Każdego, kto próbuje coś robić, z miejsca usadzają: "Robotę trzeba szanować. To, co masz zrobić dziś, zrób pojutrze, a będziesz miał trzy dni wolnego".

MARCIN: - Kiedyś miałem wezwanie do trupa. Facet leżał na ulicy w kałuży krwi. Dostał nożem w wątrobę. Obok odcisk buta (potem okazało się, że należał do pielęgniarza, który próbował udzielać pomocy konającemu). Co robię? Każę policji, by zebrała od wszystkich podejrzanych buty. Jako materiał porównawczy. Jeden chłopak strasznie się stawia. Wzywamy jego rodzinę. Głównie po to, by przywiozła inną parę obuwia i zabrała go do domu. A tu niespodzianka. Rodzina jest tak wystraszona, że postanawia powiedzieć, jak było. Zrobili imprezę. Towarzystwo popiło, wyległo na ulicę. Doszło do kłótni i szarpaniny. Jeden z kolesiów wyjął nóż. W kilkanaście minut mieliśmy sprawcę i świadków zdarzenia. Morał? Czynność wykonana szybko, sprawnie, niedługo po zdarzeniu ma dziesięciokrotnie większą wartość.

FILIP: - Można to nazwać profesjonalizmem, prokuratorskim nosem. A moim zdaniem Marcinowi zwyczajnie się chciało. Nie wszystkim się chce. Większość prokuratorów nie jeździ na miejsce zdarzenia, bagatelizuje sprawę. A jak ustalić, co się stało? Zza biurka?!

Pani prokurator Mirończuk, spec od spraw kryminalnych, zawsze powtarzała, że tylko na miejscu zdarzenia można zobaczyć rzeczy, których nie sposób dojrzeć z gabinetu. Policja mnie lubiła, bo zawsze byłem do dyspozycji i dobrze przygotowany: miałem swój komplet kajdanek i broń, komplet druków, a nawet rękawiczki chirurgiczne do oględzin zwłok.

ADAM: - Mnie pytali: "Płacą ci więcej, że się tak angażujesz?". Przychodzą koledzy z działu i mówią: "Koleś, czy tobie się sufit na głowę nie zwalił? Po co tak tyrasz? Za chwilę szef będzie miał do nas pretensje, że pracujemy za mało". Nie robiłem nikomu na złość.

MARCIN: - Zawsze byłem uważany za niebezpiecznego gościa, bo mi zależało na wykryciu i ukaraniu sprawcy. "Jakiś postrzeleniec! Za dużo ludzi zamyka do pudła!" - mówili na mieście. To tragiczne, ale tak samo uważała część doświadczonych - podobno - prokuratorów. Któryś z kolegów po fachu twierdził nawet, że powinienem mieć dyscyplinarkę za to, że tyle osób zamknąłem. Co ciekawe, ta sama osoba miała uczyć pracy niedoświadczonych asesorów.

Kiedyś zamknąłem policjanta, bo nadawał oprychom o planowanych akcjach. To najgorszy rodzaj bandytyzmu. Nie wahałem się ani chwili, czy mam to zrobić. Nie certoliłem się, nie pytałem nadzoru.

ADAM: - Nie wszyscy są tacy. Znam przypadek, gdy prokurator pojechał na miejsce zdarzenia. Trup. W protokole napisał, że zgon nastąpił z powodów naturalnych. Sekcja wykazała, że człowiek miał ranę kłutą. Rodzina wszystko posprzątała, nie było już czego zabezpieczać. Policjanci pytani, jak można było się tak pomylić, odpowiadali: prokurator spędził oględziny w radiowozie. Nawet nie wytknął nosa. Pewnie bał się trupa.

Nadzór

Sędzia jest niezawisły, prokurator niezależny. Może niezależnie prowadzić postępowanie, ale podlega nadzorowi wszystkich świętych. Nie można go ukarać za to, że umorzył sprawę, o ile wcześniej nie dostał polecenia, co ma zrobić. Najprostszym sposobem nadzorowania spraw podwładnych bez mieszania się w nie jest wydawanie poleceń ustnych. Rzadko którego prokuratora stać, by żądać poleceń na piśmie.

Trzeba być mocnym, bo szefowie niechętnie produkują kwity, które ich obciążają - mówią zgodnie.

MARCIN: - Robiłem gigantyczne sprawy. Tylko w jednej, samochodowej, postawiłem zarzuty 104 podejrzanym. Właśnie mam tzw. realizację: zatrzymujemy członków grup przestępczych. Pełna mobilizacja. I co się dzieje? Nadzorca żąda ode mnie akt do przejrzenia. I chce, żeby mu narysować "choinkę", czyli skrót dotychczasowych czynności: z jaką datą zostało wszczęte postępowanie, kiedy zapadła decyzja o przedłużeniu śledztwa, ilu świadków przesłuchano i kiedy. To zajęcie na wiele godzin! Mam w dupie taką pracę! Powinienem bandytów łapać, a nie strony w aktach numerować i choinki pisać!

Mój postulat: zlikwidować nadzór. To kosztowne i zupełnie zbędne ogniwo. Wystarczyłby nadzór sądowy. Prokuratorów-nadzorców aż korci, żeby nacisnąć na prowadzącego śledztwo, wtrącić swoje trzy grosze.

Najgorsze, że nadzorcy nie mają dla prowadzących postępowania prokuratorów żadnych rad, a nadzór w dużych sprawach jest fikcją - nie ma szans, żeby ktoś tam zrozumiał, o co w sprawie chodzi. W nadzorze pracują ludzie, które myślą, że ochroną świadków koronnych zajmują się komendy powiatowe policji właściwe dla miejsca zamieszkania świadka. To kompromitacja!!!

Jak rozmawiać z człowiekiem, który nie ma pojęcia o istnieniu specjalnego wydziału Centralnego Biura Śledczego dla ochrony świadków koronnych? A najgorsze jest to, że nadzór wszystkiego się boi. Nadzorca powiedział mi kiedyś, że za to, iż zamknąłem do aresztu wielu policjantów współpracujących ze złodziejami, kiedyś zajmie się mną Instytut Pamięci Narodowej. On też może mieć przez to kłopoty. Zbaraniałem. Nie mam na sumieniu żadnych zbrodni, a tu ktoś mnie straszy IPN-em!

FILIP: - Nadzór to świetne przytulisko dla ludzi, którzy nie mają o niczym pojęcia. Od lat nie byli na miejscu przestępstwa, zapomnieli, jak się zabezpiecza dowody, posługują się metodami pracy jak za króla Ćwieczka. Potrafią tylko wypominać: "W aktach po stronie 120 następuje strona 124. Należy to poprawić". Kiedyś na polecenie przełożonego z prokuratury apelacyjnej siedziałem trzy dni z numeratorem w ręku i porządkowałem akta. Jego życzeniem było, bym zrobił to osobiście...

Do tego tępi się samodzielność. Miałem postępowanie dyscyplinarne, bo pozwoliłem, by w moim gabinecie adwokat sprawcy zwrócił pieniądze poszkodowanej. Chodziło o to, że dziewczyna wpłaciła deweloperowi na mieszkanie. Ten wziął kasę, ale mieszkania nie wybudował. Może odezwały się w nim resztki sumienia, a może chciał uniknąć wysokiej kary - tak czy owak zaproponował, że odda wpłatę. Można dyskutować, czy gabinet prokuratora to najlepsze miejsce do takich porachunków. Ale od razu dyscyplinarka? Nikt nie wziął pod uwagę, że krzywda została naprawiona. Myślałem, że o to chodzi!

Najgorsze ich zdaniem jest to, że nadzór prowadzi do ośmieszenia prokuratury. Przykład? Proszę bardzo.

MARCIN: - Na Pradze Północ kierowca przejechał dziecko. Przyznał się i chciał poddać dobrowolnej karze. Na sali nie ma autora aktu oskarżenia, zastępuje go kolega. Nie wie, co robić. Dzwoni do szefa. Ten dzwoni do swego szefa. Telefony się grzeją, a sąd i obrońcy śmieją się w kułak.

ADAM: - Bo to ośmiesza wymiar sprawiedliwości. Mnie się nigdy nie zdarzyło prosić o przerwę w rozprawie w celu skonsultowania się z przełożonym. Wiem, że wielu prokuratorów tak robi. Boją się podjąć decyzję, narazić się. Zwłaszcza gdy sprawa jest medialna albo objęta nadzorem służbowym. Wtedy na pewno nawet palcem nie kiwną, nim nie dostaną błogosławieństwa przełożonych.

MARCIN: - Czy prokurator naprawdę nie jest w stanie podjąć samodzielnie decyzji, czy kara, którą proponuje obrońca podejrzanego, jest słuszna, czy nie? To po co, do cholery, jest prokuratorem? Takie historie oduczają ludzi samodzielności. Prokurator powinien oprzeć się na swojej wiedzy i doświadczeniu. W skrajnych przypadkach powinien radzić się kogoś bardziej doświadczonego, np. kolegi, który zjadł zęby na podobnych sprawach, a nie nadzorcy, który w ogóle nie wie, co w sprawie piszczy. Decyzja podjęta po czasie, spóźniona jest guzik warta. Podjęta szybko ma wielką wartość.

Nigdy nie zapomnę przypadku niejakiego Rafała G., porządnego chłopaka, który dopuścił się zabójstwa. Zabił z soboty na niedzielę i już nie wrócił do domu. Dostałem sprawę w poniedziałek. A trzeba wiedzieć, że byłem asesorem z trzytygodniowym stażem. Kazałem policji stać pod jego domem, rozpytywać wśród znajomych. W przypadku człowieka, który nie miał dotąd do czynienia z wymiarem sprawiedliwości, działanie w celu zaszczucia przynosi świetne efekty. Na bandycie z 10-letnim stażem fakt, że jeździ za nim policja, nie robi żadnego wrażenia. Dla zwykłego człowieka to nie do zniesienia. Należałoby go jak najszybciej złapać. W końcu popełnił poważne przestępstwo, grozi mu surowa kara. A nuż przyjdzie mu do głowy jakaś głupota?...

Następnego dnia napisałem wniosek o areszt i list gończy. Pojechałem do sądu z aktami i ubłagałem sędzię, by rozpoznała je niezwłocznie. Zaraz po posiedzeniu odebrałem akta. Załatwiłem wszystko w 60 godzin. Nie czekałem, aż sprawa wpadnie w zwykłe koleiny, bo postanowienie sądu miałbym za tydzień.

Trzy dni później przyszedł adwokat. Obiecał przyprowadzić chłopaka. Słowa dotrzymał.

Akt oskarżenia był gotowy w ciągu pół roku. Prawomocny wyrok po półtora roku.

FILIP: - Kontrowersyjność Marcina polega na tym, że nie zwraca uwagi na to, co mówią jego koledzy. Ludzie są zazdrośni, że Marcin potrafi szybko i skutecznie zadziałać. Na mieście mówili, że jak ktoś trafi w ręce Marcina, to już nie wyjdzie. Adwokaci skarżyli się, że jest nieprzewidywalny.

Cień łapówki

MARCIN: - Panuje przekonanie, że prokurator "bierze". To mit. Nie opłaca się dawać łapówki prokuratorowi. Tak jak nie opłaca się dawać sędziemu. Łapówka ma sens tylko wtedy, gdy ukręca łeb sprawie. Jeśli już komuś dawać, to "krawężnikowi", który zatrzymał nas do kontroli. Jak wejdzie dochodzeniówka, nic już nie da się zrobić.

ADAM: - Nie opowiadaj. Na pewno zetknąłeś się z pytaniem, czy nie można czegoś załatwić. Domyślasz się, że stoi za tym konkretna propozycja. To, że nie przyjęliśmy łapówki, nie znaczy, że nie mieliśmy propozycji.

Kiedyś dla żartu zastanawialiśmy się, ile trzeba by wziąć, aby opłaciło się ryzyko, czyli na przykład dyscyplinarne zwolnienie z pracy. Musiałby to być jednorazowy numer. Obliczyliśmy, że kwota powinna być równa kumulacji w Lotto. Nikt nam tyle nie da. Odetchnęliśmy z ulgą.

Byczy kark

MARCIN: - Są bojaźliwe kobiety prokuratorzy i mężczyźni prokuratorzy bez jaj. Płeć nie ma w tym zawodzie znaczenia. Liczy się kręgosłup. Warszawscy bandyci boją się prokurator Kasi Krysiak z wydziału VI przestępczości zorganizowanej, Agnieszki Ważnej i Renaty Mazur z tego samego wydziału, Małgosi Kozłowskiej z wydziału II prokuratury apelacyjnej. A faceta prokuratora o wzroście 1,9 m i byczym karku się nie boją.

ADAM: - Marcin jest człowiekiem, który sepleni, ma katar alergiczny i misiowaty wygląd. Nie budzi respektu. I co z tego? Połowa bandytów drżała, a druga połowa się modliła, żeby nie wpaść w jego ręce.

FILIP: - Jest inna kwestia: dla wielu absolwentek prawa prokuratura jest świetną przechowalnią: można tu zrobić aplikację, asesurę, urodzić dzieci, a potem wskoczyć na adwokaturę. Z takich pań dobrych prokuratorów nie będzie.

Nie zmienia to faktu, że w prokuraturze pracuje wielu świetnie wykwalifikowanych i kompetentnych ludzi, którym zależy na łapaniu przestępców i naprawianiu szkody. Szczególne słowa uznania należą się moim byłym szefom - Janowi Arciszewskiemu i Andrzejowi Janeckiemu. Nauczyli mnie fachu i wpoili zasady uczciwości. Tylko że takich szefów szybko się wymienia...

Uprawnienia boskie

FILIP (zastrzega, że to zabrzmi górnolotnie): - Dobry prokurator powinien mieć kompetencje boskie. Ot, choćby wtedy, gdy na policję zgłasza się kobieta i mówi, że syn chciał ją zadźgać nożem. Policjanci zatrzymują chłopaka. Zabezpieczają nóż. Jadę na miejsce i widzę, że coś jest nie tak. Chłopak siedzi i płacze. Mówi, że jest mu wstyd. Mieszka z ojcem alkoholikiem i matką łajdaczką. Wieczorem piją, a nad ranem rzygają do wiadra. Miał elektroniczną grę, jedyną cenną rzecz. Matka sprzedała ją na wódkę. "Chwyciłem nóż i powiedziałem, że ją zadźgam, jak mi nie odda game boya. Tak naprawdę nie chciałem tego zrobić. Jestem tak zdesperowany, że żyć mi się nie chce".

To są właśnie uprawnienia boskie. Decydujesz o czyimś życiu. Możesz zamknąć oczy i posłać chłopaka na resztę życia do pierdla. To się zdarza, można o tym przeczytać w gazetach.

ADAM: - Prokurator ma dwa wyjścia: posłać podejrzanego do aresztu albo dać mu dozór policyjny. Pierwsze zajmuje 15 minut, drugie ponad godzinę, bo trzeba delikwenta przesłuchać. Co wybierze większość kolegów?

Spadek

ADAM: - Zostawiłem po sobie nie szafy pełne starych spraw, ale przekonanie, że jak się chce, to można. I jeszcze coś: Leszek Woźniak, szef północnopraskiej prokuratury, podziękował mi publicznie za Michałka. Jako pierwszy i jedyny. Dlatego tak dobrze pamiętam.

MARCIN: - Do dziś dzwonią do mnie policjanci i konsultują decyzje.

FILIP: - W żadnej z moich spraw sąd nie odrzucił aktu oskarżenia, mówiąc, że nie dopatrzył się znamion przestępstwa. A tego się zawsze bałem. Przekręty gospodarcze trudno udowodnić. Czasem ludzie pokrzywdzeni przez tych, których oskarżałem, dziękowali mi na sali sądowej i deklarowali, że są do mojej dyspozycji. Taka wdzięczność była naprawdę wzruszająca.

MARCIN: - Miałem oferty, żeby bronić ludzi mafii. Ale powiedziałem nie. Do dzisiaj ludzie Pruszkowa pytają, kiedy zostanę adwokatem i zajmę się ich obroną. Tego nigdy nie zrobię.

 Katarzyna Klukowska (09-01-2005 )

Zapraszamy sędziów i adwokatów zamieszanych w przekręty do "czarnej listy" Raczkowskiego... miłego towarzystwa wzajemnej  adoracji ... 

www.aferyprawa.com - Niezależne Wydawnictwo Internetowe "AFERY PRAWA" prowadzi: (-)  ZDZISŁAW RACZKOWSKI.
Dziękuję za przysłane opinie i informacje. 
    uwagi i wnioski proszę wysyłać na adres: Z.Raczkowski@aferyprawa.com 

WSZYSTKICH SĘDZIÓW INFORMUJĘ ŻE PROWADZENIE STRON PUBLICYSTYCZNYCH
JEST W ZGODZIE z  Art. 54 KONSTYTUCJI RZECZYPOSPOLITEJ POLSKIEJ 
1 - Każdemu zapewnia się wolność wyrażania swoich poglądów oraz pozyskiwania i rozpowszechniania informacji. 
2 - Cenzura prewencyjna środków społecznego przekazu oraz koncesjonowanie prasy są zakazane.
ponadto Art. 31.3
Ograniczenia w zakresie korzystania z konstytucyjnych wolności i praw mogą być ustanawiane tylko w ustawie i tylko wtedy, gdy są konieczne w demokratycznym państwie dla jego bezpieczeństwa lub porządku publicznego, bądź dla ochrony środowiska, zdrowia i moralności publicznej, albo wolności i praw innych osób. Ograniczenia te nie mogą naruszać istoty wolności i praw.

zdzichu

Komentarze internautów:

Komentowanie nie jest już możliwe.

~Wiesław
16-08-2012 / 10:30
Kacap,Macap,Bacap,