Imieniny:

AferyPrawa.com

Redaktor Zdzisław Raczkowski ujawnia niekompetencje funkcjonariuszy władzy...
http://Jooble.org
Najczęściej czytane:
Najczęściej komentowane:





Pogoda
Money.pl - Kliknij po więcej
14 kwietnia 2021
Źródło: MeteoGroup
Polskie prawo czy polskie prawie! Barwy Bezprawia

opublikowano: 26-10-2010

AFERY PRAWA PUNKT WIDZENIA MAŁGORZATY MADZIAR

MADZIAR - DIABELSKA FELIETONISTYKA... nie tylko osobiste refleksje.

                  

Jeszcze do niedawna myślałam, że nie mam talentu i nie potrafię pisać. I dosłownie przed chwilą zmieniłem zdanie... Uważałam, że nie mogę nie mieć talentu, bowiem pisanie przychodzi mi z cholerną łatwością. A powiedziałabym, że nawet diabelnie łatwo. Skoro coś okazuje się taką prostotą, to nie może być chyba niczym szczególnym, prawda? Okazało się jednak, że nieprawda, bo pisaniem potrafię wywoływać nie tylko uśmiech czy oburzenie, ale refleksje i łzy... Ale ileż papierosów spalam co tydzień, zastanawiając się nad obsunięciem prawej czy też lewej nogi felietonowym bohaterom, co w konsekwencji powinno powodować ich upadki. A na dodatek śmiertelne. I nic z tego! A więc, tylko takie są te moje problemy z pisaniem... 

Felieton - wbrew temu, co sądzą niektórzy moi (zwłaszcza internetowi) polemiści - nie jest polityczną deklaracją, komentarzem, wymianą uprzejmości, ani nawet polemiką. Felieton jest strażnikiem na granicy zdrowego rozsądku i elementarnego poczucia logiki, kołem ratunkowym chroniącym Czytelnika przed osunięciem się w otchłań absurdu, szczepionką immunizującą przed zarażeniem się wszelką formą ideologii i bezmyślnym oddawaniem czci ustalonym autorytetom. I moim zdaniem, felieton jest właśnie po to, aby atakować autorytety. Nawet te na stanowiskach, te z tytułami i orderami na piersiach, jeśli tylko robią źle i plotą głupstwa! Felieton uważam osobiście za oazę ludzkiej odwagi intelektualnej, ośmielającej do atakowania i kwestionowania „prawd” autorytetów. Wiem, że mają one wielu wrogów, także z tego powodu, że bywają dowcipne, bądź uszczypliwe. A dowcip w oczach ponuraków, to grzech śmiertelny. I nadal wyższą rangę intelektualną ma doprowadzanie ludzi do płaczu i skrajnej rozpaczy, aniżeli ich rozśmieszanie. Zdaję sobie sprawę, że dowcip jest pewnego rodzaju bronią, ale czy wolno kogoś karać za nielegalne posiadanie jej? Szyderstwo może być dotkliwe dla wyszydzanych, ale z pewnością jest lekarstwem przeciwko skażeniu zarówno własną, jak i cudzą nieomylnością oraz wielkością. Jeśli ktoś (mam na myśli czytających moje felietony) odniósł kiedykolwiek wrażenie, że jestem jakimś diabłem, który z widłami czyha na biednych ludzi, żeby ich wepchnąć do piekła - to albo czyta niezbyt uważnie, albo ma rację. I nie mam tu zbyt wiele na swoją obronę, bo rzeczywiście nie lubię ludzi aroganckich, którzy uważają, że wszyscy muszą im schodzić z drogi. Ale generalnie lubię ludzi. Naturalnie, że wolę pasjonatów od nudziarzy. Wolę życzliwych od egoistów, wolę mądrych niż mądrych inaczej. I sądzę, że nie różnię się w tych upodobaniach od zdecydowanej większości. Wiem, że to o czym piszę nie zawsze się wszystkim podoba, ale felietonista, to nie „panna do wzięcia” i nie musi się podobać. No, ale żyjemy „podobno” w wolnym kraju i na szczęście zawsze można przerwać moją lekturę, żeby poczytać inną. Tę, w której nie ma kontrowersyjnych tekstów... To, że czasem zwracam uwagę Czytelników na pewne zjawiska, nie znaczy wcale, że sama jestem ideałem. Dzisiejsze czasy nie sprzyjają zbytniej euforii i jeśli można coś ulepszyć, a nie tylko psuć, uważam, że należy podejmować takie próby. Ale, jeśli ktoś chce odczytywać z moich tekstów wyłącznie słowa krytyki pod swoim adresem, pewnie odczyta je nawet z prognozy pogody. A więc wszystkich, którym nie odpowiada mój „diabelski wizerunek”, ani moje „diabelskie” felietony - odsyłam do milszych i łatwiejszych lektur... Ja zdecydowanie wolę diabelską felietonistykę, od „śpiewania w chórze aniołków” z „rozczapirzonymi” skrzydełkami...

                                           * * *

Moje felietony powodują jednak kontrowersje. I bardzo dobrze! To znaczy to, że znajdują konkretnych odbiorców. Ale ja wcale nie muszę „określać się”, jak chcieliby tego niektórzy Czytelnicy. Określenie się, oznacza optowanie za jakąś ideą lub partią polityczną. Ja określiłam się już wiele lat temu, jako kobieta, która w głębokim poważaniu ma wszystkie idee i partie polityczne. Dzięki temu, potrafię patrzeć z dystansem zarówno na tych z prawej, jak i z lewej strony, a także tych ze środka... Może komuś nie podoba się, że czasami używam „rzekomo” wulgarnych słów. Ale niby dlaczego np. słowo dupa, ma być gorsze od słowa tyłek? Przecież liczy się intencja, ton oraz kontekst, w jakim tego słowa używam. Nie, nie, nie... Na razie nie użyję słowa „dupa”, bo zbyt często musiałabym je wymieniać. Napiszę tylko dwa słowa: pieprzona mafia! No bo, jak nazwać bandę starych wyjadaczy, którzy co kadencja przesadzają swoje dupska ze stołka na stołek? Chociażby dlatego cieszę się, że w felietonach mogę wyrażać swoje myśli i odczucia. Jednak ciągle zastanawiam się, jak napisać felieton? Czy Czytelnik, czytając go ma zgrzytać zębami, czy też ma czuć się zrelaksowany? A może pisać prawdę i tylko prawdę, to znaczy opisywać problemy przeciętnego Polaka - szaraka? Bo, dla przykładu: czy taki pierwszy, lepszy poseł, chciałby drzemać i ziewać w sejmie przykładowo za osiemset złotych? A skądże! A Polak – szarak za tyle musi utrzymać nie tylko siebie, ale często kilkuosobową rodzinę. Tymczasem ziewający „kolesie” mają gest i ładują dwadzieścia osiem milionów w Kościół Katolicki. Z tego dwadzieścia na budowę Świątyni Opatrzności Bożej. Oj, tak. Niech budują sobie jak najszybciej tę „ochronkę”, bo ręka boska już prostuje wskazujący palec... I w tym przypadku, nie wstydzę się głośno zazgrzytać zębami. Bo nie mieści mi się w „pale”, żeby wspierać tak bogatą instytucję, a emerytom i rencistom rzucać nędzny „ochłap” na odczepkę.  A w ogóle to skąd wzięła się ta wzajemna adoracja? Niestety, nie da się ukryć, że środowiska Kościoła Katolickiego i polityki w naszym kraju ostatnio bardzo zbliżyły się do siebie. No, ale jak miały się nie zbliżyć, skoro ojciec Rydzyk, to sprzymierzeniec braci Kaczyńskich i pomagał PiS-owi pogonić, albo jak kto woli „zatopić” Platformę Obywatelską w wyborach parlamentarnych. No i związki państwa z Kościołem idą sobie równo w parze. I pomimo wyraźnie zaznaczonej w Konstytucji RP wolności światopoglądu i wyznania – rząd przygotowuje program wychowywania młodzieży w oparciu o „zasady chrześcijańskie”. Czyli religia nie będzie już lekcją dodatkową dla wierzących, ale obowiązkowym przedmiotem dla wszystkich? Nie do wiary? „Kolesie” zdążyli już zadbać o medialne imperium Rydzyka, takie jak: „radio Maryja” czy telewizja „Trwam” i nie będą one musiały ubiegać się o odnowienie koncesji... Moim zdaniem – ten model polityki idzie w bardzo złym kierunku. Beztroskie mieszanie spraw wiary i kwestii rządzenia krajem - w dłuższej perspektywie czasu może zaszkodzić władzy, a także rozczarować duchownych. Bo modlitwami nie da się uzdrowić chorej gospodarki kraju, a ojciec Rydzyk raczej nigdy nie jest wierny tylko i wyłącznie jednej partii do grobowej deski... Jednak Kościół katolicki z racji historycznych dokonań i szacunku jakim cieszy się wśród większości rodaków – jest niezwykle imponującym graczem politycznym. Wiedzą o tym duchowni i politycy. Jednak dla przejrzystości polityki i w obawie o prawidłowe wykorzystywanie wiary, lepiej byłoby chyba zastosować separację w tym związku.

A właściwie, to nie ma co dziwić się temu „związkowi”, bo „duchownych patriotów” u nas, jak stonki na ziemniakach. Zwłaszcza przed wyborami, bo a nuż kapnie coś na jakąś „parafialną pierestrojkę”? Ach, lepiej może zamknąć dziób i zgrzytnąć sobie tylko zębami. Co prawda, nie chciałabym, żeby po lekturze tego tekstu Czytelnicy doszli do wniosku, że za wszelkie zło tego świata obwiniam tylko Kościół katolicki, czy też jestem jemu przeciwna. Chociaż szczerze mówiąc nie ukrywam, że mojego wzroku nie cieszy widok całego polskiego rządu na kolanach. No i mam odmienne zdanie na temat niepewnych, niezalegalizowanych męskich związków...

Wiem, że ten felieton z racji lokalnej specyfiki nie wszystkim przypadnie do gustu. No, ale dlaczego mam nie napisać tego, co leży mi na sercu? Pisząc „specyfika lokalna” – mam myśli obraz kościoła widzianego z zewnątrz. Bo z zewnątrz wygląda na to, że polski kościół jest w bardzo trudnej sytuacji... Moim zdaniem, niekwestionowanym liderem jest ojciec Rydzyk, który wizerunek kościoła psuje zdecydowanie skuteczniej niż „Nie” i „Fakty i mity” razem wzięte.... Obok tej „gwiazdy” jaśniejącej na ziemskim firmamencie nie widać jednak żadnej drugiej, która stanowiłaby jakąś przeciwwagę. A zdałam sobie sprawę z tego, kiedy dowiedziałam się o decyzji posłów Prawa i Sprawiedliwości - czyli o wsparciu budowy Świątyni Opatrzności Bożej w Warszawie, sumą dwudziestu milionów złotych (z budżetu rzecz jasna, przecież nie z własnej kieszeni!) I teraz zadam pytanie: jeżeli tak niespotykanie spokojna osoba jak ja, zaczyna denerwować się mając świadomość, że świątyń mamy moc i co jedna to bogatsza i piękniejsza – to jeżeli ja pozostanę głucha na argument, że dwadzieścia milionów, to żaden wydatek, to w takim razie jak zachować ma spokój statystyczny obywatel? Zwłaszcza, kiedy na przykład na wizytę u lekarza specjalisty musi czekać sześć miesięcy, mając przy tym świadomość, że służbie zdrowia brakuje wielu milionów. A więc, przeciętny obywatel „opatrznością bożą” może nazwać już sam fakt, że jeszcze żyje... Senat hojną ręką rozdaje kasę, także świątynia dostanie wzmacniający zastrzyk kosztem emerytów, rencistów czy ludzi bezrobotnych bez prawa do zasiłku, którym brakuje pieniędzy nie tylko na leki, ale i na życie. Wydaje mi się, że cały ,,pic” polega na tym, że kościół sam nie wie czego chce. Nie chciałbym dyskutować o gustach, ale nie da się ukryć, że dzisiejsze kościoły wyglądają jak stragany na parafialnym odpuście. Złoto, mosiądz, malowane drewno, narkotyczne wizje rzeźbiarzy... Do kościoła nie wchodzi się jak do wnętrza sakralnego, gdzie ma panować atmosfera modlitwy... No, ale to już zasługa architektów. Przepraszam za słownictwo, ale moim zdaniem, to tacy z nich architekci, jak z koziej dupy klarnet. Ale, niech się dzieje, co chce... Lokalna specyfika, to nie tylko kościół, ale i pogrzebowe firmy. Kiedy po ofiarach tragedii w Katowicach płakała cała Polska – chorzowskie zakłady pogrzebowe rzucały się na ciała ofiar niczym sępy na padlinę. Nieważne, że ciała zmarłych z powodu braku miejsc leżały na podłodze, a w dodatku jedno na drugim. Dla nich liczył się tylko zysk. Każda ofiara katastrofy, to dla nich dodatkowa kasa. Z obrzydzeniem wysłuchiwałam tych informacji. Ale przecież to nie wyjątek. Walka między tego typu firmami toczy się w każdym zakątku Polski. Odrażająca, wręcz nieludzka walka o każdą „skórkę”, zaś zachowania ich „przywódców” przypominają mi wygłodniałe hieny... Wracając do hojności naszych władz uważam, że pomoc rodzinom ofiar tragedii w Katowicach – to piękny gest z ich strony. Zastanawiam się tylko dlaczego tego gestu zabrakło w momencie, kiedy w tym samym czasie trzydziestostopniowy mróz zbierał obfite żniwo, uśmiercając setki, bezdomnych ludzi?! Gdzie podział się wówczas ludzki odruch pomocy? Niekoniecznie finansowej, ale zapewniającej im chociażby chwilowe schronienie przed mrozem. A gdyby tak o połowę uszczuplić tę kwotę przeznaczoną na budowę Świątyni i przeznaczyć ją na budowę schroniska dla bezdomnych ludzi? A gdyby też z tej kwoty uszczknąć troszeczkę, by zasilić służbę zdrowia, szkolnictwo, podwyższyć renty czy emerytury? By zwiększyć śmiesznie niską kwotę zasiłku rodzinnego, czy też zasilić budżet opieki społecznej? Wydaje mi się, że wówczas byłaby to prawdziwa, Boża Opatrzność i niekonieczna jest do tego aż tak wykwintna świątynia... Tyle, że w naszym kraju jest tak bogata gama „lokalnych specyfik”, że za trudno jest każdej z osobna przemawiać do rozsądku. I wcale nie zamierzam, bo na szczęście jakaś tam opatrzność jeszcze czuwa nade mną. I wszystko byłoby cacy, gdyby tak jeszcze prawidłowo czuwała nad naszymi władzami. Tylko nie tak „na opak”, jak na załączonym obrazku...  

                         TAKA JESTEM, JAKA JESTEM

Miałam teraz zamiar napisać jakiś lekki tekścik na przykład o tym, że nadchodzi wiosna. Miałam napisać grzeczny i przyjemny felieton o wszystkim, i o niczym. Ale nie udało się. I nie chodzi o to, że nie potrafię, bo lanie wody i bicie piany wychodzi mi chyba nawet całkiem dobrze, ale doszłam do wniosku, że pisanie o niczym, w ogóle nie jest w moim stylu. Poza tym, stwierdziłam, że Czytelnicy nie zasługują na takie lekceważące traktowanie, i że powinnam włożyć trochę wysiłku w swoją pracę, choć z każdym dniem jest trudniej się do tego zmusić, bo po siedmiu latach wytężonej pracy umysłowej zmęczenie już daje o sobie znać. A tak naprawdę, to mam kłopot zupełnie innej natury. A mianowicie wieczny dylemat z wyborem tematu, bo jest zbyt dużo spraw, które chciałabym poruszyć, a wszystkie wydają się ważne. To prawda, że dużo ostatnio narzekam, bo wiele mi się w tej naszej, szarej rzeczywistości nie podoba. Ale nie w moich kompetencjach jest zmieniać świat. No bo, cóż tak naprawdę mogę zrobić? Dobrze, że jeszcze mam siłę i ochotę wyrażać swoje zdanie – choć w większości przypadków na pewno ignorowane... No, może niezupełnie, bo niedawno usłyszałam „komplement”. Pewna osoba nadała mi miano „komucha”. Tyle, że akurat z komuną miałam ze względu na wiek tyle wspólnego, co dzisiaj z zakonem... A, że moje poglądy są już ukształtowane i różnią się od poglądów owej persony – nic na to nie poradzę. Mało tego. Stwierdziła także, że felietony dotyczące budowy Świątyni Opatrzności Bożej, negatywnie wpłynęły na jej stosunki czy „układy”... Zaraz, zaraz, a kto podpisał się imieniem i nazwiskiem pod tymi felietonami? Chyba nie ojciec Rydzyk, żeby przez to plany budowli świątyni legły w gruzach, a możliwości „układów” owej persony pękły, jak gumka w gaciach? Mimo tego, cieszę się, że to co napisałam, zostało w jakiś tam sposób odebrane. Przecież o to chodzi, żeby felieton był prześmiewczy, refleksyjny, by dawał dużo do myślenia. A czemuż niby miałabym pisać peany na cześć jednej, czy drugiej instytucji, partii itp., która podoba mi się tak samo, jak „z metra cięty”, rudowłosy facet? Czemu miałabym pisać, że jestem za budową świątyni, kiedy właśnie jestem temu bardzo przeciwna? A wreszcie - nie piszę felietonów „na zamówienie”, ani pod dyktando. I nie muszę, ani nie mam zamiaru zaprzeczać swoim poglądom, by uszczęśliwić jakieś tam jedno stworzenie, zwane dumnie człowiekiem. Jeśli robiłabym tak, to zostałabym posądzona o plagiat rzemiosła, jakim poszczycić się może rzesza dziennikarskich grafomanów. Umiejętność wyrażania swoich emocji, uczuć - nie jest niczym złym, jeśli zachowuje się pewne granice. Nie jestem aniołem, wzbijającym się ku niebu na rozpostartych skrzydłach, nie jestem też diabłem przysłanym tu z piekielnych czeluści. Jestem takim samym człowiekiem, jak wszyscy. Nigdy nie uważałam się za kogoś wyjątkowego czy szczególnego. Nie miałam i nie mam ku temu podstaw, aby tak sądzić. Z tego powodu, wszelkie słowa kierowane pod moim adresem, zarówno te dobre, jak i te złe, odbieram z przymrużeniem oka. Co prawda, do aniołów mi daleko i wcale nawet nie zamierzam upodabniać się do nich. Raczej bliżej mi do tych upadłych, skrzydlatych istot strąconych do piekła, wyzwolonych spod kajdan obłudy, ale to inny temat... W swoich felietonach świadomie kuszę i wabię na pokuszenie – celem szerszego otworzenia oczu Czytelnikom. Tak, aby spojrzeli na wszystko z innej perspektywy. Tej pozornie złej i pozornie gorszej. Czego oczekuję w zamian? Czasami myślenia, czasami niczego... Właśnie tym „niczym” jest dla mnie ten usłyszany niedawno „komplement”. Z tego powodu musiałem przerwać na chwilę pisanie, bo ze śmiechu dostałam czkawki. Dla tych, którzy nie rozumieją, z czego się śmiać, wyjaśniam: ja po prostu nie rozumiem, ile głupoty można zamieścić w jednym, jakże zawiłym słowie: „komuch”. I w tym miejscu rodzą się moje niebezpodstawne obawy, czy faktycznie tym „komuchem” nie jestem?! Bo różnica między mną, a osobą, która nadała mi to miano polega na tym, że ja, w przeciwieństwie do niej, wiem kim jestem. I nie udaję kogoś kim nie jestem, gdyż nie jestem pozerem. Zaś zakłamaniem i obłudą brzydzę się wyjątkowo. Chociaż tak naprawdę - ciężko jest mnie obrazić. Większość słów kierowanych pod moim adresem przyjmuję właśnie, jako komplement. Nawet jeśli ich zadanie polegać ma na obrażeniu mnie, czy poniżeniu... Tyle, że, zastanawiam się nad tym, czy jeśli ktoś bardzo mnie zdenerwuje, będę uśmiechała się? Chyba nie! A jeśli ktoś uderzy mnie w policzek? Oddam z pewnością i postaram się, aby było to zdecydowanie mocniejsze uderzenie. I nic na to nie poradzę! Taka jestem, jaka jestem...

                                 ZAFAJDANE „SZCZĘŚCIA”

Zanim napiszę jedno zdanie w tym felietonie, a którego właściwie napisać nie powinnam, muszę zastrzec, że wcale nie podnieca mnie język plugawy lub plugawopodobny. No, ale przecież muszę zadać pytanie: czy wszystkie „becikowe nieszczęścia”, które kiedyś tam przylazły na świat właśnie tylko i wyłącznie dla mamony, przypadkiem nie sfajdały się w gacie, kiedy otrzymały miana posłów czy „podosłów”? Ja na ich miejscu, miałabym już pełne pory... Słowo „sfajdać” nie pochodzi z mojego słownictwa, ale wprost ze słownika Marszałka Piłsudskiego, który brzydził się wszelkiego rodzaju zbydlęceniem politycznym... I to zmobilizowało go do wzięcia rodaków za pysk, by ratować państwo. To przywołanie marszałka jest celowym zabiegiem z mojej strony, aby zniwelować dyskomfort etyczno - estetyczny „becikowych nieszczęść”. I wielu z nich zapewne czyta teraz ten tekst, pomimo, że zapiera się, iż nie czyta, bo ma wiele „poważniejszych zajęć”. A ja chciałabym tylko oznajmić, że pójdę śladem Piłsudskiego...

I mogę spokojnie używać słowa sfajdać lub zafajdać, bo są to jedyne słowa adekwatne do sytuacji. I choćbym miałabym być przeczołgana po najdłuższej ulicy jakiegoś miasta - nie odstąpię od tych swojskich i cholernie obrazowych słów. Nie dam sobie odebrać tych określeń, nie zastąpię ich wypróżnianiem się lub nie daj Boże infantylnym „robieniem kupki”. Lepiej niech ten felieton leży w szufladzie i żółknie, aż przestanie straszyć werbalne zafajdanie, gdy wszystko zostanie tak zafajdane, że trzeba będzie używać słów o stokroć mocniejszych. A przecież „nieszczęścia” świrują nie od dziś. Wyniki tego świrowania są dla wszystkich wyjątkowo owocne. Co za to dostają? Uznanie w kręgach znajomych, przez których opluwane są w większej ilości, aniżeli Kalibabka zniewolił kobiet. U nas modne jest świrowanie, niszczenie autorytetu innych lub zadymę dla osobistego profitu. I dlatego wszelkiego rodzaju „nieszczęścia” będą paraliżowały społeczeństwo, dopóki ludzie nie powiedzą stop! Dopóki nie przestaną traktować „zafajdańców” niczym święte krowy! Bo z jakiej racji mają posiadać licencję na bezkarność i patent na wszelką mądrość? Dlaczego mogą łamać prawo i elementarne zasady przyzwoitości, kiedy zwykłego obywatela wlecze się za każde przewinienie przed parszywe oblicze naszej zakłamanej Temidy?! Ta wybiórczość odbiera im jednak wszelką wiarygodność. I ludzie nadal nie wiedzą, czy „becikowe nieszczęścia” przypadkiem nie sfajdały się w gacie, czy udają, że nadążają za modą... Chciałabym wreszcie, aby czyjś zdrowy rozsądek (dodam, że już mocno spóźniony) uchronił ich przed brudzeniem bielizny. Co prawda, wątpię w to.... Paraliżowanie społeczeństwa i jego własności jest ciężkim przestępstwem. I tutaj nie ma wybacz i nie ma przepraszam. Przynajmniej z mojej strony...

Nie wiem, czy Marszałek Piłsudski nie poruszył się już na którymś z pomników, i czy szabla nie wysunęła mu się z pochwy, kiedy poczuł nad Polską fetoru rozkładającego się gówna? Przecież w dzisiejszej, polskiej rzeczywistości, gdzie by nie patrzeć wszędzie pretensje i narzekania. I z jakiego powodu to wszystko? Biedy nie ma, praca jak na zawołanie zawsze się znajdzie, a na puste półki w sklepach nie można narzekać. Towaru od wyboru do koloru, tylko kupować. No i w końcu powinniśmy być dumni, że jesteśmy partnerami USA, że wystarczyło poprzeć jakąś tam wojnę, wysłać na nią kilku chłopaków i już kasę mamy w kieszeni! A Unia ze swoimi pretensjami zostanie na końcu i kto będzie się śmiał ostatni? Ale ludziom też się to nie podoba. Nie znają się na polityce, a mieszają się do niej i nie ufają rządowi, który sami wybrali! Polacy w ogóle są nierozsądni i uparci. Narzekają, że źle, pieniądze chcieliby dostawać za darmo. Weźmy na przykład takich rolników, tylko narzekają, marnują czas na ulicach. I o co te kłótnie? O świnie i zboże. Kiedy w końcu zrozumieją, że z pustego to i Salomon nie naleje? Skąd rząd na to wszystko ma wziąć pieniądze?! Sam robi po bokach. Biednych posłów nie stać nawet na porządne mieszkania i co rusz muszą robić jakieś przekręty. Ale czyja to wina, że politycy nie mogą mieć sponsorów, którzy wspomogliby strudzonych rządzących? Po co od razu ten krzyk, że rząd żyje w luksusach, a ludzie biedują. A czy posłowie nie płacą podatków? Jest takie powiedzenie: „każdy orze jak może”, politycy też.  A jak pracodawca zapomni zapłacić za pracę te parę złotych, to co się stanie? Od razu powszechne oburzenie, rzuca się bezsensowne oskarżenia ludziom, którzy „dbają o moralny rozwój Polski”, wybierając menadżerów roku „o czystych rękach i postępujących zgodnie z normami prawnymi i etycznymi”. Widocznie ludzie mają za mało rozrywki... A przecież rząd i w tej kwestii robi co może. Chociażby na bieżąco, systematycznie zapewnia reality show ze swoim udziałem. Trzeba przyznać, że znają się na rzeczy. Intryga jest, korupcja też, afera goni za aferą i to wszystko na żywo! Wcale nie trzeba wychodzić z domu, żeby się pośmiać! Wystarczy włączyć obrady sejmu w telewizji i ból brzucha zapewniony. I bardzo dobrze! Przecież od wieków wiadomo, że śmiech to zdrowie. Zależy tylko jeszcze, kto jakie ma poczucie humoru. Nie dziwmy się jednak, że np. biednych rencistów taka rozrywka nie bawi... Bo gdyby chcieli oglądać małpy, to z pewnością poszliby do ZOO. Wszyscy tylko narzekają, a przecież każdy mógł zostać politykiem... Więc może nie marnujmy sił na protesty, przydadzą się na później, bo na lepsze się nie zanosi. Dążyliśmy do demokracji i mamy ją. Rząd też sami wybraliśmy i nigdy nie był to strzał w dziesiątkę. Dopiero teraz to dostrzegliśmy? To prawda, że Polak jest mądry, po szkodzie. Ale póki co, karuzela oszustw i biedy kręci się. I będzie kręcić się dalej...

                  JAŁMUŻNA DLA DARMOZJADÓW

Temat bezrobocia jest poważny i bardziej pasuje na dramat, a już z pewnością na opowieść bez happy endu. Jednak w tym krótkim felietonie nie jestem w stanie opisać każdej ze smutnych subtelności bezrobocia. Ciekawe zestawienie subtelność bezrobocie. Prawda? Trzy miliony ludzi. Armia bezrobotnych. Armia bez generała. Tylko tu i ówdzie pojawiają się kaprale. Ten tłum na co dzień rządzi się jednak swoimi prawami. Niestety, prawa tłumu powstają często, a nawet prawie zawsze na marginesie. Oczywiście, na marginesie bezprawia. Bądźmy szczerzy, ten margines to ugór. Czasami przebiegnie po nim prokurator, policjant itp. Najczęściej jednak na ten areał nieszczęścia wkraczają dziennikarze. Nieco rzadziej naukowcy... Tak czy owak – bieda, jak cholera, bo Polska słynie w świecie jedynie z tanich dziwek i eksportu bezrobotnych. Gorzkie? I prawidłowo! Bo tak jest! Nasi urzędnicy do spraw pośrednictwa pracy cieszą się z każdego wysłanego na zachód bezrobotnego. To dopiero poprawia wskaźniki! Bezrobotnych polityków Polska niestety nie eksportuje. Nie ma podaży. Wszyscy gdzieś się ustawiają. Tylko krajowa baza ludzi ubogich czeka. Ale na co? Od czasu, kiedy pojawiło się pojęcie: „bezrobotny, bez prawa do zasiłku” zastanawiam się z czego może żyć bezrobotny? Z pensji nie, bo nie pracuje. Z zasiłku nie, bo nie ma do niego prawa i zgodnie z prawem, żadnej „kasy” nie dostaje. Nie zadam już pytania, skąd tylu bezrobotnych w Polsce, ani nie odpowiem na nie, bo znowu rozpętam trzecią wojnę... Oczywiście wszyscy niby wiemy z czego żyją bezrobotni, ale nie chodzi mi o naszą wiedzę, ale o to, jak to sobie wyobrażają ci, którzy stanowią prawo w Polsce. Z czego powinien żyć człowiek, który nie otrzymuje pieniędzy i który nie jest na utrzymaniu państwa? Mogłaby paść odpowiedź, że może żyć z tego, co uzbiera na śmietnikach. Jeśli tak, to czy są oficjalne wyliczenia, że tego co można znaleźć na śmietniku wystarczy dla wszystkich tych, którzy nie mają pracy? O ile tak, to czy mamy jeszcze nadwyżki śmieci, i czy ilość bezrobotnych może jeszcze rosnąć? Czy są w stanie wyżyć z tego co wyżebrzą? A może są jakieś stosowne wyliczenia, ilu bezrobotnych może utrzymać społeczeństwo? Może przeprowadzane są badania, które potwierdzają, że dajemy jałmużnę w odpowiedniej wielkości, regularnie i tym co potrzeba, a nie oszustom? Jeśli tak, to znaczyłoby, że społeczeństwo nie tylko obłożone jest różnymi podatkami, ale także obowiązkiem utrzymania bezrobotnych przy życiu. To znaczyłoby także, że rząd takiego obowiązku nie ma. Jasne, że można żyć z tego co się ukradnie. W takim przypadku można by też przyjąć, że kradzieże są dopuszczalne. Jeśli tak przyjęto znaczy, że wszystkie działania policji i wymiaru sprawiedliwości są tylko pozorowane, bo przecież nie można karać za to, że obywatel zachowuje się zgodnie z tym, co przewidziano i założono jako zachowanie pożądane... Ale czy może także rabować i napadać z bronią w ręku? Czy to także wynika z założeń? Jeśli tak, znaczy to, że życie bezrobotnych może być bardziej cenne niż innych. A to narusza już zasadę, że życie każdego człowieka jest warte tyle samo. Można żyć też ze wsparcia jakiego udziela rodzina. Tyle, że trzeba mieć tę rodzinę, która zechce wspierać. A wówczas rodzi się jeszcze jedno pytanie: czy państwo płaci ludziom za pracę dostatecznie dużo? Bo jeśli wlicza się w nasze zarobki dodatek dla bezrobotnych, to znaczy, że tak naprawdę każdy z własnej pensji musi utrzymać pewną grupę bezrobotnych. Wobec tego czy nie dostajemy za pracę mniej niż powinniśmy? A może powinniśmy pracować na czarno i nie odprowadzać podatków? Instytucje państwowe ścigają jednak tych, którzy uchylają się od tego obowiązku. Zastanawiam się więc, dlaczego państwo, a ściślej urzędy skarbowe nie ścigają pracodawców, którzy za pracownika odprowadzają najniższe podatki, a w rzeczywistości wynagradzają za pracę trzykrotnie więcej?! I z czego w takiej sytuacji utrzymać jeszcze jakiegoś tam bezrobotnego? Widzę tu jakąś niekonsekwencję i bałagan... Znaczy to, że bezrobotni powinni chyba wymrzeć. A to oznaczałoby już ludobójstwo poprzez świadome skazanie na śmierć. Bez winy i bez wyroku. Czy tak jest? No nie, przesadziłam... Przy tak ogromnej liczbie bezrobocia należało znaleźć jakieś wyjście z sytuacji. Z tego, co ostatnio dowiedziałam się – bezrobotny z mianem „ bez prawa do zasiłku” będzie musiał przepracować dziesięć godzin tygodniowo. I to za całe dwieście czterdzieści złotych miesięcznie!  Obojętnie gdzie. Już rewolucja francuska nakazywała wykopywać i zakopywać ciągle te same doły! To było bardzo twórcze i „zwiększało dochód narodowy”, przepraszam raczej zdecydowanie zmniejszało... Wracamy więc do korzeni... Jeśli bezrobotny odmówi – utraci status bezrobotnego. Tym samym straci łeb, a ściślej głowę na szafocie, a więc mamy zdecydowany postęp cywilizacyjny! A wszystko po to, żeby nie pracował „na czarno” i żeby mu się po nocach różne myszki nie śniły. Ale z drugiej strony dla wielu bezrobotnych tzw. „dżdżownic” – to droga wprost do eutanazji. Bo przecież jak za owe dwieście czterdzieści złotych łyknie trochę tych nowych wynalazków w płynie - to od razu zejdzie z tego świata i statystyka się poprawi! Z pewnością zwolni to państwo i liczną rzeszę „podatników” z utrzymywania „darmozjadów”. Ale na pewno nie zmniejszy to ilości napadów, nawet tych z bronią w ręku, ani też „okradania” śmietników... Za to wzrośnie wskaźnik „tanich dziwek”, które nie odprowadzą fiskusowi żadnego podatku. To chyba najlepszy materiał na zachodni eksport, a jaka radocha dla urzędów pracy!

                  MAM PODGRYZIONY PATRIOTYZM...

Do refleksji nad słowem: patriotyzm – natchnęły mnie pewne uroczyste obchody rocznicy jakiejś tam bitwy. Obserwując część artystyczną w wykonaniu gimnazjalnej młodzieży, przed oczami stanęły mi szkolne uroczystości sprzed lat, w których wówczas, jako uczennica podstawówki brałam udział. Śpiewałam, tańczyłam, recytowałam wiersze. I właśnie podczas tej uroczystości, przypomniał mi się wiersz Władysława Broniewskiego pt. „Bagnet na broń”, który kiedyś recytowałam z zadumą i ogromnym przejęciem – nie wspominając o tremie, która zżerała mnie przed publiką. Przypomniały mi się słowa pierwszej zwrotki: „Kiedy przyjdą podpalić dom, ten, w którym mieszkasz – Polskę”. Gdybym wtedy myślała takimi kategoriami, jak dziś – od razu rzuciłabym za tymi słowami: „Może pożyczyć zapałek?” - i na tym zakończyłabym recytację. Ale wtedy Polska kojarzyła mi się z domem, rodziną, ojczyzną. Bo wpoiła mi to szkoła, lekcje historii, rodzice. Dziś, ten sześcioliterowy wyraz oznacza dla mnie tylko jedno: miejsce na ziemi i kraj taki sam, jak wiele innych. Większość może pomyśleć teraz: „Idiotka! Nie kocha Polski? Ma czelność mówić o tym publicznie w kraju, w którym większość społeczeństwa uważa się za patriotów?!”

W takim razie pytam: co mam kochać w tym kraju? Mam kochać korupcję, bo „biorą” już prawie wszyscy? Mam kochać wszystkich obojętnych ludzi, którzy kupują ekskluzywne „bryki”, a obok nich stoją bezdomni, którzy nie mają na chleb? Chociaż, bezdomny też jest patriotą, bo kocha kraj i rodaków, którzy żałują mu dwudziestu groszy na kajzerkę... Mam kochać rodzimych „mędrców”, którym nie obce są kolejne zmiany politycznych barw, a honor dla nich nic nie znaczy? Mam kochać strzępki kraju, który sprzedali władający nim oszuści? Wciąż zastanawiam się, czy słowo patriotyzm w przeciągu ostatnich kilkudziesięciu lat nie zmieniło swojego znaczenia? Dziś wielu młodych ludzi stanowczo twierdzi: „ Jestem patriotą”. Ale wystarczy popatrzeć, kto deklaruje ten skrajny patriotyzm; skejci, dresiarze, blokersi, ludzie z marginesu... Dlatego pytam wszelkiej maści patriotów: dlaczego czujecie się nimi? Dlaczego deklarujecie tak wielką miłość do kraju i narodu, który jest niemalże na dnie? A może tylko wydaje się wam, że jesteście patriotami? Kochacie ten kraj, bo tu urodziliście się? Dla mnie to kiepski argument, bo na przykład: znalezienie normalnej pracy bez złodziejskich układów w Polsce - to cud. Pieniądze zarabiamy jedynie dzięki własnej inicjatywie, którą aparat państwowy chce zabić już w zarodku. A więc, za co kochać mam swój kraj? Za brak pracy, za biedę, za drożyznę, za niskie emerytury i renty, gdzie ludzie nie mają na leki? Za złodziejstwo na każdym szczeblu władzy, za brak opieki zdrowotnej, za dziesięć czy dwadzieścia procent cwaniaków, którzy żyją w luksusach i mają niczym nie uzasadnione wysokie pensje? Dla mnie, to kraj bez przyszłości! Przegniła do cna klasa polityczna i zbutwiałe struktury administracyjne! Chorzy psychicznie u steru i skorumpowane wszystkie szczeble władzy! Durnota, a zarazem spryt partyjnych aparatczyków od „lewego do prawego” i brak możliwości wyeliminowania ich z życia politycznego! Tak wygląda obrzydliwie ponury krajobraz Rzeczpospolitej drugiej, trzeciej, czwartej i każdej następnej. Jakież inne uczucie można żywić dla tego raju na ziemi? Dlaczego głosowanie ma być moim obywatelskim obowiązkiem? Nie zgadzam się z tym! Chcę prawa do pokazania, w którym miejscu i jak głęboko mam wybory, bo nie będę przecież wybierała pomiędzy zgniłym jabłkiem, a robaczywym ziemniakiem?! A czy w ogóle musi być tak, że rządzą nami politycy? Czyli - w znacznej części karierowicze, buraki i nieroby? Tak długo już trwa ten stan rzeczy, że nawet ciężko zastanowić się, czy mogłoby być inaczej. Myślę, że lepiej byłoby nie wybierać „na kadencję”, lecz zatrudniać. Słabe efekty lub nierzetelna praca? Zwolnienie. Dobre efekty? Premia. Potraktować państwo jak firmę, która ma być dochodowa. Być może wówczas „wybrańcy” wykazaliby wreszcie swój prawdziwy patriotyzm, bo ja swój już wykazałam... I doszłam do wniosku, że mam mocno zakorzeniony, ale podgryziony przez „polityczno - patriotycznych przebierańców”...

Małgorzata Madziar 
Redaktor Naczelny tygodnika okołomińskiego "Bez znieczulenia"
 malgorzatamadziar@op.pl 

Inne artykuły Małgorzaty Madział
Jak działa lokalna władza - z punktu widzenia Małgorzaty Madziar 

MY SOM NIEZAWIŚLI I BASTA ! - Sądy niezawisłe? :-) - kiedy sędziowie osądzą sędziów - czarne owce  wymiaru (nie)sprawiedliwości

 Polecam sprawy poruszane w działach:
 SĄDY   PROKURATURA  ADWOKATURA
 POLITYKA  PRAWO  INTERWENCJE - sprawy czytelników  

Tematy  w dziale dla inteligentnych:  
ARTYKUŁY - tematy do przemyślenia z cyklu: POLITYKA - PIENIĄDZ - WŁADZA

"AFERY PRAWA" - Niezależne Czasopismo Internetowe www.aferyprawa.com  
Stowarzyszenia Ochrony Praw Obywatelskich
Zespół redakcyjny: Zdzisław Raczkowski, Witold Ligezowski, Małgorzata Madziar, Zygfryd Wilk, i sympatycy SOPO

    uwagi i wnioski proszę wysyłać na adres: afery@poczta.fm 
Dziękujemy za przysłane teksty opinie i informacje. 

WSZYSTKICH INFORMUJĘ ŻE WOLNOŚĆ WYPOWIEDZI I SWOBODA WYRAŻANIA SWOICH POGLĄDÓW JEST ZAGWARANTOWANA ART 54 KONSTYTUCJI RZECZYPOSPOLITEJ POLSKIEJ.

zdzichu

Komentarze internautów:

Komentowanie nie jest już możliwe.