Imieniny:

AferyPrawa.com

Redaktor Zdzisław Raczkowski ujawnia niekompetencje funkcjonariuszy władzy...
http://Jooble.org
Najczęściej czytane:
Najczęściej komentowane:





Pogoda
Money.pl - Kliknij po więcej
28 października 2020
Źródło: MeteoGroup
Polskie prawo czy polskie prawie! Barwy Bezprawia

opublikowano: 26-10-2010

Media w Polsce i na świecie - grudniowy cykl krytyczno-informacyjny Mirosława Nalezińskiego

Międzywojenna nacjonalizacja
Z okazji 91. rocznicy odzyskania niepodległości media przedstawiły nie tylko historyczne wątki, ale również techniczne osiągnięcia okresu międzywojennego.
Z obszernego artykułu "II RP postawiła na high-tech" ("Dziennik Bałtycki", 10 listopada 2009) dowiadujemy się wielu ciekawostek, np. "w przedwojennej Polsce wyprodukowano 4 tysiące samolotów" (ile podobnych maszyn powstało po 1989?).
Kiedy do 1925 Politechnika Lwowska (jedyna nasza uczelnia z branżą lotniczą) wykształciła 15 inżynierów lotnictwa, we Francji i Wielkiej Brytanii uczelnie corocznie kształciły setki specjalistów lotnictwa.
Ale w artykule jest niezwykły i mało znany wątek, który zapewne zaciekawi zwolenników i przeciwników nacjonalizacji... Otóż - jak pisze autor Andrzej Krajewski - "Oprócz PZL powstało w Polsce 21 prywatnych wytwórni sprzętu lotniczego, których potencjał wydał się gen. Rayskiemu łakomym kąskiem".
I cóż czyni ów generał kapitalistycznej Polski? W 1935 rozpoczął akcję nacjonalizacyjną, aby państwo miało całkowitą kontrolę nad przemysłem lotniczym. Zakłady ©kody przejęto wypłacając producentowi silników 7 mln zł odszkodowania.
"Na podobne rozwiązanie nie chcieli się zgodzić właściciele firmy Plage i Laśkiewicz. Rayski użył więc fortelu - zamówił u nich sprzęt na sumę 9 mln zł, po czym zadbał, by związek zawodowy zorganizował tam strajk okupacyjny. Gdy przedsiębiorstwo nie mogło wywiązać się z kontraktu, Rayski zażądał zwrotu pieniędzy z odsetkami. Kiedy okazało się to niemożliwie, akcje PiL przejął rząd".
Brawo! Generał noszący dumnie polski mundur puścił kapitalistów w skarpetkach, rujnując ich i ich rodziny oraz tworząc podwaliny socjalizmu i to na wiele lat przed 1944!
Autorowi to nie przeszkadza, wszak pisze "Sukcesy obrotnego generała zupełnie nie przełożyły się na zdolność bojową polskiego lotnictwa i we wrześniu 1939 Polska dysponowała nielicznym i przestarzałym lotnictwem myśliwskim oraz nowoczesnymi bombowcami, których nikt nie umiał sensownie użyć".
Tak więc czytając o międzywojennym lotnictwie można dowiedzieć się - kto i w jaki sposób rozprawiał się z burżujami, tworząc zręby władzy ludowej i doprowadzając do serii błędów polityków i wojskowych.
Kradzione nie tuczy? No i dlaczego skandaliczne postępowanie gen. Rayskiego autor ocenił pozytywnie ("obrotny generał")?
Może zatem jego sztuczki zastosować wobec dzisiejszych firm? Dać zlecenie, wywołać strajki i... upaństwowić?

Obalono tysiącletnie solidne zasady!
Pewien dżentelmen marzył o studiach, ale najpierw pojawiło się pierwsze dziecko, potem kolejne, zatem ojciec zrezygnował z wizyt na uczelni - nawet nie przystąpił do egzaminu wstępnego.
Pracował dorywczo, ponieważ dopadł go kryzys. Po piątym dziecku żona uznała, że życie w Polsce jej nie odpowiada i wyjechała na Wyspy wespół z licznym przychówkiem, jednak bez ambitnego męża.
Porzucony mąż załamał się oraz imał byle jakiej roboty. Poznał podejrzanych kompanów, z którymi zamieszkał. Pewnego dnia, z powodu jego finansowych kłopotów (nie miał z czego dorzucać się do czynszu), niedobrzy koledzy skopali go, połamali żebra, zadźgali i zakopali pod krzakiem. Ot, polska przaśna rzeczywistość nieszczęśliwych naszych rodaków.
Ale zwróćmy uwagę na całokształt sprawy.
Od tysięcy lat to panowie byli głowami rodzin, które utrzymywali w lepszej lub gorszej kondycji, ale mieli monopol na zarobkową pracę. Rodziny dzielnie trwały na dobre i na złe z ojcami a mężami. Poprzedni wiek, to najgorszy okres w historii świata - nie tylko w wojnach i podczas rewolucji poginęło najwięcej ludzi, ale również (także zamężne!) panie pokończyły szkoły i podejmowały pracę zawodową! Skandal!
A teraz, po upadku komuny i granicy, naszych mężczyzn odarto z godności i to do szczętu! Oto przesadnie zaradna żona wyjeżdża z pięciorgiem dzieciąt do Anglii i dobrze radzą sobie bez chłopa a męża? To skandal! Bezrobotny (ale pan!) i patriota trzymający się naszej ziemi (i to do samego końca!), stacza się, żyje w biedzie i zostaje zakłuty przez podobnych sobie nieszczęśników porzuconych przez ich żony i przez nasz rozkwit gospodarczy (i to w jedynym europejskim państwie, które odnotowało wzrost wszelkich wskaźników!), zaś jego rodzina wyjeżdża sobie za granicę, ma w nosie i jego, i ojczyznę, i coraz lepiej rządzących i posłujących? Skandal!
Gdzie tysiącletnia tradycja, która nakazuje biednym kobietom znosić swój podły los, kiedy to ich mężom kiepsko się wiedzie? Gdzie sprawiedliwość? Uboga niezaradna w Polsce rodzina ma lepiej poza ojczyzną bez męża i z pomocą jakże obcego rządu, niż z "opacznościowym" mężem tutaj i z wszechstronną pomocą naszych sympatycznych a opatrznościowych urzędników? Skandal!
Po tysiącach lat przewrócono wszelkie rodzinne wartości! Czy ktoś to w ogóle zauważył?!

Policyjna kula dla kaleki o kulach
"Dziennik Bałtycki" (30 października 2009) zapowiadając Ogólnopolskie Dyktando 2009 omawia (na str. 12) kilka lapsusów popełnionych przez znanych sportowych komentatorów, np. "Trener spojrzał na zegarek, aby dać podopiecznym ostatnie wskazówki", "Nogi piłkarzy są ciężkie jak z waty", jednak na str. 14 opisano (także z lapsusem) skandal w drezdeńskim sądzie, gdzie pewien Niemiec rosyjskiego pochodzenia zasztyletował ciężarną Arabkę, która składała zeznania przeciwko niemu.
"Pierwszy na pomoc [mordowanej żonie - przyp. mój] rzucił się Elwi Okaz. Chwycił go [owego Niemca] za ramię. Oskarżony wyrwał się i pchnął go 16 razy[nożem]. Po kilku minutach [w budynku sądu!] na miejsce [wreszcie] dotarł policjant. W trakcie chaotycznej awantury [ciekawe określenie] przypadkowo postrzelił Okaza [inne źródła podają, że stróż ładu publicznego za napastnika uznał... męża zamordowanej i strzelał do niego!]. Ten [czyli p. Okaz] zjawił się na sali sądowej o kulach. Kula policjanta rozszarpała mu ścięgno u nogi".
Takie oryginalne nazwisko Araba to prawdziwy okaz, zwłaszcza w naszym języku... Jednak nieładnie jest żartować i to w takich dramatycznych okolicznościach, choć słowna zbitka o kulach może (chyba tylko polskiego) czytelnika rozbawić - Egipcjanin był w sądzie o dwóch kulach u nóg, ale policjant miał ich zapewne więcej, jednak jedną z nich omyłkowo posłał ku nodze kaleki pogarszając jego stan psychiczny i powodując defekt fizyczny o rozerwane ścięgno u nogi (nie w niej?).
A cały koszmar zaczął się dość niewinnie - "na jednym z palców [literówka] zabaw w Dreźnie latem 2008 r. Niemiec pochodzący z Rosji, bujał się na huśtawce, paląc papierosa. Egipcjanka (farmaceutka) poprosiła go, aby ustąpił miejsca jej dwuletniemu dziecku, jednak Niemiec nazwał ją terrorystką, islamistką i prostytutką".
Sprawa znalazła swój finał w sądzie z opisaną tragedią i z komicznymi kulami. Oburzony świat (zwłaszcza w arabskiej części) uznał opisane chuligaństwo na placu oraz morderstwo w sądzie jako przejaw rasizmu.

Z wiadrem dookoła Wojtek Media znowu nas zaskoczyły niecodzienna sprawą - po dłuższym namyśle opolski sąd umorzył sprawę polskiego wiadra, którą zajmował się sąd pierwszej instancji w (nomen omen) Namysłowie. Biegły otrzymał 229 zł za opinię opartą na rozmowie z producentem owego pojemnika, na własnej wiedzy oraz na publikacji "Wyroby z tworzyw sztucznych" i w pierwszym sądzie winny otrzymał karę 50 zł za zniszczenie wiadra wartego 10 zł, jednak złożył apelację i sprawa trafiła do wyższej instancji.
Obwiniony zapewniał, że nic nie wie o kuble i przypominał, że jest inwalidą, a sąsiadka złośliwie ustawiała przedmioty w przejściu. Pokazał filmik z komórki, który miał dowieść, że oskarżono go fałszywie, bo wciąż wiadro jest użytkowane, jednak powódka zarzuciła manipulację, że jakoby film nakręcono, kiedy cebrzyk był jeszcze sprawny.
Powołano biegłego z zakresu przestępczości komputerowej, który uznał, że obraz mógł być zmanipulowany, jeśli przed jego realizacją zmieniono datę w telefonie (koszt opinii biegłego - 90 zł). Ponieważ wiadro było u matki poszkodowanej, więc sąd nakazał policjantom, aby przy wszystkich zainteresowanych dokonali oględzin plastykowego wyrobu i sporządzili dokumentację fotograficzną...
Sędzia Jerzy Wojteczek (podwójne imieniny?) z opolskiego sądu wykazał się przytomnością umysłu i uznał, że taka błaha sprawa nie powinna w ogóle trafić przed oblicze Temidy.
Nie podano, ile podatników kosztowała półtoraroczna batalia odszkodowanie za spostponowanie plastykowego wiadra, które zostało "tak mocno kopnięte, że aż zawisło na gałęziach", ale brawo dla roztropnego sędziego! Domyślamy się również wielkiej wagi innych procesów, które skutecznie tworzą zator w przeciążonych pracą polskich i opolskich sądów... Może komuś należy się kubeł zimnej wody? A może cała Niagara?

Pomówienia
Gigantyczną karę (5 mln dolarów) na "Wprost" nałożył amerykański sąd. Za co? Otóż tygodnik sugerował, że rodzina Cimoszewiczów dokonała nielegalnej transakcji kupna i sprzedaży akcji PKN Orlen. Szef "Wprost" nie kwestionuje wyroku, ale uważa, że "wysokość odszkodowania jest nieuzasadniona i rażąco wygórowana".
Polscy prawnicy twierdzą, że amerykański sąd może sobie zasądzać kwoty jeszcze bardziej kosmiczne a polskie podmioty i tak będą ignorować wezwania do ich zapłaty.
Trójmiejski profesor na szkolnym portalu pomówił dziennikarza, że ma trzy konta, publicznie ogłosił go kłamcą, sfałszował podpis pod cudzym komentarzem, poszydził sobie z przysięgi studenckiej oraz zamieścił wulgarnawy a seksistowski dowcip.
Kiedy dziennikarz opisał, omówił i skrytykował owe nieetyczne postępki akademickiego nauczyciela, tenże natychmiast zlikwidował swoje konto i wizerunek (fotkę) z portalu, poinformował swoich popleczników, że idzie ze sprawą na policję i że przekazuje ją w ręce swego prawnika, który zainicjował proces w sądzie w Gdańsku (tak, to jest to miasto, w którym obalono monopol na informację). Ponadto zażyczył sobie, aby krytyk jego postawy skasował wszystkie krytyczne artykuły z internetowej przestrzeni, przeprosił go za naruszenie czci i godności osobistej na wszystkich portalach, na których zamieszczono krytykę oraz wpłacił mu na konto odszkodowanie w wysokości ok. 6 tys. dolarów.
Niby uczony człowiek, a jednak nie traktuje poważnie aforyzmu Ignacego Krasickiego - "Prawdziwa cnota krytyk się nie boi" (motto wielu materiałów satyrycznych na tematy aktualne).
Można się zastanowić, czy dla dziennikarza 6 tys. dolców jest mniejszym czy większym wydatkiem, niż 5 mln "zielonych" dla koncernu prasowego, jednak nie bez znaczenia pozostaje fakt, że "Wprost" nie opisał prawdy (i tego nie neguje; ma jedynie wątpliwości co do ogromu kary), natomiast dziennikarz na portalach opisał prawdziwe wydarzenia, choć bardzo niewygodne dla wykładowcy.
Ciekawe będzie porównanie obu spraw i wyroków niezawisłych sądów (w USA i w Polsce). Może bowiem dojść do kuriozalnej sytuacji, kiedy to winny koncern nie zapłaci ani dolara, zaś internetowy dziennikarz zapłaci tysiące dolarów, choć w sposób rzetelny opisał bezczelne postępowanie akademika.
PS Parę tygodni temu poinformowano, że 48-letni pijak podał się za swojego brata podczas wypisywania mandatu, za co grozi mu 5 lat więzienia. Ile lat grozi wykładowcy za fałszerstwo w internecie i za pomówienia? Czy tym również zajmie się nasz sąd?

Polsko-amerykański skandal
Pewni małżonkowie ze Starej Wsi (także niemłodzi - 65 i 72 l.) od dawna kłócili się z sąsiadem. Postanowili dogadać się z "człowiekiem zza Buga", który za 1500 zł zobowiązał się zlikwidować kłopotliwego tubylca (rozważano otrucie i przejechanie autem).
Jednak zlecenie zostało przyjęte przez podstawionego policjanta. Po potwierdzeniu zamówienia zatrzymano oboje krwiożerczych małżonków za podżeganie do zabójstwa, za co grozi dożywocie.
Dość nietypowa sprawa, zważywszy wiek zleceniodawców i sposób załatwienia kłopotu oraz miejsce zamieszkania (na filmach do złego namawiają zwykle młodsi ludzie, cudzoziemcy i mieszkańcy miast).
Ale najciekawsze przed nami - proces długo nie mógł się rozpocząć, bowiem mąż zasłaniał się zwolnieniami lekarskimi, co przecież nie jest odosobnione w naszych sądach, które nawet w sprawach o zabójstwo dają się nabierać na takie tanie sztuczki, ale to co uczyniła nasza Temida i ambasada USA w Warszawie w sprawie żony, to już prawdziwa perełka...
Otóż ta pani wyjechała sobie spokojnie z Polski do Stanów i powróciła dopiero po 6 latach, kiedy wydawało się jej, że wszyscy o niej tutaj zapomnieli.
Miliony Polaków marzą o choć jednym wyjeździe do Ameryki, wielu gorliwie wypełnia kwestionariusze, wiozą je do stolicy, wystają w kolejce w pokorze płacąc po 100 dolców niezależnie od efektu upokarzającej amerykańskiej procedury, a tu obywatelka z kryminalnymi zarzutami udaje się do ziemi obiecanej (choć to już nie eldorado) grając na polskich i amerykańskich nosach! Skandal!

Oryginalna arytmetyka
Czyli kiedy sumowanie pewnych składników nie ma sensu...
Redaktor JUW w dziwny sposób omawia ("Fakt", 6 listopada 2009) proponowaną reformę (odebranie prowizji funduszom) autorstwa Ministerstwa Pracy.
Oblicza, że 60-letnia kobieta po przejściu na emeryturę żyje przeciętnie jeszcze 247 miesięcy, zatem dzięki oszczędnościom na prowizjach zyska miesięcznie 18 zł, zaś 65-letni przeciętny mężczyzna spodziewa się jeszcze 204 miesięcy życia, podczas których otrzymywać będzie o 29 zł więcej.
Można dyskutować, czy to dużo, czy mało i sprawdzać, czy obliczenia te są prawidłowe, jednak nie można pisać, że "W rezultacie na konta emerytów ma wpływać ok. 47 zł miesięcznie więcej", bowiem nie można sumować kwot dotyczących obu płci i sugerować, że łączna kwota dotyczyć będzie przeciętnego emeryta! Równie dobrze można byłoby podawać spodziewane wzrosty dla emerytów podzielonych na kategorie "biały - kolorowy", "wierzący - ateista", "urodzony w Polsce - poza Polską" i wszystkie liczby... zsumować.
PS Natomiast błędu nie popełnił tenże " Fakt" (10 grudnia 2009), kiedy to pod zdjęciem rzecznika PZPN (A. Olejkowska, 25 l., ok. 20 tys. zł/mies.) i prezesa (G. Lato, 59 l., ok. 50 tys. zł/mies.) napisano "Oni mają 70 tys. zł". Tu sumowanie jest uzasadnione.

"Nie!" paparaczom i anonimowym gawroszom
Na tytułowej stronie znanego tabloidu ("Fakt", 6 listopada 2009) zamieszczono zdjęcie lubianego aktora Tomasza Stockingera, który parę tygodni temu pozwolił sobie na jazdę na podwójnym gazie. Już wówczas media doszczętnie sponiewierały aktora, ale jest im mało i teraz kopią już leżącego, pisząc: "Piłeś, teraz chodź piechotą. Aktor po słynnym pijackim rajdzie stracił prawo jazdy i teraz zostało mu tylko kupować buty. Sprawił sobie jeszcze kask. Teraz nawet po największej balandze pewnym krokiem wróci do domu. A nawet jak się zachwieje - to przecież ma kask"
Autor notatki, niejaki Bwanga (czyżby dziennikarz pozyskany z Afryki?), nie przejdzie do historii w dziedzinie filmu i nie pozostawi w naszej pamięci rewelacyjnych ról. Wątpliwe także, że w dziennikarstwie zostanie zauważony, choć robi co może - nachodzi, podgląda i podgryza sławnego aktora pisząc wszelki możliwe głupoty.
Aktor kupił buty? Jego sprawa! Buty zwykle kupujemy niezależnie od stopnia zmotoryzowania, nawet to się zdarza posiadaczom najlepszych samochodów; nawet p. Bwanga (mam nadzieję), że kupuje od czasu do czasu obuwie i nikt (nawet na czarnym kontynencie) nie robi z tego sensacji (a może tam właśnie robią?).
Dalszy ciąg kopania (solidnym obuwiem) znajdujemy w tyle obszernym co zajadłym artykule na str. 1 4i 15, na których mamy dalsze niskolotne wypowiedzi owego Bwangi:
- Świeżo upieczony piechur zadbał o to, żeby móc bezpiecznie wracać po zakrapianych imprezach,
- Może balować do woli, właśnie zakupił niezbędne akcesoria wesołego imprezowicza,
- Ani chybi wygodne, solidne buty pomogą utrzymać równowagę na skutych lodem chodnikach,
- A i kask się przyda, gdyby "wesoły Tomek" przegrał jednak z grawitacją. Grunt to miękkie lądowanie,
- Dr Lubicz z "Klanu" urządził sobie pijacki rajd za kierownicą.

Artykuł ilustrowany jest paroma podstępnie wykonanymi fotkami przez paparacza (fotograficznego gawrosza), które zostały zamieszczone bez zgody aktora, co jest (lub powinno być) przestępstwem! Anonimowe krytykowanie jest nieuczciwe, bowiem anonim może bezkarnie wylewać pomyje na znanego i wartościowego obywatela, on zaś nie może omówić krytykanta, bowiem nie zna go.
Bwanga - jakiś pismak, który wstydzi się podpisać swoim prawdziwym nazwiskiem, bo bałby się ośmieszenia i wytykania nawet przez własną rodzinę? Niech aktora solidnie (ale rozważnie i jawnie!) skrytykuje inna osoba o podobnym społecznym statusie biorąc pełną odpowiedzialność za krytykę. A może wprowadzić zapis, że dziennikarze mają obowiązek podpisywać się swoimi prawdziwymi danymi pod rygorem ukarania redakcji przez Federację Konsumentów?
Jeśli mamy budować uczciwą Polskę, to zacznijmy od dziennikarzy, w szczególności od dziennikarzyn! Każdy uczciwy polski dziennikarz występuje pod swoimi prawdziwymi danymi albo pod łatwo identyfikowalnym pseudonimem. Każdy zawodowy dziennikarz powinien podpisywać się danymi, pod którymi opłaca podatki. Skoro kelnerzy (i inni pracownicy obsługujący klientów) mają swoje dane przymocowane do garderoby, to dlaczego gazetowi intelektualiści podpisują się pseudonimami?

Darwin w polskich szpitalach
"Dziennik Bałtycki" (25 listopada 2009) opisuje skandaliczną sytuację panującą w Polsce - Ministerstwo Zdrowia wydało informację dla lekarzy "w sprawie postępowania w związku z przypadkami grypy A/H1N1", w której sugerowane jest bezwzględne leczenie lekiem tamiflu w przypadku dostrzeżenia wyliczonych tam objawów.
Większość lekarzy jest przekonana, że recepty na tamiflu zostaną wyrzucone, bowiem pacjentów zwykle nie stać na ten drogi lek, który jest coraz droższy, jak powiada pewna lekarka - "Jakiś czas temu kupiłam ten lek dla siebie. Zapłaciłam 107 zł. Tydzień później, gdy o tamiflu zrobiło się głośno, apteka zażądała już za takie same* opakowanie 170 zł".
W ostatnich dniach głośno było o pacjentce zmarłej na świńska grypę , którą przewożono pomiędzy szpitalami. Do innego pacjenta w ciężkim stanie dowieziono płucoserce** z innego szpitala.
Im biedniejsze państwo, tym więcej dowodów na prawdziwość teorii Darwina, która głosi, że w pierwszej kolejności giną najsłabsze osobniki (tu - ludzcy osobnicy). U nas giną rodacy niezamożni, nieznani, bez znajomości w kręgach biznesowych, politycznych i medycznych. Niejednokrotnie dziennikarze w placówkach medycznych udawali chorych a znanych z mediów ludzi lub podczas rozmów telefonicznych podszywali się pod znajomych polityków i byli załatwiani elegancko i bez kolejki.
I cóż z tego, że sąd po paru latach zmagań oceni, że pacjenta nie potraktowano godnie i zgodnie z unijnymi procedurami? Rodzina może dostanie odszkodowanie, zaś lekarz rok w zawieszeniu i cały nasz polski bajzel będzie toczył się po swojemu, czyli bez większych zmian.
Pecha ma nasz rząd - kiedy ogłoszono, że w gospodarce mamy najlepsze (procentowo) wyniki, to w tym samym czasie kompromitujemy się w dziedzinie ochrony społeczeństwa przed świńską grypą...
PS Właśnie media podały, że kurierzy życzą sobie (ale nie z powodu zbliżającego się Nowego Roku 2010) aż... dziesięciokrotnie więcej za przewiezienie próbek ze szpitali zakaźnych do laboratoriów. Test na grypę kosztuje ok. 300 zł, zaś przewóz może kosztować do... 400 zł. Już wcześniej niektóre szpitale zrezygnowały z prowadzenia statystyki w ujęciu "grypa sezonowa - grypa świńska" z uwagi na koszty testów, zatem Polska będzie miała zafałszowane dane!

* - czy redakcja może poprawić błąd w cytacie? a może to błąd... redakcji?
** - jeśli nie stać nas na płucoserce (ok. 400 tys. zł) w każdym szpitalu, to może założyć międzynarodową spółkę, która będzie posiadać kilkadziesiąt tych urządzeń na wynajem i w razie potrzeby samolotem dostarczy do wybranego szpitala (kiedy komputery były kosztowne, to firmy wypożyczały je na określony czas)

Lady GaGa i PaliKot
Lady GaGa (właściwie Stefani Joanne Angelina Germanotta, ur. 28 marca 1986, ma teraz 23 lata) od dawna nie ma stałego pana, ale jest szczęśliwa, bowiem wystarczają jej jednonocne romanse - informuje "Fakt" 6 listopada 2009.
Lady sklepowe zatem nie będą przydatne do wyłożenia przydatków Lady GaGa, ani wygodniejsze kanapy, bowiem piosenkarka nie tylko woli jednorazowych dżentelmenów (może lepszy byłby pseudonim LadaCo albo LadaCznica?), ale przed(w)kłada ponad nich elektryczne cuda techniki - "mój wibrator potrafi zdziałać cuda, więc jest OK - rozbrajająco i szczerze wyznaje gwiazda".
Pozazdrościć takiemu gadżetowi owych cudów. Szkoda, że śliczna LaLa GaGa nie daje chłopcom i popiera antykoncepcyjną działalność - a to z niej niezły GaGaTek!
U nas poseł Palikot (z premierem Tuskiem) próbuje budować drugą szczęśliwą a zieloną wyspę przy udziale plastykowego wkładu (w rozwój naszej gospodarki) przy udziale mediów i... cudów. Ujawnione publicznie urządzenie przez pana Palikota mogłoby niejednego rozpalić kota - może producent wypuści na cześć posła wibratory o nazwie "PaliKot", reklamą zaś mogłaby się zająć (i to z wrodzonym zamiłowaniem) sama Lady (wespół z jej przyrodzeniem); wówczas owe plastykowe rękodzieła (sic!) byłyby sprzedawane spod lady...

Czy panie są mniej warte od panów?
Czy kobiety szanują się mniej niż mężczyźni? Czy można sobie kupić małżonkę w III tysiącleciu? Pewien Somal (a. Somalijczyk) ożenił się. Normalna sprawa, ale... On ma 112 lat, ona... 17. Pan młody (sic!) ma już 5 żon i 18 dzieci z nimi, ale już po wspomnianym ślubie upatrzył sobie... siódmą połowicę, jednak musi nieco poczekać, bo jest zbyt... młoda.
Somalia należy do najbiedniejszych państw. Prawdopodobnie wystarczy mieć większe stadko kóz, aby do woli wybierać sobie młódki za żony będąc nawet (w sensie nieekonomicznym) dziadem. Co może budzić zdziwienie albo protest (a może i zazdrość?) - somalijski bogacz to prawdziwy (w sensie ekonomicznym) dziad przy krezusach znanego nam kapitalistycznego świata, ale on może mieć nie tylko stado kóz, ale i żon, zaś burżuje, choć mogą wyzyskiwać tysiące ludzi, to żonę mogą mieć tylko jedną...
Nieznane są sytuacje odwrotne: aby stuletnia żona kilku dwudziestoletnich mężów rozglądała się za kolejnymi. O czym to świadczy? Że ani rządy, ani kobiety, ani ojcowie tych pań nie traktują płci pięknej na równi z brzydką. Co na to ONZ? A co na to feministki cywilizowanego świata? Przecież to rodzaj seksualnej dyskryminacji, wyzysku a nawet niewolnictwa!
Kto zrobi z tym porządek? Nie zapominajmy, że Somalowie są słynni w świecie także z... piractwa morskiego. W obu przypadkach świat udaje, że nie widzi obu problemów XXI wieku.
PS Tysiące kobiet w Europie (zwłaszcza wschodniej i środkowej) jest wykorzystywanych w burdelach, w szczególności najbogatszych państw Unii Europejskiej, o czym donoszą media. Nie ma miesiąca, aby nie ujawniano kolejnych skandali dotyczących handlu żywym a erotycznym towarem.
Za handel niewolnikami groziła kiedyś kara śmierci, natomiast wyroki, które zapadają na nielicznych pośredników i "opiekunów" to doprawdy żarty z Temidy - symboliczne wyroki, często w zawieszeniu, bez dolegliwości podatkowych, co z pewnością nie odstrasza kolejnych osób planujących związanie się z seksbiznesem.
Zwykle informowani jesteśmy o wysokich grożących karach, ale rzadko doczekujemy się ogłoszenia wyroku, który rozśmiesza i irytuje przeciętnego obywatela, a już bodaj nigdy nie podawane są rzeczywiste okresy przebywania w więzieniu. Jednocześnie zapoznając się z materiałami udostępnianymi w mediach nie można nie dostrzegać, że wyzyskiwane kobiety bywają tyle atrakcyjne, co... głupie - pewnie niewiele mądrzejsze od tych nieszczęsnych somalijskich dziewcząt wymienianych na kozy.

Rekordowa kara dla pijanego kierowcy i co dalej?
Wieczorem 8 sierpnia 2008 dwie sympatyczne nastolatki (Justyna i Kamila) wracały skuterem do domu z wakacyjnej pracy w Sobieszewie. Niestety doszło do tragedii - najechał na nie 40-letni pijany Zbigniew Gregorczyk (wojskowy emeryt; w wydychanym powietrzu ok. 2,5 promila alkoholu; sąd zezwolił na ujawnienie nazwiska i wizerunku skazanego).
Uderzenie przerzuciło pasażerkę skutera na przeciwny pas ruchu, gdzie zginęła po najechaniu autem przez innego, niewinnego, kierowcę. Samochód prowadzony przez pijaka przejechał jeszcze kilkadziesiąt metrów niszcząc skuter i śmiertelnie masakrując drugą dziewczynę. Winny przyznał w sądzie, że nie zauważył skutera oraz przeprosił rodziny zabitych uczennic, których życie zostało w tak okrutny i bezmyślny sposób przerwane.
Sąd Rejonowy w Gdańsku był dla pijaka bezwzględny (na miarę obowiązujących przepisów) i wymierzył mu trzy najwyższe przewidziane prawem kary - 12 lat więzienia, dożywotni zakaz prowadzenia pojazdów oraz nawiązkę 100 tys. zł.

Tyle suche fakty i pora na komentarz.
W miejscu tragedii zostało przebudowane skrzyżowanie, powstała autobusowa zatoczka i będzie ustawiona sygnalizacja świetlna. Można by stwierdzić złośliwie - "mądry Polak po szkodzie", ale przecież trudno wszystkie niebezpieczne węzły przebudowywać, za niemałe przecież kwoty, zatem często czyni się to po szczególnie drastycznych wypadkach.
Wyrok ogłosiła młoda sędzia, która wierzy w ideały i (szacun!) zasądziła najwyższe możliwe w Polsce kary, ale potrójny wyrok jest jeszcze nieprawomocny i - jak znam życie, choć liczę na utrzymanie! - zostanie obniżony w co najmniej jednej kategorii, zwłaszcza że już adwokat twierdzi, że jego klient nie miał uczciwego procesu.
Jeśli wyrok zostanie ostatecznie utrzymany w mocy, to gdańska sędzia przejdzie do historii jako najsurowsza w ferowaniu wyroków dotyczących ofiar śmiertelnych spowodowanych przez pijanych kierowców i - miejmy nadzieję! - pozostali sędziowie pójdą podobną drogą, skazując na długie lata pobytu w więziennych celach współczesnych morderców pędzących w nowoczesnych narzędziach zbrodni (choć w dalszym ciągu uznaje się te makabryczne zdarzenia za wypadki, nie za zbrodnie).
Wątpliwości budzi nawiązka w maksymalnej wysokości, którą zasądzono na rzecz... komendy Państwowej Straży Pożarnej w Gdyni. Zwykle nawiązki bywały symboliczne a tu maksymalna (obecnie) z możliwych. Owszem, niech będą jeszcze wyższe, ale dlaczego na rzecz państwowej instytucji, skoro wiemy, że z każdej złotówki wpłaconej na taką instytucję jedynie znikoma cześć jest autentycznie wykorzystana - reszta przepada podczas proceduralnych a urzędniczych zawirowań.
Jeśli już jakikolwiek winny ma stracić owe 100 tysięcy złotych (lub wielokrotnie więcej), co zwykle jest poważną dolegliwością i trudną do wypełnienia, to powinien przekazać na rzecz poszkodowanych rodzin i ta uwaga dotyczy wszystkich okaleczonych rodzin w nieszczęśliwych wypadkach (nie tylko drogowych).
Sąd, który prowadzi sprawę, jednocześnie (czyli podczas procesu karnego) powinien rozpatrywać kwestię odszkodowania dla rodzin, bowiem one zwykle nie mają ani odwagi, ani chęci, ani siły, aby wytaczać osobny proces z powództwa cywilnego i powtarzać cały sądowy koszmar. Ponadto zwiększony jest czasowy nakład pracy dwóch sądów oraz wyższe są koszty ponoszone przez winnego na rzecz Temidy a przecież każda złotówka wydobyta z jego zasobów powinna być przeznaczona na rzecz poszkodowanych, nie zaś na urzędników.
Jeśli ktoś utraci dziecko, to niemoralne jest zasądzanie nawiązki na rzecz Państwa, bowiem to nie nasze Państwo straciło osobę bliską! Nie Państwo powinno bogacić się na cudzej krzywdzie! Zresztą większość pijanych kierowców nie leży na pieniądzach i jeśli w pierwszej kolejności mają zapłacić Państwu (co może się wiązać i tak z długotrwałym oczekiwaniem na tę spłatę), to w drugiej kolejności już nie znajdą środków dla poszkodowanych rodzin. I cóż z tego, że rodziny będą miały wyrok na papierze, skoro będzie on niewykonalny?
Ten niewłaściwy precedens może spowodować w kolejnych procesach lawinę nawiązek na rzecz pogotowia ratunkowego, policji, bazy helikopterów, klubów anonimowych alkoholików itp. A przecież od utrzymywania takich instytucji jest Państwo i niech ono się właściwie wywiązuje ze swoich obowiązków, choćby poprzez odpowiednią politykę podatkową.
Jeśli jakaś rodzina straci żołnierza walczącego poza Polską albo podczas ćwiczeń w kraju, to rozsądek, uczciwość i logika każe wypłacić rodzinie uzyskane pieniądze, które zdołano by uzyskać od zamachowców lub winowajców. Przekazywanie kwot na rzecz wojska byłoby poważnym wizerunkowym uchybieniem, niezależnie od szczerych chęci (np. środki przeznaczone dla psychologów wojskowych, którzy pomagają inwalidom wojskowym, co jest jakże szczytnym zadaniem).
Gdybym był winny i miałbym zapłacić 100 tys. zł, to również wolałbym przeznaczyć je dla poszkodowanej przeze mnie rodziny, skoro bym musiał te pieniądze latami wypracowywać w więzieniu albo swoim dzieciom pomniejszyć jakość życia, bowiem miałbym świadomość, że Państwo tę kasę w parę dni zużyje na swoje szczytne cele i że ta kwota to jedynie kropla w morzu potrzeb wybranej państwowej instytucji. Jeśli miałbym ciężko pracować, to na rzecz jednak tej rodziny. Musiałbym mieć świadomość, że każda moja zarobiona złotówka ma być przekazana tej rodzinie, aby moje sumienie zaczęło wracać do normy.
Owszem, na rzecz firm można zasądzać symboliczne nawiązki, np. 1-5 tys. zł, ale nie setki tysięcy! Zresztą to słowo kojarzy się raczej z czymś niewielkim, pomijalnym (oczywiście dla firmy nawiązką mogą być miliony...). Wyższe zadośćuczynienia bezwzględnie powinny być przekazywane osieroconym rodzinom! Jeśli jakakolwiek rodzina nie zechce wykorzystać uzyskanych w ten sposób pieniędzy (co także może się zdarzyć, choćby ze względów moralnych), to może je przekazać na dowolny cel, choćby charytatywny, i w dowolnym czasie, ale jako dysponent tych pieniędzy!
Ponadto sąd powinien skazywać także osoby, które przyczyniają się do tego typu wypadków. Okazuje się, że ów kierowca często bywał zamroczony alkoholem i niejednokrotnie widywano go, kiedy w takim stanie prowadził auto. Krytycznego dnia odwoził równie zapitego kumpla na przystanek i ten facet bezwzględnie powinien był zostać właściwie osądzony za współudział w tragedii, choć wypadek wydarzył się już bez niego. Rodzina kierowcy również ponosi winę, zatem i wobec niej powinna być orzeczona kara.
Czytając o wypadku nasuwa się porada dla młodzieży - nie jeździjcie ruchliwymi szosami swoimi rowerami, motorowerami i skuterami, bowiem nasze polskie drogi są okupowane przez nieodpowiedzialnych ludzi igrających waszym życiem, bowiem Polska to nie Holandia! Jeżdżą po pijaku, ścigają się autami i ścigaczami, nieumiejętnie prowadzą ciężarówki i tiry (zwłaszcza młodzi) lub bywają przemęczeni (w tym starsi z problemami zdrowotnymi) i są poganiani przez pracodawców. A jak już ich dopadnie nasza kulawa Temida, to wyroki zwykle są skandaliczne. Nasze szosy nie nadają się na trakty do przejażdżek skuterkami!
Zastanówcie się, nim wydarzy się kolejna tragedia! Oczywiście, macie prawo do jazdy takimi jeździdełkami, ale w razie tragedii nic z waszego prawa wam nie przyjdzie, jak zabitej Justynie i Kamili. One z pewnością wolałyby nie mieć racji, ale żyć, nie zaś odwrotnie!
Zresztą opisywany kierowca przyznał, że nie zauważył skuterka i można mu wierzyć - w zamroczeniu snadniej dostrzegłby z trudem (ale jednak!) samochód i nie najechałby na niego, ale nie dwuślad. Nawet gdyby jednak hamując najechał na tył auta, to dziewczyny miałyby większe szanse na przeżycie.
W niektórych regionach Polski zamieszczane są pełne dane pijanych kierowców, ale dlaczego nie wszędzie? Co to jest? Jakieś regionalne folwarki, jak stany w USA, gdzie mamy różne prawa? Należy to zmienić - wszyscy zmotoryzowani pijacy powinni być zamieszczani w internecie natychmiast po stwierdzeniu alkoholu w organizmie, w szczególności należy podawać nazwiska morderców z opisem tragedii i adnotacją o ich miejscu przebywania oraz datą wyjścia z więzienia. Inaczej nie zwalczymy plagi pijanych kierowców!
Rokrocznie wykrywanych jest ponad 100 tysięcy takich przestępców. Parę lat temu zaostrzono kary, ale niewielu się tym przejmuje i surowsze prawo ponosi porażkę (udaje groźnego, ale nie ma chęci na poważne karanie, co oczywiście znakomicie obniża autorytet Temidy w Polsce). Po prostu - nasza Temida zablefowała licząc na właściwy skutek, a tu klapa - polscy pijacy rozszyfrowali kiepskiego pokerzystę i bełkotliwie powiedzieli "sprawdzamy!".
Należy rozważyć zmiany w przepisach dotyczących odszkodowań. Każdy kierowca powinien płacić podwójną stawkę ubezpieczenia obowiązkowego, która po roku jazdy bez podwójnego gazu byłaby zwracana. Odsetki od zamrożonego przez rok kapitału byłyby przekazywane do funduszu pomocy wszystkim (nie tylko z powodu alkoholu) ofiarom wypadków.
Jeśli kontrola wykazałaby jazdę "pod wpływem", to nadpłacona kwota natychmiast zostawałaby przelewana na ten fundusz a ponadto kierowca płaciłby mandat w wysokości od tysiąca do paru tysięcy złotych w zależności od zawartości alkoholu we krwi i od wartości auta lub od swego stanu majątkowego. Kryterium "wartość auta" byłoby podzielone na kilka kategorii, podobnie "stan majątkowy", przy czym o karze decydowałaby wyższa kategoria z obu kryteriów, zaś 90% z mandatowej opłaty byłoby przekazywane na wspomniany fundusz.
W razie kolejnej kontroli wskazującej na jazdę pod wpływem alkoholu, kierowca otrzymywałby mandat w wysokości podwójnej, potrójnej itd. (niezależnie od ewentualnej kary więzienia).
Samochód byłby zajmowany natychmiast po kontroli w celu zabezpieczenia należności, która powinna być wniesiona niezwłocznie po wytrzeźwieniu. Jeśli pojazd miałby znikomą wartość i byłby niesprawny technicznie, zostałby niezwłocznie złomowany na koszt kierowcy. Jeśli kierowca nie byłby właścicielem, to sprawy finansowe byłyby załatwiane pomiedzy nimi. Jeśli w szczególności kierowca byłby złodziejem, który zawłaszczył pojazd kwalifikujący się do złomowania, to kierowca płaciłby właścicielowi podwójną wartość pojazdu.
Pijany kierowca opłacałby również koszty transportu auta na parking oraz koszty ewentualnej licytacji. Gdyby spowodował tragedię, to należałoby przewidzieć poważne dolegliwości finansowe dla sprawcy, który powinien pokryć wszelkie straty spowodowane wypadkiem - akcja ratownicza, porządkowanie drogi oraz koszty leczenia i pochówku, a także zasądzane wieloletnie renty dla poszkodowanych rodzin, przy czym te dolegliwości powinny być rozstrzygane podczas jednego (głównego) procesu.
Kierowcy będący cudzoziemcami byliby osadzani w aresztach do momentu uregulowania płatności, chyba że gwarancji udzieliłaby właściwa ambasada.
Towarzystwa ubezpieczeniowe powinny podjąć decyzję, że odszkodowania za zniszczony pojazd prowadzony przez pijaka powinny być przeznaczone na rzecz rodziny i funduszu.
Treści wyroków, które mają być opublikowane w prasie, powinny być możliwie zwięzłe i traktowane jako informacje, zatem skazany nie powinien za nie płacić, bowiem wszelkie ponoszone przez niego koszty (a większość z przestępców nie leży na pieniądzach) powinny być przeznaczane dla poszkodowanych rodzin, ponieważ to im w pierwszej kolejności należą się wszelkie rekompensaty. Prasa nie powinna zarabiać na tego typu ogłoszeniach - wystarczy, że zamieszczone zostaną artykuły informujące czytelników o wypadku, wyroku i podające pełne dane przestępcy (jak w omawianym gdańskim przypadku). Wszelkie nakazy płatnego zamieszczania takich ogłoszeń w prasie należy uznać za bezsens, bowiem płatne ogłoszenia w kilku gazetach zmniejszają pulę przeznaczoną dla ofiar przestępcy.
Należy przejrzeć sądowniczą praktykę państw typu Holandia i Norwegia oraz przenieść ich rozwiązania na nasz polski grunt, ponieważ pewnie już znane są dobre pomysły i szkoda czasu na wyważanie otwartych drzwi...

Oczywiście, możemy sobie dyskutować o europejskich standardach obowiązujących w walce z pijanymi kierowcami, ale mamy kolejny polski przypadek nonszalancji, bezczelności i usłużności - oto TVN24 (10 grudnia 2009) przybliża nam historię burmistrza Łaskarzewa pod Garwolinem...
Miał we krwi ponad 2 promile alkoholu. Wsiadł za kierownicę i staranował dwa samochody, ale nie trafił do aresztu, bowiem (jak ocenił lekarz) - "jego stan zdrowia na to nie pozwala". O alkoholowym problemie nie chce mówić żaden miejscowy urzędnik i rzecznik policji. Burmistrz został dowieziony do szpitala, ale tam lekarze nie wyrazili zgody na jego zatrzymanie, więc postanowił przeczekać - wybrał się na urlop i nie wiadomo gdzie jest. Burmistrz jest tu głównym pracodawcą i... wszyscy milczą. A zwierzchnik? Rzecznik wojewody mazowieckiego wyjaśnia, że ewentualne kroki można podjąć dopiero na podstawie prawomocnego wyroku sądu - wówczas wojewoda może wygasić mandat burmistrzowi, jeżeli miejscy radni nie będą chcieć się sami z tym problemem uporać.
Ten ostatni przykład dowodzi miejsca, w którym się znajdujemy (niby nadal jesteśmy w Europie...). I co my tu pomstujemy na jakiegoś emerytowanego pijanego wojskowego? W portalowych komentarzach pełno sugestii, co z takim zrobić, a mamy tu burmistrza, któremu możemy skoczyć na pukiel. Oto Polska właśnie! Nie o taką walczyliśmy! Co na to RPO?

Zabawne nibyanonse
Jaka pisownia - kakałko, kakaoko czy kakauko? Przecież nie kakałko!
Od paru miesięcy "Dziennik Bałtycki" zamieszcza swoje nibyanonse. Są to dowcipne a inteligentne krótkie spostrzeżenia, zamieszczane w ramkach o wymiarach typowych dla niewielkich ogłoszeń prasowych. Nawiązują do ogólnie znanych historyjek. Mają bawić i zachęcają do dawania ogłoszeń w tej gazecie. A wydawałoby się, że już wszystko w tej branży wymyślono... Brawo!

Oto próbki pomysłowości Redakcji -
Zapuszczam korzenie
Bartek Dąb
czytaj drobne w dziale
zwierzęta/rośliny

Zainwestuję 30 srebrników
Judasz
czytaj drobne w dziale
finanse/biznes

Włoszczyznę sprowadzę
Bona
czytaj drobne w dziale
handel

Kupię kota w worku
młynarczyk
czytaj drobne w dziale
handel

Wycieczki do Raju
Ewa
czytaj drobne w dziale
turystyka

Organizuję chrzciny
Mieszko Pierwszy
czytaj drobne w dziale
usługi

Wesela organizuję
Wyspiański
czytaj drobne w dziale
usługi

Popiół od maku oddzielam
Kopciuszek
czytaj drobne w dziale
usługi

Liny za dobre sumy wymienię
wędkarz
czytaj drobne w dziale
usługi

Profesjonalny catering w czwartki
St. A. Poniatowski
czytaj drobne w dziale
usługi

Upuszczanie krwi
Dr Drakula
czytaj drobne w dziale
zdrowie

Trędowate przyjmuję
Ordynat(or) Michorowski
czytaj drobne w dziale
zdrowie

Używane cylindry
starszy pan
czytaj drobne w dziale
motoryzacja

Regulacja zapłonu
Inkwizycja
czytaj drobne w dziale
motoryzacja

Wulkanizuję
Hefajstos
czytaj drobne w dziale
motoryzacja

Nauczę gry na cymbałach
Jankiel
czytaj drobne w dziale
nauka

Dam nauczkę
korepetytor
czytaj drobne w dziale
nauka

12 zleceń przyjmę
Herkules
czytaj drobne w dziale
praca

Dom na wodzie wynajmę
Noe
czytaj drobne w dziale
nieruchomości

Wynajmę chatę za wsią
Kraszewski
czytaj drobne w dziale
nieruchomości

Projektuję szklane domy
Baryka
czytaj drobne w dziale
nieruchomości

Łatwo tracę głowę
Robespierre
czytaj drobne w dziale
towarzyskie

W latach 60. w Hali Targowej w Gdyni było stoisko barowe, gdzie można było kupić kanapki, mleko i kakao w fajansowych kubkach (a właściwie kubasach) podawane przez damski personel w bieli.
Dzisiaj można by zaproponować ogłoszenie -
Zapraszamy na kakałko (kakaoko lub kakauko)*
Sympatyczne panienki z Baru Mlecznego
czytaj drobne w dziale
usługi/catering

* - do ustalenia przez polonistów

Zdelegalizować chuligańskie media i paparaczy!
Opublikowanie filmików z senatorem Piesiewiczem, to skandal, za który media powinny zostać ukarane wysokimi grzywnami!
Senator Piesiewicz został podstępnie nagrany przez szantażystki, które wyłudziły od niego spore pieniądze, ale było im mało, zatem chciały powtórzyć akcję. Zostały namierzone i przesłuchane. Prawdopodobnie to są zwykłe ludzkie zera, które niczego dla Polski nie uczyniły i chciały sobie pożerować na znanym człowieku. Kiedy już finansowo im się nie udało, to całkowicie zrujnowały jego wizerunek, zatem do historii nie przejdą jako zera, ale już jako "ktoś". Przykre, że im w tym pomogły media, tym bardziej, że uczyniły to dla sławy i pieniędzy - oczywiście pod sztandarem... prawa i uczciwości.
Sprzedajne media zamieściły kompromitujące zdjęcia, które zrujnowały życie senatorowi. Szantażystki przejdą do historii jako osoby, które nie tylko skrzywdziły senatora, ale także ujawniły obrzydliwość polskich mediów.
Któż bowiem nie ma na sumieniu różnych wybryków, mniej czy bardziej żenujących, wstydliwych tak dla siebie, jak dla otoczenia? Ale na szczęście nie było przy tym żadnych nagrywaczy, agentów, paparaczy i szantażystów.
Oczywiście, senator, generał, biskup, noblista to osoby z górnych półek, które powinny dbać o własny wizerunek, jednak czy można zaglądać im do sypialni, toalet, piwnicy, zwłaszcza jeśli nie popełniają przestępstwa albo ewentualne wykroczenie jest pomijalne wobec medialnej histerii?.
A tu przestępstwem jest posiadanie i zażywanie narkotyków? Jeśli nawet, to mamy na razie domniemanie, nawet jeśli bardzo prawdopodobne! A o winie decyduje sąd. Wyrok jeszcze nie zapadł, ale media już zlinczowały senatora.
Ale nawet po wyroku skazującym za te narkotyki, to skandaliczne byłoby ujawnianie w mediach zdjęć! Wystarczyłby wyrok - ilustracje dotyczące sprawy są nie na miejscu!
Jestem pewien, że wybrane media nie są obiektywne i uczciwe - nie zamieszczą przecież wipów z opcji, które wielbią naczelni redaktorzy, nie doniosą na swoich kolegów współredaktorów, takoż na swoje rodziny i serdecznych kolegów.
Są gotowi zamieścić fotki, które rujnują człowieka oraz zniesmaczają co bardziej wrażliwych Polaków (bo przecież meneli, w tym intelektualnych, tylko zagrzewają do plotek i wylewania pomyj), są gotowi skompromitować Polskę a wszystko to dla zwiększenia nakładu i zysków oraz dla sławy (już kiedyś zamieszczono zdjęcie zabitego korespondenta w Iraku i były podobne dyskusje - na temat etyki mediów).
Obecna technika podsłuchiwania i podglądania jest tak wysublimowana, że można nagrać dosłownie wszystko! Przez okno, przez dziurkę od klucza, przez pluskwy umieszczone w zegarach, guzikach i kwiatach.
Każdy z nas może być nagrany przez niemal każdego. Każdy z nas ma coś na sumieniu i przez jakiś czas zastanawia się, czy nie został z tego powodu nagrany. Po pewnym czasie uspokaja się, że chyba jednak nie, skoro szantażyści się nie zgłaszają.
Paparacze (wł. paparazzi) to hieny w ludzkiej skórze. Rację mają aktorzy i inni wipi, że z nimi walczą po sądach - to chuliganeria, gawrosze i szantażyści nowego typu. Oni biorą wielką kasę za obrzydliwą pracę. Jeśli uda im się zrobić wyjątkowo pikantne zdjęcia, to mogą szantażować wipów, aby uzyskać od nich większe kwoty, niż od mediów.
Paparaczy można podzielić na zawodowców i na amatorów oraz na zewnętrznych (klasycznych - działają na zewnątrz pomieszczeń) i na wewnętrznych (zwykle jako szantażyści, którzy dostali się do pomieszczeń podstępem).
Z wszelakimi popapranymi paparaczami należy walczyć bezwzględnie - prawo powinno zabraniać nagrywania wipów poza ich działalnością związaną z pełnionymi publicznymi funkcjami. Jeśli już ktoś dokonał nagrania, to żadne media nie powinny ujawniać takich materiałów. Jeśli media dokonają jednak tego przestępstwa, to kara powinna być dwukrotnie wyższa, niż oszacowane dochody, ale nie niższa od prawnie ustalonego minimum.
Przecież nawet obecne prawo zabrania zamieszczać fotki bez zgody obrażanej osoby. Zamieścić można byłoby po uzyskaniu zgody sądu, który mógłby wybrane materiały dopuścić do publikacji.
Wprawdzie senator jest politycznie skończony (przez nasze bezwzględne i chamskie media), ale mógłby wykonać jedną a ważną pracę - jego prawnicy powinni rozpocząć wielką batalię z intelektualnymi lumpami, zarówno z paparaczami, jak też (i przede wszystkim) z wydawcami. Powinni złożyć pozew przeciwko tym sprawcom oraz (zbiorowo) przeciwko sprawie i w tym przypadku powinni dołączyć do nich inni wipi (np. aktorzy), którzy od lat są obrażani na łamach tabloidów.
Wszelkie policyjne nagrania powinny być chronione przed nieetycznymi mediami i w razie przecieków winne osoby powinny być karane wysokimi grzywnami oraz bezwzględnym więzieniem.
W razie wątpliwości należy przedstawiać nagranie osobie zainteresowanej lub (jeśli to niemożliwie) rodzinie, zaś w przypadku niewyrażenia zgody na publikację, potencjalny wydawca powinien sądownie walczyć o prawo do publikacji.
Każde inne rozwiązanie powinno być traktowane jako medialny bandytyzm i bezlitośnie tępione!
Dość podglądania, dość szantażów, dość chamstwa w mediach! Wszyscy rozumni Polacy powinni opowiedzieć się po stronie prawa do prywatności. Oczywiście, im towarzycho mniej wykształcone i spragnione skandali (bo niczego innego nie są zwykle w stanie dokonać), tym większy nacisk na ujawnianie prywatnych stron życia wipów.
Ostatnio nawet brytyjska królowa uznała, że media zachowują się nieetycznie, wręcz skandalicznie!
Zwykle inteligencja zwycięża z prostactwem, ale nie w jakże nierównej walce pomiędzy wipem a wydawcą chuliganem wspomaganym przez szantażystę donosiciela.
W opisanej przez media sprawie, należałoby rzetelnie osądzić szantażystki, które przejęły spore pieniądze metodą przestępczą, zatem powinny zwrócić je z odsetkami i powinny zostać właściwie osądzone. Ponadto one oraz wszyscy paparacze i wydawcy powinni być prześwietleni przez urzędy skarbowe pod kątem legalności wpływów i wydatków, w szczególności powinny być przejrzane umowy o świadczenie omawianych nikczemnych usług w aspekcie podatków.
Coraz częściej w Polsce mamy do czynienia z przeciekami do mediów i to od strony urzędów i instytucji państwowych, także (o zgrozo!) najważniejszych w Państwie! Należy bezwzględnie karać urzędników i funkcjonariuszy, którzy - jak należy się domyślać - dla pieniędzy przekazują tajne i poufne materiały do mediów. Ich chciwość (oraz publikatorów) powinna być przykładnie karana!
Czy polska Temida stanie na wysokości zadania, aby skutecznie opracować prawo i stosować je w obronie osób krzywdzonych? Czy możemy skutecznie walczyć z bezczelnymi łobuzami liczącymi na wielkie pieniądze zdobywane nielegalnymi sposobami (paparacze, w tym szantażyści) oraz z nieetycznymi biznesmenami wydającymi nasze pieniądze uzyskiwane ze zwiększonych wpływów (wydawcy)?
Jak można publikować zdjęcia wykonane w prywatnym domu w celu szantażowania znanego człowieka? Nawet jeśli istnieją przesłanki popełnienia niskiej rangi przestępstwa - odwet mediów po wielokroć przekracza winę tego człowieka! I to bez sądowego wyroku. Przecież to jest zabronione prawem! Jaki jest tu interes społeczny? Tu jest finansowy interes mediów, a my padamy ofiarą, bo pędzimy do kiosków po gazety - jak szczury ciekawe pomyj. Przyzwoite media, szanujące zwykłego i niezwykłego obywatela, powinny przekazywać rzetelną nieilustrowaną informację o domniemanym przestępstwie, jeśli zdjęcia zostały uzyskane nielegalnym sposobem.
Interes publiczny wymaga, aby żaden sprzedajny paparacz nie był witany w progach sprzedajnego wydawcy, bowiem ta współpraca jest chuligaństwem i może dotknąć każdego z nas i zrujnować życie każdemu porządnemu (i mniej porządnemu) człowiekowi.
Jeśli mamy uczyć młodzież uczciwości, to nie możemy zapominać o mediach. Nie mogą one publikować informacji uzyskiwanych nielegalnymi lub niemoralnymi sposobami, bowiem na nic wszelkie nauki świeckie czy kościelne dotyczące uczciwości! Musimy mieć etycznych urzędników i funkcjonariuszy oraz media, aby wymagać uczciwości od zwykłych obywateli. Jakże bowiem przeciętni Polacy mają być etyczni, skoro osoby ze społecznych wyżyn (w tym politycy i dziennikarze) są coraz częściej kombinatorami, złodziejami, cwaniakami i zwykłymi chamami? Jak w takiej atmosferze wychowywać młodzież i budować Uczciwą Polskę?
Gdyby wszystkich wielkich ludzi znanych z historii oceniać przez pryzmat czynów senatora (i to przecież bez dzisiejszej techniki inwigilacyjnej, ale tylko na podstawie historycznych przekazów), to znakomitą większość pomników należałoby zburzyć i pozmieniać nazwy ulic noszących imiona naszych sławnych rodaków.

PS Właśnie głośno o italskim paparaczym chuliganie i skandaliście, o niekoronowanym (nomen omen) królu włoskich paparaczy (wł./nibypol. paparazzich), o nazwisku Fabrizio Corona, który swoją karierę ukoronował występem na żywo w programie "Matrix" (telestacja Canale 5) - przeklinał i ruszył ku wyjściu, rozrabiając po drodze i odnosząc kontuzję (po programie zoperowano mu złamaną rękę i zagipsowano). Ta medialna łachudra została skazana na niemal cztery lata "za szantażowanie celebrytów przy pomocy kompromitujących zdjęć i wyłudzanie od nich pieniędzy za rezygnację z ich publikacji". I takich ludzi zapraszają do telewizji - skandal! Taki cwaniak żyje (jak przystało na noszone imię) z fabrykowania zmyślnych sesji zdjęciowych i przedstawiania ich w mediach lub wprost do "finansowej" oceny osobom krzywdzonym. Śmieć!

Znany profesor językowym penetratorem lalki
"Dziennik Bałtycki" (23 października 2009) zamieszcza kolejną, jakże zajmującą, pogadankę o języku pt. "Dopełniacze w 'Lalce' Bolesława Prusa" mistrza prof. Jana Miodka, który zagaja i to jak zagaja - "W dalszym ciągu penetruję językowo 'Lalkę', powieść z końca XIX wieku, i wyławiam* dziś z niej dopełniacze liczby mnogiej".
(Słusznie Profesor nawołuje do wysiłku umysłowego w swej książce - "Rozmyślajcie nad mową!"!).
Upewniłem się, że nie jest to wykład dla starszych chłopców (reklama plastykowej lali dmuchanej z zapałem - oczywiście... płucami) i dałem się uwieść dalszym wywodom.
Zatem - "Zacznijmy od postaci rodzaju żeńskiego".
A jakże, wszak każdy dorosły (i dorastający) pan, niezależnie od tytułów naukowych, lubi zaczynać od takich postaci. Nikt nie chce być biernikiem, ale sobie marzy, aby zostać... dopełniaczem.
Po omówieniu paru kwestyj i teoryj (już archaiczne słowa) w aspekcie sympatyj i po nawiązaniu do kobiet i dziewczyn, autor dowodzi, że owe wyrazy miały uzasadnienie morfologiczne, nim zmieniły swoje zakończenia - "Dzisiejsze brzmienia to - oczywiście - owacja, pretensja, poezja, lekcja itd. W takiej sytuacji fonetycznej musiało dojść do zlania się dopełniaczy liczby pojedynczej i mnogiej: jednej lekcji - kilku lekcji itd.".
No tak, dopełniacze mogą zlewać się z tłumem (w jednolitą masę) wprawdzie w liczbie pojedynczej, ale o mnogiej liczbie elementów zawartych w nim; mogą także w lalkę lub do lalki, aby czuć się bardziej dopełnionymi (już po udzieleniu paru lekcyj z wychowania w rodzinie), mogą zlewać się ze sobą (w jedną całość, co jednak nie jest mile widziane we wszystkich kręgach).
Co do innych panów w aspekcie przypadków tyle gramatycznych, co dramatycznych: mianownicy - faceci stale pod kreską (finansową, nie ułamkową), celownicy - mają kłopoty z trafieniem (np. nocą do domu), biernicy - tumiwisiści, narzędnicy - zawsze mają narzędzia w pełnej gotowości np. (złotoręcy fachowcy), miejscownicy - osiadli leniuszkowie (np. godzinami przed komputerem), wołacze - wzywają kumpli na pomoc.

* - jak widać, Profesor jest nie tylko penetratorem, ale i łowczym; mam nadzieję, że przesympatyczny Mistrz uzna powyższe wymądrzania za kolejną zabawę językiem polskim...

PS Gdyby ktoś pytał o znaczenia innych rzeczowników o zakończeniach -cz (niczym owi dopełniacze), to:
badacze - amatorscy penetratorzy,
działacze - dużo pomysłów, mało czynów,
krzykacze - zachwalają swoje zalety,
miotacze - mają poważne kłopoty z wyborem żon,
naciągacze - zwolennicy antykoncepcji,
oracze - klasycy,
partacze - wiadomo!,
poławiacze - wybierają dyskotekowe talentki,
posiadacze - stać takich na harem,
pożeracze - niewieścich (oczywiście) serc,
poganiacze - niecierpliwi kochankowie,
przedłużacze - długodystansowcy,
rozpruwacze - miłośnicy fundamentalnych niewiast,
siepacze - damscy bokserzy,
siłacze - zabrakło takim cierpliwości,
słuchacze - pantoflarze,
spychacze - ważne decyzje scedują na żony,
skraplacze - bimbrownicy,
spowalniacze - latami obiecują małżeństwo, ale...,
szperacze - poszukiwacze G,
torbacze - chwalipięci,
trębacze - ogłaszają zwycięstwo i... przepadają,
tryskacze - panowie tryskający zdrowiem,
tułacze - knajpowe łaziki,
uzdrawiacze - wmawiają paniom swe cudotwórcze właściwości,
wahacze - mają kłopot z ustaleniem daty ślubu,
wspinacze - mikrzy zawadiacy zmagający się z fest kobitami,
wybielacze - niewiniątka,
wyjadacze - oraliści,
wywabiacze - dawniej: grajki spod balkonów,
wyzwalacze - rozwodnicy,
zraszacze - falstarciarze.

Przedświąteczny groch z kapustą

60-letnia pani już dawno usidliła swego rówieśnego męża, ale postanowiła nadplanowo zorganizować odnowienie sideł, bowiem oto połowica wbiła mu nóż w okolice serca i to nie czekając na zdjęcie kurtki po wejściu do domu i ta właśnie kurtka uratowała życie połowcowi. Pani została usidlona przez Temidę i grozi jej dożywocie. Dramat tej pary rozegrał się we wsi... Sidłowo.

Pewien palacz (ale nie tytoniu) taszczył dwa kradzione worki z węglem, kiedy to niespodziewanie, zza węgła, przez policyjny patrol został przywitany w... Witosławiu. Sława stróżom ładu publicznego!

Warszawski sąd skazał kierowniczkę domu opieki za wieloletnie bicie i poniżanie swoich podopiecznych. Wyrok jest śmieszny i dla przestępczyni radosny - 2 lata w zawieszeniu za maltretowanie w... Radości pod stolicą.

Mieszkanka Bogatyni w okolicach wsi Skąpe dostrzegła suczkę kręcącą się w borsuczej norze. Dzielni strażacy uratowali bogactwo tej ziemi - dziewięcioro szczeniąt, choć ziemna powała mogła się zapaść na nich i pogrzebać. Szczęścia jednak nie poskąpiono ludziom i zwierzakom.

Na przejeździe kolejowym kierowca postanowił lewą stroną ominąć szlabany automatycznie zamykające jezdnię tylko po prawych stronach. Nie zdążył - pociąg staranował jego nowe dobra (auto) zmieniając je w okamgnieniu w stare dobra. Przejazd kolejowy znajduje się w miejscowości... Nowe Dobra.

Pewien mieszkaniec wrócił do domu i zastał w kuchni wielki bałagan - ktoś obrobił mu lodówkę i bezczelnie zjadł śniadanko, moszcząc sobie wygodne gniazdko tamże. Niczego nie ukradł (oprócz jadła) i nie pozmywał po sobie naczyń! Głodomora szybko ujęto, zaś wydarzenie miało miejsce we wsi... Moszczanka.

Adrian Brody (36 lat) zupełnie nie dba o swój image (po polsku "imaż") - podają media. Faktycznie, paparacze (tak chyba bardziej po polsku) uchwycili go w kiepskim stanie, kiedy to spaceruje po Londynie w stroju dresiarza zarośnięty w trzy d..., sorki, w trzy brody.

Polscy gwałciciele to pikusie. Niejaki Derloy Grant opiekował się chorą żoną, ale w wolnych chwilach, a dokładniej - w nocy, okradał i gwałcił staruszki i starców (albo niewłaściwy przekład, albo biseksualista). Przez 20 lat dokonał ponad 200 napadów. W międzyczasie spłodził... siedmioro dzieci z własną żoną, którą za dnia opiekował się wzorowo (jest chora na stwardnienie rozsiane i od pięciu lat porusza się na wózku inwalidzkim). Teraz nie będzie jej pomagał przez wiele lat, zaś sam będzie - zarówno w dni, jak i w noce - spacerował jedynie po niewielkich powierzchniach płaskich.

Od wielu lat w Unii zakazane są ogłoszenia prasowe wybierające pracownika wg płciowego kryterium. W Unii, ale nie w Polsce... Oto w "Dzienniku Bałtyckim" (30 października 2009) czytamy - "Dziewczyny - 130 zł/h. Zarobki od 7 tys." oraz "Ekspedientkę do cukierni", " Hostessy z zakwaterowaniem, "Barmankę z j. angielskim".

Niemka, niejaka Agnes TRAWNY, opuściła ongiś piękny mazurski TRAWNY trawnik z przyległościami i przeniosła się do Niemiec Zachodnich, w których otrzymała 10 tys. marek na zagospodarowanie (wówczas w Polsce zarabiano ok. 50 marek miesięcznie). Po obaleniu komuny uznała, że i u nas jej się coś od życia należy. Złożyła zatem pozew i otrzymała satysfakcję - wyrokiem polskiego sądu dwie rodziny z Nart zostały wyślizgane (i to jeszcze przed narciarskim sezonem) przez naszych wyTRAWNYch prawników z powodu głupoty naszych marnoTRAWNYch urzędasów, którzy przespali sprawę wiele lat wcześniej. Teraz była Polka walczy o kolejny łup - o milion złotych, z których chce wyślizgać nasz Skarb Państwa.

Koło im się nie przysłużyło...
Trzech mieszkańców wsi o nazwie Koło Szlichtyngowej (Lubuskie) doraźnie założyło kółko zainteresowań (trzy osoby to minimalna obsada, aby utworzyć takie kółko). Otóż nawiązali oni do nazwy swej miejscowości i napadli na starą szafę, jednak nie prostokątną, lecz na okrągłą (kołową) i to... grającą, o czym informuje "Fakt" (6 listopada 2009).
Oczywiście nie uczynili tego z miłości do muzyki, ale do okrągłych (kołowych) monet, których było tam na dość okrągłą sumę (coś koło) tysiąca złotych. Panowie dostrzegli okrągłą (kołową) pokrywę owej okrągłej (kołowej) maszyny i odkręcili ją okrężnymi (kołowymi) ruchami.
W celi (jednak nie kołowej) mogą teraz spędzić parę okrągłych latek, oglądając "Koło Fortuny" oraz wychodząc na okołoświąteczne przepustki. Dobrze, że było ich trzech, nie pięciu, bowiem ostatni mógłby się czuć jak piąte koło u wozu. Sąsiedzi kreślą kółka na czole wspominając swoich współmieszkańców ze wsi Koło Szlichtyngowej.
Czy jeszcze jakieś panny zakręcą się wokół tych dżentelmenów, którym fortuna mizernie kołem się zatoczyła? Zapewne przez lata skołowanym złodziejaszkom koło będzie kojarzyć się z najgorszą (geometryczną) figurą.

Niekoronowany italski fabrykant afer
Właśnie głośno o italskim paparaczym chuliganie i skandaliście, o niekoronowanym (nomen omen) królu włoskich paparaczy (wł./nibypol. "paparazzich"), o nazwisku Fabrizio Corona, który swoją karierę ukoronował występem na żywo w programie "Matrix" (telestacja Canale 5) - przeklinał i ruszył ku wyjściu, rozrabiając po drodze i odnosząc kontuzję (po programie zoperowano mu złamaną rękę i zagipsowano). Ta medialna łachudra została skazana na niemal cztery lata "za szantażowanie celebrytów przy pomocy kompromitujących zdjęć i wyłudzanie od nich pieniędzy za rezygnację z ich publikacji". I takich ludzi zapraszają do telewizji - skandal! Taki cwaniak żyje (jak przystało na noszone imię) z fabrykowania zmyślnych sesji zdjęciowych i przedstawiania ich w mediach lub wprost do "finansowej" oceny osobom krzywdzonym.

Drozdowe kino jak te orlikowe boiska
Nieco zapomniany (a szkoda, bo nadal świetny) Tadeusz Drozda (nasz orzeł pośród satyryków) został wreszcie doceniony.
Na twórcę programu "Śmiechu warte" nie pogniewano się w Gniewinie. W tej niewielkiej wsi, na jego cześć, nazwano ornitologicznym nazwiskiem salkę kinową wielkości solidnego drozdowego gniazda, za co sympatyczny komik jest niezmiernie wdzięczny tamtejszym mieszkańcom - "nikt nie kwapił się zorganizować mi uroczystości z okazji 40 lat mojej pracy artystycznej" ("Fakt", 6 listopada 2009).
Kilka dni temu pokazano sępie boisko (zbudowane "na sępa"), które kosztowało parę razy mniej, niż orlikowe place do gier budowane wg rządowych standardów finansowania.

Prawo w wolnej Polsce, czyli brak właściwych procedur
19 grudnia 2009 media radośnie obwieściły, że bilbordy nie mogą zasłaniać mieszkalnych okien.
Okazuje się, że "Naszych okien nie będą już zakrywać wielkie reklamy" (obwieszcza www.tvn24.pl). Ależ osiągnięcie - wręcz na miarę epoki! Cieszmy się i radujmy, że kozę (wprowadzoną do mieszkania wg znanego dowcipu) wygoniono w końcu precz i wszyscy poczuli się nareszcie szczęśliwi.
"Natomiast te już powieszone muszą zniknąć w półtora roku". Dobre i to, ale co zrobimy, jeśli jakiś mieszkaniec nie zechce czekać i wytnie sobie okno w plandece?
"W sobotę weszło w życie prawo, według którego reklamy umieszczane na budynkach wielorodzinnych nie mogą ograniczać dziennego światła". No jakież to mądre! Mamy być oczywiście pełni podziwu dla polskiej Temidy miłującej przyjazne prawo...
"Nowe przepisy zezwalają na reklamy na fasadach domów mieszkalnych, ale pod warunkiem nieograniczania dziennego oświetlenia mieszkań". Jedno takie genialne zdanie i aż dziwne, że tego żaden mędrzec nie wymyślił parę lat wcześniej... Ale lepiej późno, niż wcale!
"Reklamy można by zatem umieszczać np. na ścianach szczytowych, na oknach klatek schodowych i lokali użytkowych albo też między oknami mieszkań". Nie, no aż jestem dumny, że takie oczywiste odkrycia zostały dokonane w naszej Polsce - z pewnością zasługujemy na miano prawdziwych Europejczyków (krócej - Europów), przecież jesteśmy w centrum tego kontynentu i takimi prawniczymi przebojami torujemy sobie drogę do intelektualnego a słusznego przewodnictwa tej części świata.
Ale dlaczego możemy być teraz szanowani przez ludzkość i komu zawdzięczamy ten skok cywilizacyjny w dziedzinie prawa? Otóż naszej świetnie wykształconej elicie, bowiem to - "Prawnicy zwracali uwagę, że okna służą wyłącznie do użytku właścicieli lokali i dlatego nie stanowią one części wspólnej nieruchomości, co do której wspólnota mieszkaniowa może podejmować decyzje większością głosów lub udziałów". No jestem ogromnie wzruszony, że potrafiono tak zgrabnie w końcu zapisać oczywistość spędzającą sen z powiek praworządnym obywatelom, którzy intuicyjnie czuli, że mają rację, ale nie wiedzieli, jak to literkami ułożyć...
Od paru lat obserwowaliśmy zmagania poszczególnych obywateli walczących ze swoimi zarządcami nieruchomości albo wprost z bilbordami, w których wycinali swoje okna... na świat. Reszta narodu polskiego obserwowała ich zmagania, zwykle z sympatią, ciesząc się, że to nie ich dotknęło.
Latem w mieszkaniach panowała duchota (cała ściana była zasłonięta grubą winylową siatką), nocami reflektory oświetlały wnętrza pomieszczeń utrudniając spokojny sen. Mieszkańcy przedstawiali swoje racje, właściciele mieszkań swoje, swoją pieczeń zaś piekli bilbordowi wywieszacze reklam. Zwykle granica poparcia przebiegała pomiędzy lokatorami, którzy byli zasłonięci, a tymi, co jeszcze nie byli osaczeni przez kapitalistyczną inicjatywę reklamową, co jest jeszcze jednym dowodem na słuszność tezy o zależności punktu widzenia od miejsca siedzenia, przy czym widzenie istotnie było przytłumione ową nieszczęsna siateczką...
I kiedy przebrzmiały najbardziej bulwersujące przykłady walki mieszkańców o swoją wolność, właśnie - tuż przed świętami - ogłoszono, że... zawieszanie wielkich reklam jest już nielegalne.
Jak to możliwe, aby przez parę lat zniewalano mieszkańców pod różnymi paragrafami dowodząc legalności, zaś obecnie stwierdzono nielegalność działań?!
To nie dziwmy się mieszkańcom okupowanej Europy albo obywatelom w demoludach, że niektóre kuriozalne przepisy ustalane przez panujące ongiś reżymy, uznawali jednak za prawo obowiązujące, które oceniono (w czasach pokoju i w wolnych państwach) za barbarzyńskie i niedorzeczne, skoro w III tysiącleciu można było przez kilka lat (czas porównywalny z okresem II w.św.) skazać pechowe grupy naszych rodaków na oddziaływanie dyskryminacyjnego prawa - a niech się same szamoczą z cwaniakami, bo co to nas obchodzi?
Kto jest za to odpowiedzialny? Kto poniesie karę? Oczywiście, komisja sejmowa nie powstanie w tej sprawie, ale mechanizm tego konfliktu warto byłoby zbadać, aby w przyszłości nie powtarzać podobnych skandali.
A może są jeszcze inne przepisy, które naruszają wolności obywatelskie i które są w trakcie obalania albo właśnie rodzą się w głowach wszelakiej maści kombinatorów? Jaki jest mechanizm takich przepisów? Czy nie powinien powstać nadrzędny przepis mówiący o zastosowaniu proponowanego rozwiązania dopiero po rozpatrzeniu przez najwyższe trybunały naszego państwa?
Może - nim ktokolwiek przedstawi jakąś korzystną dla niego inicjatywę - najpierw niech skieruje swój pomysł do Trybunału Konstytucyjnego, aby ten w trybie przyspieszonym ocenił jego legalność? Dzięki takiej procedurze unikniemy wieloletnich zmagań, protestów, żenujących incydentów ukazywanych w mediach i kompromitacji naszej demokracji, co przecież zdecydowanie osłabia wizerunek - jednak niezbyt mocnego - państwa prawa.
Niech przykład z bilbordami zasłaniającymi okna mieszkań będzie ilustracją, w jaki sposób rozmija się deklaratywne prawo oparte na Konstytucji z faktycznymi zdarzeniami dnia codziennego, niech będzie ostrzeżeniem przed groźbą powstawania prawa nieobywatelskiego w demokracji i niech utoruje drogę właściwym procedurom uniemożliwiającym w przyszłości bezprawne, a jednak wieloletnie, działania!
Kiedyś intrygowała nas walka o ogień, obecnie walczymy o... światło.

Kto w święta puszcza wulgarną szmirę?
11 listopada 2009 - Narodowe Święto Niepodległości, czyli pamięć historyczna, podniosły nastrój, zwłaszcza w mediach. Dzień ma się ku końcowi (zbliża się północ) i większość Polaków, jeśli nie ma jakiejś imprezy albo nie śpi, chce obejrzeć wartościowy film jako ukoronowanie patetycznego a patriotycznego dnia.
A któryż z programów, jak nie TVP1, ma i powinien dopełnić ten dzień w godziwej atmosferze?
Zatem zasiadamy i oglądamy. Propozycją jest film "Gniew" (premiera - luty 1998). Jeśli ktoś nie jest znawcą filmu polskiego, nawet mógł pomyśleć, że to - sądząc po tytule - ciekawy obraz osadzony w realiach 1918 roku.
Nic z tych rzeczy! Film osadzono we współczesnych czasach i w żadnej mierze nie nawiązuje do historii, chyba że za akt historyczny można uznać wydziwione dziedziczenie przez dwóch braci rozpadającej się późnofeudalnej budowli.
Film - na mój gust - jest wielkim chłamem i aż dziw bierze, że ktoś wyasygnował na to swoją (albo i publiczną) kasę. Przede wszystkim - denna fabuła. Dwóch braci, którzy nie widzieli się od lat, spotykają się w pustym domu (dom to jednak zbyt skromnie - jakieś zamczysko, czy raczej pałac, choć to określenie kojarzy się z przepychem, a tam to jednak popałacowa ruina), odziedziczonym po protoplastach. Starszy z braci robi karierę, młodszy ponownie uciekł z poprawczaka; iskrzy pomiędzy nimi i to nieprzyjemnie a nawet żenująco wrogo.
Tak po prawdzie, to nie wiadomo o co chodzi. Dialogi koszmarne. Przeplatane dziesiątkami wulgaryzmów - rzucane w przeważających przypadkach całkowicie bez sensu! Aż dziwne, że dwoje dobrych aktorów, Dancewicz i Żmijewski, dało się namówić na taki gniotowaty film; także Żak przewija się w dość mętnej scenerii...
To co wyprawia Żmijewski, obrzydliwie bluzgając na lewo i prawo, także przy swej partnerce (nie licząc widzów nastawionych jednak odświętnie), to prawdziwy okaz bezsensu i braku smaku! Być może, że ich życiowe, w tym mieszkaniowe albo motoryzacyjne, potrzeby były w rozkwicie, skoro dali się namówić na takie badziewie... Ale kto i czyim sypnął groszem?
Pod koniec filmu, na moczarach, bezsensownie tonie postać grana przez wspomnianą aktorkę, która wpada do topieli, zmaga się z nią i każdy łudzi się (skoro to czołowa i najsympatyczniejsza postać filmu), że się w końcu wykaraska i będzie choć dla niej szczęśliwe zakończenie filmu - a tu takie rozczarowanie.
Pierwszy raz oglądałem ten film i myślałem, że śnię (zresztą pora była po temu, a ta bryndza tylko przysługiwała się stanowi zaniemówienia). Półtorej godziny męki intelektualno-językowej było "ukoronowaniem" Dnia Niepodległości. Nie wiem, ilu rodaków dało się nabrać na tak nietrafioną propozycję podupadającej TVP1. Kto podejmuje takie denne decyzje?! Może ktoś zna konkretne nazwiska układające programy telewizyjne? Czy wynagrodzenia przekazywane twórcom filmowym zależą od rangi dnia emisji na srebrnym ekranie?
Owszem, wprawdzie niezbyt systematycznie dokonuję wpłat na firmę zarządzaną w skandaliczny sposób, ale ostatnio uregulowałem należności za zaległe drugie półrocze 2009 i za przyszłe, czyli do połowy 2010 roku, zatem nie powinny dręczyć mnie finansowe wyrzuty sumienia, chyba że będę oglądać podobnie szmirowate dzieła, ale wówczas będę żałować tej wpłaty...
Gdyby jednak abonament wliczono w cenę prądu albo uwzględniono w rozliczeniach PIT lub po prostu by go całkowicie zniesiono, zaś dobrze kontrolowane wydatki byłyby pokrywane z naszych podatków, które byłyby podniesione o ułamek procenta, to skończyłaby się era wystawania w kolejkach, aby uiścić, byłby koniec z kosztami drukowania blankietów i wykazów, systemów komputerowych, z kosztami gromadzenia danych, nadzoru, sprawozdawczości i ponaglania niesfornych współobywateli, co byłoby wielkim ekologicznym osiągnięciem, biorąc pod uwagę zużywaną energię, w tym ludzką, i papier.
Czy ktoś policzył roczne koszty utrzymywania tego systemu? Ponadto czulibyśmy się bardziej komfortowo, bowiem nie mielibyśmy wyrzutów sumienia przed kontrolami, nie byłoby wymądrzania się, że kontrolerzy to mogą nam na pukiel naskoczyć, nie byłoby spraw sądowych w tej materii i artykułów prasowych, czyli tego całego bezproduktywnego mielenia wody. Nie byłoby kolejnego dowodu na nieuczciwość naszych rodaków, bowiem przestałby istnieć problem. A ileż drzew byśmy ocalili, ileż farby drukarskiej zaoszczędzili, a ile milionów godzin traconych na zajmowanie się sprawą abonamentu (wypełnianie kwitków, kolejki, wyjaśnianie reklamacji). Zapewne likwidacja abonamentu spowodowałaby skasowanie wielu etatów i to jedyny negatywny problem, bowiem wzrosłoby niestety bezrobocie, ale od setek lat racjonalizacja powoduje spadek zatrudnienia, zaś rozwój cywilizacji rodzi nowe zajęcia i profesje.
Ponieważ zbliża się Boże Narodzenie, przeto mam nadzieję, że państwowa telewizja nie uraczy mnie kolejną półpornograficzną tandetą w same święta...
PS W internecie odnotowano - Filmy 1997 z dofinansowaniem z budżetu państwa; na liście pod nr. 14 - "Gniew", reż. Marcin Ziębiński, prod. FIGARO FILM PRODUCTION i wiemy kto zapłacił, ale nie wiemy dlaczego to znowu... my.

"Arbeit macht frei" oraz "Kradzież czyni więźniem"
Gdyby przed kradzieżą najsławniejszego napisu w Polsce zapytać rodaków, czy konstrukcja z rur i blach ułożonych w napis "Arbeit macht frei" oraz druty kolczaste zainstalowane wokół obozu Auschwitz-Birkenau są oryginalne, czyli że liczą sobie 70 lat, to po namyśle większość odpowiedziałaby - ależ skąd, przecież cienkie stalowe elementy, nawet malowane, nie przetrwałyby siedemdziesięciu wiosen i zim, podczas których były narażone na deszcze, mrozy i upały, a ponadto w kraju, w którym złodzieje biorą wszystko (co metalowe) jak leci, nawet przewody linii energetycznych i trakcyjnych (także szyny!) oraz pokrywy studzienek ściekowych, to nikt przy zdrowych zmysłach nie pozostawia na pastwę rodaków takich symboli!
Ile Polska zaoszczędziłaby wydatków, gdyby napis "Arbeit macht frei" był kopią? Nie byłoby tego całego rozgłosu, który w świecie nas skompromitował jako strażników muzeum i jako złodziei. Jeśli nawet kradzież na zamówienie zorganizował cudzoziemiec, to również jest to dla nas ujma, bowiem plasuje nas w roli zwykłych prostolinijnych biednych złodziejaszków na końcu "łańcucha pokarmowego półświatka".
Spore kwoty poszły na poszukiwania oryginału - praca policji, spotkania z mediami, nagrody dla rodaków za pomoc w ujęciu złodziei, ich konwojowanie przez całą Polskę, teraz przesłuchania, śledztwo, prokuratura, prawnicy, w tym adwokaci, całe procedury sądowe, no i wreszcie kosztowne wieloletnie więzienie dla sprawców. Do tego morze farby drukarskiej wylanej (także wirtualnie) na artykuły rozmaitych mediów. Miliony złotych? A po kradzieży poinformowano, że polepszenie ochrony Muzeum, to dodatkowe 5 mln zł! I to da większą gwarancję, że podobna kradzież się nie wydarzy, ale przecież teraz mogą powstać grupy, które założą się o to, komu uda się zdjąć ów symbol - nie dla jakiegoś kolekcjonera, nie dla wartości metalu w punkcie skupu, ale dla adrenaliny obstawiania zakładów. I jeśli zostaną ujęci, to nie za grabież, nie za zniszczenie, ale za... czasowy zabór mienia.
Tych wszystkich wydatków oraz kompromitacji nieprzeliczalnej wszakże na pieniądze, ale pewnie dotkliwszej dla Polski (oburzenie z powodu kradzieży wyrazili m.in. byli więźniowie obozu, prezydent, premier i środowiska żydowskie, w tym rząd Izraela), można było uniknąć w prosty sposób... Otóż już wiele lat temu należało wykonać kopię i zamontować nad obozową bramą, zaś oryginał umieścić na poczesnym miejscu wewnątrz muzeum, w godnych warunkach, z fotografiami oraz z odpowiednimi opisami. Wszyscy wiedzieliby, gdzie jest oryginał i że nad bramą wisi kopia. Gdyby jednak ktoś ukradł kopię, to dyskretnie zostałaby zawieszona kolejna kopia i nikt nie dowiedziałby się o tym kompromitującym nas fakcie, a nawet jeśli złe wieści by się w końcu rozeszły, to o znacznie mniejszym emocjonalnym ładunku i zasięgu - wręcz media nie miałyby o co kruszyć kopii z powodu kradzieży kopii!
Chętni (kolekcjonerzy, może światowe muzea) mogliby zamawiać w Muzeum kopie napisu z kolejnymi numerami i z certyfikatami, co generowałoby nie wydatki, jak obecnie, ale choć symboliczne dochody przeznaczane na konserwację Muzeum. Należałoby jednak rozstrzygnąć, czy nabywca może taki symbol postawić w ogrodzie; zapewne należałoby opracować regulamin, który powinien być przestrzegany przez właściciela pod groźbą zwrotu eksponatu. Muzeum oraz kolekcje są coraz starsze, zatem coraz droższe w utrzymaniu. Może powołać międzynarodową komisję (Polska, Izrael, Niemcy), która opiekowałaby się tym miejscem z godnością i byłaby wzorem współpracy pomiędzy narodami?
Nic dziwnego, że strażnicy nie od razu zauważyli braku konstrukcji, bowiem rzeczy oczywiste są najtrudniejsze do dostrzeżenia. Komu przyszłoby do głowy, aby przez półwiecze sprawdzać co kilkanaście minut, czy napis ciągle jest na swoim miejscu... Teraz to całkiem inna sprawa - teraz wszyscy będą wypatrywać głównie napisu, zaniedbując innych ważnych elementów Muzeum... A wystarczyło skierować jedną kamerę na główną bramę z owym ironiczno-zbrodniczym hasłem (znanym już kilkadziesiąt lat przed Holokaustem). Mało tego - można było metalowy napis podłączyć do systemu sygnalizacji i gdyby ktoś przerwał obwód demontując metalowy napis, automatycznie wszcząłby się alarm! Ile taki system może kosztować? Kilkaset złotych? A mamy milionowe straty!
Akurat spadł wielki (jak na nasze warunki) śnieg, ochroniarze zapewne musieli się ogrzać swoimi sposobami i złodzieje mogli urządzać sobie do woli lustracje rzeczonej bramy. Po stwierdzeniu, że nie można po prostu zdjąć napisu, udali się do sklepu po narzędzia, powrócili i zdemontowali przedmiot swego pożądania. Każdy mógł długość konstrukcji ustalić choćby krokami, mierząc nimi bramę, ale nie nasi złodziejscy artyści - samochód był zbyt krótki, pocięli napis na trzy elementy i upchali go w aucie... Proste jak dwie rury dostarczone 70 lat temu do Auschwitz-Birkenau, które polscy więźniowie wygięli w obozowym warsztacie.
Gdyby wydarzenie to nie było aż tak poważne, to można by sądzić, że jest to jeden z ciekawszych fragmentów skandynawskiego (konkretnie duńskiego) filmu "Gang Olsena"... Zresztą Skandynawi* (jednak Szwedzi, nie Duni*) podobno maczali w tym swe palce.

* - skrócone nazwy

Minuta - min. czy min?
Czy wiemy, że wyraz minuta powinniśmy skracać jako min (bez kropki)? Jedni mówią, że brak kropki uniemożliwia pomylenie minuty z ministrem (min.), co jest dość bezsensownym wyjaśnieniem, bowiem istnieją identyczne skróty i z kontekstu wynika, co one oznaczają (zresztą jest wiele homonimów, których znaczenie wynika właśnie z kontekstu).
Inni uważają, że skoro w języku angielskim oraz w innych językach skrót ten nie ma kropki, to i w naszym języku mieć nie powinien, ale przecież w naszym języku piszemy dr Oetker, choć wszyscy cudzoziemcy pisują bodaj dr. Oetker (a Niemcy nawet Dr., bowiem wszystkie rzeczowniki pisują od wielkiej litery). Po prostu my mamy inne zasady, może dziwne, ale dla nas logiczne.
W prasie ukazują się reklamy, na których widujemy skróty min., co jest niezgodne z naszymi słownikami, ale zgodne z przekonaniem większości Polaków, którzy ze zdumieniem reagują na zwrócenie im uwagi - przecież "skrócenie minuty" piszemy bez kropki! Kto o tym wie? Proszę zapytać swoich znajomych i ocenić stopień wiedzy w tym zakresie. Ani w szkole podstawowej, ani w liceum, ani na politechnice o tym nie wspominali. Ja dowiedziałem się kilka lat temu i... zamurowało mnie na parę min. (nie min), choć oczywiście błędem jest zastosowanie tutaj "parę min.", podobnie jak - "kilka tys. zł", "podałem tel. do znajomego", "ten rys. dokończ na jutro".
Przy okazji - po przyjęciu informacji facjata wykonała parę dziwnych min w parę min., kiedy zajrzałem, upewniając się, do słownika. Zatem, choć większość pisuje z błędem, to - jak sądzę - Polacy popierają ten błędny zapis (świadomie lub nieświadomie), z czasem zaś zapewne autorzy słowników pójdą wreszcie po rozum do głowy... Przecież mamy skróty z czasowej branży - sek. albo s, godz. albo h.
Nawet jeśli jacyś urzędnicy ulegli kiedyś międzynarodowym naciskom (przepisy), to nie widzę powodu, abyśmy pisywali min na swoich reklamach i bilbordach oraz w naszych książkach i podręcznikach (zadania) z fizyki, matematyki, czy chemii.
Autorzy reklam z pewnością nie chcieli zaprotestować - po prostu im się w głowie nie mieści, że można pisać bez kropki!

Mirosław Naleziński, Gdynia
www.mirnal.neostrada.pl

PUBLIKACJE MIRKA 2009r

AKTUALNOŚCI LISTOPADOWE MIROSŁAWA NALEZIŃSKIEGO

AKTUALNOŚCI PAŹDZIERNIKOWE MIROSŁAWA NALEZIŃSKIEGO

AKTUALNOŚCI WRZEŚNIOWE MIROSŁAWA NALEZIŃSKIEGO

AKTUALNOŚCI SIERPNIOWE MIROSŁAWA NALEZIŃSKIEGO

AKTUALNOŚCI LIPCOWE MIROSŁAWA NALEZIŃSKIEGO

AKTUALNOŚCI CZERWCOWE MIROSŁAWA NALEZIŃSKIEGO

AKTUALNOŚCI MAJOWE MIROSŁAWA NALEZIŃSKIEGO
AKTUALNOŚCI KWIETNIOWE MIROSŁAWA NALEZIŃSKIEGO

AKTUALNOŚCI MARCOWE MIROSŁAWA NALEZIŃSKIEGO


AKTUALNOŚCI LUTOWE MIROSŁAWA NALEZIŃSKIEGO
AKTUALNOŚCI STYCZNIOWE MIROSŁAWA NALEZIŃSKIEGO

PUBLIKACJE MIRKA 2008r

AKTUALNOŚCI GRUDNIOWE MIROSŁAWA NALEZIŃSKIEGO
AKTUALNOŚCI
LISTOPADOWE MIROSŁAWA NALEZIŃSKIEGO
AKTUALNOŚCI PAŹDZIERNIKOWE MIROSŁAWA NALEZIŃSKIEGO
AKTUALNOŚCI WRZEŚNIOWE MIROSŁAWA NALEZIŃSKIEGO
AKTUALNOŚCI SIERPNIOWE MIROSŁAWA NALEZIŃSKIEGO
AKTUALNOŚCI
czerwcowe MIROSŁAWA NALEZIŃSKIEGO
AKTUALNOŚCI kwietniowe MIROSŁAWA NALEZIŃSKIEGO
AKTUALNOŚCI
marcowe 2008 MIROSŁAWA NALEZIŃSKIEGO
AKTUALNOŚCI lutowe 2008 MIROSŁAWA NALEZIŃSKIEGO
AKTUALNOŚCI styczniowe 2008 MIROSŁAWA NALEZIŃSKIEGO

PUBLIKACJE MIRKA w 2007r
AKTUALNOŚCI grudniowe 2008 MIROSŁAWA NALEZIŃSKIEGO
AKTUALNOŚCI
listopadowe 2007 MIROSŁAWA NALEZIŃSKIEGO
AKTUALNOŚCI
październikowe 2007 MIROSŁAWA NALEZIŃSKIEGO
AKTUALNOŚCI
wrześniowe 2007 MIROSŁAWA NALEZIŃSKIEGO
AKTUALNOŚCI
sierpniowe 2007 MIROSŁAWA NALEZIŃSKIEGO
AKTUALNOŚCI
lipcowe 2007 MIROSŁAWA NALEZIŃSKIEGO
AKTUALNOŚCI czerwcowe 2007 MIROSŁAWA NALEZIŃSKIEGO
AKTUALNOŚCI majowe 2007 MIROSŁAWA NALEZIŃSKIEGO
AKTUALNOŚCI kwiecień 2007 MIROSŁAWA NALEZIŃSKIEGO
AKTUALNOŚCI
marzec 2007 MIROSŁAWA NALEZIŃSKIEGO
AKTUALNOŚCI luty 2007 MIROSŁAWA NALEZIŃSKIEGO
AKTUALNOŚCI styczeń 2007 MIROSŁAWA NALEZIŃSKIEGO

PUBLIKACJE MIRKA w 2006r
AKTUALNOŚCI GRUDZIEŃ MIROSŁAW NALEZIŃSKI

AKTUALNOŚCI LISTOPADOWE MIROSŁAW NALEZIŃSKI
AKTUALNOŚCI PAŹDZIERNIKOWY MIROSŁAW NALEZIŃSKI
AKTUALNOŚCI SIERPNIOWE MIROSŁAW NALEZIŃSKI
AKTUALNOŚCI LIPCOWE MIROSŁAW NALEZIŃSKI
AKTUALNOŚCI MAJOWE MIROSŁAW NALEZIŃSKIEGI
AKTUALNOŚCI KWIETNIOWE MIROSŁAW NALEZIŃSKI
AKTUALNOŚCI MARCOWE MIROSŁAW NALEZIŃSKI
AKTUALNOŚCI LUTOWE MIROSŁAW NALEZIŃSKI
AKTUALNOŚCI STYCZNIOWE MIROSŁAW NALEZIŃSKI

i przechodzimy na 2005r
AKTUALNOŚCI GRUDNIOWE MIROSŁAW NALEZIŃSKI
AKTUALNOŚCI LISTOPADOWE MIROSŁAW NALEZIŃSKI
AKTUALNOŚCI PAŹDZIERNIKOWY MIROSŁAW NALEZIŃSKI
AKTUALNOŚCI WRZEŚNIOWE MIROSŁAW NALEZIŃSKI
AKTUALNOŚCI SIERPNIOWE MIROSŁAW NALEZIŃSKI
AKTUALNOŚCI CZERWCOWE MIROSŁAW NALEZIŃSKI
AKTUALNOŚCI MAJOWE MIROSŁAW NALEZIŃSKI
AKTUALNOŚCI KWIETNIOWE MIROSŁAW NALEZIŃSKI


Tematy w dziale dla inteligentnych:

ARTYKUŁY - do przemyślenia z cyklu: POLITYKA - PIENIĄDZ - WŁADZA

Polecam sprawy poruszane w działach:
SĄDY PROKURATURA ADWOKATURA
POLITYKA PRAWO INTERWENCJE - sprawy czytelników

"AFERY PRAWA"
Niezależne Czasopismo Internetowe www.aferyprawa.com redagowane przez dziennikarzy AP i sympatyków z całego świata których celem jest PRAWO, PRAWDA SPRAWIEDLIWOŚĆ DOSTĘP DO INFORMACJI
ORAZ DOBRO CZŁOWIEKA

uwagi i wnioski proszę wysyłać na adres: afery@poczta.fm - Polska
redakcja@aferyprawa.com
Dziękujemy za przysłane teksty opinie i informacje.

WSZYSTKICH INFORMUJĘ ŻE WOLNOŚĆ WYPOWIEDZI I SWOBODA WYRAŻANIA SWOICH POGLĄDÓW JEST ZAGWARANTOWANA ART 54 KONSTYTUCJI RZECZYPOSPOLITEJ POLSKIEJ.

zdzichu

Komentarze internautów:

Komentowanie nie jest już możliwe.

~sehdswmg
11-03-2012 / 21:44
~rjbecxnpwd
09-03-2012 / 03:06
~Johana
04-03-2012 / 05:03
Właśnie, za wyjątkiem uzdrowień i ntirtwychwsmazaa. Oj nie nie.. Co do ntirtwychwsmazaa, to się absolutnie nie zgadzam. Polecam katolika w końcu, ktf3ry ubolewa, że jedynie niektf3rzy protestanci traktują to jako coś, co można by analizować. Akurat opisy ntirtwychwsmazaa są najmniej spf3jne z wszystkich relacji ewangelicznych. Głf3wne nieścisłości zebrane są w tekście polecam się najpierw z nim zapoznać, i potem ewentualnie przemyśleć, czy przekaz rzeczywiście jest jasny i koherentny . Co sam o tym sądzę dyskutowaliśmy niedawno , gdzie zresztą zapraszam łatwiej tam się dyskutuje.A panowanie nad śmiercią należy tylko do Boga, co jest potwierdzeniem bf3stwa Jezusa.Nie uważam tak, ale przyjmijmy, że tak jest. Proszę zauważyć tylko, że najstarsze chrześcijańskie wyznania wiary (głf3wnie cytowane licznie w Dziejach Apostolskich) mf3wią nie, że Jezus zmartwychwstał, ale że Bf3g go wskrzesił z martwych.Dla mnie: nawet jeśliby Jezus zmartwychwstał o własnych siłach , byłoby to zaiste czynem godnym podziwu, ale w żadnym wypadku nie dowodziłoby, iż było on jedynym synem Absolutu, stwf3rcy dwustu miliardf3w galaktyk po kilkaset miliardf3w gwiazd każda, miliardf3w form życia i duchowości. Aby coś podobnego dowieść musiałby postarać się nieco bardziej, np. stworzyć jakąś galaktykę, nową formę życia itp. Co do uzasadnienia religii po kolei:1) uznaję za pewnik, że ludzie są istotami z tego świata , gatunkiem wysoko rozwiniętych zwierząt. Mają narządy zmysłf3w i rozum dostosowany do poznawania i radzenia sobie w tym świecie. Czy są czymś więcej nie jest pewnikiem, choć nie jest wykluczone.2) religia, ktf3ra odnosi się do tamtego świata z definicji nie podpada pod episteme. Nic, co z tamtego świata nie może być dla nas w 100% pewne. Mf3wienie w takim razie o prawdzie religii jest nadużyciem (ktf3re zwykle leży u podstaw wszelkiego fundamentalizmu).3) wszystkie religie (tak, tak, grecka też) zaczęły się od objawienia, z ktf3rego ludzie wyprowadzili jakiś system.4) z 2) wynika, że nie możemy ocenić, ze 100% pewnością, że jakieś objawienie było prawdziwe, jakieś fałszywe. Zakładam zatem, że rf3żni Bogowie się ludziom w rf3żnych sytuacjach objawiali.5) Możemy w przekazie objawienia rozpoznać charakter danego Bf3stwa, choć oczywiście przez mgłę . Możemy też ocenić do czego prowadzi więź z tym Bf3stwem, jak mawiał rabbi Jehoszua po owocach ocenia się drzewo . Możemy wreszcie ocenić zbieżność lub rozbieżność danego systemu religijnego z tym, co wiemy (epiisteme) o świecie.Te trzy kwestie (w 5) doprowadziły mnie przede wszystkim do odrzucenia chrześcijaństwa. Proszę się zastanowić, czy Pan chce, abym to rozwijał, bo nie jestem w stanie zagwarantować, iż potrafię to zrobić nie obrażając jakoś Pana uczuć. Rozwijał to już zresztą nie tylko na blogu, ale też na stronie kritikos.plBrak wiarygodności przekazu był dla mnie pierwszym krokiem. Dostrzeżenie go pozwoliło mi spojrzeć na chrześcijaństwo z zewnątrz . Jest ono dość spf3jnym systemem z pewną liczbą zabezpieczeń (przykładowe zabezpieczenie: jak wątpisz oznacza to, że kusi cię diabeł, albo Bf3g prf3buje, mf3dl się dalej, proś o łaskę wiary czyli nie dopuszcza się, że to wątpliwość mogłaby doprowadzić do prawdy. Zgodność z tym, co naucza KrK jest kryterium prawdy, trudno więc od wewnątrz dostrzec nieprawdę.) Potem przyjrzałem się nauczaniu moralnemu, to jakiego człowieka tworzy chrześcijaństwo, wreszcie jakim Bogiem jest Jahwe i jego domniemany syn. Nie, nie wykluczam, że może są jakimiś Bogami, ale z tego co ich poznałem po prostu nie chcę mieć z nimi za dużo do czynienia, zdecydowanie wolę Jaśniejących.Zasadniczo proponuję, byśmy tę dyskusję przenieśli na forum, więcej osf3b tam bywa i mogłoby skorzystać.