Imieniny:

AferyPrawa.com

Redaktor Zdzisław Raczkowski ujawnia niekompetencje funkcjonariuszy władzy...
http://Jooble.org
Najczęściej czytane:
Najczęściej komentowane:





Pogoda
Money.pl - Kliknij po więcej
26 października 2021
Źródło: MeteoGroup
Polskie prawo czy polskie prawie! Barwy Bezprawia

opublikowano: 26-10-2010

AFERY MITY I FAKTY O AMERYCE

MITY I FAKTY O AMERYCE 
"WAKACJUSZKA" - CZĘŚĆ TRZECIA

 

Z & L Song & Publishing Co.

Chicago 1983 - 1985

  

 

Uch! Zagoniony człowiek, zalatany, że i przysiąść nie ma czasu. Cały czas na nogach. Wszędzie trzeba samemu dojrzeć, dopilnować bo inaczej wszystko by zmarniało. Chwili bez kłopotów nie ma. Jednum za zimno, drugiemu kran przecieka, trzeciemu się nie podoba, bo szczury latają. Same Państwo...psia ich mać!  W pałacach by chcieli....

Co to się z tymi ludĽmi porobiło? Jakby się tak człowiek dał, to by go z torbami puścili! Żadnego wyrozumienia do drugiego! Każdy patrzy aby tylko dla siebie... Aby jak najwięcej nadrzeć....

 

WeĽmy na ten przykład wczoraj: przychodzi taka paniuńcia i pyta się czy nie mam wolnego pokoju.

Pokoju to nie – mówię do niej – ale wolna porcia stoi. Jak się wstawi materacyk to mieszkać można, że ho ho.

Dużo powietrza, a i hałas z ulicy nie dochodzi...

A ile Pani liczy ze tę porcię? – pyta ona. 

E!... Co tam, prawie za darmo. Da pani osiemdziesiąt dolarów na miesiąc i mieszkaj sobie ile chcesz. Ale światło osobno – zastrzegłam – dziesięć dolarów od żarówki...

I wie Pani co ona na to? Zamiast, jak człowiek do człowieka, po ludzku, poprosić, żebym może z piątkę spuściła, to ta jak nie rozedrze się na cały głos:

Krwiopijcy! Zdziercy! Na ludzkiej biedzie żerują!

Na policje takich...

No, i powiedz Pani. Czy nie trzeba było porwać za ten skundlony, tleniony łeb i ze schodów?... Żeby aż zajęczało... Toż w biały dzień uczciwego człowieka napastuje! Obraża! W jego własnym domu! Co za ludzie teraz przyjeżdżają?

 

Kiedyś tak przecie nie było? Naród był bardziej delikatny, nieśmiały, a teraz?...

Na początku – jak tylko dom kupiłam – szli do mnie jak z procesją. A to Ľle, a to niewygodne! Za kieszeń się tylko trzymałam, żeby każdemu dogodzić. Któregoś dnia powiedziałam: koniec! Nie po to mam kamienicę, żebym jeszcze do niej dopłacała. O, nie! Jak coś się nie podoba, to proszę bardzo, wynosić się! Wolna droga! Nikogo nie trzymam! Chętnych na mieszkanie nie brakuje. Tu ma być tak, jak ja chcę i basta! Żadnych kaprysów bo za drzwi wyrzucę!

Pomogło. Mam teraz spokój! Choć za moimi plecami? Ho! Ho! Suchej nitki na mnie nie zostawiają. Ale co mi tam?

Ja pilnuję swojego, ot, co! Tutaj trzeba być twardym i o sobie myśleć, bo inaczej – zjedzą cię, przepadłeś...

A już najgorzej to z tymi inteligentami. Przyjedzie taki jeden z drugim, wydelikacony, wymuskany i myśli, że tutaj na niego wszyscy z otwartymi rękami czekają. Kłaniać mu się będą i „dyrektorować” jak w Polsce. Za picie kawki dolarami płacić!

 

Nie! Tutaj jest porządek proszę Pani, demokracja! Czy to prosty chłop czy wysoki dyrektor – jednakowo muszą miotłą machać, bo za tytuły nie płacą, ale za robotę. Ot, co!

No, i jak tam panie profesorze, dużo worków „garbeciu” pan dzisiaj wyniósł? – pyta się prosty chłop „kolegi” po fachu. – A rączki nie bolą, co? Pióro lżej trzymać? Ha! Ha!

I śmieje się profesorowi prosto w oczy.

Gdzie by tak w Polsce mogło być – znaczy ta równość?

Taki kmiotek nie mógłby nawet profesorskiego progu przekroczyć, a tylko z czapką w rękach drzwiom by się kłaniał.

A tutaj? Za pan brat z nim, a nawet więcej od niego znaczy, bo silniejszy jest i do roboty nawykły. Nareszcie porządek!

 

Zapraszam do środka, proszę. Kawki się napijemy, pogwarzymy...

Ładnie u mnie, prawda? Same meble parę tysięcy kosztowały. Najdroższe, jakie wybierałam. A obrazy, lampy? Popatrz Pani na tę z ptaszkami... Jakie ładne! Niby z gipsu, a jak żywe się widzą... Dywan też porządny, pluszowy. Telewizor Pani widziała? Tam, w drugim pokoju! Na całą ścianę, nikt chyba większego nie ma...

Nareszcie! Po tylu latach... w dobrobytach!

 

Czasami jak tak popatrzę na swoje bogactwo, to mi uwierzyć trudno, że to wszystko moje... Że sama, tymi palcami i jedną głową, to wszystko zdobyłam. Po tych wszystkich mękach, poniewierkach, po bejzmentach, żydowskich komórkach, wystraszona, przez byle kogo poganiana, za byle co łajana – teraz jak Pani! W luksusach!

Czy pani mi uwierzy, że przez tamte lata, nachodzily takie chwile, kiedy wydawało mi się, że nie jestem normalnym człowiekiem, ale czymś gorszym, podlejszym? Psem? Kotem? Nie! Przecież psa i kota też się szanuje, głaszcze, karmi. A mnie A nas?

Jak maszyny, martwe, bez duszy, nic nie czujące, stworzone tylko do posług, do rozkazów. Jak roboty, które kupiono za dolary, i które dlatego muszą...wszystko co im rozkażą. Bez szemrania i grymasów....

Dlatego teraz codziennie Różaniec odmawiam, a w każdą niedzielę na tacę daję, by podziękować Bogu, że tamto minęło...

 

Pani pewnie ciekawa skąd u mnie te zmiany, te majątki? Opowiem! U mnie tajemnic nie ma, wszystko uczciwie...

 

Po tym jak przyśniło mi się, że do Polski, do swoich wracam, a tam mnie tak po naszemu – socjalistycznie – witają, powiedziałam sobie: Matka Święta cię Anielciu napomniała, żebyś nie wracała, i została tutaj. Tak widać musi być i basta! Na to co było się nie oglądaj, tylko przed siebie patrz! Z innych bierz przykład, ot co!

Zaraz na drugi dzień samochód kupiłam, żeby się nie odróżniać od innych i żyć jak tutejsi ludzie żyją.

Używany, od człowieka, który do Polski wyjeżdżał, niedrogo.

Gorzej było te wszystkie kursy na kierowce pozdawać. Nigdy do maszyn drygu nie miałam! Ale jakoś poradziłam sobie. Po naszemu, brzuch! Gdzie trzeba setkę i pooooszło...

Zdałam! Jak pierwszy raz na szosę wyjechałam, to cały ruch zamarł. Amerykany niby grzecznie, układnie, ale jak wsiądą do swoich wielkich maszyn, to od razu jakby diabeł w nich wstąpił! Drą się, rękami machają, w czoło się pukają... Głupie, czy co?...

A ja spokojnie; drzyjta się ile chceta, i tak was nie rozumie, a na szosie takie moje prawo jak i wasze, ot co!

PóĽniej widać już oswoili się z moim widokiem, bo stali się spokojniejsi. Tylko policja od czasu do czasu...ale też za dużo nie mogła, bo ja na migi do nich, a oni ani w ząb...

Przez ten samochód robota trafiła mi się lepsza. JeĽdziłam opiekować się chorą. Raka bidula miała, żadne lekarstwa już jej nie były w stanie pomóc. Dogorywała w męczarniach. Za trzy miesiące, prawie na moich rękach, umarła.

Boże, jak to jest na tym świecie? Wszystko co trzeba do życia miała, niczego nie brakowało. Dom, pieniądze, dobry, troskliwy, za innymi nie oglądający się mąż. Tylko żyć i cieszyć się życiem. A tu naraz? Zabieraj się z tego świata, wszystko zostaw. Dom, dolary, męża.... Żadne bogactwa, choćby nie wiadomo jakie miliony – nie pomogą!

Odwołania nie ma.

 

Mąż nieboszczki, Czech z pochodzenia, człowieczysko dobre bez miary, tak rozpaczał, aż żal było patrzeć. W pierwszej chwili życie sobie chciał odbierać. Ledwo go odciągnęłam od tego zamiaru. Nie jadł, nie spał, tylko desperował. WeĽmie do ręki fotografię nieboszczki i godzinami się w nią wpatruje, mówi coś do niej, opowiada. Jakby rozum postradał. Choć już obowiązku nie miałam żadnego to nadal przychodziłam do niego. Żal mi było biedaka w takich chwilach samego zostawić. Powoli się uspokajał, jeść zaczął, nawet do rozmowy się garnął. Odetchnęłam. Może dojdzie do siebie, zapomni...

Jakoś tak po miesiącu, gdy mu ten największy żal minął, mówi do mnie:

Nie zostałabyś tak Aniela na noc? Straszno mi samemu w domu, bo nieboszczka noc w noc przychodzi i straszy...

Wczoraj to już myślałem, że rana nie doczekam. Zaraz z wieczora – jak tylko wyszłaś – przyszła i tak się tłukła, że nie mało dom się zawalił. Szafy otwierała, garnki przestawiała. Na koniec do piwnicy, do baru, weszła i wszystkie wódki porozbijała... Jak dzisiaj miałoby być to samo, to chyba umrę ze strachu....

Mogę zostać – zgodziłam się. Czemu nie We dwoje zawsze jakoś raĽniej...

Sama w pokoju to się bałam zostać, tym bardziej, że zaraz z wieczora jakiś łomot, szuranie usłyszałam. Żeby się nie bać, położyliśmy się razem. W jednym pokoju i na jednym łóżku.

Duch jak zobaczył, że nas więcej i strachu wielkiego w nas nie ma – rozzłościł się i poszedł sobie. W zaświaty! No, bo po co miałby już niby straszyć? Dla zabawy tylko? Nie! Teofil za nic nie chciał uwierzyć, że duch poszedł na zawsze i nigdy nie wróci.

Abyś tylko wyszła, zaraz wróci – mówił do mnie. A bo to ja jej nie znam? Całe życie była namolna i zawsze na swoim musiała postawić. Widać, że i po śmierci nic się nie zmieniła.... Zostań Anielka – proszę cię. Toż chyba śmierci mi nie życzysz...

Co miałam zrobić? Pozwolić, żeby człowiek się zmarnował? Zostałam! Na stałe... Z miejsca się uspokoił i lęków pozbył. Po niedługim czasie braliśmy ślub.... Cichy, skromny. Jak na dom żałoby przystało....

Udał mi się ten mąż, nie mogę powiedzieć! Choć wiekiem starszawy i chorowity, ale co tam? Grunt, że człowiek dobry, bez żółci wprost. Drugiego takiego na świecie by nie znalazł. Jak anioł! A dla mnie Jakby mógł to nieba by mi przychylił. Cały czas na paluszkach koło mnie....

Dość się naponiewierałaś – zdecydował, kiedy zaczęłam mówić, że muszę pójść do jakiejś roboty.

Ani słyszeć o tym nie chcę! Domu pilnuj, garnków, i odpoczywaj! Chleba nam nie zabraknie, pensję mam niemałą, w banku też jakiś grosz odłożony! U mnie kobieta musi być poszanowana, wypoczęta, ot, co!

 

To jest dopiero życie! Człowiek nie musi wstawać, lecieć, bać się, że zwolnią, nadskakiwać byle komu, podlizywać się.

Anielciu. Kawa czeka! – wołał każdego ranka – Choć prędzej, bo wystygnie...

Wypachniona, w szlafroczku wchodziłam do kuchni: „Może to bym zjadła, Teosiu, jak myślisz? A może tamto będzie lepsze?”

Pani! Całą gębą Pani! Z zazdrości wszystkie koleżanki potraciłam. Darować mi wprost nie mogły, że mnie takie szczęście spotkało...

Na drugi dzień po ślubie mówię do Teosia: Stały pobyt mi załatw! Toć nie będę całe życie tą... nielegalną!

Zrobi się Anielciu! Nic się nie martw!

Zanim się obejrzałam, poleciał, papiery odpowiednie złożył i nie upłynęło parę miesięcy jak przyszło powiadomienie, że ja Aniela Nowakowa mogę na stałe mieszkać w Ameryce!
Odetchnęłam! Jakby mi wielki kamień z serca spadł! Jak człowiek legalny to zaraz inaczej Amerykę widzi! Wszystko naraz swojskie się robi, niczego nie trzeba się bać.

Wiesz, Teosiu – mówię do Swojego – te wszystkie kryzysy, to przez tych, co tu nielegalnie przyjeżdżają. Pracę nam odbierają, a jak kompromitują? Trzeba by napisać gdzie trzeba, żeby tak stadami ich nie wpuszczali. A bo to im w Polsce Ľle? Gdzie tam Ľle! W głowach mają poprzewracane, ot, co!

Ee! Co ty mówisz, Anielciu! – Mój jak zawsze, mało kiedy co rozumiał.

Kto ci pracę odbiera, kiedy ty do żadnej nie chodzisz? A mówisz, że robić im się nie chce? Jakoś nie mogę w to uwierzyć? Sama mi mówiłaś, jak ciężko pracować tutaj, gorzej jeszcze jak w Polsce...

Ty to zawsze po swojemu aby myślisz, a na polityce nic, a nic się nie znasz – zgromiłam.

Zresztą co tam z tobą gadać, jak w Polsce nigdy nie byłeś i naszych spraw nie znasz!

Lepiej śmiecie wynieś, bo od wczoraj w kuchni stoją...

Idę, Anielciu! Idę... – podreptał posłusznie do kuchni...

Trzeba musowo coś zrobić! – zdecydowałam któregoś dnia.

 

A jakby tak jakąś organizację powołać? Toż ludzi z naszego powiatu tutaj nie brakuje! Jakby tak się skrzyknąć? I honor zaraz byłby i władza... A jakby tak jeszcze od czasu do czasu gazety, po nazwisku, że ja niby taka wielka społecznica?

 

Jutro z samego rana wszystkich muszę zwołać, a potem razem ustalimy co i jak.

Większością głosów postanowiliśmy założyć Towarzystwo Przyjaciół Naszego Proboszcza. Wspólnie wysłaliśmy petycję z zawiadomieniem, jaki go to zaszczyt spotkał i zobowiązaliśmy go, aby raz na tydzień mszę świętą w naszej intencji odprawił. My, jak na porządnych, byłych parafian przystało, co pilniejsze potrzeby kościoła, zaspokoimy.

Mnie wybrano vice-prezesem. Głównym prezesem został stary Froncek, jako, że był najstarszy i miał cztery domy i dwie tawerny na Milwaukach.

 

Krajany kochane! – zagaił Froncek. – Zebraliśmy się tutaj, aby razem, wspólnie się naradzić, jak z Komunizmem, który jak zaraza zżera nasz stary kraj, walczyć... Napewno wielu z was dotychczas polityką się nie zajmowało, a tylko swojej baby i dolarów pilnowało. Teraz będzie inaczej, już ja osobiście wszystkiego dopatrzę. Żyjemy w kraju, gdzie wszystko wolno, to i nam wolno walczyć z tą czerwoną zarazą. Nikt nas tutaj za tę działalność do aresztu nie zamknie! Proponuję powołać grupę, która szpiegów nasłanych, będzie wykrywać.  A najechało się tych szpicli! Do groma! Każdy z nich udaje, że niby po dolary przyjechał, a faktycznie to przysłali go, żeby ludzi podglądał i to co usłyszy, donosił komunistom.

Takiego łatwo rozszyfrować, bo zazwyczaj ślepia mu niespokojnie latają i w knajpach przesiaduje, na Amerykę wygadując niestworzone rzeczy. Jak, kto z was takiego zobaczy, a wyda się podejrzany, to trzeba się do niego dosiąść, delikatnie wybadać i dowiedzieć gdzie mieszka.

Resztę ja sam załatwię. Tu trzeba mądrze....- dumnie potoczył oczami po wszystkich.

 

Kowalicha i Marcinkowska jutro będą miały dyżur przy Konsulacie! – Zarządził. Dla niepoznaki za turystki przebrane. Fotografować będziecie tych, co to na śniadanka do Konsulatu chodzą...

Ale ja trochę niedowidzę i aparatu – jakem siedemdziesiąt roków przeżyła – w ręku nie miała! – pisnęła wystraszona Kowalicha. Nie można by tak kogo innego...

Przeszkoli się was! – uciął krótko Froncek. Posłuch ma być jak w wojsku i żadnych dyskusji! Zrozumiano?

Niby tak.... zrozumiano.... – wyjąkała Kowalicha.... Jak w wojsku...

Panie Prezesie! – głos zabrała Marcinkowska, młodsza od Kowalichy i bardziej upolityczniona bo kiedyś – przed przyjazdem do Ameryki – do Koła Gospodyń należała. – Panie Prezesie, czy wszystkich mamy fotografwać? Bez wyjątku? A jak się jakiś znajomek trafi...

Wszystkich! – zarządził Prezes. PóĽniej, jak fotografie będą gotowe, to się naradzimy, i w razie konieczności niektóre przebierze. Zrozumiano?

Tak jest!

 

Po Marcinkowskiej od razu można było poznać, że w młodości oprócz Koła Gospodyń i do harcerstwa należała. – Wszystko jasne!

 

Przechodzimy do punktu drugiego – Froncek zastukał kieliszkiem, żeby się wszyscy uciszyli.

Proponuję, abyśmy szefca Misiaka zbojkotowali. Co roku do Polski – niby na wakacje – jucha wyjeżdża. A skąd na to pieniądze bierze? Skąd? Jak myślicie? Wiadomo! A ostatnim razem – ciągnął dalej Froncek – jak wrócił z tych wakacji, to orła bez korony sobie przywiózł i nad łóżkiem – zamiast świętego obrazu – powiesił.

I co wy na to? Innego wyjścia nie ma, trzeba butów do niego nie nosić, to wtedy interes zwinie i stąd się wyniesie.

A Komunizm zaraz o jednego osłabnie...

Ale za to jak Misiaczka zacznie głowę wysoko nosić, kiedy jej chłopa, który do tej pory za mazgaja i niedojdę był uważany – politycznym okrzyczą.... – westchnęła zazdrośnie Maryśka Pikułowa.

Ty tam nie zazdrość! – przerwał jej Froncek.

Twój stary też może być zbojkotowany. A nie sprzedajecie to w swoim sklepie lizaków z napisem „made in Poland”?

Nie?

Co też opowiadacie? – wystraszyła się Mańka. Lizaki już od dziesięciu lat leżą. Nikt nie chce kupować. Jeszcze za Gierka były sprowadzane...

Już ty się tam nie tłumacz! – rozeĽlił się Froncek – A Gierek to kto był? Nie komunista, co? Kto do imentu Polskę sprzedał? Nie wiesz kto? Wszyscy oni jednacy, każdy tylko patrzy żeby jak najwięcej nadrzeć dla siebie, oskubać Polskę jak koguta, wydrzeć co tam jest jeszcze do wydarcia! Ot, bolszewicki system, psia ich mać....

Jak sprawy polityczne zostały załatwione i zadania porozdzielane, przystąpiliśmy do punktu trzeciego. Postanowiliśmy, że zrobimy bankiet. Głosów przeciwnych nie było, wszyscy byli „za”. Bankiet miał się odbyć za miesiąc. Podczas bankietu zostaną wręczone medale za zasługi. Największy medal miał dostać Froncek za działalność patriotyczną. Drugi co do wielkości przypadł rzeĽnikowi Sokalskiemu, bo zobowiązał się kiszkę do bufetu dostarczyć. Trzeci miałam dostać ja. Trochę się zamieszania porobiło, bo każdy bez wyjątku, chciał od razu medal dostać, a przecież tak nie można!

Cały dochód z balu postanowiliśmy przeznaczyć na budowę wiatraka, który na razie, z braku innego miejsca, miał stanąć u Froncka, między garażem a domem.

Wiatrak miał nosić imię naszej parafii i przypominać Amerykanom, że wieś Lipki Małe istnieje i nikt jej z mapy nie zetrze.

PóĽniej, jak już własnego domu się dochrapiemy, to wiatrak się przeniesie – tłumaczył Froncek – i na centralnym miejscu postawi. Może nawet skrzydła przedłuży...

Ale na razie o takim jak Sears marzyć nie możemy – zastrzegł. – Jeszcze za wcześnie...

 

Po miesiącu odbył się nasz pierwszy bankiet. Ludzi się nazbierało sporo, bo każdy członek miał obowiązek jak najwięcej swoich znajomych przyciągnąć. Pięknie! Sala pełna, bigos z kiełbasą – jak trzeba – przygotowany, bufet obficie zaopatrzony, orkiestra w złote kamizelki przebrana. Słowem: elegancko!

 

Na wstępie głos zabrał przysłany Delegat. Pochwalił za piękną inicjatywę i dał do zrozumienia, że jeśli na wiatrak funduszy zabraknie, to dołożą ile będzie trzeba...

Następnie odbyło się wręczanie medali. Szumu się trochę przy tym narobiło, bo Sokalski przywiózł kaszankę nie pierwszej świeżości i Komisja w ostatniej chwili chciała mu medal cofnąć. Po dłuższych debatach sprawę żeśmy załagodzili, a udekorowany Sokalski pod przysięgą obiecał, że na następny bankiet, oprócz kaszanki, dorzuci salceson – bolszewik...

 

Na zakończenie – jak już medale zostały rozdane – była część artystyczna. Marcinkowska z Pawlaczką odtańczyły kankana. Składnie im to nawet z początku szło, tylko na nieszczęście przy pirłecie Pawlaczka się potknęła i rękę złamała. Trzeba było pogotowie wzywać. Oprócz tego żadne inne nieszczęścia się nie wydarzyły i bankiet szczęśliwie się zakończył.

 

Za tydzień zwołaliśmy zebranie, aby przy ludziach, komisyjnie wręczyć Prezesowi pieniądze na wiatrak. Parę tysięcy się zebrało, bo naród u nas honorny i jak trzeba to grosza nie pożałuje.

Wszystko już jest przygotowane. Froncek na honorowym miejscu za stołem, pod flagą siedzi, Fronckowa palce przed liczeniem dolarów ślini, a tu nagle jakiś harmider powstał....

Wiatraki sobie stawiacie! Pieniądze na byle co marnotrawicie! Medalami się obwieszacie! Wstyd! Tu, na miejscu tyle potrzeb, a wy?...

Jakiś chudy, niepozorny, w okularach, wrzask podniósł. Widać, że dopiero co przybyły i na Ameryce nic, ale to nic się nie znający.

Teatru polskiego nie ma! Radia jak potrzeba nie ma! – darł się coraz głośniej. – Dla ludzi wykształconych pracy nie ma! Marnują się... A wy co? Kulturę cofacie! Wiatraki, nie wiadomo po co i komu, stawiacie!

 

Boże!...Wiatraki.... – zaczął się śmiać jak obłąkany....

Jakby nas wszystkim obuchem w łeb kto zdzielił. Popatrzyliśmy po sobie pytająco?

Żadnej opozycji żeśmy się nie spodziewali, bo i skądże, a tu patrzcie ludzie? Jakiś pomyleniec! A może ze szpitala dla wariatów uciekł? No, no! Faceta nikt nie zna.

Jakiś całkiem obcy. Wlazł bez zaproszenia? Może nasłany? .... Wywrotowiec, albo i co gorszego? A może organizację chce rozbić? Ferment wprowadzić? Każdy tylko gębę rozdziawił i myśli. Jak tu do niego podejść?...

Siedzimy i patrzymy. Okularnik na nas, my na okularnika...

Nagle Zającowa – kobieta już starsza, wyszczekana jak mało która – poderwała się z miejsca.

T-Y-J-A-T-E-R! – wrzasnęła i krok za krokiem, powoli... sunie w stronę okularnika. Tyjater! – pochyliła się nad nim swoją ufryzowaną w loczki głowę i błysnęła złotym zębem, aż zamigotało.

Tyjatru się zachciewa? Hę? Rozpusta pachnie? Mało to golizny i obrazy boskiej na świecie? Mało?

A wyjdĽ na Jackowo wieczorową porą, wstąp do pierwszej lepszej knajpy, a zobaczysz ten swój t-y-j-a-t-e-r!  Nawet bez biletu zobaczysz...

Patrzcie go! Tfu! – splunęła. – Naszymi pieniędzmi chciałby się rządzić! Łobuz! Wichrzyciel!...

Nasze porządki się nie podobają, co? – syknął Froncek, który dopiero teraz mowę odzyskał. Zmieniać by się chciało, ulepszać! A może nas wygryĽć! Co? Odpowiadaj....

Patrzta, ludzie, co za paskudnik! Nawet radio mu nie pasuje! – zwrócił się do nas.

A przemówienia Prezesa?  A ranne zagadule? To wszystko co? Ślina? Czego więcej potrzeba, czego?

Ludzie, trza wam tu większej kultury? No, powiedzta! Trza?...

Ee, głupi jakiś...

Może bez baby i dlatego taki?...

Dajta mu spokój....chory....

A, widzisz? – Froncek wbił oczy w okularnika. – Siłą byś chciał, przemocą...

Do rządów może? Nas, starych, rozumu uczyć!...

Ludzie! – okularnika aż poderwało. Toż wymnie nie rozumiecie! Żyjecie tylko po to, aby brzuch napełnić, a przecież człowiekowi nie tylko to do życia powinno wystarczyć!

Popatrzcie ile mamy organizacji, kółek i licho wie czego jeszcze, i co  z tego?

Komu one służą? Jaki z nich pożytek? Co dobrego zrobiły? Jakby tak razem się wziąść...

 

Nasłany! Jak Bóg na niebie! – szepnęła Marcinkowska. – Ale go przeszkolili...

Nie ma się czym trapić! – machnął ręką Froncek, aż medale zadĽwięczały.

Szpieg! Przysłali go, żeby nam w budowie przeszkodził! – mrugnął do nas znacząco

RozejdĽmy się, jutro w spokoju wszystko załatwimy.

Okularnik, jak gdyby zrozumiał, że nas na swoją wiarę nie przekabaci, bo my naród twardy i na dywersję odporny.

Pokiwał dziwnie głową, roześmiał się złośliwie i wyszedł.

No, tośmy się go pozbyli! – odetchnąłł Froncek.

 - Pomyśleć, ilu takich krzykaczy, mącicieli dokoła? Ale najważniejsze, że nie daliśmy się wystraszyć...

W spokoju dokończyliśmy naradę.

Za dwa miesiące miało się odbyć poświęcenie wiatraka...

 

W życiu ta tak już jest, że co dobre to trwa krótko.

Nieszczęścia człowieka nie omijają. Nie!

Kiedyś – było to jakiś rok po ślubie – zaniepokoiłam się, że Teoś jak zwykle nie woła:  Anielciu! Kawka gotowa! Schodzę do kuchni, a tam go nie ma! Ot, chyba zaspał? Zawsze powtarzałam, że nie powinien do póĽna telewizji oglądać. Ale on? Uparty jak licho...

Idę do jego pokoju – spaliśmy od jakiegoś czasu osobno – i widzę, że  śpi w najlepsze. Podchodzę bliżej, żeby go obudzić i co widzę!

Jakiś dziwnie poskręcany, blady... Szarpnęłam go za rękę, a tu ręka jak lód.

Jezu! Chyba umarł! – podniosłam alarm. Sąsiedzi się zlecieli i nawet nie pamiętam kto dał znać na pogotowie. Wszystko już było niepotrzebne. Za póĽno. Mój umarł! Tak jak żył, tak umarł. Cicho, spokojnie, żeby broń Boże nikomu kłopotu nie sprawić. Na serce!

 

Żyć mi się nagle odechciało. Taki człowiek! Taki anioł! I ja teraz sama! Toż zginę, przepadnę! O Jezu!

Uspokój się! Nie desperuj! – kuzynka, która migiem przyjechała, żeby wszystkim się zająć, bo ja głowy do niczego nie miałam, zaczęła mnie pocieszać.

Stary już był! Kolej widać na niego przyszła, ot, co!

A ty? – zamyśliła się. – O, zginąć to nie zginiesz! Mało to ci majątków zostawił, mało?

I dom spłacony! I samochód! A ile dolarów? – zaczęła wyliczać. Toż masz wszystko. Niejedna by ci takiego losu pozazdrościła... Nie jedna...

Będziesz teraz żyła jak Pani. Ludzie to mają szczęście! – westchnęła zazdrośnie i wpiła we mnie złe, jak u żmiji, oczy. – Na nic nie zapracowali, a bogactwa same się w ręce wpychają...

Niby tak! – pomyślałam naraz trzeĽwo. – Wszystko co tu jest to teraz moje! Dzieci nieboszczyk nie miał. Mnie się wszystko należy! Jakby tak ten cały majątek przeliczyć na złotówki? Boże! Toż milionerką bym była. Na cały powiat! A może i województwo? Kto wie?...

Człowiek był dobry, szczere złoto – zaczęłam wspominać nieboszczyka. Ale co prawda, to prawda, lata juz swoje miał. A, że śmierć go tak nagle zabrała? Może to i lepiej? Jakby miał się długo męczyć, chorować? A tak, umarł bez cierpień, spokojnie.

A ile by takie chorowanie kosztowało? Doktory! Leki! Boże! To może i dom trzeba byłoby sprzedać?

Widać Bóg tak chciał, żeby go do siebie powołać, a mnie od rujnacji uchronić. Jego to była wola i nie wolno się sprzeciwiać...

Zaczęłam się modlić za duszę zmarłego. Pogrzeb to sprawię najbogatszy, najdroższy. Grosza nie pożałuję! Niech ma taki, na jaki zasłużył. I gęby przy okazji wszystkim zamknę, żeby nie mówili, że chłopu, który mi tyle majątku zostawił, pożałowałam. Z chytrości!

A grób nieboszczyk ma wykupiony? – zapytał pogrzebowy, kiedy pojechaliśmy z kuzynką, żeby pogrzeb załatwiać.

Skąd miałby mieć? Przecież dopiero wczoraj umarł.

E, tutaj to jeszcze za życia trzeba sobie grób wykupić.

Wszyscy tak robią. Za życia grób?

A pewnie! Jak pobędziecie dłużej w Ameryce, to zrozumiecie, że tak trzeba. Wy też przy okazji, przy swoim miejsce sobie wykupcie. Nie będą potem, po waszej śmierci, mieli z wami niepotrzebnych kłopotów.. Akurat mamy „sell”...

Co też Pan mówi – wystraszyłam się. – Toż ja chcę jeszcze żyć, gdzie mi tam o grobie myśleć.

Ale dla Mojego na grób nie pożałuję. Duży, porządny, żeby kiedyś i pomnik – jak się należy – wystawić...

Za duży nie może być – przerwał mi. Taki jak wszystkie! Kosiarka by nie wjechała – wyjaśnił.

O Boże! To po moim kosiarki będą jeĽdzić! Po takim człowieku...  – rozpłakałam się z żałości. Nawet nieboszczykom spokoju nie dają, tylko maszynami straszą. Ot, Ameryka...

 

Pogrzeb był paradny. Z księdzem, samochodami, gośćmi na czarno poubieranymi. Mowy! Kwiaty! Honory!

Żal mnie taki ogarnął, że od zmysłów odchodziłam. Siłą odciągnęli mnie od grobu i siłą zawieĽli na bankiet, gdzie wszyscy z cmentarza zaraz pojechali, żeby się ugościć jak należy i nieboszczyka powspominać.

No, i wdowa ja już teraz, wdowa.

 

A może i nie wdowa? – ogarnęło mnie nagle zwątpienie. – Mój prawdziwy mąż, przed ołtarzem poślubiony, Franuś – przecie żyje! Choć niby według prawa on już obcy, to według Boga? Dalej jest przecież moim mężem!

A zmarły, Teofil? Z nim miałam tylko ślub cywilny.

To jak to jest teraz naprawdę ze mną? – długo myślałam i nic nie mogłam mądrego wymyślić.

Wdowa ja, czy nie wdowa?

 

Jak już ten pierwszy żal minął, zaczęłam rozmyślać co ze mną będzie? Co tu dalej robić? Nieboszczykowi już nikt i nic życia nie przywróci, a ja żyję i o sobie muszę pomyśleć. Żyć z pieniędzy jakie w banku są złożone nie można. Na długo by ich wystarczyło? Trzeba do jakiej pracy pójść. Ale czy to się opłaci? Dom na przedmieściu, dojazd daleki, a jak człowiek rachunki poopłaca, niewiele zostanie. Co tu robić?

Nie zastanawiaj się Aniela – mówią do mnie znajomi.

-Kupuj dom na Jackowie! Ludzi tam dużo, każdy za mieszkaniem patrzy i żyć możesz z tego wyśmienicie. A domy tam teraz niedrogie, bo co bogatsi to stamtąd uciekają i szukają innych miejsc.

Nie bój się, jeszcze parę lat potrwa, zanim Polacy, co do jednego się stąd wyniosą. Stracić nie stracisz!

Może i dobrze radzą. Toć jak tutaj wszystko wyprzedam, to tam na dwa domy mi wystarczy, i jeszcze jakiś grosz zostanie. Nic, tylko trzeba tak zrobić jak radzą. Na razie kupić jeden, resztę dolarów na książkę złożyć, a póĽniej się zobaczy! Zależy jak interes pójdzie...

 

Uwinęłam się ze wszystkim jak najszybciej i za trzy miesiące mieszkałam na Jackowie. W kamienicy. Nowa to ona nie była, ale tania, w dobrym miejscu, a mieszkań? Dwadzieścia ludzi – jak się ścieśni – może mieszkać.

Piwnica też duża, ze sześć łóżek można wstawić. Lokatorów znalazłam bez kłopotu.

Różni są. Niektórzy tylko roboty patrzą i myślą o tym, żeby dolarów jak najwięcej zarobić i uciekać do Polski. Z takimi nie ma wiele kłopotu. Do domu wpadnie tylko na parę godzin, żeby się przespać i z powrotem do roboty.

Gorzej jest z tymi, co to parę lat już siedzą. Pieniędzy trochę zarobili, tylko nie wiedzą jeszcze; wracać, czy nie?

Przez te parę lat przywykli już do swobody, do uciech, a teraz mieliby wracać do męża, żony, dzieci? Trudno by było od nowa się przyzwyczajać... Bawią się, używają, chłopów co chwila zmieniają. Oj, napatrzę ja się, napatrzę....

 

Do niedawna mieszkała u mnie taka jedna, co to zamiast do roboty, jak inne, chłopów u siebie przyjmowała. Za pieniądze! Kolejki już od samego rana się do niej ustawiały.

I myśli Pani, ze tylko sami Polacy? Gdzie tam! Nawet kolorowi przychodzili, czarni. Zaraz – jak się o tym dowiedziałam – na zbity pysk z domu wyrzuciłam. Toć kara boska by mnie nie ominęła, żebym mogła pozwolić, że w moim domu....rozpusta...

A okraść, podpalić, to by nie mogli? Jak nic mogli! A choroby? Toż teraz dużo ludzi chorych. Te różne „ejce” to nawet po Milwaukee latają.

Wiem dobrze! Nawet sama byłam w strachu, kiedy miesiąc temu jak burza wpadła do mnie Waleńciaczka.

Pożegnać się przyszłam, Anielciu! – woła zaraz z progu: Byłaś mi zawsze jak siostra...

Co to, wyjeżdżacie? To już dolarów dosyć nazbieraliście?

E, nie mogę w to uwierzyć! Jak Józusia zostawicie? Jeszcze tydzień temu mówiliście...

Nigdzie nie wyjeżdżam! Ot, może tydzień życia mi zostało i dlatego przed śmiercią... przyszłam do ciebie... pożegnać się! – zaniosła się płaczem.

Cóż wy wygadujecie? Toż wyglądacie dobrze, zdrowo! A może u wróżki byliście? Może wam przepowiedziała śmierć, co? E, nie bójcie się, w takie bzdury nie ma co wierzyć. Mnie rok temu przepowiedziała, że wyjdę za młodego przystojnego blondyna, a wyszło inaczej. Mój był łysy, stary i gdzie mu tam do przystojności....

Nie, Anielciu, to nie wróżka. Ja naprawdę jestem chora, nieuleczalnie! Jeszcze parę dni życia mi tylko zostało! Na tego – jak mu tam? O, „ejca” – wyksztusiła cała czerwona ze wstydu.

Tylko nie rozpowiadaj, proszę cię, Anielciu. Niech mnie wszyscy pamiętają taką, jaką byłam. Pobożną, w uczciwości żyjąca! A Józusia?... Może mi Bóg wybaczy.

I wy!... Wy Waleńciaczko? Jezus Mario! Na stare lata...

To Józusia wam było jeszcze mało! Tak? Świństw wam się zachciało! Z takimi co tylko chłopców lubią musieliście popróbwać! – napadłam. – Toż w piekle będą was smażyć, nawet do czyśćca was nie dopuszczą! A teraz jeszcze do mnie... z pożegnaniami, żeby może i mnie zarazić! I chcecie jeszcze, żeby po religijnemu, żeby nikt nie wiedział... Może, zeby was jeszcze świętą obwołali?

Odsuńcie się! – rozkazałam. Z krzesła ani ważcie się ruszyć, a gębę zasłońcie sobie chusteczką... Ot, Walenciaczko na co wam przyszło! – żal mi się nagle zrobiło starej.

Żeby na stare lata tak zgłupieć! I to przez co?...

A nie mogliście to sobie zatkać, wyparzyć pokrzywami, jak was tak paliło? Mielibyście teraz spokój i umarlibyście jak należy, po chrześcijańsku. A teraz? Toż nawet nie wiem czy was zechcą pochować na cmentarzu? Taką grzesznicę! Ot, może gdzie za płotem...

 

A byliście choć u doktora, może jest jeszcze ratunek?

Nie! Nie byłam! Ale Józuś powiedział, że ze mną już koniec. Wczoraj się wyprowadził... Bał się zrazić. A to co mówisz... znaczy z chłopcami. Na krzyż nie mogę przysięgnąć! Z nikim – oprócz Józusia – niczego nie miałam!

Ta...ta choroba to... przez kota....

Przez kota! Matko Boska! To wy jeszcze z kotem...? Opowiadajcie po porządku – zadecydowałam. Inczej do ładu nie dojdziemy!

Od dwóch lat – zaczęła opowiadać Walenciaczka – chodzę sprzątać do jednego pana. Raz w tygodniu, w piątki. Człowiek dobry, miły, w płaceniu akuratny. Mieszka sam, bez baby, ma tylko dwa koty.

Kiedyś mi mówi, że jak chcę jednego kota to mogę sobie wziąść.

Wzięłam! Zawsze to miło jak żywe stworzenie kręci się koło domu. Kotek ładny, czysty, krok w krok za mną chodził, a i Józusia polubił.

Tydzień temu pojechałam jak zwykle. Weszłam do domu – mam swój klucz – i zanim wzięłam się do sprzątania widzę, że na stole jakaś kartka. Patrzę, do mnie. Po polsku...

„Proszę więcej nie przyjeżdżać! Drzwi zatrzasnąć, klucz zostawić na stole”.

Co jest? – myślę. Może był niezadowolony Ale gdzieżby? Zawsze mówił, że „najs”, a na każde święta dziesiątkę dawał...

 

A może jakaś baba mnie wygryzła? Powiedziała, że za mniejsze pieniądze będzie to samo robić? A bo to tak się nie zdarza? O, bardzo często!

Nic tu nie wymyślę! – postanowiłam naraz. Trzeba mi pójść do następnego domu, tam polska kobieta pracuje. Może ona coś będzie wiedziała? Poszłam!

To pani nic nie wie? – zdziwiła się. Ten pan w szpitalu!

E, chyba już nic z niego nie będzie. Dogorywa...

Jezus Maria! Toż to młody człowiek? Stało się co? Wypadek?

E! Jaki tam wypadek! Toż on był z takich co to bab nie uznają, a tylko z chłopami żyją i z tego...no, z tego spania z chłopami – wyjaśniła – dostał tę chorobę... „Ejc” się ona nazywa, ta choroba. Teraz co drugi pomyleniec na nią choruje! Nie wiedzieliście o tym? W każdej gazecie o tym piszą...

 

Taki człowiek! Taki chłop! – nie mogłam dojść do siebie.

Żeby tak zgłupieć! Toż bab by miał na pęczki... żeby tylko chciał! No, no! Na co to mu przyszło?

Żeby wypadek, rak, - to rozumiem! Ale przez draństwo tylko....życie tracić? Daj mu Boże wieczny odpoczynek – westchnęłam. Przebacz głupotę....

Zgnębiona wróciłam do domu i opowiedziałam wszystko Józusiowi. Ten nawet do końca nie wysłuchał, tylko z miejsca... na mnie! Jak wilk jaki.

 

Wrzeszczał, miotał się jak opętany, a na koniec zapowiedział, że ani chwili dłużej ze mną nie będzie bo ja też – jak ten pan – jestem zarażona. Niby głównie przez tego kota, którego do domu przywlokłam...

 

Życia przed tobą aby z tydzień! Nic, żadne doktory, ani lekarstwa ci już nie pomogą! – wrzeszczał. Nawet do szpitala cię nie zechcą wziaść! Bo gdzie! Żeby inni przez ciebie choroby się nabawili? Ot, nawet cię pochować nie będzie miał kto...

 

Zaraz, zaraz – nagle złagodniał. Może z tym pochówkiem dało by się jakoś pokombinować? Jakby tak dać gdzie trzeba z tysiąc... – myślał głośno. Trumna z tysiąc... msza pięćset... grabarze, dom pogrzebowy...

Jak nic trzeba z pięć tysięcy! – wykrzyknął. Ale zostawić cię jak nie człowieka – też nie wypada!

Byłaś dla mnie dobra, nie mogę powiedzieć... – zalamentował nagle. Toż byłbym podłym jakbym cię tak bez pochówku zostawił?

No tak, cóż... muszę się tym zająć. Może Pan Bóg mi kiedyś wynagrodzi...

Dziękuję ci Józuś... – wybuchnęłam płaczem. Zawsze wiedziałam, że nie tylko z wygody ty ze mną, nie....

Brylantowy z ciebie człowiek...

E, co tam! – mruknął. Nie masz co dziękować. Drobnostka. Ale do Banku to musisz zaraz, z miejsca lecieć i te pięć tysięcy migiem mi przynieść...

Jutro nie wiadomo czy będziesz mogła z łóżka zleĽć? Ta choroba jak piorun szybka... Z godziny na godzinę może być gorzej...

 

I polecieliście? – przerwałam Waleńciaczce. Daliście mu te pieniądze?

A co mogłam innego zrobić, Anielciu – podniosła na mnie zapłakane oczy.

Pozwolić, żebym bez pogrzebu... jak pies? Dałam!

Tylko widzisz, martwię się, że może o mojej śmierci nawet się nie dowiedzieć, bo jak poszedł tak do tej pory kamień w wodę! Żadnego znaku nie dał! Może też go ta choroba gdzie dopadła...

Boże! Co jak narobiłam? Po co mi był ten kot... z rozpaczy chwyciła się za głowę.

Czekajcie! Powoli! Mówcie, ze on was nastraszył tą chorobą? Wmówił? I pięć tysięcy wziął? – badałam. A czy nie zastanowiliście się przez chwilę, że chciał uciec od was? Że znalazł inną, młodszą? Że szukał okazji, żeby czmychnąć od was, a na koniec jeszcze pięć tysięcy wyrwał! Niby na pogrzeb...

Cóż ty mówisz Anielciu! – krzyknęła Waleciaczka.

Gdzieby tam! Józuś? Toż cały czas mi mówił, że mnie kocha i nigdy, przenigdy na inną by mnie nie zamienił.

Że jestem dla niego jak to słoneczko! I mój Józuś miałby tak zrobić? .... Nie! Mylisz się Anielciu, zawsze mówił...

Mówił! Mówił! Nie wiecie to dlaczego mówił? Byłaście mu potrzebna, ot co i dlatego wam oczy mydlił! Lataliście koło niego na paluszkach, gotowaliście, opieraliście. Jak służąca! Jak się już odpasł i zapomniał co to bieda, znalazł sobie inna, młodszą. Na co mu jesteście potrzebna, kiedy ma już inną do piastowania! A od was, drań, jeszcze pięć tysięcy wydarł. Pięć tysięcy!

 

Ale nie martwcie się, dolary jeszcze – jak pożyjecie – zarobicie. Dziękujcie Bogu, żeście się go pozbyli. Toż mógł wszystko, do ostatniego centa, od was wycyganić... A zdrowie odebrać, nawet życia was pozbawić – nie mógłby? Po takim draniu wszystkiego można się spodziewać...

Jezu! Jezu! – jęczała Waleciaczka. Za co żeś mnie tak pokarała? Za co?...

 

Nie jęczcie tylko czym prędzej lećcie do doktora! Żeby was uspokoił bo na pewno żadnej choroby w sobie nie macie!

A o chłopach – powiedziałam groĽnie – więcej ani myślcie! Sami widzicie ile przez tę waszą miłość wycierpieliście!

Lecę, lecę, Anielciu! To mówisz, że może jest jeszcze nadzieja? A ja myślałam, że koniec...

Nawet sukienkę, paradną, z czystej wełny kupiłam... Na śmierć! Mądra z ciebie kobita... Do grobu ci nie zapomnę...

 

Tak jak przypuszczałam, Walenciaczka okazała się zdrowa. Doktor żadnej choroby w niej nie znalazł, a po Józusiu ślad zaginął. Ot, ile czasem zwykły kto potrafi nieszczęść przynieść...

 

W parę miesięcy po tym, jak kupiłam dom na Jackowie, postanowiłam dzieci do siebie zaprosić. Wyrosły już przez ten czas, córka wyszła za mąż, syn ma narzeczoną, a dwoje młodszych w szkołach się uczy. Moje dzieci nie znają co to bieda. Nie! Niczego im nie żałuję. Synowi samochód wysłałam, córce dom buduję. Co trzeba ty wysyłam. Franuś jak tamtą przepędził, to do tej pory, na nowo się nie ożenił. Z dziećmi jest, tymi młodszymi. Narzekać nie może, bo choć on już dla mnie obcy, to dbam o niego.

Pieniądze od czasu do czasu wysyłam i z ubrania niczego mu nie brakuje. Cieszyłam się, że po tylu latach zobaczę dzieci. Nawet załatwiłam dla nich robotę, aby bezczynnie nie siedzieli i na moją kieszeń nie patrzyli.

I wie Pani co się stało?

 

Dostaję od nich list, w którym dziękują mi za zaproszenie, ale przyjechać nie przyjadą, bo Ameryki nie ciekawi. Że w Polsce ludzie i bez Ameryki mogą żyć.

A jaki ja chcę ich zobaczyć to mogę przyjechać do nich.

Przyjmą mnie jak matkę i krzywd pamiętać nie będą.

Krzywd? Nie mało zawału serca dostałam. To ja staram się, nawet za mąż wychodzę, żeby mieli lepiej. A oni?...

Nie! Nie ma wdzięczności! A myśli Pani, że często listy piszą, podziękują za wszystko? Gdzie tam! Wtedy tylko jak im coś potrzeba!

 

Takie to czasy nastały...

Może kiedyś pojadę do Polski, odwiedzę, na razie o tym nie myślę...

Ale tylko moi są tacy, bo inni? Nie ma dnia, żebym od bliższych czy dalszych krewniaków listów z prośbą o zaproszenie nie dostała. Poobrażali się, że ja ich próśb w mig nie spełniam. Co za ludzie? Im się wydaje, ze najważniejsze jest zaproszenie, że ono drogę do dolarów otwiera. A to nie takie proste! Zaprosić łatwo, lecz skąd robotę dla nich znaleĽć, kiedy coraz trudniejsze czasy? Ale czy oni to zrozumią? Gdzie tam.

 

Kiedyś dostaję list. Z Niemiec! Zdziwiłam się bo nikogo w Niemczech nie znam, ani znać nie chcę. Mało to krzywdy wyrządzili? Mało ludzi wymordowali? Mojego ojca tak zbili, bo kontyngentu nie oddał w porę, że chłop z tego pobicia umarł, matkę i nas – dziewięcioro drobiazgu – sierotami zostawiając. Człowiek, do końca życia krzywdy nie zapomni...

Zdziwiona otwieram list, patrzę, a to od bratanka. Skąd on w Niemczech się znalazł?

„Kochana ciociu! – pisze – Ratuj w potrzebie i do Ameryki mnie ściągnij! Wolność wybrałem i jako polityczy uchodĽca w Niemczech się znalazłem. Na stałe tutaj nie zostanę, bo Szwabów nie cierpię. Do Ameryki chcę koniecznie. Na głowie stawaj, a sprawę załatw! Inaczej zginę! Kochający Stasio”.

 

Na czym mogłam to stanęłam i po miesiącu czekałam na niego na lotnisku.

Chłop jak dąb! Całkiem do nieboszczyka dziadka podobny.

A jaki wygadany? Jakby uniwersytety kończył.

Nareszcie, ciotka! Wolność! Świat otworem stoi! Tylko korzystać.... – wrzasnął radośnie na powitanie.

Oj, dziecko! – odezwałam się. Nie wszystko tutaj tak różowo wygląda. Nie! Zresztą przekonasz się sam...

Co mi tam ciotko będziesz truła! – przerwał. Co ty o świecie wiesz? Tutaj trzeba być postępowy, żeby z kopyta po amerykańsku...

Trzeba przyznać, że zaczął tak jak sobie wymarzył, po amerykańsku. Dostał zasiłek, skierowanie do bezpłatnej szkoły oraz zieloną kartę. Zamieszkał u mnie. Siedzi tak miesiąc, dwa, trzy...

Stasiu – mówię do niego pewnego dnia. Może byś tak w wolnych chwilach jakiejś roboty się chwycił, co? Mnie samej ciężko, sam widzisz ile czasami muszę się nagimnastykować, żeby wyjść na swoje...

Ciotce ciężko!  - wybuchnął śmiechem. Mało jeszcze ciotce spadków, kamienic i Bóg wie czego? Mało? Bajkami niech ciotka karmi swoich lokatorów, których jak może, na wszystkie sposoby obkrada. O, dobre ziółko z ciotki, dooobre...

Jezus! Maria! I ty, tak do mnie?...

Po której ciotka stronie stoi? – nie dał mi dokończyć.

Może Czerwoni się podobają? – zapytał podejrzliwie.

Może ciotce nakazano gnębić tych, co za sprawiedliwość musieli Polskę opuścić? A może te majątki to nie tylko ze spadków, co?

 

Co też ty Stachu wygadujesz? Zwariowałeś! – przestraszyłam się. Ja? Ja bym za komunistami miała być? Ja, co to ich wprost znieść nie mogłam i nigdy nawet na głosowanie nie poszłam.

Kiedyś to krowę musiałam sprzedać, żeby karę zapłacić, bo milicjanta, który przyszedł kradzionego drewna szukać, w chlewie zamknęłam i wypuściłam dopiero wieczorem. Jak już drzewo było dobrze schowane!

 

Jak ty możesz mnie podejrzewać. Cała Gmina wiedziała, że jestem „anty”, nawet zakazane miałam iść w pochodzie pierwszmajowym, żeby czasami nie tak jak potrzeba, nie krzyknąć.

A tutaj? W Ameryce! Kto na wszystkie demonstracje latał i pomidorami skurczybyków obrzucał? Choć fotografowali, żeby ludzi odstraszyć. Ja! Ja chodziłam. I nie tylko ja, ale i wszyscy ci, którym z miejsca, na powitanie – tak jak tobie – kart zielonych nie dawali, ale jak przestępców ścigali, że strach było na ulicę wyjść.

Straszenie zostaw dla kogo innego! Pomyśl co będziesz dalej robił, bo na moim utrzymaniu długo być nie możesz. Nie ty jeden na moje ręce patrzysz...

Jak skończę szkołę to do roboty pójdę. Muszę się najpierw języka nauczyć. A ciotki obowiązkiem jest pomóc, a nie amerykańską zachłannością się zasłaniać! – spojrzał na mnie spode łba...

Z tą nauką to różnie bywało. Więcej po knajpach i ulicach się włóczył, jak szkoły patrzał. Po roku przyszło zawiadomienie, że stypendium odebrali...

 

Teraz, Stachu – zwróciłam się jak do człowieka – na nic się już nie oglądaj, tylko szukaj roboty. Jeszcze miesiąc możesz być na moim utrzymaniu. Ani dnia dłużej! – powiedziałam stanowczo.

Do byle roboty nie pójdę! – burknął. Mam zieloną kartę...

Ale wiadomo, jak ktoś ma piasek w rękawach to i zielona karta niewiele pomoże. Obijał się z kąta w kąt, wałkonił , a o robocie nie myślał.

Kiedyś wyszedł z domu rano i wrócił dopiero po tygodniu. Już na policję miałam dawać znać, żeby go szukali.

Mało to nieszczęść na każdym kroku?...

 

Ciotko! – zaczął wprost z progu. Dość mam już tej zgnilizny. Tak mi tutaj wszystko obrzydło, że dłużej nie wytrzymam.

Na te wasze gęby, modlące się do dolara, już patrzeć nie mogę. Każdy patrzy aby drugiego wykorzystać, a jeszcze się dobroczyńcą obwołuje, społecznikiem. Ja, do kultury przyzwyczajony, a tutaj co by mnie czekało? Co? Knajpy pełne pijusów, pikniki starych bab, spacery po Jackowie, zaraz po sumie?...

Nie, to nie dla mnie! Wracam do Polski! Tam moje miejsce...

Stasiu! Co ty? Czyś ty rozum postradał! – stanęłam jak wryta. Toż ty polityczny. Do więzienia cię wsadzą! Na długie lata! – zalamentowałam...

Co ciotka za głupstwa wygaduje! A bo to mało politycznych powracało? I co im zrobili? Nic! Żyją se jak żyli.

Nawet lepiej, bo każdy z nich trochę dolarów zabrał ze sobą! Myślę, że ciotka też mi na drogę nie poskąpi. Wstyd by było przed całą rodziną, żebym z gołą ręką od takiej bogaczki wracał... Nikt by nie uwierzył w ciotki dolary, kamienice... A jak będą pytać jak tam naprawdę jest w tej Ameryce, to opowiem. Dokumentnie! Szczerą prawdę! Nawet w telewizji! Gdzie tylko będą chcieli! Opowiem... Żeby ludziom oczy otworzyć...

 

Nie mogłam tego słuchać i wyszłam z domu. Ot, patriota! Żółć się we mnie przewracała. Ale jemu nie powiedziałam co myślę. Po co? Kto wie, kim on teraz jest? Może przekręcili go na swoją stronę? No, no... Ale czy mogłoby tak być? Toż on za głupi...

Ale czy tylko mądrzy tam siedzą? – ogarnęły mnie podejrzenia. Mato to między nimi takich jak Staszek, albo jeszcze głupszych?... Tom się doczekała! Choć krew mnie zalewała, bilet wykupiłam, tysiąc dolarów do łapy i jedĽ! JedĽ do swoich! Tam twoje miejsce. Odetchnęłam dopiero jak samolot wysoko wzbił się w powietrze.

Długo nie mogłam znaleĽć sobie miejsca. Żeby taki smarkacz, tak mnie oszukał!

 

Minął już rok po Śmierci Mojego, a ja dalej sama. Oj smutno, smutno! Koleżanki, rodzina, każdy ma swoje obowiązki i stale przy mnie nie będą siedzieć. Do siebie mnie też często nie zapraszały, żeby im chłopów nie odbić! Baby to takie, że jak która złapie chłopa to zaraz wynosi się ponad drugą, a nawet z pogardą patrzy na te, co są same.

A jak jeszcze chłop nie ułomek, a przystojniak? To dopiero ma się go ochotę ludziom pokazać, przed innymi pochwalić! Że w domu czasami trochę inaczej, znaczy tej miłości pokazowej mniej, to co z tego? Czy to każdy musi wiedzieć jak jest naprawdę? Nie musi! I nie wie...

Co w domu to małżeńska sprawa, a na pokaz wszystko musi być cacy-cacy. Żeby póĽniej koleżanki i znajome swoim chłopom bez przerwy powtarzały:

Popatrz, jak ten Kowalski z żoną żyje? Patrzy na nią jak w obrazek. Nie to co ty! Ech, takiego mieć chłopa...

Kiedyś moja kuzynka zatelefonowała do mnie, żebym była gotowa bo zabiera mnie ze sobą do swoich znajomych.

Na imieniny. Muszę powiedzieć, ze do kiedy zaczęło mi się dobrze powodzić, od rodziny ani się opędzić. Telefonują, o zdrowie pytają. W każdą niedzielę na obiad wpadają. Nie te same co kiedyś! Widać te węzły krwi w nich się odezwały...

Może, jakbym co potrzebowała to by trochę w zapałach ostygli, ale na razie dzięki Bogu nic mi nie brakowało.

Kochaliśmy się jak prawdziwa rodzina!

Solenizantka – jakbym coś przeczuwała – od razu mi się nie spodobała. Jakaś niemrawa! Ni to uczesana, ni ubrana jak należy. Ot, domowe czupiradło, co to poza dziećmi i chłopem świata nie widzi. Ani z tym pogadać, ani pożartować. Na niczym się nie zna. Za to jej mąż? Jak lalka! Urodny, układny, grzeczny. A ubrany? Jakby z żurnala wycięty. Winko z miejsca wyciągnął, częstuje, żarcikami sypie. Chłop do tańca i do Różańca!

Jak się dowiedział, że ja wdowa, wolna, to prześcigał się wprost w uprzejmościach. Litował się nad samotnością...

No cóż! – westchnęłam. Chwilami nawet ciężko, ale co poradzić Nie, żebym nie miała powodzenia – zastrzegłam. Chłopów co lecą na samotne kobity do groma, ani się od nich opędzić. Ale im więcej chodzi o łóżko, wygodę i dolary. ZnaleĽć takiego, żeby w kobiecie równego sobie człowieka widział, trudno. Bardzo trudno! Już lepiej być samą...

O! Jak Pani może tak mówić? Pani chyba nie spotkała prawdziwego mężczyznę – spojrzał na mnie przeciągle, aż poczerwieniałam. Nie jakiegoś tam łachmytę, ćwoka. Nie! Ale człowieka, co potrafi kobietę opieką otoczyć, zadbać o nią i szczęścia jej nie skąpić. Dlatego, taka jesteś nieufna Anielciu – przeszedł raptem na „ty”.

Gdzie takiego znaleĽć ... westchnęłam. Czy taki się długo uchowa? Zaraz go pierwsza lepsza baba sprzątnie...

Rozejrzyj się dobrze, Anielciu, a zobaczysz...

Zamilkł nagle bo weszła ta jego ślubna solenizantka z kawą i tortem. Widocznie nie chciał, żeby słyszała, że on doradą gotowy mi służyć...

PóĽnym wieczorem wróciłam do domu. Szukając klucza w kieszeni natrafiłam na karteczkę. Już ją miałam wyrzucić, ale coś mnie tknęło... Patrzę? Do mnie:

„Anielciu, chcę ci pomóc. Przy żonie było mi nieporęcznie o tym mówić – żeby broń Boże co złego nie pomyślała – i dlatego proszę cię, abyś jutro o czwartej po południu czekała na stacji benzynowej na rogu Belmont i Milwaukee. Sprawa ważna! Resztę wyjaśnię na miejscu! Paweł”.

 

Co on może chcieć ode mnie? – zachodziłam w głowę. Nic, tylko widząc, że jestem kobita do rzeczy i we wdowieństwie się marnująca, chce mi pomóc!

Może ma jakiego kolegę odpowiedniego dla mnie, tak samo jak ja, samotnego? Tak musi być! Bo po co by inaczej pisał?...

Dobry, szlachetny człowiek, jakiego w dzisiejszych czasach trudno spotkać – rozczuliłam się. Tylko dlaczego przed tą swoją pięknochą tajemnice trzyma? Chyba, zaraza, nieużyta i dlatego! – wytłumaczyłam sobie. Sama życie ma ułożone jak w zegarku, chłop mądry i przystojny, dostatek na każdym kroku to o innych nie dba. Aby siebie tylko patrzy! Jeszcze by zazdrosna była, jakby i mnie podobnie się ułożyło! Jak tylko ją zobaczyłam, to coś mi mówiło, że niezgorsza z niej cholera... Jakie te ludzie nieżyczliwe!

 

O czwartej, wystrojona jak na sumę czekałam na stacji. SpóĽnił się tylko pół godziny!

Zapraszam cię na obiad Anielciu. Posiedzimy, w spokoju pogadamy sobie. Ależ z ciebie kobita! No, no! ... – cmoknął.

 

Dobrze – zgodziłam się z radością. Czemu nie! Nawet pokazać się z takim mężczyzną to honor. Przecież nikt ze znajomych, jak nas zobaczy – pomyślałam nagle – nie domyśli się, że to nie mój absztyfikant, tylko swat, w ożenku pomagający.

Kiedyś – jeszcze za moich młodych lat – każdy ożenek był załatwiany przez takich pośredników. Pamiętam dobrze, jakby to wczoraj było .... Kobiety się tym trudniły i mężczyĽni. Wynajdywali odpowiedniego męża czy żonę, czasami nawet daleko... w innych wsiach. Przychodził taki swat do domu, gdzie był syn czy córka na wydaniu i zaraz od progu:

Marcinowo ile to ziemi i inwentarza dacie za swoją córkę, hę? Mam odpowiedniego dla niej – i niebiednego – kawalera! Marcinowa na początku zawsze mówiła mniej niż faktycznie mogła dać, aby póĽniej – jeśli majątek kawalera odpowiadał – targiem, dodać. Gdy doszli w końcu do porozumienia i dokładnie, co do jednej kury ustalili, wyznaczali dzień, w którym miał przyjechać kawaler. Kawaler przyjeżdżał z ojcami i swatem. Po rozmowie o pogodzie – nieobyczajnie było z miejsca do interesu przystępować – matka zaczęła wychwalać córkę, a ojciec syna. Po tym wstępie każda strona od nowa targowała się zawzięcie o każdy garnek, czy sprzęt. Jak już wszystko, łącznie z weselem, uzgodniono, wołano młodych. Żeby się zapoznali! Nie zawsze narzeczeni przypadali sobie do gustu, o ie! Ale kto by zważał na takie drobnostki? Mają czas się poznać po ślubie! Przed ślubem im to nie jest potrzebne – mawiano. Przyzwyczają się... W miesiąc lub dwa wyprawiano weselisko. Mało kiedy młoda czy młody szli dobrowolnie do ołtarza, ale co mieli robić, było inne wyjście?

Jak ojcze kazali, to trzeba było tak robić... A dzisiaj? Gdzie by dzieci słuchały rodziców? Mowy nie ma! Bo to raz ojciec czy matka dowiedzą się dopiero po wszystkim? Kto by pomyślał, że takie czasy nastaną...

O czym tak myślisz? – wyrwał mnie z zadumy Paweł, który nie tylko zdążył już obiad zamówić, ale i butelkę wódki drogiej, zagraniczej.

Młode lata wspominałam. Wydaje się, że tak nie dawno, a to już przecie tyle lat minęło...

E, przecież z ciebie jeszcze młoda kobieta. Chyba młodsza od mojej, co?

No, stara to nie jestem – przyświadczyłam. Ale Ameryka mi dużo zdrowia zjadła, wycisnęła jak cytrynę...

A może chłopy, wycisnęli?... – zażartował. Nie, Ameryka!

Co też mówisz – oburzyłam się nieszczerze. Bo to nam czas myśleć o chłopach? A jeśli nawet, czy to warto? Wszyscy jednacy! Aby tylko zgryzoty przez nich...

Nie każdy! Nie każdy, Anielciu! – sprzeciwił się Paweł. Popatrz na moją. Źle ma ze mną? Brakuje jej czego? Chyba tylko ptasiego mleka... Ale czy zadowolona, czy doceni? Gdzie tam! Cały czas narzeka i labidzi, że człowieka nieraz szlag chce trafić. Ciągle słyszę, jaka to ona niby umordowana, napracowana. Ja jestem człowiek towarzyski, lubię wyjść, zabawić się. A ona? Gdzie tam! Szkoda czasu – mówi. Pieniądze byś tylko tracił, hulanki aby ci w głowie...

 

Wstyd się z nią gdzieś pokazać. Nawet ubrać się nie umie...

Nie to co ty? – spojrzał na mnie z podziwem. I bluzeczka odprasowana i reszta też z gustem. A ona? ... Nawet w łóżku do niczego! Jak się zacznie guzdrać, stękać i te swoje barchany ściągać, z miejsca człowiekowi ochota odchodzi...

Może chora? Znaczy się z tej choroby, taka niemrawa?... – zapytałam.

Gdzie tam chora! Takie już krówsko, od urodzenia życia w sobie nie mające... I za młodu taka była i teraz...

Majątek miała, dolary – wyjaśnił. Dlategom się głupi, skusił. A teraz? Tyle lat już z tym się męczę. Tyle lat! – zalamentował, aż mnie z litości serce ścisnęło. Biedny człowiek!

Ale, Anielciu, co tam będziemy się zamartwiać. Proponuję, żebyśmy wyskoczyli się gdzieś zabawić, potańczyć, rozerwać.

Czy mogę panią prosić? – Jak światowiec, wyciągnął do mnie rękę. Nie odmówi mi Pani, prawda? Proszę.

Nie odmówiłam. Boże! Jak ja się tego wieczoru wybawiłam! Jak nigdy! A on? Jakby mu kto ze dwadzieścia lat odjął. Jak młodzik!

A pobawić się można bez żadnej krępacji i zacofania.

Każdy, jako i my, nie z własną żoną czy mężem zabawy używa, to i wigoru nie brakuje i humor dopisuje. Bo to czy można by się tak zabawić ze swoim ślubnym albo ślubną? Mowy nie ma! Zaraz by każdy kieliszek i każdy wydany dolar liczyli! Nie tylko mogli, ale na pewno by zrobili. A tak? Każdy wolny, każdy nieskrępowany...

 

Nad ranem odwiózł mnie do domu. Niebezpiecznie było mu wracać taki kawał do siebie po nocy, więc wstąpił do mnie. Przeczekać aż się rozwidni. Jak człowiek wódką i hulanką rozgrzany to nad sobą nie panuje i głowę bez zastanowienia traci. Straciliśmy i my! Uch! Jak młodzik! Dwudziestolatek! Co raz to nowe sztuczki wymyślał. Choć ja tutaj, w Ameryce parę chłopów poznałam, i żeby być taką zupełnie bez praktyki to nie mogę o sobie powiedzieć.

Ale gdzie mnie do niego? Nawet porównywać nie można. W głowę zachodziłam skąd on, z taką nieruchawą babą żyjący? Taki doświadczony? Jakby wyższą  szkołę skończył! No, no... A może na filmy, takie gdzie te wszystkie sztuki pokazują? – chodził. No bo gdzie by indziej? Cały dzień nam zeszedł na miłości. Dopiero wieczorem wyjechał, zapowiadając, że żadne siły nas nie rozłączą. My dla siebe stworzeni. Ze wszystkim...

 

Rozpoczęło się dla mnie inne życie. Świat jakby się odmienił. Paweł cały czas był przy mnie, do domu jeĽdził po to tylko, żeby się przebrać. Swojej wytłumaczył, że na ostry dyżur, w robocie go wyznaczyli i choćby nie chciał, to musi dyrekcji słuchać. Kwękała, biadoliła, narzekała, że sama musi w domu, z dziećmi siedzieć, ale co mogła poradzić? Praca jest pracą i sprzeciwiać  zarządzeniom się nie można.

Tylko się Pawełku nie przemęczaj – prosiła. Jak tak dużo będziesz pracować to jeszcze w chorobę wpadniesz, a doktory kosztują? Oj, kosztują... A tyś taki blady ostatnio...

Mój w fabryce to teraz najważniejszy – tłumaczyła koleżankom. Nawet sam dyrektor nie może się bez niego obejść. Jakby nie on to fabrykę by musieli zamknąć. Boję się tylko, że zanim ten najważniejszy awans dostanie, to zdrowie straci... Ale same wiecie jaki jest los żon, których mężowie wysokie stanowiska zajmują... wzdychała obłudnie.

 

Pawełek umierać nie myślał, a te „ostre dyżury” wcale, ale to wcale, mu nie szkodziły. Coraz lepiej i zdrowiej się czuł!.

Oj, używaliśmy życia. Kolacyjki na mieście, kino, przejażdżki, a potem prędziutko do domu. A w domu?....

 

Gdzie ja, do tej pory, mogłam marzyć o takim życiu? Ja, która w Polsce tylko o dzieciach, polu, krowach, a póĽniej tu – w Ameryce – o dolarach. Czarnej – od świtu do nocy – robocie, kamienicy, lokatorach. Nigdy! Nawet nie wiedziałam, że tak można żyć. Kto by mnie teraz zobaczył to przenigdy, nie rozpoznałby we mnie tamtej, zastraszonej, byle jak ubranej baby. Teraz ja pani! Zadbana, co tydzień fryzjer, modne ciuchy. Inna kobieta!

Jakby Franek mnie teraz zobaczył, nigdy by nie poznał! Gdzie? Do ziemi by się kłaniał myśląc, że ma przed sobą doktorową, inżynierową, a w najgorszym razie – nauczycielkę! Nie uwierzyłby, że ta elegancka dama, w kapeluszu, z wymalowanymi pazurami, woniejąca dolarowymi perfumami – kiedyś – doiła krowy! Oporządzała świnie! Zbierała kartofle! Zagoniona od świtu do póĽnej nocy! Kiedyś...

A ja? Teraz? Mając przy sobie takiego chłopa jak Pawełek? Elegenckiego, czyściutkiego, wypachnionego, z bielutkimi, mięciutkimi rękami – mogłabym jaki kiedyś? Z Frankiem?.... Usmortuchanym, wiecznie niedomytym chłopem, kąpiącym się dwa razy do roku: na Wielkanoc i Boże Narodzenie. A na co dzień? Ot, aby rano oczy przetrzeć, a wieczorem nogi, żeby pierzyna się za bardzo nie wybrudziła...

Kto słyszał, żeby się codziennie golić, koszulę zmieniać? Gdzie by tam był czas na takie ciaćkanie się ze sobą.

 

Wystarczyło raz na tydzień, przy niedzieli! Bo to w gospodarce można było inaczej? Był na to czas?.

A zaszczyty? Czyż śniło mi się kiedy, że ja...bogaczką!

Kamienicznicą! Społecznicą zasiadającą na honorowym miejscu, obok Węgorka, odznaczaną medalami, kłaniającą się jak jakaś artystka, oklaskiwaną! Gdzie ja bym kiedyś...

Toż przed Ameryką, nawet w Gminie, z byle urzędniczką nie mogłam się swobodnie bez krępacji, rozmówić. No bo jak?

Kto chciałby ze mną, prostą, nieokrzesaną babą w dyskusję, rozmowy się wdawać?

A księża? Toż patrzyło się na nich jakby to nie ludzie byli – zwyczajni z krwi i kości ludzie – ale święte istoty!

A tutaj? Przy jednym stole z nimi, jak równy z równym! Żarciki, dykteryjki... Cała pańskość, na którą tam człowiek nie śmiał nawet oczu podnieść, a tylko z daleka, z przestrachem i nabożnością – tutaj zniknęła. Zmalała, stała się powszednia, straciła swą butę...

WeĽmy na przykład prostego człowieka, chłopa, który dzięki sprytowi i zaradności dorobił się majątków. JeĽdzi cadilacami, ma dom z basenami i fontanny, ale kartofle je po dawnemu. Łyżką! Tak, jak go jeszcze matula nauczyli.

Czy pani myśli, że ten chłop czuje się tutaj gorszy od jakiegoś Pana z Panów? Uczonego! Mądrego! Skąd? Toż ten chłopek – bogacz z góry na Pana patrzy, kpi z niego w żywe oczy. No bo jakże.

Takiś mądry, szkolony, a chodzisz w dziurawych butach i zamiast jak człowiek stateczny z samochodem, to ty autobusem. Za dolara! I tyś mądrzejszy ode mnie, choć z dyplomami?

Ja bez uniwersytetów i dyplomów, ledwie czytać i pisać umiejący, a jak żyję? No jak? Żona w futrach, w domu służąca, każde z dzieci ma własny sklep czy inny biznes. Jeden dom ma w Kaliforni, drugi na Florydzie, połowa Jackowa – też moja! I ja? Przed tobą? Miałbym może czapkować! Boś ty uczony...

 

Jakbyś tak miał majątek, dolary! O! To co innego! Wtedy na każde imieniny, chrzciny, wesela bym cię zapraszał, na głównym miejscu sadzał i chwalił się przed innymi.

Patrzcie z kim ja za pan brat! Po imieniu się wołamy choć on sławny i gazety o nim piszą, a nawet w telewizji go pokazują!  Jaki bogaty! ...Pamiętaj. Zawsze możesz na mnie liczyć! Jakbyś czego potrzebował – wal jak w dym! Niczego nie odmówię! – głośno, żeby wszyscy słyszeli, klepiąc przy tym protekcjonalnie po plecach, że niby obaj... w takiej wielkiej komitywie. A z biedakiem? Jaki honor, jaki zaszczyt. Żaden!

Tak to jest w Ameryce. Ten jest panem kto bogatszy!

 

Wrócę do Pawełka. Używaliśmy szczęścia już ze dwa miesiące. Żadnej, najmniejszej sprzeczki między nami nie było. Dopasowaliśmy się we wszystkim! Jak gołąbki.

Sobota to była. Zażywaliśmy kąpieli, a Paweł i piżamie tylko, gazety czytał. Miał taki zwyczaj, zanim poszedł do łóżka musiał trochę poczytać. Najlepiej lubił romanse...

Nagle, choć pora już była póĽna, ktoś łomocze do drzwi...

Pawełku! Otwórz – wołam z łazienki. Pewnie ta zaraza z parteru! Od tygodnia walki ze mną toczy, a nawet miastem grozi – w domu za zimno. Cholernica, nawet w nocy nie zostawi człowieka w spokoju, tylko pakuje się jak do stodoły! Co za ludzie...

 

Nie dokończyłam, bo nagle taki rumor przy drzwiach usłyszałam, że przestraszona wyskoczyłam z wanny.

Boże! Nic innego tylko złodzieje!

Bandyci! Pawełka mi zabili!

Luuuudzie!... Na pomoc trzeba....

Nie zważając, że nic nie mam na sobie, goła, jak mnie Pan Bóg stworzył, wypadam z łazienki. Po drodze chwytając pierwszy lepszy wazon, żeby przez łeb! Bronić! Może jeszcze na śmierć nie zatłukli...

Wrzeszcząc w niebogłosy i wymachując kryształem jak maczugą wpadam do przedpokoju i ....Stanęłam jak wryta! Głosu mi nagle zabrakło. Kryształ wyleciał z ręki, rozbijając sie w drobne kawałeczki...

 

Na środku; czerwona na gębie, rozczochrana, wielka jak kopica siana... żona Pawełka! Za nią, w otwartych drzwiach z wyszczerzonymi zębiskami...moja kuzynka!

Po chwili dopiero zauważyłam Pawełka. W rogu, pod stolikiem rzucony niedbale jak łach leży, pojękuje i rękami za głowę się trzyma...

Nie na darmo moje serce mi mówiło, jakem cię pierwszy raz zobaczyła, że z ciebie lepsza łachudra! – wrzasnęła żonusia..

Dubelt wycieruch! Nie na darmo! To tutaj Paweł te ostre dyżury wykonuje? Z tobą! Leci jakby mu kto soli pod ogon nasypał! Ochżesz ty! – splunęła mi w twarz. Dzieciom ojca odbierasz! Swoich zostawiłaś na poniewierkę, a sama jak ta...aby tylko kawałek portek chwycić! Aby sobie dogodzić!

A może wymyśliłaś jeszcze majątek zgarnąć? Mnie i dzieci dziadami zrobić? Co? To mało ci tego, coś wyrwała od nieboszczyka? Mało! Ech! Ty!...

Takie flądry to powinno się bez mrugnięcia okiem, na zbity pysk z Ameryki! Żeby i śladu nie zostało!...

A z tobą to mój adwokat porozmawia! – rzuciła w stronę Pawła.

Zobaczymy czy miłość ci z głowy nie wywietrzeje jak w jednych portkach zostaniesz! Niech ci ta twoja miłośnica – skinęła pogardliwie w moją stronę – majątków nadaje! I nie pokazuj mi się na oczy, bo ubiję! Jak psa ubiję! Lepiej, żeby dzieci sierotami zostały, aniżeli miały oczami świecić, że ich ojciec, to nie ojciec, ale pies! Wściekły pies...

A do rodziny, bezbożnico, to się nawet nie przyznawaj! – pisnęła kuzynka. Za próg nie wpuścimy! Za nasze serce... Taka hańba! Taki wstyd!.

 

A żebyś rana nie doczekała! – pożegnała was żonusia, z całą siłą trzasnowszy drzwiami, aż się żyrandol zakołysał...

Stałam nad leżącym bez ruchu Pawłem nie mogąc słowa z siebie wydobyć. Po dobrej chwili dopiero spostrzegłam, że stoję jak mnie Pan Bóg stworzył. Goła! I przed nimi cały czas tak stałam? Bez niczego! Boże! Czym prędzej narzuciłam na siebie jakąś szmatę...

Wstań Pawełku! – powiedziałam jak najłagodniej. Mocno cię uszkodziła? Może by lekarza wezwać, co? – zatroskałam się widząc, że oko ma całe zasiniaczone, a na czole krwawe ślady po pazurach.

E, nie trzeba! Nic mi nie jest! – Powoli, trzymając się ściany, wstał.

Nic się nie martw! – zaczęłam pocieszać. Widać Bóg tak chciał! On to kieruje naszym losem i jego to zarządzenie. No, żebyśmy razem byli... – wyjaśniłem. Zresztą, czego masz żałować? Tego babska co ci tyle krzywdy uczyniła, tyle wstrętów? Toż całe życie, młode lata ci zmarnowała A może tych jej barchanowych pieszczot, co? Nie, Pawełku, nie ma czego żałować! Cieszyć się powinienieś, że tak łatwo za jednym zamachem uwolniłeś się od niej, ot co! Jutro z samego rana – powiedziałam z mocą – do kościoła pójdziemy! Na mszę dać... Podziękować! A bo to nam Ľle ze sobą będzie? Zabraknie nam to czego? Dopiero teraz prawdziwe życie się dla nas zacznie. Tylko ty i ja... powiedziałam w rozmarzeniu.

 

Rozwód to musisz raz dwa załatwić! Zaraz po kościele wstąpimy do adwokata... A ślub to zrobimy cichy, skromny. Ot, najwyżej na dwadzieścia osób. Samych najbliższych!

Koniecznie muszę sobie kapelusz kupić! Biały, z takim dużym opadającym na plecy rondem.

Jak myślisz stosowniejsza będzie długa suknia, czy garsonka? Widziałam kiedyś taką na wystawie...

O czym ty mówisz!  - Pawełek wrzasnął, aż podskoczyłam.

Czyś ty ogłupiała! Ja? Ja miałbym sie z tobą żenić! Z taką... ha! Ha! – zaczął się śmiać jakby rozum postradał. Wybij to sobie raz na zawsze z głowy, zrozumiałaś?...

Dzieci, żonę miałbym zostawić! Na poniewierkę skazać! Moje biedactwa... rozczulił się. Na pastwę losu... dla jakiejś tam?...

O! Teraz widzę, że ty cały czas na to liczyłaś! Dobre z ciebie ziółko! Dooobre! Aby tlko chłopa złapać! To ci było w głowie! A ja? Jak ten baran!... Dobrze, że mi w porę rozum wrócił...

Żona to żona! Wara ci od niej! A bo to zła była kobieta?

Toż jak złoto! Drugiej takiej na świecie bym nie znalazł! Robotna, czysta, oszczędna, o dom i dzieci dbająca – zaczął wyliczać zalety żonusi.

Nie taka jak inne, co to tylko zabawy i łajdaczenie z chłopaami – z odrazą popatrzył na mnie  - im w głowie!
Moja nawet o czymś takim nie pomyśli! Gdzie? Ona! Jak święta... jak kryształ! A, że do miłości trochę niezgułatowata? To i dobrze! A bo to przystoi porządnej kobiecie zachowywać się jak... jak jakaś pierwsza lepsza. Wstyd mi było!

A niby i skąd miałaby znać te wszystkie sztuczki? ... Od kogo się nauczyć? Toż ona nigdy... z nikim... poza mną!....

 

Przecież sam mi opowiadałeś jaka to niedobra była dla ciebie. Że już i patrzeć na nią nie mogłeś. Nie pamiętasz tego – wtrąciłam nieśmiało.

Mówiłem! A bo to człowiek mało razy głupoty w nerwach plecie? Mówi, żeby tylko mówić? A czy ty – stanął groĽnie nade mną – zastanowiłaś się chociaż przez chwilę zanim te kapelusze i garsonki do ślubu zaczęłaś przymierzać, że przez ciebie dziadem był został? Cały majątek na nią by przeszedł! Dom, samochód, działka na Florydzie! Nawet spadek po teściach! Jezu! – jęknął jakby nagle nożem w samo serce dostał.

I ja miałbym się tego wszystkiego wyrzec, pozbyć, stracić?... Nie! Nigdy!

 

Toż może jeszcze nie jest za póĽno! – zerwał się pospiesznie i zaczął się ubierać.

Pierwsza złość juz jej na pewno minęła i teraz żałuje, rozpamiętuje, wspomina dobre chwile. Może płacze biedactwo?... Muszę lecieć! Przeproszę! Kwiaty kupię! Poprawę obiecam! Wszystko bedzie jeszcze dobrze! ... Bo to nie znam swojej Heriet. Serce w niej jak u gołębia. Przebaczy! Jak nic przebaczy...

Zadzwonię do ciebie jak się wszystko uładzi! – rzucił w przelocie. Na drugi raz musimy ostrożniej...

Poleciał jak wariat. Nawet się nie pożegnał..

A, żebyś nogi połamał...padalcze! –warknęłam. Patrzcie go miglanca?

Najpierw człowieka sponiewiera, na hańbę wystawi, a potem? ... Jakby nigdy nic! Chciałby od nowa! Boże! Toż jakby ta ropucha bić mnie chciała to on? Broniłby może! Diabła by bronił! Jeszcze by jej pomagał!

Bij, Heriet, bij cholerę bo przez nią to wszystko! Przez nią musisz się nerwować... Jak amen w pacierzu tak by było!.

 

Ufaj tu kobito chłopu! Ufaj! Przed wielkim ołtarzem przysięgałam, że z żonatym nigdy, ale to nigdy się nie zadam! Żeby na kolanach prosił i nie wiadomo jak na żone narzekał – nie uwierzę!

 

Uczciwy człowiek nigdy nie zacznie z drugą kobietą jeśli sam nie jest wolny. Tylko łobuz, który za przygodami i coraz to nową spudnicą goni, do tego jest zdolny. Ale czy babę nauczysz rozumu? Gdzie tam! Każdy nowy na początku wydaje się jej aniołem, dopiero póĽniej oczy jej się otwierają. Lecz za nim na dobre się otworzą, mało łez wyleją? Mało zgryzot przejdzie? Ot, babski los...

Gdy po miesiącu Pawełek zadzwonił z wiadomością, że żonka jego jak dawniej spokojna, tylko on – z tęsknoty za mną – ani dnia dłużej wytrzymać nie może .... – trzasnęłam słuchawką.

Szukaj sobie szczęścia gdzie indziej! U mnie brama zamknięta...

 

Dałam sobie spokój z chłopami. Bo czy to Ľle samemu?

I wyjść człowiek może gdzie i wrócić kiedy chce. Nikt nad głową nie brzęczy, nie marudzi. Choć ja jeszcze niestara, ale lata swoje mam i na nadskakiwanie, obsługiwanie nie mam już zdrowia. Chłop tylko na to czeka. A im starszy tym gorszy! Prawie jak dziecko. To ziółka parz, to koc nagrzej bo reumatyzm go drze, gazetę poczytaj, bo on niedowidzi. Po co mi to?

O, jakby tak młody, no to jeszcze!... Zawsze nie tak dokuczliwy! Ale z młodym? Nie!

Nie to, żeby na mnie nie poleciał. Jak zobaczy zieloną kartę, dolary to i lat nie liczy. Młodą rzuci, a do starej baby się przylepi i będzie ją zapewniał, że z miłości... że się zakochał...

 

Ale ja na to bym nigdy nie poszła! Żeby pośmiewisko na stare lata z siebie robić co by ludzie powiedzieli? Żem na stare lata zgłupiała. Jak Walenciaczka albo i inne, których pełno na Jackowie, i które nie tylko, że się nie wstydzą, ale za „usługi” płacą...

 

A może to nie tylko przez tę rozpustę? Zastanowiłam się nagle. A może przez to, że te wszystkie Hele, Mańki, Antki czują się bardzo same? Zagubione, opuszczone? Przeniesione z małych miasteczek, wsi do Wielkiego Świata czują potrzebę znalezienia kogoś, kto im będzie bliski, swój, z kim – bez obawy, że wyśmieją – będzie można swobodnie pogwarzyć o wszystkim. Komu z całą szczerością można zwierzyć się ze swoich najskrytszych utrapień, opowiedzieć całe swoje życie. Po kolei! Dzień po dniu. Godzina po godzinie. Niczego, nawet tego o czym powinno się zapomnieć, nie ukrywać.

A te knajpy, hulanki, pijaństwa? Czy czasem nie po to one, żeby choć na małą chwilę – zapomnieć? O wszystkim! O robocie, w której co chwila grożą zwolnieniem. O dzieciach zostawionych tam, daleko, które nie pamiętają już jak wygląda ojciec czy matka! O mężu czy żonie, którzy tam ubrani od stóp do głów w amerykańskie elastyki, jeżdżą kupionymi za dolary Polonezami, pijący na śniadanie amerykańską kawę z amerykańskim „krimem” – wcale nie oczekują powrotu!...

 

Ktoś kiedyś powiedział, że ten kto raz zobaczy Amerykę, nigdy już nie zazna spokoju. Wróci, będzie myślał o tym co tutaj. Znajdzie się tutaj, będzie tęsknił za tym, co zostawił. Ni tu! Ni tam!...

Ze mną jest tak samo! Choć niby z wszystkimi ja już tutaj, na stałe, wciąż jakieś we mnie oczekiwanie, że może kiedyś, za parę lat...

Każdy z nas to samo czuje. Takie „ni tu ni tam”. Czy wrócimy? Co mnie tutaj czeka? Starość wśród obcych! Może przytułek? Maleńka płytka na cmentarzu?...

 

A tam? Czy będzie lepiej?
Niepokoje! Walka o kawałek chleba!

 

Strach!... Jesteśmy tu jako ptaki, które pogubiły gniazda i w ciemności, miotane wichrem, zmagane ulewą – próbują je odnaleĽć. Czy odnajdą?...

 

Koniec.

Zapraszamy wszystkich sędziów, prokuratorów, adwokatów, polityków i resztę urzędniczego "badziewia" zamieszanego we wszelkie oszustwa do ogólnopolskiej "czarnej listy Raczkowskiego"... 
miłego towarzystwa wzajemnej  adoracji ...
tym samym dochodzimy do setna sprawy, czyli "Raportu o stanie sądownictwa polskiego"

Niezależne Czasopismo Internetowe 
"AFERY - KORUPCJA - BEZPRAWIE" 
Ogólnopolskiego Ruchu Praw Obywatelskich 
i Walki z Korupcją.
prowadzi: (-)  ZDZISŁAW RACZKOWSKI
Dziękuję za przysłane teksty opinie i informacje. 
www.aferyprawa.com  

    uwagi i wnioski proszę wysyłać na adres: Z.Raczkowski@aferyprawa.com 

WSZYSTKICH SĘDZIÓW INFORMUJĘ ŻE PROWADZENIE STRON PUBLICYSTYCZNYCH
JEST W ZGODZIE z  Art. 54 KONSTYTUCJI RZECZYPOSPOLITEJ POLSKIEJ 
1 - Każdemu zapewnia się wolność wyrażania swoich poglądów oraz pozyskiwania i rozpowszechniania informacji. 
2 - Cenzura prewencyjna środków społecznego przekazu oraz koncesjonowanie prasy są zakazane.
ponadto Art. 31.3
Ograniczenia w zakresie korzystania z konstytucyjnych wolności i praw mogą być ustanawiane tylko w ustawie i tylko wtedy, gdy są konieczne w demokratycznym państwie dla jego bezpieczeństwa lub porządku publicznego, bądĽ dla ochrony środowiska, zdrowia i moralności publicznej, albo wolności i praw innych osób. Ograniczenia te nie mogą naruszać istoty wolności i praw.
 

zdzichu

Komentarze internautów:

Komentowanie nie jest już możliwe.

~Justice
04-01-2015 / 19:27
It's about time sonmoee wrote about this. zexulgia.com [url=wqebkbtguao.com]wqebkbtguao[/url] [link=augniam.com]augniam[/link]
~Conejito
20-12-2014 / 14:05
Just cause it's simple doesn't mean it's not super hellfup.