Imieniny:

AferyPrawa.com

Redaktor Zdzisław Raczkowski ujawnia niekompetencje funkcjonariuszy władzy...
http://Jooble.org
Najczęściej czytane:
Najczęściej komentowane:





Pogoda
Money.pl - Kliknij po więcej
13 grudnia 2017
Źródło: MeteoGroup
Polskie prawo czy polskie prawie! Barwy Bezprawia

opublikowano: 26-10-2010

AFERY PRAWA ZDZISŁAW RACZKOWSKI

Media manipulują, osądzają i są sądzone - wpadki sądowe, wyroki skazujące na dziennikarzy za nierzetelność, pomówienie, wprowadzenie w błąd społeczeństwa.

2007-11-02 Proces Szymona Majewskiego za pomówienie umorzony szymonmajewski.jpg

Sąd Rejonowy dla Warszawy-Mokotowa umorzył w środę proces karny, wytoczony telewizyjnemu satyrykowi Szymonowi Majewskiemu przez posłankę Samoobrony Danutę Hojarską. Posłanka będzie się odwoływać. Obrona twierdzi zaś, że w ogóle nie może być mowy o jakimkolwiek przestępstwie. Hojarska - która od poniedziałku nie będzie już posłanką - poczuła się urażona sposobem, w jaki sparodiowano ją w programie "Szymon Majewski Show" w TVN w 2006 r. Skarżyła się, że autor programu "oszpecił ją i zrobił z niej głupią babę". Chodziło o przyodziewek parodystki - białe pończochy i złotą biżuterię, ukazanie pokrytego gęstym włosem dekoltu oraz zachowanie telewizyjnej "Hojarskiej". "Sparodiowano mnie jako kobietę lekkich obyczajów" - oburzała się posłanka. W prywatnym akcie oskarżenia zarzuciła Majewskiemu pomówienie za pomocą mediów, za co Kodeks karny przewiduje nawet do 2 lat więzienia. Nie jest znana treść postanowienia sądu, bo sędzia Marta Załęska nie wpuściła na jego ogłoszenie dziennikarzy PAP i "Gazety Wyborczej".

Hojarska po wyjściu z sali posiedzeń powiedziała dziennikarzom, że sąd umorzył sprawę z powodów formalnych, gdyż w akcie oskarżenia nie było szczegółów: kiedy ją miał Majewski obrazić, jakimi konkretnie słowami oraz że strona oskarżająca nie dostarczyła kasety z nagraniem programu.
Sądy polskie i europejskie uznają prawo satyryków do świadomego przerysowywania opisu różnych osób i zdarzeń, a procesy przeciw autorom tekstów satyrycznych są rzadkością. Np. w 2005 r. Sąd Apelacyjny w Warszawie orzekł, że felieton satyryczny "GW" z 2002 r. nie naruszył dóbr osobistych Włodzimierza Czarzastego i oddalił jego pozew. Ówczesny sekretarz KRRiT doszukał się w tekście "GW" zarzutu, jakoby miał brać łapówki. SA podkreślił, że media mają pełne prawo do posługiwania się różnymi formami wypowiedzi, także satyrą. W 1997 r. ówczesny redaktor naczelny "Tygodnika Solidarność" Andrzej Gelberg przegrał zaś proces wytoczony "Polityce", która w satyrycznej rubryce zamieściła notkę pt. "Uczeń Wielkiego Nauczyciela" (chodziło o Stalina). Zestawiono w niej wypowiedzi Gelberga o ruchu związkowym z cytatami ze Stalina. Sąd uznał to wtedy za dopuszczalną formę satyry.

31.10. Decyzja sądu o zatrzymaniu i doprowadzeniu na rozprawę dziennikarzy "Gazety Polskiej" jest kontrowersyjna i budzi istotne wątpliwości.
„Warszawski sąd wydał absolutnie bezprecedensową decyzję o zatrzymaniu na 48 godzin Tomasza Sakiewicza, redaktora naczelnego "Gazety Polskiej" oraz jego zastępczyni Katarzyny Hejke. Zgodnie z nakazem sądu spędzić mają oni w areszcie... 13 grudnia - napisał dziś Tomasz Sakiewicz na swym blogu 'Wróg ludu' .
Przeciwko Hejke i Sakiewiczowi toczy się sprawa karna z prywatnego oskarżenia, wytoczona im przez TVN. Chodzi o publikację 'WSI na wizji', w której 'Gazeta Polska' napisała , że Milan Subotić z TVN współpracował z wojskowymi służbami z czasów PRL oraz - po 1989 r. - z WSI”.
(...)"Na wczorajszą rozprawę przed Sądem Rejonowym dla miasta stołecznego Warszawy Tomasz Sakiewicz nie stawił się, ponieważ przebywa zagranicą - usprawiedliwienie tej treści przedstawił jego adwokat. Natomiast do Katarzyny Hejke informacja o dacie i godzinie rozprawy w ogóle nie dotarła.
Mimo to sąd - błędnie i skandalicznie - zastosował art. 382 kpk, mówiący o możliwości zatrzymania osoby, która nie stawiła się na rozprawę bez usprawiedliwienia. Dodatkowo, kuriozalnie, wyznaczył termin 48 godzin przed rozprawą jako właściwy do zatrzymania obojga dziennikarzy".
"Gazeta Polska" wielokrotnie krytykowała w swych publikacjach zarówno Platformę Obywatelską, która właśnie doszła do władzy, jak i patologiczne układy rządzące polskim sądownictwem (ostatnio w artykule "Sędziowska Camorra" z 09.10.2007.). Tym większe oburzenie musi budzić skandaliczna decyzja warszawskiego sądu, która musi być odebrana jako próba zamknięcia ust "Gazecie Polskiej". Towarzyszy jej nasilająca się fala dziwnych wezwań na procesy i przesłuchania" - czytamy na blogu Sakiewicza.
Komentarz Piotra Rogowskiego, radcy prawnego Gazety Wyborczej
Decyzja sądu o zatrzymaniu i doprowadzeniu na rozprawę dziennikarzy "Gazety Polskiej" jest kontrowersyjna i budzi istotne wątpliwości. Niezależnie bowiem od istnienia podstaw faktycznych czy prawnych takiej decyzji musi ona być rozpatrywana w szerszym kontekście.
Po pierwsze, zapadła ona w sprawie karnej z prywatnego oskarżenia, toczącej się przeciwko dziennikarzom oskarżonym o przestępstwo zniesławienia z art. 212 k.k. Samo karanie dziennikarzy w takim trybie budzi wątpliwości natury konstytucyjnej. Sankcja karna wobec dziennikarza istotnie ogranicza swobodę wypowiedzi, jak też możliwości wykonywania przez prasę jej funkcji kontrolnych. Orzekanie sankcji karnych wobec prasy prowadzi do autocenzury, przeczy standardom demokratycznego państwa prawa, ogranicza wolność słowa. Organizacje krajowe i międzynarodowe od lat apelują o usunięcie z polskiego kodeksu karnego przepisów pozwalających na stosowanie sankcji karnych za treść publikacji.
Po drugie, wobec wątpliwości co do samego charakteru sprawy wytoczonej dziennikarzom, środki porządkowe zastosowane przez sąd wydają się nie być proporcjonalne i niezbędne dla zapewnienia właściwego trybu postępowania w sprawie. Nadto, zatrzymanie dziennikarza w sprawie prywatnoskargowej będzie niedobrym sygnałem i może rodzić bardzo niedobrą na przyszłość praktykę. Sprawy dotyczące publikacji prasowych winny generalnie mieć charakter cywilnoprawny a nie karny. Wydaje się, że w zaistniałej sytuacji, niezależnie od oceny sprawy i zachowania dziennikarzy, organizacje środowiskowe winny ich wesprzeć w działaniach prawnych zmierzających do uchylenia kontrowersyjnej decyzji sądu. Sakiewicz: Miałem usprawiedliwienie...

Sytuacja Hejke jest jeszcze bardziej niejasna. - Ja mam w protokole, że została wezwana prawidłowo - mówi sędzia Małek.

TYMCZASEM -

31.10. W lipcu Sąd Rejonowy w Lublinie skazał dziennikarza lubelskiej "Gazety Wyborczej" na pół roku więzienia w zawieszeniu. Wczoraj Sąd Okręgowy w całości uchylił ten wyrok
Jacka Brzuszkiewicza oskarżył o pomówienie sędzia lubelskiego sądu administracyjnego Maciej Kierek. Dziennikarz pisał o pralni chemicznej w bloku, na którą skarżyli się mieszkańcy. Sanepid i nadzór budowlany kazali ją zamknąć, ale właściciel się odwołał. Przewodniczącym składu i sprawozdawcą sądu administracyjnego, który orzekał w tej sprawie, był sędzia Kierek. Po decyzji tego sądu pralnia znów mogła działać. Mieszkańcy bloku dotarli do kobiety, która widziała Kierka i właściciela zakładu na działce sędziego. Dziennikarz "Gazety" to opisał.
W lipcu sprawę Brzuszkiewicza sądziła sędzia Agnieszka Smoluchowska, która skazała naszego dziennikarza na pół roku więzienia z zawieszeniem na trzy lata i 5 tys. zł grzywny. Dziennikarz miał też przeprosić sędziego na łamach kilku gazet. Proces był tajny. Jacek Brzuszkiewicz odwołał się. We wtorek lubelski sąd okręgowy uchylił wyrok i skierował sprawę do ponownego rozpatrzenia. Uzasadnienie wyroku jest niejawne. Skazanie dziennikarza "Gazety" potępił przedstawiciel ds. wolności mediów Organizacji Bezpieczeństwa i Współpracy w Europie.

Szef Agencji Wywiadu Zbigniew Nowek przegrał proces o ochronę dobrego imienia z tygodnikiem "Nie".

Zobacz powiekszenie
Fot. Wojciech Olkuśnik / AG
Zbigniew Nowek
Poszło o tekst z listopada 2004 r., gdy „Nie” w artykule „Cela dla szefa tajniaków” napisało, że Nowek, były szef UOP w rządzie Jerzego Buzka, a wówczas ekspert sejmowej komisji śledczej ds. PKN Orlen, gdy komisja dostała tajne stenogramy z podsłuchów lobbysty Marka Dochnala, „obdzwonił »swoich « dziennikarzy”. I obiecał im te stenogramy. Nowek, dziś szef Agencji Wywiadu, zażądał od tygodnika przeprosin i 100 tys. zł zadośćuczynienia za naruszenie jego dobrego imienia. Twierdził, że do czasu ujawnienia podsłuchów w prasie nie miał dostępu do niejawnych akt komisji.
Wczoraj Sąd Okręgowy w Warszawie oddalił pozew Nowka, choć uznał, że jego dobre imię zostało naruszone. Bo według sądu autor wykazał, iż napisał tekst w "ważnym interesie społecznym" - aby w przyszłości nie było "przecieków". To oznacza, że nie naruszył prawa.
- Nie jest dobrze, gdy materiały śledztwa są ujawniane i stają się elementem politycznego nacisku - mówiła wczoraj sędzia Izabela Dittmajer-Sklepowicz. Sąd uznał, że motywem publikacji była informacja dla prokuratury, że powinna wyjaśnić sprawę przecieku z komisji. - Niestety, organa ścigania do dziś nie wywiązały się z tego zadania - podsumowała sędzia.
- Gdyby przyjąć taki standard, okazałoby się, że można bezkarnie pomówić o dowolne przestępstwo każdego, jeśli tylko dziennikarz wskaże jakiś interes - oświadczył Nowek po wyroku. I zapowiedział apelację.
Wcześniej Nowek przegrał proces z "Przeglądem", który zarzucił mu, że "wynosi z komisji orlenowskiej tajne materiały i podrzuca dziennikarzom".

13.09. Nie wolno podawać bez weryfikacji, jako własnych, informacji zamieszczonych wcześniej w prasie, jeśli naruszają one dobra osobiste osób publicznych
Z obowiązku dochowania należytej staranności przy zbieraniu i wykorzystywaniu materiałów prasowych, zapisanego w prawie prasowym, nie zwalnia dziennikarza to, że powtarza informację za pismem uważanym powszechnie za wiarygodne. Tak wynika z wczorajszego wyroku Sądu Najwyższego, kończącego sprawę o ochronę dóbr osobistych, wniesioną przez Zdzisława Podkańskiego przeciwko redaktorowi naczelnemu tygodnika "Wprost" i Maciejowi Ł. Chodzi o artykuł Macieja Ł. "Gorset wolności" zamieszczony na łamach tego czasopisma w 1999 r. Autor krytycznie odniósł się w nim do projektu zmian prawa prasowego przygotowanego w Ministerstwie Kultury, którym kierował wówczas Zdzisław Podkański. Chcąc wykazać, że ministrowi brak kompetencji do kierowania resortem kultury, Maciej Ł. przytoczył informację, która dwa lata wcześniej obiegła prasę, a mianowicie, że minister chciał się spotkać z wybitnym malarzem Józefem Czapskim, nie wiedząc, iż artysta ten od lat nie żyje. Jak później tłumaczył pozwany, przytoczył ją za "Gazetą Wyborczą" z 1996 r. Podkański domagał się publicznych przeprosin oraz zadośćuczynienia pieniężnego. Sąd I instancji uwzględnił oba żądania. Zasądził na rzecz ministra od redaktora naczelnego "Wprost" 10 tys. zł, a od autora - 5 tys. zł. Sąd ustalił, że informacja, stanowiąca przyczynę sporu, była nieprawdziwa i naruszyła dobre imię i cześć ministra. Zdzisław Podkański chciał bowiem rzeczywiście spotkać się z Czapskim, ale nie Józefem, tylko Leszkiem - wybitnym konserwatorem zabytków. Sąd II instancji zaakceptował ten werdykt. SN oddalił skargi kasacyjne pozwanych. Sędzia Elżbieta Skowrońska-Bocian zaznaczyła, że choć granice ochrony dóbr osobistych osób publicznych są węższe niż innych, nie wolno im jej odmawiać. Przypisywanie ministrowi nieznajomości istotnych zdarzeń z dziedziny kultury godzi w jego dobre imię i cześć -stwierdziła. Według SN nie tłumaczy autora to, że podał informację zamieszczoną w innym piśmie.
Jeśli jedna gazeta poda informację nieprawdziwą, uwłaczającą, inne nie mogą bezkarnie jej powielać. Od obowiązku rzetelności nie zwalnia dziennikarza wiarygodność takiego źródła (sygn. I CSK 213/07).

2007-09-10 Janusz Kochanowski Rzecznik Praw Obywatelskich - Prawo prasowe w kwestii sprostowań - niezgodne z konstytucją
Przepisy prawa prasowego dotyczące obowiązku publikacji sprostowań są niezgodne z konstytucją, gdyż m.in. nie definiują pojęcia sprostowania i nie precyzują okoliczności, w których redaktor naczelny ma obowiązek odmowy zamieszczenia sprostowania - uważa Rzecznik Praw Obywatelskich. Janusz Kochanowski zaskarżył odpowiedni przepis prawa prasowego do Trybunału Konstytucyjnego.
Za niekonstytucyjną RPO uznał też sankcję karną, która grozi za odmowę opublikowania sprostowania lub odpowiedzi bądź też opublikowanie ich wbrew warunkom określonym w ustawie (grozi za to grzywna lub kara ograniczenia wolności).
Rzecznik przypomina, że przepis art. 31 prawa prasowego nakłada na redaktora naczelnego obowiązek bezpłatnego opublikowania: rzeczowego i odnoszącego się do faktów sprostowania nieprawdziwej lub nieścisłej wiadomości albo rzeczowej odpowiedzi na stwierdzenie zagrażające dobrom osobistym. Z kolei art. 33 nakłada na redaktora naczelnego obowiązek odmowy publikacji sprostowania lub odpowiedzi jeżeli: nie odpowiadają one wymogom art. 31, zawierają treść karalną lub naruszają dobra osób trzecich, ich treść lub forma nie jest zgodna z zasadami współżycia społecznego oraz podważają one fakty stwierdzone prawomocnym orzeczeniem.
Ponadto redaktor naczelny może odmówić opublikowania sprostowania lub odpowiedzi m.in. jeżeli: nie dotyczą one treści zawartych w materiale prasowym lub są wystosowane przez osobę, której nie dotyczą fakty przytoczone w prostowanym materiale.
RPO wskazuje jednak, że pojęcia sprostowania i odpowiedzi nie zostały w prawie prasowym jednoznacznie zdefiniowane. "Tymczasem od rozstrzygnięcia, czy nadesłany do redakcji tekst jest sprostowaniem lub odpowiedzią, zależy odpowiedzialność za odmowę jego publikacji" - podkreśla Rzecznik.
"Wobec powyższego w przypadku zaskarżonych przepisów wymogi określoności normy prawnokarnej, wynikające z art. 2 i 42 ust. 1 Konstytucji RP, nie zostały spełnione" - stwierdził Rzecznik we wniosku do TK.

2007-09-03 Czy Tomasz Lis obraził dziennikarkę?

tomasz_lis.jpg Grupa publicystów zarzuca Tomaszowi Lisowi, że w piątkowej audycji w radiu Tok FM wulgarnie przedrzeźniał publicystkę Joanna Lichocką. Lis przeprasza dziennikarkę, ale jednocześnie formułuje zarzuty pod adresem autorów listu.

Chodzi o sytuację z piątkowej audycji Jacka Żakowskiego "Poranek w Tok FM", której gościem był m.in. Tomasz Lis. Publicysta Polsatu w niewybredny sposób parodiował śmiech dziennikarki "Rzeczpospolitej" i TVP1 Joanny Lichockiej, która w tym samym programie gościła dzień wcześniej (zaprosiła ją Katarzyna Kolenda-Zaleska). Lichocka w dyskusji broniła wtedy prezydenta Lecha Kaczyńskiego, co bezpośrednio skłoniło Tomasza Lisa do żartów z niej. Jego zachowanie wyraźnie rozbawiło pozostałych uczestników audycji - Tomasza Wołka oraz Jacka Rakowieckiego oraz samego prowadzącego, który jeszcze Lisa do parodiowania zachęcał.
Innego zdania jest jednak grupa publicystów, którzy wzięli w obronę Lichocką. W specjalnym liście zamieszczonym w sobotniej "Rzeczpospolitej" napisali oni, że "w piątkowej porannej dyskusji w Radiu Tok FM doszło do niemającego precedensu zachowania Tomasza Lisa. Publicysta Polsatu posunął się do wulgarnego przedrzeźniania kobiety, naszej koleżanki Joanny Lichockiej. Nie spotkało się to z żadną reakcją prowadzącego dyskusję Jacka Żakowskiego, który zachęcał jeszcze do tak ordynarnego zachowania. Nie nastąpiła także żadna reakcja ze strony uczestniczących w dyskusji Tomasza Wołka i Jacka Rakowieckiego."
- Nie przypominamy sobie, by w ostatnim czasie miał miejsce podobny wybryk, świadczący o braku kultury. Trudno nam znaleźć odpowiednie słowa na wyrażenie naszego niesmaku i oburzenia. - dodają sygnatariusze listu.
Pod oświadczeniem podpisali się: Paweł Lisicki, Piotr Gabryel, Tomasz Sobiecki, Dominik Zdort, Piotr Semka, Rafał Ziemkiewicz, Igor Janke, Paweł Bravo, Agnieszka Rybak (wszyscy "Rzeczpospolita"), Stanisław Janecki i Dorota Kania ("Wprost"), Piotr Zaremba, Piotr Gursztyn, Michał Karnowski (wszyscy "Dziennik"), Jacek Karnowski i Amelia Łukasiak (TV Puls), Dorota Gawryluk (TV Biznes), Barbara Rogalska (przew. oddziału warszawskiego SDP), Krzysztof Czabański (Polskie Radio), Dariusz Wilczak ("Newsweek"), Kuba Strzyczkowski i Anita Gargas (TVP), Piotr Skwieciński (PAP), Łukasz Warzecha ("Fakt") i Kuba Sufin (TVN24.pl).

30.08. Przed warszawskim sądem zaczął się proces o ochronę dóbr osobistych, który naczelny "Gazety Wyborczej" Adam Michnik wytoczył naczelnemu "Dziennika" Robertowi Krasowskiemu.
Naczelny "Gazety" domaga się od Krasowskiego przeprosin i 10 tys. zł na Zakład dla Niewidomych w Laskach. Chodzi o tekst Krasowskiego z marca tego roku ("O rycerzach lustracyjnej wojny"), w którym pisze on m.in., że "Michnik poświęcił 1/3 życia na obronę byłych ubeków". Pełnomocnik Krasowskiego mec. Piotr Banasik domagał się wczoraj oddalenia pozwu.
Obaj naczelni do sądu nie przyszli i była nawet szansa na zakończenie sporu wyrokiem, ale tak się nie stało. W redakcji "Dziennika" nie znalazł się oryginalny (papierowy) egzemplarz gazety z tekstem naczelnego, a jest on koniecznie potrzebny sądowi.
Sędzia Anna Kijewska zdecydowała się też na powołanie biegłego językoznawcy, który - zgodnie z wnioskiem Krasowskiego - ma odpowiedzieć na pytanie, czy użyte przez niego sformułowania mają charakter opinii. Taka jest bowiem linia obrony Krasowskiego.
Gdy Adam Michnik wezwał go przed skierowaniem sprawy do sądu do chwili refleksji i przeprosin, naczelny "Dziennika" nie odpowiedział. Gdy skierował pozew o zniesławienie, "Dziennik" odpowiedział tekstem, w którym naczelnemu "Gazety" zarzucił tłumienie swobody wypowiedzi.
- Kłamstwa nie można bronić hasłami o swobodzie wypowiedzi - mówił wczoraj przed sądem mec. Piotr Rogowski, pełnomocnik Michnika.
Przypomniał, że Adam Michnik domaga się tylko przeprosin za podanie nieprawdziwych informacji. I dodał: - Adam Michnik nie tłumi swobody wypowiedzi, domaga się tylko, by nie kłamać na jego temat.
Zdaniem pełnomocnika Michnika Krasowski nie przedstawił żadnego dowodu na poparcie swoich stwierdzeń, co jest konieczne w takiej sprawie, bo pozwany musi dowieść, że napisał prawdę. Nie może bronić się też "działaniem w interesie społecznym", bo "opinia publiczna nie ma żadnej korzyści z kłamstwa, nie chce być oszukiwana" - mówił mec. Rogowski.
- Autor nie jest historykiem, tylko publicystą, to były opinie - mówił o Krasowskim i jego tekście mec. Banasik. Chciał, by sąd toczył proces miesiącami i przesłuchiwał świadków, innych publicystów: Rafała Ziemkiewicza, Piotra Semkę, Piotra Zarembę, Stanisław Janeckiego, Cezarego Michalskiego i Antoniego Dudka (historyka). Po co? Jako ekspertów od poglądów Adama Michnika w sprawie lustracji.
- Media donoszą, że to ludzie, którzy cierpią na kompleks Adama Michnika - oponował mec. Rogowski. Sąd nie zgodził się na tych świadków.


2007-08-13 ZUS pozwał "Fakt" za "luksusy prezesa"
Zakład Ubezpieczeń Społecznych pozwał dziennik "Fakt" za tekst sugerujący, że rzekome luksusowe wyposażenie gabinetu szefa ZUS powstało "kosztem marnych emerytur, z których musi żyć 10 mln Polaków". Sąd Okręgowy w Warszawie dał pełnomocnikom stron 3 tygodnie na rozmowy w celu zawarcia ewentualnej ugody.
W styczniu tego roku "Fakt" opisał gabinet ówczesnej prezes ZUS Aleksandry Wiktorow. "Klimatyzacja, przestronne wnętrza, eleganckie fotele i piękne marmury" - pisano. "Wystarczy zobaczyć te marmury na ścianach, wykończenia z ciemnego drewna, luksusowe skórzane fotele i grube stoły i porównać to z niskimi rentami i emeryturami, by dostać białej gorączki" - dodano. Gazeta konkludowała: "Cały ten przepych, wszystkie te luksusy powstały przecież kosztem marnych emerytur, z których musi żyć 10 milionów Polaków. Urzędnicy ZUS pławią się w luksusach, a Polakom ledwie wystarcza do pierwszego".
Wiktorow wytoczyła za to gazecie proces o ochronę dóbr osobistych, żądając wyrażenia ubolewania przez wydawcę gazety i wpłaty 50 tys. zł na cel społeczny. Według pozwu, meble pochodzą z 1991 r., a reszta wyposażenia to wyroby "marmuropodobne". W pozwie podkreślono, że wydatki na wyposażenie gabinetu nie mają żadnego związku z wypłatami dla emerytów. Zaznaczono, że w Polsce jest nie 10 mln, lecz ok. 4 mln emerytów. W odpowiedzi na pozew "Fakt" przyznawał, że doszło do pewnego "skrótu myślowego", ale ZUS jest przecież finansowany z budżetu państwa. Powołano się na "ochronę ważnego interesu społecznego" oraz na swobodę wypowiedzi prasowej.
Pełnomocnik ZUS mec. Jacek Kondracki zwrócił się od sądu o termin na negocjacje, co poparł adwokat "Faktu" Artur Wdowczyk. Sąd przychylił się do tego wniosku. W czerwcu tego roku Paweł Wypych zastąpił Wiktorow na fotelu prezesa ZUS.

12.08. Dziennikarka nie odpowie za naruszenie miru domowego
Dziennikarka lokalnego tygodnika z Zamościa 24 listopada 2006 r. udała się do jednego z lokali gastronomicznych, gdzie odbywała się zamknięta impreza towarzyska.
Miała zebrać materiał krytyczny do artykułu o bankiecie odbywającym się tam w czasie żałoby narodowej ogłoszonej po tragedii w kopalni Halemba w Rudzie Śląskiej. Po wejściu do lokalu poinformowała jej właściciela, że jest dziennikarką i na zlecenie redakcji ma wykonać zdjęcia oraz porozmawiać z uczestnikami imprezy. Ten, kierując się opinią swoich gości, nie wyraził na to zgody i kazał dziennikarce opuścić restaurację. Reporterka, będąc już w drzwiach lokalu, wykonała jednak kilka zdjęć. Wówczas właściciel lokalu podszedł do niej i odebrał jej aparat fotograficzny. Dopiero wtedy opuściła restaurację. Prokuratura Rejonowa w Zamościu oskarżyła dziennikarkę, że weszła do lokalu i wbrew żądaniu jej właściciela nie opuściła go, tj. o naruszenie miru domowego (art. 193 k.k.). Dziennikarka nie przyznała się do zarzutu.
Sąd Rejonowy w Zamościu stwierdził, że oskarżona swoim zachowaniem wyczerpała znamiona przestępstwa, bo do naruszenia miru domowego może dojść również na terenie restauracji. Jej niezgodne z prawem zachowa nie sprowadzało się do tego, że wbrew żądaniu osoby uprawnionej, tj. właściciela lokalu, nie opuściła go niezwłocznie. Sąd umorzył jednak postępowa nie karne. Uznał, że sam pokrzywdzony przyczynił się do naruszenia, gdyż nie umieścił na zewnątrz budynku, w sposób widoczny dla innych osób, informacji o tym, że jest to impreza zamknięta, dla ściśle określonej grupy ludzi. Zdaniem sądu dziennikarka działała też na podstawie przepisów prawa prasowego, które stanowią, że nie wolno utrudniać prasie zbierania materiałów krytycznych ani w inny sposób tłumić krytyki. Przedsiębiorcy zaś są zobowiązani do udzielania prasie informacji o swojej działalności, o ile na podstawie odrębnych przepisów informacja taka nie jest objęta tajemnicą lub nie narusza prawa do prywatności (art.4 ust. 1). Przepisy te usprawiedliwiały, zdaniem sądu, zachowa nie oskarżonej.
Postanowienie jest prawomocne (sygn. VII K 119/07).

2007-08-03, "Rzeczpospolita" przegrała z toruńskim sędzią
Redakcja ma przeprosić Zbigniewa Wielkanowskiego za "nieprawdziwe i oszczercze stwierdzenia" z głośnego artykułu "Sędzia do wynajęcia" - uznał wczoraj ostatecznie Sąd Apelacyjny w Warszawie.
Niemal siedem lat po publikacji sędzia Zbigniew Wielkanowski z Torunia może się ostatecznie poczuć oczyszczony z zarzutów. Sąd Apelacyjny, który wczoraj wydał orzeczenie w sprawie naruszenia dóbr osobistych sędziego przez dziennikarzy „Rzeczpospolitej", w najważniejszych kwestiach podtrzymał ubiegłoroczny wyrok sądu okręgowego.
Zmienił tylko drobiazgi: • przeprosiny mają się ukazać tylko w „Rzeczpospolitej", a nie w innych mediach; • za naruszenie dóbr osobistych będą odpowiadać jedynie autorzy artykułu, a nie Grzegorz Gauden, który też został pozwany. Sąd zauważył, że nie jest on już naczelnym „Rz" i nie był nim w czasie publikacji.
Najważniejsze jednak pozostało bez zmian, czyli treść przeprosin, jakie mają się ukazać w ciągu siedmiu dni na pierwszej stronie dziennika. Troje autorów artykułu ma przeprosić za osiem nieprawdziwych stwierdzeń z tekstu, wymieniając je wszystkie po kolei, m.in., że nieprawdą jest, że Zbigniew Wielkanowski przyjaźni się Edwardem Ś., ps. "Tato", szefem toruńskiego gangu, oraz, że oszczerstwem jest, że proces, któremu przewodniczył Wielkanowski był kompromitacją wymiaru sprawiedliwości.
- W sprawach o naruszenie dóbr osobistych obowiązek przedstawienia dowodów spoczywa na stronie pozwanej. W tej sprawie pozwani [dziennikarze] nie przedstawili właściwie żadnych dowodów - mówiła w uzasadnieniu sędzia Ewa Śniegocka.

2007-07-23 SN: Rzeczpospolita nie musi przepraszać znanego aferzystę udającego działacza sportowego Bolesława Krzyżostaniaka za podanie, że inwestował setki tysięcy dolarów w produkcję narkotyków. Po czterech latach wyszło, że sędziowie się mylili, a dziennikarze opisywali prawdę. Aktualnie powód jest w areszcie, oskarżony za obrót narkotykami i na nic przekręty sędziów, kieleckich dlatego SN wrócił sprawę do ponownego rozpatrzenia.
Sprawa ciągnie się od 2002 r. gdy "Rz" napisała, że Krzyżostaniak - ówczesny prezes Olimpii Poznań - od lat współpracował z gangiem nieżyjącego już Jeremiasza Barańskiego, ps. Baranina oraz inwestował w produkcję narkotyków. Gazeta powołała się na akta procesu przed sądem w Kielcach Ryszarda J., który produkował syntetyczne narkotyki dla "Baraniny". Dziennik pisał o związkach Krzyżostaniaka, ps. "Bolo", z Barańskim i jego prawą ręką Wojciechem Papiną. "Rz" dotarła do zeznań aresztowanego w Austrii Papiny, który miał dostać od Krzyżostaniaka ponad 700 tys. dolarów na produkcję amfetaminy. 63-letni Krzyżostaniak pozwał wydawcę "Rz" o ochronę dóbr osobistych, żądając przeprosin oraz miliona zł odszkodowania. W 2005 r. Sąd Okręgowy w Warszawie nakazał pozwanemu przeprosiny powoda i wypłatę 50 tys. zł, uznając, że doszło do naruszenia dóbr osobistych. Według SO, zarzuty "Rz" były "nieadekwatne do posiadanych dowodów", a dziennikarze nie dochowali ustawowego obowiązku rzetelności i staranności. W grudniu 2006 r. Sąd Apelacyjny w Warszawie utrzymał ten wyrok, oddalając apelacje obu stron procesu. Pozwani chcieli od SA oddalenia pozwu; powód - miliona zł odszkodowania. W kasacji do Sądu Najwyższego pełnomocnik "Rz" mec. Jacek Kondracki podkreślał, że sąd okręgowy nie uzyskał - mimo wniosku pozwanych - akt sprawy kieleckiej, a sąd apelacyjny uznał, że w ogóle nie można przeprowadzić - jak mówią prawnicy - "dowodu z akt".
SN uwzględnił kasację i zwrócił sprawę sądowi apelacyjnemu. Sędzia SN Józef Frąckowiak podkreślił, że sąd ten dopuścił się "rażącego naruszenia prawa", orzekając bez całego materiału dowodowego. "Jest wysoce prawdopodobne, że ocena akt sądu z Kielc doprowadziłaby do stwierdzenia, że dziennikarze byli rzetelni" - dodał sędzia. Podkreślił, że "jeśli z tych akt wynika, że zarzuty mediów wobec powoda są podobne do zarzutów stawianych mu przez prokuratora, to trudno mówić o naruszeniu dóbr osobistych". Szansę na wygraną "Rzeczpospolitej" w ponownym procesie zwiększa fakt, że w kwietniu tego roku Krzyżostaniak został wraz z innymi oskarżony przez kielecką prokuraturę o "wprowadzenie do obrotu znacznych ilości narkotyków" w 2000 r. - za co grozi do 10 lat więzienia. Oskarżony, aresztowany od listopada 2006 r., nie przyznaje się do zarzutów. Po jego zatrzymaniu podawano, że to efekt sześcioletniej współpracy Centralnego Biura Śledczego i kieleckiej prokuratury z austriackim Ministerstwem Sprawiedliwości. W aktach sprawy są m.in. zeznania Papiny. Mec. Kondracki powiedział dziennikarzom, że podczas rozprawy apelacyjnej w grudniu 2006 r. przedstawił sądowi informację kieleckiej prokuratury o listopadowym zatrzymaniu powoda i zarzutach wobec niego - ale sąd nie wziął tego pod uwagę. "Dziś powód jest aresztowany i oskarżony, a my mamy go przepraszać?" - mówił adwokat w wystąpieniu przed SN, gdzie nie stawił się nikt za stronę powodową.

16.07 100 tys. zł zadośćuczynienia za artykuł, w którym padła sugestia, że Joanna Brodzik jest w ciąży, ma zapłacić aktorce Axel Springer wydawca dziennika Fakt...

- taki wyrok orzekł w piątek Sąd Okręgowy w Warszawie. Dodatkowo wydawca ma przeprosić aktorkę na łamach Faktu oraz magazynu Film.
Brodzik pozwała Fakt za artykuł, jaki ukazał się w dzienniku na jej temat w październiku 2004 roku. Tekst był zatytułowany: "Joasia Brodzik w ciąży".
Jak powiedziała przed sądem aktorka, tekst w dzienniku ukazał się bez jej wiedzy, a dziennikarze nie kontaktowali się z nią, aby zweryfikować podane informacje. Zaznaczyła, że publikacja materiału naruszyła jej prywatność i wpłynęła "negatywnie na jej życie", a sugestie o ciąży działały "paraliżująco" na potencjalnych pracodawców, gdyż "wielu producentów" zrezygnowało z zatrudnienia jej po ukazaniu się tekstu.
W uzasadnieniu wyroku sąd podkreślił, że treść artykułu naruszyła dobra osobiste Brodzik, które "podlegają ochronie prawnej w stopniu nie mniejszym niż prawa każdego obywatela". Sąd przychylił się ponadto do argumentów aktorki, uznając, że choć plotki o ciąży nie wiązały się bezpośrednio z działalnością zawodową Brodzik, mogły mieć negatywny wpływ na jej pracę.
Pełnomocnik Axel Springer Artur Wdowczyk w rozmowie z dziennikarzami zapowiedział odwołanie od wyroku. - Na pewno wniesiemy apelację, nie zgadzamy się z tym wyrokiem. Ten artykuł opisywał tylko i wyłącznie plotki, czyli spekulował. Nie były to informacje. Bardzo dziwnym jest, że nie można spekulować. Sąd Najwyższy wielokrotnie mówił, iż tego typu wiadomości, są dopuszczalne - powiedział Wdowczyk.
Reprezentujący Brodzik mec. Maciej Lach powiedział, że gazeta "nie może budować sobie nakładu i strony tytułowej tylko na tym, że napisze nieprawdę". Dodał, że dziennik wielokrotnie w swych tekstach naruszał dobra osobiste aktorki.

Przed warszawskim sądem okręgowym toczy się także druga sprawa, w której Brodzik występuje przeciw wydawcy Faktu, za - jej zdaniem - obraźliwy artykuł. Aktorka domaga się 150 tys. zł zadośćuczynienia. Zdaniem Wdowczyka, procesy nie mają na celu ochrony dóbr osobistych Brodzik, tylko jej wzbogacenie się.
Aktorka Joanna Brodzik domaga się łącznie 250 tys. zł i przeprosin w dwóch procesach, które wytoczyła Axel Springer Polska, wydawcy dziennika "Fakt", za naruszenie dóbr osobistych.

16.06. Komendant Guzik ściga 'Gazetę'
Janusz Guzik, komendant wojewódzki policji w Lublinie, zażądał od prokuratury ścigania dziennikarza i redaktor naczelnej "Gazety Wyborczej Lublin". Prokuratura wszczęła już śledztwo. Komendant poczuł się dotknięty pytaniem naszego kolegi i komentarzem szefowej. Poszło o tekst "Zwyrodnialcy w mundurach" opublikowany 19 kwietnia. Jacek Brzuszkiewicz napisał w nim o policjancie, który molestował nastoletnie dziewczyny, a potem groził im śmiercią. Sprawę bada prokuratura. Śledczy zajmują się też gwałtem w policyjnej izbie zatrzymań, o którym pisaliśmy wcześniej.
Dlaczego urażony komendant nie wystąpił do sądu z cywilnym pozwem przeciwko dziennikarzowi? - Przepisy dają możliwość badania sprawy przez prokuraturę, więc komendant wybrał właśnie takie rozwiązanie - wyjaśnia Janusz Wójtowicz, rzecznik Guzika.
Sprawę opisaliśmy we wczorajszej "Gazecie Wyborczej Lublin". Po tej publikacji poseł Janusz Palikot (PO) zwołał konferencję prasową: - Podpisuję się pod słowami dziennikarza. Jeśli po tej deklaracji komendant i mnie poda do prokuratury, to chętnie zrzeknę się immunitetu.
Jego zdaniem obaj komendanci - miejski i wojewódzki - powinni zostać odwołani, a działania prokuratury to próba zastraszenia niezależnych mediów.
Wczoraj dowiedzieliśmy się, że po wszczęciu śledztwa komendant uzupełnił swoje zawiadomienie o kolejny artykuł Jacka Brzuszkiewicza. Chodzi o tekst "Komendant Guzik odejdzie w lipcu", w którym napisał o planowanym odwołaniu Guzika.
Zdaniem Marka Antoniego Nowickiego, prezesa Helsińskiej Fundacji Praw Człowieka, artykuły były częścią debaty publicznej, a nie personalnym atakiem na Guzika. - Proponowałbym komendantowi, żeby bardziej skupił się na zrozumieniu powodów krytyki i próbie merytorycznego udziału w tej debacie - uważa Nowicki.

14.06. Naczelny Faktu Hojarska kłamie
Hojarska: pobił mnie reporter gazety "Fakt".
- To co głosi pani Hojarska jest ewidentną nieprawdą - powiedział redaktor naczelny "Faktu" Grzegorz Jankowski.
Posłanka Samoobrony Danuta Hojarska oświadczyła w Sejmie, że została dzień wcześniej wieczorem pobita przez reportera gazety "Fakt", który robił jej zdjęcia w toalecie. Jak dodała, ma kilka siniaków i pokazywała je dziennikarzom w Sejmie. Podkreśliła, że co prawda jest "silną kobietą, ale mandat posła nie pozwolił jej się bronić". Posłanka powiedziała, że o całej sprawie poinformowała policję.
Jak poinformował rzecznik komendanta stołecznego policji Mariusz Sokołowski, policja prowadzi dwa postępowania wyjaśniające w sprawie zajścia. Jedno dotyczy naruszenia nietykalności cielesnej posłanki, drugie - naruszenia nietykalności cielesnej dziennikarza i zniszczenia jego aparatu fotograficznego.

23.05.2007Olejnik i Kublik pozwane do sądu -
Zawieszony w obowiązkach członka zarządu Polskiego Radia Jerzy Targalski złożył do sądu akt oskarżenia przeciwko Monice Olejnik oraz Agnieszce Kublik, w którym zarzuca im zniesławienie za pośrednictwem mediów.
Jak napisał Targalski w oświadczeniu, złożył akty oskarżenia w związku z brakiem odpowiedzi na wezwanie przedsądowe wystosowane do dziennikarzy "Gazety Wyborczej" oraz Radia ZET. Targalski przypomniał, że oprócz aktów oskarżenia wniesionych do sądu karnego, złożył także do sądu cywilnego pozwy, w których zarzuca dziennikarzom "Gazety Wyborczej" naruszenie dóbr osobistych. - Podtrzymuję to, co pisałam o zachowaniu Jerzego Targalskiego jako wiceprezesa Polskiego Radia. To nie są moje oceny. Przytaczałam opinie jego podwładnych i fakty przez nich opisywane. Jeżeli zostały naruszone czyjeś dobra, to chyba tych pracowników, którzy usłyszeli, że są "złogami gierkowsko-gomułkowskimi" - powiedziała Agnieszka Kublik, która pisała o zwolnieniach z pracy w PR.
- Targalski jako wiceprezes publicznego radia jest osobą publiczną, która podlega ocenie opinii publicznej. Opinia publiczna ma prawo wiedzieć, jak Targalski zachowywał się wobec podwładnych pełniąc swoją funkcję - dodała Kublik. Zwróciła uwagę, że "radiowa komisja etyki, która badała zachowanie Targalskiego podczas zwolnień grupowych, potwierdziła opisane przez »Gazetę« zdarzenia". Zaznaczyła, że Targalski dostał od "Gazety Wyborczej" odpowiedź na swoje przedsądowe pismo.
Przy okazji przeprowadzanych przez PR zwolnień grupowych w mediach ukazały się wypowiedzi Targalskiego m.in. o tym, że w PR "średnia wieku jest bliska tej na cmentarzu", oraz że "jak się puści w obozie koncentracyjnym miły głos, to też ludzie się z nim zżyją" (o popularności Tadeusza Sznuka). "Gazeta Wyborcza" przytaczała relację Marii Szabłowskiej, której Targalski miał powiedzieć, że musi ona odejść z radia, bo on czyści je ze "złogów gierkowsko-gomułkowskich", i że "dookoła widzi same stare kobiety". Targalski mówił wówczas, że Szabłowska "kłamie" i że nie przedstawiła żadnych dowodów na potwierdzenie rzekomych jego słów, a Agora "wielokrotnie kłamała, mimo że miała możliwość sprawdzenia prawdy".
Rada Nadzorcza Polskiego Radia w kwietniu zawiesiła Targalskiego w pełnieniu obowiązków członka zarządu spółki do czasu wyjaśnienia publicznie przedstawianych zarzutów o naganne wypowiedzi kierowane przez niego do zwalnianych z radia pracowników.

21.05 REM pozbawienie dziennikarzy dostępu godzi w wolność słowa
Pozbawienie dziennikarzy dostępu do dokumentów, przechowywanych w Instytucie Pamięci Narodowej, oznacza poważne ograniczenie dostępu do informacji, tym samym także godzi w wolność słowa. Napisała Rada Etyki Mediów w przesłanym w niedzielę PAP oświadczeniu. Trybunał Konstytucyjny 11 maja, w wyroku oceniającym zgodność z konstytucją przepisów ustawy lustracyjnej, uznał za sprzeczne z ustawą zasadniczą, udostępnianie dokumentów IPN naukowcom i dziennikarzom za zgodą prezesa IPN, ponieważ ustawa nie określiła kryteriów dotyczących takiego udostępniania. W związku z tym, do czasu nowelizacji ustawy o IPN, archiwa te są dla nich zamknięte. Ponadto REM, w nawiązaniu do orzeczenia TK, kwestionującego konieczność lustracji dziennikarzy, stwierdziła, że są dziennikarze osobami publicznymi, ponieważ ich działalność jest misją publiczną. "W związku z tym mają uprawnienia i powinności, których pozbawione są osoby, nie pełniące żadnych funkcji publicznych. Odmowa uznania dziennikarzy za osoby publiczne (przez TK - PAP) oznacza pozbawienie ich tych uprawnień i zatem godzi w wolność słowa, a w szczególności w misję mediów" - pisze REM.

21.05 Naczelny Faktu przeprosił Annę Muchę


Gwiazda serialu "M jak miłość" - Anna Mucha - wygrała proces z gazetą "Fakt". Dostała 75 tysięcy złotych Anna Mucha wytoczyła proces dziennikowi po tym, jak opublikował zdjęcia aktorki opalającej się półnago na plaży w Egipcie.
- Jestem pierwsza osobą, która wytoczyła Faktowi proces. Sprawa ciągnęła się kilka lat i wreszcie odetchnęłam z ulgą - ja i moja rodzina - komentowała dla portalu Wirtualnemedia.pl w styczniu wyrok sądu apelacyjnego, Anna Mucha.
- Ta publikacja - moje nagie zdjęcia na plaży - to był zamach na moją prywatność. Poczułam się tak, jak zgwałcona kobieta... - dodała Mucha.
Zaznaczyła, że nie poszła na układ z "Faktem", choć dostała od gazety propozycję ugody. - To byłoby niesmaczne. Ludzie z "Faktu" nie są dla mnie partnerami do rozmowy - mówi nam Mucha.
Według aktorki przedstawiciele "Faktu" tłumaczyli w sądzie, że bronią prawa do informacji. Jednak sąd przyznał rację aktorce i nakazał gazecie wypłacić odszkodowanie w wysokości 75 tysięcy złotych oraz publiczne przeprosiny. Dodatkowo sąd zakazał dziennikowi publikowania materiałów na temat życia prywatnego aktorki.

21.05.2007 Agora żąda od Giertycha 50 tys. zł -
Przeprosin i wpłacenia 50 tys. zł na Zakład dla Niewidomych w Laskach żąda za zniesławienie Agora od Romana Giertycha. Spółka pozwała go za sugestię, jakoby brała udział w korupcyjnym procederze. Chodzi o wypowiedzi z lutego 2005, jakich Giertych, będąc członkiem sejmowej komisji śledczej ds. PKN Orlen, udzielił PAP i Radiu Maryja. Powołując się na wiedzę, jaką miał nabyć w trakcie prac komisji śledczej, Giertych nazwał Agorę częścią "korupcyjnego obwodu".
Jesienią ubiegłego roku sąd oddalił wniosek pełnomocnika Giertycha o odrzucenie pozwu Agory, uznając, że poseł komisji śledczej nie może w trakcie jej prac podawać do publicznej wiadomości informacji związanych z pracami komisji oraz, że w przypadku wypowiedzi medialnych nie chroni go immunitet.

18.05.2007Ostre spięcia na procesie TVN kontra Nasz Dziennik
"ND" użył wobec dziennikarzy TVN określeń: "medialne ZOMO", "medialni terroryści". Pisano o "metodach rodem z epoki stalinizmu", o "goebbelsowskiej propagandzie", o "walce z Narodem Polskim" i że "TVN łamie prawo".
Do ostrych spięć słownych dochodziło w czwartek podczas procesu cywilnego, wytoczonego przez TVN "Naszemu Dziennikowi". Stacja chce od gazety przeprosin i 50 tys. zł na cel społeczny za zwroty pod jej adresem typu: "medialne ZOMO", "goebbelsowska propaganda", "medialni terroryści".
Sąd Okręgowy Warszawa-Praga odroczył proces do 2 sierpnia. Powodem procesu są artykuły związanego z mediami o. Tadeusza Rydzyka "ND" z czerwca 2005 r. Pisał on wtedy, że TVN przygotowywał materiał mający szkalować Radio Maryja, TV Trwam i samego ojca dyrektora. Chodziło o sfilmowaną przez TV Trwam w aucie TVN kartkę z roboczym planem działań dziennikarza stacji. W tych zapiskach mowa jest m.in. o zamiarach filmowania ukrytą kamerą; sposobach dostania się na mszę celebrowaną przez o. Rydzyka (w tym celu planowano podszyć się pod "polonusa z Kanady"); sprawdzeniu, czy Radio Maryja miało "problemy z prawem". Opisując sprawę, "ND" użył wobec dziennikarzy TVN określeń: "medialne ZOMO", "medialni terroryści". Pisano o "metodach rodem z epoki stalinizmu", o "goebbelsowskiej propagandzie", o "walce z Narodem Polskim" i że "TVN łamie prawo". TVN odpowiadał, że "nie ma niczego zdrożnego w przygotowywaniu materiału o fenomenie o. Tadeusza Rydzyka i przedsięwzięć, którym patronuje". Dodawano, że nie ma wątpliwości, iż dziennikarze TVN nie naruszyli "ani prawa prasowego, ani dobrego obyczaju".
Stacja wytoczyła wydawcy gazety i jej redaktorowi naczelnemu proces o ochronę dóbr osobistych, żądając by sąd nakazał jej publiczne przeprosiny i wpłatę 50 tys. zł zadośćuczynienia na Caritas. W marcu 2007 r. sąd - w drodze tzw. zabezpieczenia powództwa - zakazał "ND" używania wobec TVN inkryminowanych określeń.
Aby nie przegrać procesu o ochronę dóbr osobistych, pozwany musi dowieść, że mówił prawdę lub przynajmniej, że działał w interesie publicznym. Na nim też spoczywa ciężar wykazania, że jego działanie nie było bezprawne.

27.04.2007 Sąd Okręgowy w Warszawie stwierdził że Przegląd Sportowy nie musi przepraszać Wisły Kraków
Oddalił on w piątek nieprawomocnie pozew klubu wobec Marquard Media Polska, od którego Wisła żądała przeprosin. Sędzia Mariusz Łodko mówił w ustnym uzasadnieniu wyroku, że nie ma dowodów by artykuł, który był tylko komentarzem gazety napisanym w szerszym kontekście, naruszał dobra osobiste klubu. Sędzia podkreślił, że sam Cupiał nie neguje, że "nic nie dzieje się w klubie za jego plecami". Sędzia przypomniał też publiczne zapowiedzi przedstawicieli klubu, że będzie on walczył o najwyższe trofea piłkarskie w Europie. "A jak jest, każdy widzi" - brzmiała konkluzja sędziego.
We wrześniu 2006 r. w komentarzu "PS" napisano: "Bogusław Cupiał traktuje Wisłę, która stanowi sens życia tysięcy mieszkańców Małopolski, jak zabawkę. Zmiany trenerów, tajemnicze transfery, obiecanki-cacanki, pozorne kompetencje prezesów i dyrektorów. Taka jest rzeczywistość Wisły". I dalej: "W klubie żadna decyzja nie zostanie podjęta bez pozwolenia bossa z Myślenic". Wisła Kraków Sportowa Spółka Akcyjna pozwała za to wydawcę gazety. Oddzielny proces wytoczył Cupiał (właściciel klubu, biznesmen uważany za jednego z najbogatszych Polaków) dziennikarzom "PS" za zwrot "boss z Myślenic", który - jego zdaniem - przyrównuje go do szefów gangów.
Pozew wobec wydawcy stwierdzał, że celem artykułu było obrażenie klubu sugestią, że jego działalność ma podejrzany charakter i jest sprzeczna z zasadami świata sportu. Pozwany wnosił o oddalenie pozwu, podkreślając, iż była to tylko "uprawniona wypowiedź krytyczna, której celem nie było znieważenie".
Na koniec maja zaplanowano proces wytoczony przez Cupiała dziennikarzom "PS" za zwrot "boss z Myślenic". Pozwani wnoszą o oddalenie także tego pozwu, powołując się na fakt, że słownik języka polskiego nie podaje negatywnego wydźwięku tego słowa, które oznacza "szefa dużej firmy lub organizacji".

Wielka wpadka 'Super Expressu' z dnia 25.04.2007r
Swój środowy tekst na temat księdza - guru zbuntowanych betanek 'Super Express' zilustrował zdjęciem niewłaściwego kapłana.

Jak informuje serwis Wiara na okładce „Super Expressu” obok tekstu „To on opętał zakonnice” opowiadającego o ks. Romanie Komarczyko, guru zbuntowanych sióstr betanek z Kazimierza pojawiło się zdjęcie ks. Pawła Habrajskiego z Katowic, który z ta sprawą nie ma nic wspólnego.
Ks. Habrajski od czterech lat prowadzi na osiedlu Tysiąclecia w Katowicach niedzielne msze z udziałem dzieci, które cieszą się ogromną popularnością. Tymczasem na okładce Super Expressu jego fotografia ilustruje artykuł o kapłanie, który za nieposłuszeństwo został wydalony z zakonu franciszkanów, a nawet grozi mu ekskomunika.
Zdjęcie, które zamieścił tabloid pochodzi z sesji przygotowanej dla cyklu liturgicznego tygodnika „Gość Niedzielny”.
Ks. Paweł Habrajski zapowiedział, że w związku z publikacją wytoczy „Super Expressowi” proces cywilny o zniesławienie.

25.04.07 Przeprosin oraz wpłaty 20 tys. zł. na cel społeczny od Polsatu i dziennikarki tej stacji Małgorzaty Ziętkiewicz domaga się Telewizja Polska m.in. za stwierdzenie, że "w programach informacyjnych TVP pracują komisarze polityczni PiS".
Powodem pozwu złożonego w Sądzie Okręgowym w Warszawie jest materiał, jaki w ubiegłym roku wyemitowały "Wydarzenia" Polsatu.
W środę sąd podczas rozprawy obejrzał odtworzony materiał, którego wymową poczuła się obrażona TVP. 11 października ubiegłego roku w "Wydarzeniach" Polsatu ukazała się informacja dotycząca publicznego radia i telewizji, w której padły m.in. stwierdzenia o braku obiektywizmu telewizji publicznej. Ponadto w materiale zaznaczono, że daje się zaobserwować spadek oglądalności programów informacyjnych TVP.
Telewizja Polska uznała materiał Polsatu za nierzetelny a dane o spadku oglądalności za nieprawdziwe. Reprezentująca TVP mec. Iwona Kuś powiedziała PAP, że telewizja publiczna będzie usatysfakcjonowana, jeśli Polsat "wyrazi ubolewanie z powodu podania nieprawdziwych informacji".
Natomiast, jak powiedział PAP reprezentujący Polsat mec. Marek Markiewicz, "źle się dzieje, że między dwiema konkurencyjnymi firmami toczy się proces". Dodał jednak, że stwierdzenia, które padły w materiale pochodziły od dziennikarzy TVP, z którymi rozmawiała Ziętkiewicz, a każdy dziennikarz ma prawo do swojej oceny.
Proces będzie kontynuowany 5 lipca. Sąd wysłucha wtedy m.in. wyjaśnień Ziętkiewicz a także osób odpowiedzialnych w obu stacjach za monitorowanie badań oglądalności.

24.04. Targalski złożył w Agorze wniosek o 200tys.zł przeprosiny i sprostowanie
Zawieszony w obowiązkach wiceprezesa Polskiego Radia Jerzy Targalski złożył w poniedziałek w siedzibie Agory, wydawcy "Gazety Wyborczej", wniosek, w którym domaga się sprostowania, przeprosin oraz 200 tys. zł
W redakcji "Gazety Wyborczej" nikt nie chciał komentować wniosku Targalskiego.
Targalski zapowiada, że jeżeli Agora nie spełni jego postulatów, wówczas złoży do sądu pozew o naruszenie dóbr osobistych.
Wyjaśnił, że chodzi mu o przeprosiny od dziennikarzy: Agnieszki Kublik, Wojciecha Czuchnowskiego oraz Pawła Wrońskiego.
Rada Nadzorcza Polskiego Radia zawiesiła w sobotę Jerzego Targalskiego w pełnieniu obowiązków członka zarządu spółki do czasu wyjaśnienia publicznie przedstawianych zarzutów o naganne wypowiedzi kierowane przez niego do zwalnianych z radia pracowników.
Przy okazji przeprowadzanych przez radio zwolnień grupowych w mediach ukazały się wypowiedzi Targalskiego m.in. o tym, że w PR "średnia wieku jest bliska tej na cmentarzu" oraz że "jak się puści w obozie koncentracyjnym miły głos, to też ludzie się z nim zżyją" (o popularności Tadeusza Sznuka).
"Gazeta Wyborcza" przytaczała relację Marii Szabłowskiej, której Targalski miał powiedzieć, że musi ona odejść z radia, bo on czyści je ze "złogów gierkowsko-gomułkowskich" i że "dookoła widzi same stare kobiety".
- Pani Szablowska kłamie - mówił Targalski. Jego zdaniem, nie przedstawiła żadnych dowodów na potwierdzenie rzekomych jego słów, a Agora - jak dodał Targalski - "wielokrotnie kłamała, mimo że miała możliwość sprawdzenia prawdy".
Od kilku tygodni sprawę zachowania Targalskiego wobec pracowników bada Radiowa Komisja Etyki. Osoby, które poczuły się przez Targalskiego źle potraktowane zgłaszają się do niej osobiście lub przekazują sprawę na piśmie. Komisja przesłała RN "wstępną informację o stanie sprawy".
Zarząd Stowarzyszenia Wolnego Słowa (SWS) zarzucił kierownictwu Radia, że w trakcie zwolnień "poniża pracowników, narusza ich godność osobistą, wytwarza atmosferę zastraszenia i zaszczucia". RPO zwrócił się zaś Głównego Inspektora Pracy o zbadanie, czy wypowiedzi Targalskiego nie naruszyły przepisów Kodeksu pracy. Wcześniej PR informowało, że przeprowadzona w nim kontrola Państwowej Inspekcji Pracy nie wykazała, by w spółce miał miejsce mobbing.

19.04 07 Były naczelny SE musi przeprosić dyrektora Jeronimo Martins
Były redaktor naczelny "Super Expressu" Mariusz Ziomecki musi przeprosić Pedro da Silvę, dyrektora generalnego Jeronimo Martins Dystrybucja SA (JMD), właściciela sieci sklepów Biedronka, za naruszenie dóbr osobistych.Orzekł w środę Sąd Okręgowy w Warszawie. Ziomecki musi także wpłacić 20 tys. zł na rzecz PCK.Pedro da Silva pozwał Ziomeckiego w styczniu 2005 roku po artykule, jaki ukazał się na pierwszej stronie "Super Expressu". Dziennik zamieścił wtedy zdjęcie dyrektora JMD i opatrzył swój materiał tytułem, w którym napisał, że Pedro da Silva "wyzyskuje Polaków". Dyrektor JMD domagał się w swoim pozwie od Ziomeckiego 250 tys. zł.
Sąd w uzasadnieniu wyroku przyznał, że "Super Express" dopuścił się naruszenia dóbr osobistych i wizerunku powoda. Dodał, że sformułowania materiału prasowego przekraczały granice uprawnionej krytyki prasowej. Dlatego Ziomecki jako ówczesny redaktor naczelny gazety musi zamieścić w niej przeprosiny.
Jednocześnie sąd orzekł, że zasądzona kwota 20 tys. zł jest adekwatna do szkody poniesionej przez dyrektora JMD.
Oddalone zostało natomiast powództwo wobec obecnego redaktora naczelnego "Super Expressu", Tomasza Lachowicza, gdyż według sądu nie może on odpowiadać za publikacje z okresu, gdy nie kierował dziennikiem.
Reprezentujący dyrektora JMD mec. Dariusz Skuza powiedział PAP, że "najważniejszy cel został osiągnięty, a sąd przychylił si do zdania, że dobra osobiste mojego klienta zostały naruszone". Dodał, że choć wyrok nie jest prawomocny, na razie nie wie, czy Pedro da Silva będzie się od niego odwoływał.
Mariusz Ziomecki, obecnie redaktor naczelny tygodnika "Przekrój", odmówił PAP komentarza.

16.04.2007 Sądowa porażka dziennikarzy Rz
Sąd Najwyższy orzekł: Waldemar Deszczyński ma być przeproszony za tekst "Leki za miliony dolarów" autorstwa Małgorzata Solecka i Andrzej Stankiewicz.
W tekście Solecka i Stankiewicz napisali, że Deszczyński wymuszał od koncernu farmaceutycznego łapówkę za pomoc przy wpisaniu leku na listę leków refundowanych.
Ten tekst Soleckiej i Stankiewicza (Stankiewicz nie pracuje już w "Rz", a Solecka jest na urlopie, po którym też żegna się z redakcją) ukazał się w "Rz" w maju 2003 r. Spowodował on, że po kilkunastu dniach Prokuratura Apelacyjna w Warszawie wszczęła śledztwo, które trwało ponad trzy lata; czynności w tym postępowaniu wykonywała także ABW. Deszczyński miał nawet postawiony zarzut w tym śledztwie, ale dotyczył on innej sprawy niż ta, o której napisała gazeta. Śledztwo zostało umorzone. W tekście napisano, że Deszczyński miał w 2002 r. żądać milionów dolarów łapówki od koncernu farmaceutycznego w zamian za umieszczenie jego leków na liście refundacyjnej. On sam zarzucił dziennikarzom brak rzetelności i pozwał dziennikarzy gazety oraz jej nieżyjącego już naczelnego - Macieja Łukasiewicza.
Sąd Okręgowy w Warszawie badający sprawę w I instancji oddalił pozew Deszczyńskiego, który żądał, by przeproszono go m.in. za "poniżenie w oczach opinii publicznej", zamieszczenie "szkalujących informacji" o nim, pozwani mieli też "ubolewać za przykrości i szkody", jakie wyrządziła Deszczyńskiemu publikacja. Zarzucał on gazecie nierzetelność. W październiku zeszłego roku warszawski sąd apelacyjny zmienił jednak ten wyrok niższej instancji. Zmodyfikował treść oświadczenia Soleckiej i Stankiewicza do suchego stwierdzenia, że autorzy artykułu naruszyli dobra osobiste Deszczyńskiego pisząc, że w zamian za łapówkę proponował on pomoc we wprowadzeniu leku na listę refundacyjną i za to go przepraszają. Od tego wyroku prawnik "Rz" odwołał się do Sądu Najwyższego przedstawiając do rozstrzygnięcia zagadnienie: czy sąd apelacyjny "orzekł ponad żądanie", samemu redagując treść oświadczenia, jakie mają opublikować dziennikarze. Byłoby to przesłanką do uchylenia wyroku, czego domagała się przed SN mec. Barbara Kondracka. Sąd Najwyższy uznał jednak, że obowiązkiem sędziego prowadzącego proces jest ingerencja w treść przeprosin, jeśli proponowana przez powoda jest zbyt emocjonalna lub nieścisła. Tak, według sędzi SN Katarzyny Tyczki-Rote, było w tym wypadku. Sąd oddalając kasację dziennikarzy "Rz" potwierdził, że dobra osobiste Deszczyńskiego zostały naruszone, a pozwani nie wykazali zasadności swych twierdzeń. SN przypomniał, że prokuratura nigdy nie postawiła Deszczyńskiemu zarzutu o treści takiej, jak zarzut z gazety, zaś samo śledztwo w całej sprawie zostało umorzone.

SE Media Express musi zapłacić 50 tys. zł za pomówienie Buzka
"Super Express" musi przeprosić b. premiera Jerzego Buzka za sugestie, że przyjął on pieniądze od szefa spółki Colloseum Józefa Jędrucha, sądzonego za oszustwa.
Potwierdził we wtorek Sąd Apelacyjny. Sąd zmienił jednak wysokość kwoty, jaką gazeta musi wpłacić na cel społeczny - ze 100 tys. zł na 50 tys. zł.
Sąd rozpatrywał apelację wniesioną przez wydawcę "SE" Media Express i ówczesnego redaktora naczelnego gazety Mariusza Ziomeckiego. Ich prawnik mec. Grzegorz Rybicki wnosił o przekazanie sprawy do ponownego rozpatrzenia. Reprezentujący b. premiera mec. Jerzy Naumann chciał utrzymania wyroku sądu pierwszej instancji.
18 października ub.r. Sąd Okręgowy uznał, że "Super Express" musi przeprosić b. premiera i wpłacić 100 tys. zł na cel społeczny. Chodziło o trzy artykuły, które "SE" opublikował wiosną 2004 r., m.in. materiał zatytułowany "Dałem kasę Buzkowi" z podtytułem "Aferzysta Józef Jędruch sypie kolejnych polityków" (zapowiedziany na pierwszej stronie: "Premier Jerzy Buzek wziął kasę od oszusta"). Artykuły dotyczyły pieniędzy (w sumie 300 tys. zł - 100 tys. darowizny i 200 tys. na organizację koncertu), które zostały przekazane przez Jędrucha Fundacji na rzecz Rodziny, założonej przez Buzka i jego żonę Ludgardę. "To jedna z precedensowych spraw, która zakreśla wolność wypowiedzi, zakres krytyki polityków i to jakiego rzędu sankcje mogą spotkać wolną prasę i dziennikarzy" - mówił mec. Rybicki. Jego zdaniem, sąd pierwszej instancji dokonał nadinterpretacji twierdząc, że tekst był atakiem na powoda, bo "ukazał się w interesie społecznym". Mec. Rybicki podnosił, że kwota 100 tys. zł, którą zasądził sąd okręgowy, to "kwota niespotykana dotychczas w sprawach o ochronę dóbr osobistych, która ogranicza wolność prasy, bo dziennikarze będą bali się podnoszenia tematów dotyczących relacji polityki i świata biznesu". Mec. Naumann wskazywał, że wysoka kwota, jaka ma być przekazana na cel społeczny, jest trafna, bo naruszono dobra osobiste "premiera o dobrym imieniu, który całe życie miał dobrą reputację, która nie może być niweczona jednym paszkwilowym artykułem, którego publikacja była obliczona na zarobek".
Sąd Apelacyjny uznał, że naruszono dobre imię byłego premiera. "Dziennikarz może się mylić, ale nie może mówić nieprawdy" - podkreślono w ustnym uzasadnieniu. "SE" musi więc opublikować przeprosiny na trzeciej stronie; ich zapowiedź ma pojawić się na pierwszej. Sąd Apelacyjny uznał, że zasądzona kwota na cel społeczny została określona bez wskazania kryteriów i zmniejszył ją ze 100 do 50 tys. zł.

27.03.2007 Naczelny 'Faktu' ma zapłacić 100 tys. zł
Za pomyłkowe opublikowanie zdjęcia mężczyzny jako bohatera skandalu pedofilskiego redaktor naczelny 'Faktu' ma zapłacić 100 tys. zł. To rekordowa kwota w procesach o ochronę dóbr osobistych - podała "Rzeczpospolita". Nie pomogły argumenty pełnomocnika 'Faktu', że o celowym działaniu gazety nie może być mowy, że następnego dnia zamieszczono przeprosiny, a oczy na zdjęciu przykryte były czarnym paskiem. Błąd gazety polegał na tym, że zamiast zdjęcia domniemanego pedofila, dyrektora konińskiego wydawnictwa (zarzut ten się nie potwierdził), opublikowała zdjęcie redaktora naczelnego wydawanego przez niego tygodnika - z tytułem: 'Ten zboczeniec jest na wolności', mimo że wcześniej dziennikarze 'F' z nim rozmawiali. Wg "Rz" sędzia Anna Owczarek przyznała, że jest rekordowa, ale i sprawa jest szczególna. Ze względu na wyjątkowo ciężki, przykry kaliber zarzutów, wielkość publikacji, ale też środowisko, wktórym obracają się obaj panowie: zamierzony i niezamierzony bohater publikacji. W tak wąskim gronie informacje łatwo się rozchodzą, a szkodliwość wydrukowania zdjęcia jest tym większa, że dziennikarz często jest bardziej znany z wizerunku niż z nazwiska, a wielu czytelników czyta tytuł i ogląda zdjęcia, nie zgłębiając tekstu. Przypomnijmy, że Stowarzyszenie Dziennikarzy Polskich przyznało tej publikacji tytuł Hieny Roku za dziennikarską nierzetelność.

13.03.2007 Król paparazzich aresztowany
Włoska policja aresztowała w poniedziałek pod zarzutem szantażu, wymuszeń, czerpania zysków z prostytucji i prania brudnych pieniędzy "króla włoskich paparazzich" Fabrizio Coronę oraz jego wspólników. Według ujawnionych we wtorek szczegółów tego jednego z największych skandali obyczajowych we Włoszech, ofiarą fotografa - szantażysty, właściciela agencji fotograficznej specjalizującej się w zdjęciach gwiazd, padł nawet były premier Silvio Berlusconi. Włoska prasa powołując się na prowadzącą dochodzenie w tej sprawie prokuraturę w Potenzy pisze, że agencja fotograficzna Corony działała na dwóch frontach. Legalnie sprzedawała mediom zdjęcia znanych gwiazd i osobistości, także w kompromitujących i intymnych sytuacjach. Nielegalnie zaś jej szef wraz z grupą jedenastu aresztowanych razem z nim wspólników domagał się ogromnych sum pieniędzy od fotografowanych osób za niepublikowanie tych zdjęć oraz posiadanych informacji.
Stosując szantaż Corona posługiwał się między innymi grupą zatrudnionych w tym celu prostytutek oraz naiwnych dziewcząt, którym obiecywał karierę w mediach. W ten sposób, jak zauważają gazety, znane osobistości, przyłapane w towarzystwie kobiet, wpadały w pułapki. Wiele z tych osób, znanych gwiazd telewizji, rozrywki, sportu i biznesu, płaciło haracze, jakich żądał 32-letni Fabrizio Corona za zdjęcia.
"La Repubblica" przytacza słowa Fabrizio Corony, który bez żadnych skrupułów przyznał: "Niszczę życie innym, by zarobić pieniądze".

Skazany za posty na internetowym forum
Leszek Szymczak, redaktor naczelny internetowej "Gazety Bytowskiej naruszył wolność słowa, nie usuwając z forum postów wzywających do linczu na miejscowym komorniku. Uznał w środę Sąd Rejonowy w Słupsku (Pomorskie).
Sąd umorzył warunkowo postępowanie wobec Szymczaka na rok. Przez ten czas redaktor ma zwracać uwagę na treść wpisów zamieszczanych na forum przez internatów. Jeśli znów na forum pojawią się posty zawierające treści o charakterze gróźb, sąd odwiesi postępowanie. "Będę apelował. Wyrok ubezwłasnowolnia mnie jako wydawcę i stawia w roli cenzora. Każdy kto mnie nie lubi, może zamieścić na forum jakieś groźby, pójść z tym do prokuratury i stanę się recydywistą. Poza tym nie zgadzam się ze stanowiskiem sądu, że posty są materiałem dziennikarskim w rozumieniu prawa prasowego" - powiedział w rozmowie z PAP Leszek Szymczak. Ta bezprecedensowa sprawa dotyczyła 5 z 935 postów, jakie ukazały się w marcu 2005 r. na internetowym forum "Gazety Bytowskiej" pod tekstem dotyczącym nieprawidłowej pracy miejscowego komornika. Ich autorzy nawoływali do linczu na komorniku. Posty te pozostawały na stronie "Gazety Bytowskiej" trzy miesiące. Komornik poczuł się zagrożony ich treścią, o czym zawiadomił miejscową prokuraturę. Śledczy uznali, że posty mogą wzbudzać u komornika uzasadniony lęk, a że nie udało im się ustalić autora wpisu, oskarżyli redaktora naczelnego o naruszenie prawa prasowego. Akt oskarżenia przeciwko Szymczakowi zawierał jeszcze jeden zarzut - prowadzenia gazety bez wymaganej rejestracji w sądzie. Sąd umorzył tą część postępowania ze względu na znikomą szkodliwość społeczną czynu.

2007-03-07, 'Fakt' przeprosił Giertycha
"Przyznaję, pomyliliśmy się. Na zdjęciach nie ma ani Mamy, ani Taty wicepremiera Giertycha. Każdy ma prawo do błędów, a tym razem to nasz błąd i nasza wina. Przepraszam Rodziców wicepremiera, samego ministra oraz wszystkich czytelników" - napisał w piątkowym "Fakcie" redaktor naczelny Grzegorz Jankowski.
To reakcja na sprostowanie Romana Giertycha, po tym jak "Fakt" na pierwszej i całej szóstej stronie roztrząsał sprawę nadużycia służbowego samochodu przez rodziców wicepremiera i przedstawiał zdjęcia, na których miało to być uwiecznione. LPR opublikowała sprostowanie na swoich stronach internetowych, przeczytał je też wczoraj na konferencji prasowej sam Giertych. - Było napisane tak małymi literkami, że pozwoliłem je sobie zaprezentować, żeby dotarło do wszystkich - wyjaśnił.
2007-03-02, Kayah kolejna gwiazda, które wygrała z ''Faktem''
Po Joannie Brodzik i Annie Musze kolejna polska gwiazda wygrała proces z wydawcą tabloidu.
Piosenkarka poczuła się urażona treścią trzech artykułów, które "Fakt" opublikował w styczniu, lutym i marcu ubiegłego roku. Dwa pierwsze sugerowały, że Kayah jest w ciąży. Trzeci opisywał jej relacje między jej mężem (z którym już nie jest) a nowym partnerem. Tytuł artykułu na pierwszej stronie miał być cytatem z wypowiedzi piosenkarki, choć ta z "Faktem" nie rozmawiała.
Sąd przyznał rację artystce i orzekł, że publikacja narusza jej dobra osobiste, w tym prawo do prywatności. - Naruszenie było wyjątkowo głębokie - podkreślała sędzia Marzena Konsek-Bitkowska. - Pozwani nie wykazali, że dostali zgodę na publikacje dotyczące prywatnego życia powódki. Na dodatek nie potwierdzili ich prawdziwości.
Wydawnictwo Axel Springer Polska i Grzegorz Jankowski, naczelny "Faktu", mają zapłacić piosenkarce 50 tys. zł oraz opublikować przeprosiny. Ogłoszenie ma znaleźć się na pierwszej stronie tabloidu i zająć nie mniej niż jedną trzecią jej powierzchni. Wyrok nie jest prawomocny.
To nie koniec sądowych kłopotów "Faktu", który przez rok przegrał sprawy o naruszenie dóbr osobistych m.in. z aktorkami Joanną Brodzik i - w pierwszej instancji - z Anną Muchą. Dobiega właśnie końca proces, jaki dziennikowi wytoczyli Edyta Górniak i jej mąż Dariusz Krupa. Wczoraj oboje składali zeznania, ale na ich prośbę sąd utajnił rozprawę. Domagają się, by sąd zakazał "Faktowi" dalszych publikacji na ich temat, śledzenia ich oraz nakazał przeprosiny. Żądają też 350 tys. zł zadośćuczynienia.

22.02.2007 Pozew przeciwko MySpace oddalony
Sędzia federalny stanu Texas oddalił powództwo przeciwko popularnemu internetowemu serwisowi społecznościowemu MySpace, wynikające z napaści seksualnej na 14-letnią dziewczynkę. Sędzia Sam Sparks stwierdził, że MySpace nie ma obowiązku chronić nieletniej, która podpisywała się jedynie jako „Julie Doe”, przed przestępstwem popełnionym przez innego użytkownika serwisu. „Jeśli ktokolwiek powinien chronić Julie Doe, to powinni to być jej rodzice, a nie MySpace” – napisał w uzasadnieniu Sparks. Według powództwa nastolatka została zaatakowana w maju ubiegłego roku przez 19-letniego Pete’a Solisa, który najpierw skontaktował się ze swoją ofiarą poprzez serwis. Dziewczynka mająca wówczas 14 lat, napisała w swoim profilu, że jest o 4 lata starsza. Jej rodzina żądała 30 milionów dolarów odszkodowania od MySpace za rażące zaniedbania, oszustwo i wprowadzanie w błąd na skutek niedbalstwa.
Sparks oddalił zarzuty o zaniedbania, powołując się na Communications Decency Act (prawo uchwalone w 1996 roku, będące częścią reformy prawa telekomunikacyjnego), które chroni firmy przed powództwami wynikającymi z wiadomości jakie użytkownicy przesyłają do siebie nawzajem. „Aby zapewnić, że operatorzy stron internetowych i inne interaktywne serwisy komputerowe nie będą ograniczane przez powództwa podnoszone w wyniku komunikowania się osób trzecich, prawo wprowadziło immunitet dla zarządzających takimi serwisami” – czytamy w sądowym uzasadnieniu. Sparks odrzucił także argument, że MySpace miało obowiązek wdrożenia środków bezpieczeństwa, aby powstrzymać seksualnych przestępców od kontaktów z nieletnimi. Dodał, że gdyby uznał, iż MySpace popełnia wykroczenie nie weryfikując wieku członków, zatrzymałoby to funkcjonowanie serwisu. Oddalone zostały także zarzuty wobec MySpace o oszustwo i wprowadzanie w błąd na skutek niedbalstwa.

18.11.2005 Ścigani za cztery litery redaktor Przekroju.
Za graficzne wyeksponowanie dwóch środkowych sylab w wyrazie "podupadły" dziennikarz i redaktor naczelny "Przekroju" zostali oskarżeni o znieważenie funkcjonariusza publicznego. Grozi im do roku więzienia.
Jak informuje "Gazeta Wyborcza", chodzi o artykuł Cezarego Łazarewicza, który w styczniu tego roku ukazał się w "Przekroju". Tekst nosił tytuł "Podupadły prokurator" i krytycznie oceniał pracę prokuratora Grzegorza Talarka z Grójca.
Talarek prowadził dwie sprawy osób oskarżonych o pobicia i rozboje. W obydwu na jego wniosek sąd zastosował areszt. Pierwsza sprawa dotyczyła historyka sztuki Jacka Bochińskiego, którego Talarek oskarżył o napad z bronią w ręku na handlarzy ze Stadionu Dziesięciolecia. Bochiński przesiedział rok w areszcie, zanim okazało się, że nie był sprawcą napadu.
Drugim oskarżonym był Tomasz Siarno, który odsiedział dwuletni wyrok za pobicie. Z zebranych już po procesie dowodów wynikało, że również on mógł paść ofiarą sądowo-prokuratorskiej pomyłki.
Dzień po ukazaniu się tekstu w "Przekroju" Talarek złożył w prokuraturze Warszawa Śródmieście doniesienie o przestępstwie: "Zostałem znieważony jako prokurator w związku z wykonywanymi przeze mnie czynnościami".
Prokuratura zareagowała błyskawicznie i wszczęła śledztwo z urzędu. Już dwa tygodnie po złożeniu doniesienia Talarka przesłuchano jako pokrzywdzonego.
Żądając ścigania dziennikarzy "Przekroju", prokurator skupił się na tytule artykułu. ?Autor, posługując się techniką drukarską, wyeksponował w drugim słowie tytułu cztery litery, które bez trudu każdy czytelnik może odczytać jako "prokurator d... " oraz "prokurator podły". Znaczenia tych słów nie należy tłumaczyć, bowiem powszechnie są uważane za obelżywe? - napisał prokurator. Rzeczywiście, w tytule tekstu feralne cztery litery są wydrukowane jaśniejszym kolorem.
Ze zdaniem kolegi z Grójca zgodziła się prokurator Ewa Krasnodębska-Dybiec z warszawskiej prokuratury okręgowej, która objęła nadzorem sprawę przeciwko "Przekrojowi": "Zważyć zatem należy, iż mówienie (pisanie) o kimś per d.... stanowi niewątpliwe znieważenie" - napisała w jednym z pism znajdujących się w aktach śledztwa.
(PAP)

Media manipulują, osądzają i są sądzone - wpadki sądowe, wyroki skazujące na dziennikarzy za nierzetelność, pomówienie, wprowadzenie w błąd społeczeństwa.

Wiadomości:

Fatalny rok 2006 miała żydowska spółka Agora - zysk spadł w 2006 r. o 74,3 proc. - żadna inna gazeta nie poniosła takich strat
Spółka Agora miała po audycie 32,62 mln zł skonsolidowanego zysku netto przypisanego akcjonariuszom jednostki dominującej w 2006 roku wobec 126,71 mln zł zysku rok wcześniej, podała spółka w raporcie. Zysk operacyjny na poziomie grupy wyniósł 39,64 mln zł wobec 150,81 mln zł zysku rok wcześniej. Skonsolidowane przychody wyniosły 1.133,68 mln zł wobec 1.202,14 mln zł rok wcześniej.
W raporcie kwartalnym Agora podała, że w 2006 roku grupa miała 32,60 mln zł zysku netto. W ujęciu jednostkowym w 2006 roku spółka miała 9,98 mln zł straty netto wobec 134,95 mln zł zysku netto rok wcześniej.

Wybrane informacje o podobnej tematyce:
MEDIA TO IV WŁADZA - czyli bez mediów nie można rządzić?
Wolne media? - dobry bajer. Dziennikarz pracujący w gazecie czy telewizji musi być uległy - w końcu za to mu płacą...
Prześladowanie dziennikarza i redaktora Zdzisława Raczkowskiego przez skorumpowanych sędziów i prokuratorów podkarpackich.
Czy media to władza? Czy kolejny “Drang nach Osten"
Dziennikarz - to zawód podwyższonego ryzyka. Walcząc o prawdę i dokumentując fakty musi zawsze być po któreś stronie barykady ryzykują swoim zdrowiem, stanowiskiem a niejednokrotnie i życiem...

Kolejne strony dokumentują stale uzupełniane cykle nieodpowiedzialnego zachowania się funkcjonariuszy władzy i urzędników państwowych:
Sędziowie - oszuści. W tym dziale przedstawiamy medialne dowody łamania prawa przez sędziów - czyli oszustwa "boskich sędziów". Udowodnione naruszania procedury sądowej, zastraszania świadków, stosowania pozaproceduralnych nacisków na poszkodowanych i inne ich nieetyczne zachowania. Czas spuścić ich "z nieba na ziemię" :-)
Prokuratorzy - czyli tzw. "odpady prawnicze", śmiecie, najczęściej nieetyczni i nie dokształceni funkcjonariusze władzy. Aktualizacja na rok 2007.
Prokuratorzy do zwolnienia od razu - ARCHIWUM - 2006r
SKORUMPOWANI SĘDZIOWIE I PROKURATORZY - czyli nie tylko pijackie wpadki
"boskiej władzy" , którzy w końcu spadli na ziemię...:-)

Adwokaci - czyli mecenasi chałtury prawniczej, a tak naprawdę to jedyni usługodawcy którzy nie ponoszą odpowiedzialności za odstawiane fuszerki typowi pasożyci społeczeństwa
Oszustwa polityków - przekręty i wpadki znanych "mniej lub więcej" polityków, czyli urzędników państwowych oszukujących i pasożytujących na narodzie - stale uzupełniany cykl: POLITYKA WłADZA PIENIąDZ
Policyjne afery 2007 - handel tajnymi informacjami ze śledztw, narkotykami, wymuszenia policyjne, pijani policjanci, policjanci terroryzujący własną rodzinę i świadków... - słowem "psie przękręty".
oszustwa komornicze - pasożytów społeczeństwa, często typowych chamów i nieuków, którzy oszukują właścicieli firm, poszkodowanych i wierzycieli oraz w dupie mają obowiązujące PRAWO
Urzędnicy państwowi i ich matactwa 2007 - dokumentujemy tu oszustwa urzędników państwowych takich jak: polityk, wójt, starosta, burmistrz, prezydent, rzecznik - wszelkich kombinatorów na których utrzymanie pracujące całe społeczeństwo, a którzy swoje publiczne stanowisko wykorzystują dla swojej prywaty i zysku.
UDOKUMENTOWANE FAKTY POMYŁEK LEKARSKICH
Psychiatryczne przekręty pseudo-biegłych udających lekarzy - aktualny stale uzupełniany cykl przedstawiający typowych schizofreników, decydujących o zdrowiu i majątkach ludzi, którzy bez wiedzy za to za kasę wydają opinie niezgodne z prawdą i nie mające nic z fachowością...
Aferzyści - czyli wszelkiej maści kombinatorzy grający rolę biznesmenów, politycy mający dojście do tajnych informacji i wiedzy
Poseł to ma klawe życie :-)
Dziennikarz - to zawód podwyższonego ryzyka.
Krytyka wyroków sądowych nie jest godzeniem w niezawisłość sędziowską. Nadmiar prawa prowadzi do patologii w zarządzaniu państwem - Profesor Bronisław Ziemianin
Strasburg - wyroki Trybunału - ukarana Polska i polskie sądy za wydane wyroki naruszające prawo - efekty skorumpowania polskich sędziów.

Polecam sprawy poruszane w działach:
SĄDY PROKURATURA ADWOKATURA
POLITYKA PRAWO INTERWENCJE - sprawy czytelników

Tematy w dziale dla inteligentnych:
ARTYKUŁY - tematy do przemyślenia z cyklu: POLITYKA - PIENIĄDZ - WŁADZA

"AFERY PRAWA" - Niezależne Czasopismo Internetowe www.aferyprawa.com
Stowarzyszenia Ochrony Praw Obywatelskich
Zespół redakcyjny: Zdzisław Raczkowski, Witold Ligezowski, Małgorzata Madziar, Krzysztof Maciąg, Zygfryd Wilk, Bogdan Goczyński, Zygmunt Jan Prusiński oraz wielu sympatyków SOPO

uwagi i wnioski proszę wysyłać na adres: afery@poczta.fm
redakcja@aferyprawa.com
Dziękujemy za przysłane teksty opinie i informacje.

WSZYSTKICH INFORMUJĘ ŻE WOLNOŚĆ WYPOWIEDZI I SWOBODA WYRAŻANIA SWOICH POGLĄDÓW JEST ZAGWARANTOWANA ART 54 KONSTYTUCJI RZECZYPOSPOLITEJ POLSKIEJ.

zdzichu

Komentarze internautów:

Komentowanie nie jest już możliwe.

~jakel
04-08-2012 / 02:34
Media manipulują ? ! Manipulujechrabiaomorowski za pomocą Ireny Wierszczetyńskiej a Donald Tusk "orlik przygłup NIE ostatni ?!" jak przystało na błaznów rżnął DURNI. A co z przeciętnym standardowym OBYWATELEM ? ano ? TO jest po czesku : GÓWNO ! To samo odbywa się po polsku ale w LONDYNIE !!! 2012r sierpień.