Imieniny:

AferyPrawa.com

Redaktor Zdzisław Raczkowski ujawnia niekompetencje funkcjonariuszy władzy...
http://Jooble.org
Najczęściej czytane:
Najczęściej komentowane:





Pogoda
Money.pl - Kliknij po więcej
8 grudnia 2021
Źródło: MeteoGroup
Polskie prawo czy polskie prawie! Barwy Bezprawia

opublikowano: 26-10-2010

KRYZYS GOSPODARCZY W POLSCE - UPADŁE BANKI CHORE EURO

Euro pogrąży Polskę. Jest źle, a będzie gorzej – z analitykiem gospodarczym – Januszem Szewczakiem rozmawia Zbigniew Lipiński

Premier Donald Tusk dziarsko zapowiedział wprowadzenie w Polsce euro w 2011 r. Został wprawdzie zdezawuowany przez polityków unijnych, ale tymczasem rozpoczął się kryzys finansowy w USA. Politycy i ekonomiści establishmentu jednak obiecują, że nic nam nie grozi. Czy mają rację?
- Wbrew zapowiedziom dyżurnych autorytetów, takich jak Ryszard Petru, prof. Witold Orłowski, Leszek Balcerowicz, Jadwiga Staniszkis sprawa przedstawia się zgoła inaczej. Najpierw owe „autorytety” utrzymały, że żadnego kryzysu nie będzie, potem że ewentualnie w Stanach, a w Europie na pewno nie, a już w Polsce – wykluczone. Kilka miesięcy temu pani Staniszkis opublikowała w „Dzienniku” artykuł, w którym twierdziła, że amerykański system finansowo-gospodarczy ma ogromną przewagę nad Chinami, iż Chiny w ogóle nie liczą się w tym rozdaniu, są bardzo słabe, muszą przeprowadzić szereg refom, itd., itd. To pokazuje, jak ci ludzie często się mylą lub głoszą tezy na zamówienie. Są po prostu wyznaczeni do usypiania Polaków, m.in. w kwestiach ekonomicznych. To diagnozy błędne lub po prostu nieprawdziwe. Podobnie, jak diagnozy analityków bankowych, pracujących na rzecz zagranicznych banków komercyjnych z pensjami 20-30 tys. zł miesięcznie, toteż mogą opowiadać dowolne bzdury. Zachęcali np. do kupowania akcji, „bo taniej nie będzie”, lokowania w fundusze inwestycyjne. Tymczasem jest taniej i będzie taniej. Mamy więc do czynienia z cenzurą, aby nie dopuścić, broń Boże, do poważnego myślenia społeczeństwa o kwestiach ekonomicznych, a jest o czym. Pamiętać bowiem trzeba, że w ostatnim roku ceny w Polsce rosły najszybciej w Europie, skala drożyzny u nas jest gigantyczna. W wielu krajach Unii Europejskiej jest taniej niż w Polsce. Gdyby porównać tanie sieci supermarketów niemieckich i polskich, często tych samych właścicieli, to okaże się, że oprócz pieczywa w Polsce jest wszystko droższe. A przecież nasze wynagrodzenia są nieporównywalnie niższe, często trzy-czterokrotnie od unijnych, nie mówiąc już o daleko niższej zamożności Polaków. Wniosek stąd prosty: opowiadania „nasza chata z kraja”, „kryzys nam w ogóle nie grozi” – włóżmy między bajki.

Ale minister finansów twierdzi, że polskim bankom żaden kryzys nie grozi.
- I tu się wyjątkowo zgadzam z min. Janem Vincentem Rostowskim, chociaż uważam go za najgorszego ministra finansów od wielu lat, nie wyczuwającym i nie znającym zawiłości polskiej gospodarki. Rzeczywiście bankom polskim nic nie grozi, bo ich po prostu nie mamy. Prócz PKO Banku Polskiego i Banku Ochrony Środowiska, w Polsce jedynie działają zagraniczne banki komercyjne. Było idiotyzmem wyprzedawanie – i to tanio – systemu bankowego w całości, z czym ja i wielu innych walczyło do upadłego. Pan minister utrzymuje, że Polska jest krajem najbardziej odpornym na kryzys, Komisja Nadzoru Finansowego fantastycznie działa i trzyma wszystko pod kontrolą. Przypomnijmy, ta znakomicie działająca KNF i jej poprzedniczki (KNUIFE i Komisja Nadzoru Bankowego) dopuściły do wyprzedaży polskich banków, a pod „nadzorem” KNF doszło do dwóch, do dziś nie wyjaśnionych, afer finansowych InterBrog i WGI. Jedna z tych instytucji miała powiązania z BRE Bankiem – działającym na terenie Polski. Okradzeni ludzie dotąd nie otrzymali z powrotem swoich pieniędzy.

A jakie konsekwencje grożą nam w związku z nadciągającym do Europy krachem amerykańskim?
- System bankowy w Polsce (powtarzam – nie polski system bankowy) jest bardzo ściśle powiązany z centralami macierzystymi zagranicą, do tego stopnia, że każde zawirowanie w Europie Zachodniej czy w Stanach będzie miało ogromne znaczenie dla banków-córek. Podobny system mają kraje bałtyckie, które także wyprzedały swoje banki, toteż są pierwsze na liście do krachu gospodarczego. Przypomnę, że państwa te rozwijały się bardzo szybko, jeszcze szybciej niż my, odnotowując kilkunastoprocentowy przyrost PKB, ale – jak się okazuje – to im nie pomogło. Są one przecież uzależnione od kredytów z tych banków, których nie dostaną, bo odczuwają one brak gotówki i brak płynności.
Teraz widać, jak wielkim błędem była zgoda naszych polityków, w tym premiera Kazimierza Marcinkiewicza, na fuzję PKO SA z BPH na rzecz włoskiego UniCredito, który dzisiaj preżywa gigantyczne problemy we Włoszech. Więc nie wiadomo czy nie zaistnieje konieczność zmiany właściciela PKO SA. UniCredito ma powiązania z toksycznymi papierami amerykańskimi i ciąży na nim olbrzymi dług do spłacenia w przyszłym roku – według londyńskich analityków ok. 35 mld euro. Bez złudzeń – prędzej czy później ta sytuacja odbije się na bankach w Polsce, a w konsekwencji na naszej realnej gospodarce – przemyśle motoryzacyjnym, budownictwie, przemyśle meblarskim i wydobywczym.

No dobrze, ale panowie Ryszard Petru, Witold Orłowski, Leszek Balcerowicz i Stanisław Gomułka przekonują nas, że banki w naszym kraju funkcjonują w oparciu o inne przepisy prawa i są samodzielnymi podmiotami gospodarczymi.
- To ekonomia dla ludzi nic nie rozumiejących. Przecież banki te mają w swych sumach bilansowych zobowiązania wobec swoich central od 10 do 25 proc. To spory odsetek. Po drugie, mają one otwarte linie kredytowe w swoich centralach, często na 2 – 3 mld zł, nierzadko więcej. W zarysowującej się sytuacji nie sposób wykluczyć, że centrale zażądają od kredytowanych banków-córek zwrotu tych kwot i żadne prawo polskie nie może im tego zabronić. O ich ciężkim położeniu świadczy fakt nagłego podnoszenia oprocentowania wkładów pieniężnych – 8,5, 10,5 proc., podobno niektóre banki szykują propozycję na 11, 12 proc. Skąd ta szczodrość? Po prostu brakuje im pieniędzy na dalsze kredyty, dlatego biją się o nasze pieniądze.

Jakie są inne zależności banków europejskich od banków amerykańskich, w tym banków-córek w Polsce?
- Dotąd banki amerykańskie i europejskie pożyczały sobie nawzajem pieniądze. Obecnie ten ruch pieniędzy przez Atlantyk zamarł. Amerykańskie banki nie kredytują europejskich, ponieważ znalazły się w potężnych tarapatach. Z kolei europejskim też brakuje pieniędzy na kredyty i nie tylko nie pożyczają Amerykanom, ale i sobie, w tym i bankom działającym w Polsce. Co najwyżej pożyczają wybranym bankom na niesłychanie wysoki procent, tzw. Vibor – londyńska stopa procentowa. W związku z tym banki zaczynają uprawiać sui generis kanibalizm. Dotychczas miały one fundusze inwestycyjne, ale te znalazły się na krawędzi przepaści, niektóre z nich są zagrożone bankructwem. Jeszcze rok temu banki będące właścicielami funduszy inwestycyjnych namawiały emerytów, by swoje lokaty przenosili do funduszy wykupując jednostki uczestnictwa, bo tam można lepiej zarobić. Teraz namawiają do czegoś wręcz odwrotnego: pozbądźcie się uczestnictwa w funduszach i lokujcie u nas, bo damy wam większy procent. Wykończają własne fundusze inwestycyjne, by ratować swoją płynność. A minister finansów opowiada o doskonałym nadzorze bankowym przez KNF. Na czele Komisji stoi Stanisław Kluza – rzekomy geniusz ekonomiczny, a 200-milionowy budżet KNF składa się z wpłat banków, towarzystw inwestycyjnych i otwartych funduszy emerytalnych. Raczej więc trudno własnych sponsorów przenicowywać i jeszcze wychłostać.

Warto tu zaznaczyć wyjątkowo nieodpowiedzialną rolę wielkich mediów w lekceważeniu nadchodząego do Polski kryzysu.
- Lekceważenie sygnałów ostrzegawczych jest wyjątkową głupotą. Media z TVN, TVN 24 i TVP Info na czele zaciemniają obraz, wzmacniają chór mówiących „jest dobrze, a będzie jeszcze lepiej”, tymczasem jest już źle, a będzie gorzej. Innymi słowy zapewnia się nas, że polska kiełbasa przewyższa unijną i na tej podstawie tworzy się sielankowy i bezpieczny obraz naszej gospodarki. Nawiasem mówiąc, jeszcze w maju tego roku amerykański sekretarz skarbu zapewniał, że USA nie grozi żaden krach, podobnie wypowiadali się prezesi banków AIG i Lehman brs. Tu nie chodzi o wywoływanie paniki, ale uświadomienie sobie przez analityków gospodarczych o obowiązku przewidywania, a nie badania faktów dokonanych, jak to ma miejsce w Polsce. Trzeba dostrzegać zagrożenia, w porę je sygnalizować i próbować przeciwdziałać.

Jak Pan ocenia postawę Prezydenta, który wobec zaistniałej sytuacji zażądał zwołania Rady Gabinetowej i rozważenia planu awaryjnego?
- Było to nadzwyczaj mądre, taka jest rola głowy państwa, który w tym przypadku wyczuł sytuację. Myślę, że duża w tym zasługa nowego szefa Kancelarii Prezydenta – Piotra Kownackiego, będącego mózgiem ośrodka prezydenckiego. Bardzo szybko pod jego kierownictwem nastąpiła wyraźna poprawa pracy Kancelarii. Wydaje się, że dużo lepiej rozumie on kwestie ekonomiczne niż wielu ministrów rządu Tuska. Natomiast lekceważenie czy też ośmieszanie żądań Prezydenta przez premiera i jego ministrów wystawia im smutne świadectwo niekompetencji lub – co gorsza – świadomego wprowadzania w błąd Polaków. Zwróćmy uwagę, że dzisiaj [rozmowa była przeprowadzona 5.10.08 r. – red.] zbiera się grupa G-8, by obradować o kryzysie, a Niemcy, Francja, Włochy i Wielka Brytania już postanowiły o pomocy dla banków europejskich na wzór amerykańskiego planu Paulsena. Czyli najpotężniejsze kraje świata traktują sytuację z najwyższą powagą, nikt tam nie wyśmiewa obaw, a polski rząd demonstruje karygodną lekkomyślność. Bardzo pozytywnie odbija tu postawa Lecha Kaczyńskiego.

Na zakończenie wróćmy do euro, które ma być wprowadzone w Polsce.
- Tu znowu wyrażam uznanie Prezydentowi za sensowne stanowisko, domagającego się, by najpierw policzyć koszty całej operacji i przeanalizować jej skutki oraz zbadać czy po zmianie waluty Polakom pogorszy się czy polepszy. Z drugiej strony zapowiedź premiera o wejściu do strefy euro w 2011 roku zakończyła się blamażem, nie tylko z powodu odrzucenia tego pomysłu przez władze Unii, ale również dlatego że jest to niemożliwe bez spełnienia szeregu warunków, których nie spełniamy, oraz bardzo czasochłonnych procedur.

Czy jednak oświadczenie Tuska nie miało żadnych konsekwencji?
- Miało i to niekorzystne dla Polski. Polska jest ulubionym krajem kapitału spekulacyjnego, który gra na polskiej walucie bardzo intensywnie, to ich ukochana waluta. Na złotym bowiem zarabia się podwójnie: raz – na stałych podwyżkach stóp procentowych – czyli na wzroście oprocentowania papierów wartościowych, dwa – na aprecjacji waluty. Za zarobione złotówki kupuje się więcej dolarów i euro, które wywozi się zagranicę. A zapowiedź Tuska spowodowała wzrost notowania złotego o 10 -12 groszy, co spekulantom walutowym przyniosło setki milionów złotych zysku.

Euro jednak będziemy musieli wprowadzić, bo zgodziliśmy się na to w Traktacie Akcesyjnym.
- Niekoniecznie, myśmy zobowiązali się do przyjęcia wspólnej waluty, a nie euro - tego nie ma w zapisie. Niby to drobiazg, ale bardzo istotny od strony prawnej. Natomiast w Traktacie Lizbońskim jest już zapisane euro, dlatego tak nas ciśnięto, byśmy ten traktat podpisali. Poza tym, jeśli kryzys rozszerzy się, to sympatia do euro może osłabnąć. Już od pewnego czasu – jeszcze przed kryzysem – w Niemczech, Włoszech czy Austrii mówi się – a mówią to nawet ministrowie tych krajów – o koncepcji powrotu do walut narodowych.


Po wprowadzeniu euro ceny w krajach zachodnich, szczególnie we Włoszech i Francji, wzrosły skokowo.
- Jeśli zdecydujemy się na euro, podwyżki cen będą nieuniknione, chociaż – jak już mówiłem – i bez euro wzrost cen w Polsce jest niebotyczny. Ceny energii w przeliczeniu na siłę nabywczą ludności mamy najwyższe w Europie. Nasi bezkrytyczni zwolennicy euro nie informują nas o jednej bardzo ważnej sprawie: koszty dostosowawcze do euro idą w miliardy. Tylko dostosowanie systemu bankowego i instytucji finansowych, ich sieci informatycznych, księgowości, itp. kosztowałoby, moim zdaniem, kilka miliardów złotych.
Tłumi się wszelką debatę na temat euro, dopuszcza się wyłącznie zwolenników, a każdego kto liczy i zastanawia się nad opłacalnością wejścia naszego kraju do strefy euro wyśmiewa się lub przemilcza.
Sprawa euro powinna być przedmiotem pracy dwóch zespołów. Jeden pracowałby nad wadami i zagrożeniami wprowadzenia euro, a drugi koncentrowałby się na zaletach tego systemu. Zadaniem NBP byłoby wyasygnowanie środków zarówno dla jednego, jak i drugiego zespołu. Obecnie pieniądze na analizy i badania oraz dostęp do mediów mają wyłącznie „naganiacze” do euro. Sądzę, że taką inicjatywę powinien podjąć Prezydent. W ewentualnym referendum nie można stawiać pytania „czy chcesz wejścia Polski do strefy euro?”. Właściwie postawione pytanie brzmi: „czy nawet za cenę wzrostu kosztów utrzymania i pozostawienia obecnego poziomu zarobków zdecydowałbyś się na przyjęcie euro?”. To jest zbyt poważna sprawa, żeby załatwić ją nic nie mówiącym pytaniem, np. przy okazji wyborów do Parlamentu Europejskiego.
- Dziękuję za rozmowę.

MYŚL POLSKA Nr 42 (19.10.2008)

Polecam sprawy poruszane w działach:
SĄDY PROKURATURA ADWOKATURA
POLITYKA PRAWO INTERWENCJE - sprawy czytelników

Tematy w dziale dla inteligentnych:
ARTYKUŁY - tematy do przemyślenia z cyklu: POLITYKA - PIENIĄDZ - WŁADZA

"AFERY PRAWA"
Niezależne Czasopismo Internetowe www.aferyprawa.com
redagowane przez dziennikarzy AP i sympatyków z całego świata których celem jest PRAWO, PRAWDA SPRAWIEDLIWOŚĆ DOSTĘP DO INFORMACJI
ORAZ DOBRO CZŁOWIEKA

uwagi i wnioski proszę wysyłać na adres: afery@poczta.fm - Polska
redakcja@aferyprawa.com
Dziękujemy za przysłane teksty opinie i informacje.

WSZYSTKICH INFORMUJĘ ŻE WOLNOŚĆ WYPOWIEDZI I SWOBODA WYRAŻANIA SWOICH POGLĄDÓW JEST ZAGWARANTOWANA ART 54 KONSTYTUCJI RZECZYPOSPOLITEJ POLSKIEJ.

zdzichu

Komentarze internautów:

Komentowanie nie jest już możliwe.