Imieniny:

AferyPrawa.com

Redaktor Zdzisław Raczkowski ujawnia niekompetencje funkcjonariuszy władzy...
http://Jooble.org
Najczęściej czytane:
Najczęściej komentowane:





Pogoda
Money.pl - Kliknij po więcej
10 kwietnia 2020
Źródło: MeteoGroup
Polskie prawo czy polskie prawie! Barwy Bezprawia

opublikowano: 26-10-2010

AFERY PRAWA AFERY W ŚWIECIE PRAWNICZYM ANDRZEJ RZEPLIŃSKI AFERY w ŚWIECIE PRAWNICZYM - za lata 2001 - 2002.
(materiały z archiwum prof. Andrzeja Rzeplińskiego; opracowanie and my Letters...)
 


2001/01/17, G. L. nr 14, s. 1;
Grzegorz Praczyk, Jacek Brzuszkiewicz,
Urzędnik, gliniarz i prokurator. Afera w świecie prawniczym.

Lubelska prokuratura podejrzewa prokuratora z Lubartowa o sprzedawanie akt i chce postawić go przed sądem. Sprawa zatacza coraz szersze kręgi. Przewijają się w niej m.in. wysoki funkcjonariusz policji, urzędnik lubelskiego magistratu, prokurator specsłużb i znany lubelski dziennikarz.

Sprawa ma związek z aresztowaniem w połowie grudnia ub.r. znanego lubelskiego adwokata Adama K. Interesuje się nią Ministerstwo Sprawiedliwości, Komenda Główna Policji i Urząd Ochrony Państwa.

Tortury w Trzcińcu
Nie byłoby afery, gdyby nie porachunki w lubelskim światku przestępczym. Cofnijmy się do 5 kwietnia 1998 r. Tego dnia w Trzcińcu pod Lubartowem grupa pięciu mężczyzn napadła na Krzysztofa A. Twierdzili, że ich oszukał. Śledztwo w sprawie napadu prowadziła później lubartowska prokuratura, która oskarżyła ich o rozbój.

Z akt sprawy wynika, że jeden z napastników zawiózł Krzysztofa A. do jednego z trzcinieckich zabudowań. Tam czekali pozostali napastnicy. Mieli go bić pięściami, trzonkiem od siekiery, metalowym pilnikiem, kulą rehabilitacyjną. Potem podciągać na sznurze przewieszonym przez belkę stropową i grozić postrzeleniem z dubeltówki. W ten sposób chcieli wymusić od niego pieniądze.

Krzysztof A., zdaniem prokuratury, uległ. Wydał napastnikom 12 tysięcy złotych, 100 marek, telefon komórkowy, dowód rejestracyjny dostawczego volkswagena, a nawet złoty łańcuszek. Odzyskał wolność. Skatowany powiadomił policję, która zatrzymała sprawców.

Szefem gangu, według prokuratury, był Sławomir S., pseudonim Pietia, w przeszłości prawa ręka Ciola. A jednym z członków jego grupy był Artur G., syn wysokiego urzędnika lubelskiego magistratu. Wszyscy zostali oskarżeni przez prokuraturę o rozbój.

Bandyta gorszy i lepszy
Minęło dwa i pół roku. W międzyczasie akt oskarżenia za tortury w Trzcińcu trafił do sądu. Prawdziwa bomba wybuchła jednak dopiero 24 listopada 2000 r. W Sądzie Okręgowym w Lublinie odbywała się kolejna rozprawa przeciwko grupie Pieti. Jednym ze świadków był Marcin L., były policjant z Centralnego Biura Śledczego (polskie FBI), aresztowany pół roku wcześniej pod zarzutem handlu narkotykami.

„Gazecie” udało się dotrzeć do jego zeznań. Wynika z nich, że wysoki urzędnik lubelskiego magistratu, ojciec współoskarżonego w sprawie tortur w Trzcińcu Artura G., próbował wpłynąć na prokuraturę i policję w celu „wybielenia syna”. Według funkcjonariusza urzędnik kontaktował się w tym celu z naczelnikiem wydziału ds. zwalczania przestępczości zorganizowanej Prokuratury Okręgowej w Lublinie Jackiem K. i zastępcą naczelnika lubelskiego Centralnego Biura Śledczego podinspektorem Krzysztofem M. Pośredniczyć w kontaktach między urzędnikiem, a funkcjonariuszami miał znany lubelski dziennikarz - jego nazwisko przewija się w zeznaniach ekspolicjanta wielokrotnie.

Taką treść zeznań byłego funkcjonariusza częściowo potwierdza rzecznik lubelskiego Sądu Okręgowego sędzia Jarosław Matras. - Świadek Marcin L. mówił o działaniach, które miał podejmować CBŚ wspólnie z prokuraturą.

Urzędnik lubelskiego magistratu zaprzecza, by w sprawie syna kontaktował się z policją i prokuraturą. - To rzeczy wyssane z palca. Radosna twórczość świadka i niektórych adwokatów - odrzuca pomówienia. Zeznaniom byłego funkcjonariusza zaprzeczają także naczelnik Krzysztof M. i prokurator Jacek K.

Z zeznań byłego policjanta, do których dotarła „Gazeta”, wynika, że syna urzędnika magistratu miał oczyścić z zarzutów udziału w rozboju inny oskarżony w sprawie tortur w Trzcińcu - Sławomir Ś. W zamian za korzystne zeznania wobec syna urzędnika miał odpowiadać z wolnej stopy. Według byłego policjanta miał mówić w prokuraturze, że w Trzcińcu syn urzędnika usiłował zapobiec rozlewowi krwi: próbował rozdzielać bijących się mężczyzn. Miał również w wyjaśnieniach obciążać Pietię.

A teraz o Pieti. Mecenas i jego klient
Sławomir S., w przeszłości prawa ręka Ciola (seryjnego zabójcy na zlecenie), oskarżony przed laty o brutalne pobicie w dyskotece w Świdniku (ciężko okaleczył jednego z gości rozbitą butelką, tzw. tulipanem) uznawany jest za jednego z majętniejszych lubelskich Cyganów. Pietia wybrał na obrońcę mecenasa Adama K., jednego z najlepszych lubelskich adwokatów. To właśnie Adam K. walcząc o swojego klienta, złożył wniosek, by przesłuchać w sądzie byłego policjanta z CBŚ. Trzy tygodnie po zeznaniach byłego funkcjonariusza, które obciążały urzędnika, policjanta i prokuratora - mecenas Adam K. sam trafił za kratki. - Mecenas jest zamieszany w działania zorganizowanej grupy przestępczej - poinformowała lubelska prokuratura na krótkiej konferencji prasowej. Adwokat miał próbować przekupić prokuratora i utrudniać postępowanie. Konkretnie - nakłaniać świadka do składania fałszywych zeznań. Prokuratura nie odpowiadała na żadne pytania dziennikarzy dotyczące sprawy i nie chciała zdradzić szczegółów. Jej


szefowie enigmatycznie stwierdzili, że sprawa dotyczy napadu z kwietnia 1998 r. w podlubartowskiej miejscowości.

O co naprawdę chodzi? Nieoficjalnie dowiedzieliśmy się, że mecenas Adam K. miał dwa lata temu proponować łapówkę prokuratorowi, który w sprawie tortur w Trzcińcu oskarżał jego klienta Pietię. Mówi się, że prokuratura „przypomniała” sobie o próbie przekupstwa lubartowskiego prokuratora dopiero po zeznaniach byłego policjanta. Jednak adwokaci oficjalnie w tej sprawie nie zajęli żadnego stanowiska, a mecenas Adam K. wciąż siedzi w areszcie.

Pikanterii sprawie dodaje fakt, że śledztwo przeciwko adwokatowi prowadzi wydział ds. zwalczania przestępczości zorganizowanej, którego naczelnikiem był wspomniany wcześniej Jacek K.

Prokurator, który sprzedawał akta
Wróćmy do wciąż toczącej się przed Sądem Okręgowym w Lublinie rozprawy o tortury w Trzcińcu. - We wrześniu ub.r. jeden z oskarżonych powiedział, że w lubartowskiej prokuraturze w trakcie śledztwa sprzedawano akta tej sprawy - poinformował sędzia Matras. Po co? Nieoficjalnie dowiedzieliśmy się, że kupował je mecenas Adam K., by poznać zamiary przeciwników.

Informacja trafiła do Prokuratury Okręgowej w Lublinie, która 12 stycznia br. wystąpiła do Sądu Dyscyplinarnego w Warszawie z wnioskiem o odebranie immunitetu prokuratorowi z Lubartowa 31-letniemu Maciejowi S. To on podejrzewany jest o robienie kserokopii akt sprawy i ich sprzedaż. Padła nawet konkretna suma. Prokurator miał wziąć za przysługę 1,5 tys. zł. Został zawieszony w pełnieniu obowiązków.

Śledztwo w tej sprawie idzie naprzód. W ostatnich dniach aresztowano mężczyznę, który miał pośredniczyć w przekazywaniu kopii między prokuratorem a adwokatem.

Zanim jednak wszczęto śledztwo w sprawie sprzedaży akt, mecenas wykorzystał kserokopie - skatowany w Trzcińcu mężczyzna nieoczekiwanie zmienił wersję wydarzeń.

- Na policji utrzymywał, że został pobity i okradziony. Natomiast przesłuchiwany po pewnym czasie w prokuraturze powoływał się na zaniki pamięci i zły stan zdrowia. Twierdził, że napastnicy niczego mu nie ukradli - mówi rzecznik sądu.

Prokuratorzy bez zaufania
Maciej S. już nie wykonuje obowiązków prokuratora, został zawieszony. Stanowisko w prokuraturze w ostatnim miesiącu stracił Jacek K., od pięciu lat szef wydziału ds. zwalczania przestępczości zorganizowanej Prokuratury Okręgowej w Lublinie - od 19 grudnia ub.r. nie jest szefem wydziału, ale w odróżnieniu od Macieja S. nadal pracuje jako prokurator. Razem z nim odwołany został jego bezpośredni przełożony, szef Prokuratury Okręgowej w Lublinie Cezary Maj (chodzi o brak nadzoru). Przypomnijmy, że postać prokuratora Jacka K. wielokrotnie przewija się w zeznaniach byłego policjanta z polskiego FBI.

Cezary Maj i Jacek K. stracili stanowiska na wniosek prokuratora apelacyjnego w Lublinie Włodzimierza Blajerskiego. Rzecznik Blajerskiego Leopold Piętal przyznał jedynie, że „dymisja ma związek ze stratą zaufania do prokuratorów”.

2001/01/19, Gazeta w Lublinie nr 16, s. 3
Grzegorz Praczyk,

Prostowanie zeznań. Afery w świecie prawniczym cd.

Dostałem dokładną instrukcję, jak mam zeznawać. Boję się o życie swoje i rodziny - tak mówił wczoraj świadek Krzysztof A., skatowany przez bandytów w Trzcińcu pod Lubartowem.

W wymuszanie zeznań na świadkach w sprawie tortur z Trzcińca, o czym pisaliśmy wczoraj i przedwczoraj, zamieszani są wysoki rangą urzędnik, policjant, prokurator i aresztowany w grudniu ub.r. znany lubelski adwokat. Sprawą interesuje się Ministerstwo Sprawiedliwości, UOP i Komenda Główna Policji.

Kto naciskał na świadka?
Przypomnijmy. Nie byłoby całej sprawy, gdyby nie napad sprzed dwóch i pół roku w podlubartowskim Trzcińcu. Zdaniem prokuratury pięciu mężczyzn torturowało tam i okradło człowieka. Wśród oskarżonych, którzy w maju ub.r. trafili przed lubelski Sąd Okręgowy, są m.in. Artur G., syn wysokiego urzędnika lubelskiego magistratu i dobry znajomy Ciola, Sławomir S. ps. Pietia.

O sprawie zrobiło się głośno, kiedy przed miesiącem aresztowano obrońcę Pieti, znanego lubelskiego adwokata Adama K. Zarzucono mu próbę przekupstwa prokuratora, który oskarża jego klienta, a także wymuszanie określonych zeznań od świadka w sprawie tortur z Trzcińca. Mecenas trafił do aresztu trzy tygodnie po tym, jak wezwany przez niego na świadka były policjant (aresztowany za handel narkotykami) opowiedział w sądzie, że zastępca naczelnika lubelskiego oddziału Centralnego Biura Śledczego Krzysztof M. i były naczelnik wydziału przestępczości zorganizowanej lubelskiej prokuratury Jacek K
 


2
 


zaangażowali się w obronę syna urzędnika. Zdaniem byłego policjanta, mieli nakłaniać innego oskarżonego w sprawie do składania fałszywych zeznań. W rozmowie z „Gazetą” naczelnik CBŚ i prokurator zaprzeczyli zeznaniom świadka. Krzysztof M. przyznał jednak, że spotkał się z urzędnikiem magistratu i mogło dojść do jego nieformalnego widzenia z synem.

Litościwy Pietia
Wczoraj na kolejnym terminie sądowej sprawy zeznawał Krzysztof A., pobity przez bandytów w Trzcińcu. Przyznał, że do podlubartowskiej wioski wywabił go - pod pozorem obejrzenia oferowanego do sprzedaży samochodu - jeden z oskarżonych. - Jak wyszliśmy z samochodu, to czekali już na nas pozostali - mówił. - Złapali mnie, zaciągnęli do stodoły. Tam bili, podciągali na sznurze przewieszonym przez belkę stropową. Zabrali pieniądze (12 tys. zł, marki niemieckie), złoty łańcuszek i dowód rejestracyjny mojego samochodu. Kazali dostarczyć na następny dzień 20 tysięcy.

Wersja wydarzeń w Trzcińcu, jaką wczoraj przedstawił świadek, odbiegała jednak trochę od tego, co figuruje w akcie oskarżenia. Prokuratura uznała, że to Pietia pełnił kierowniczą rolę podczas napadu. Pobity w Trzcińcu sugerował jednak wczoraj, że prowodyrem grupy był syn urzędnika lubelskiego magistratu. Bardzo niewiele mówił natomiast na temat udziału w zdarzeniu Pieti. - Pojawił się w Trzcińcu pod sam koniec zajścia. Nie bił mnie, do niczego mnie nie zmuszał, nie groził - Krzysztof A. wystawiał wczoraj jak najlepsze świadectwo oskarżonemu. - Nawet mówił „Co wy z nim zrobiliście?”, żeby przestali mnie bić. Pietia był wyraźnie zadowolony z wersji wydarzeń przedstawianej wczoraj przez świadka. - To ojciec G. powinien siedzieć, a nie ja! - krzyczał pod koniec rozprawy.

Jest instrukcja, jest kaseta
Na początku rozprawy świadek Krzysztof A. nie chciał jednak zeznawać. - Boję się o życie swoje i swojej rodziny - mówił i chciał, żeby usunięto z sali oskarżonych i publiczność. Ostatecznie stanął jednak przy barierce dla świadków. - Kontaktowali się ze mną różni ludzie. Dostałem instrukcję, jak mam zeznawać, nie wiem dokładnie od kogo - mówił, pokazując odpowiedni dokument, który trafił do sądowych akt. - Powiedzieli, że trzeba wyprostować to, co mówiłem wcześniej.

Świadek twierdził, że kontaktowali się z nim urzędnik magistratu i były milicjant (aresztowany w tej samej sprawie, co mecenas Adam K.). - Nagrałem kasetę ze spotkaniem z urzędnikiem - mówił. - Jest w tej chwili w prokuraturze.

O aresztowanym mecenasie Adamie K., który według prokuratury miał wymuszać od niego określone zeznania, świadek Krzysztof A. wczoraj nie wspomniał. Dlaczego świadek zeznawał wczoraj inaczej niż wcześniej na policji (chodzi o udział w sprawie Pieti), sąd ustali na następnej rozprawie.

2001/02/10-2001/02/11, Grzegorz Praczyk, Jacek Brzuszkiewicz, Gazeta w Lublinie nr 35, s. 1
Lublin. Afery w świecie prawniczym cd. Dyrektor zatrzymany przez UOP

Sąd zaaresztował wczoraj Andrzeja G. [Grykałowskiego], zastępcę dyrektora wydziału gospodarki komunalnej lubelskiego magistratu. Urzędnik zamieszany jest w opisywaną przez nas aferę korupcyjną w lubelskim świecie prawniczym.

Andrzej G., został zatrzymany przez Urząd Ochrony Państwa wczoraj rano, tuż przed wejściem do biurowca przy ul. Wieniawskiej, gdzie mieści się wydział gospodarki komunalnej. Po trwającym cały dzień przesłuchaniu prokuratura wystąpiła do sądu z wnioskiem o aresztowanie urzędnika.

Urzędnik przyznaje się częściowo
Jak poinformował w specjalnym komunikacie Leopold Piętal, rzecznik prasowy Prokuratury Apelacyjnej w Lublinie, która nadzoruje śledztwo, Andrzejowi G. przedstawiono kilka poważnych zarzutów. Są one związane z wręczeniem łapówki pracownikowi prokuratury w Lubartowie, poplecznictwem wobec sprawców rozboju w Trzcińcu i złożeniem fałszywych zeznań w sądzie i prokuraturze.

Jak wynika z komunikatu prokuratury, Andrzej G. częściowo przyznał się do dokonania zarzucanych mu czynów. Wczoraj wieczorem sąd podjął decyzję o aresztowaniu Andrzeja G. Według kodeksu karnego za korupcję, poplecznictwo i składanie fałszywych zeznań urzędnikowi grozi do ośmiu lat więzienia.

Chodzi o brutalny napad z kwietnia 1998 r., do którego doszło w Trzcińcu pod Lubartowem. Grupa pięciu mężczyzn, wśród których był syn zatrzymanego urzędnika, torturowała tam i okradła człowieka. Krótko po tym bandyci trafili do aresztu i zaczęli wzajemnie obrzucać się oskarżeniami.

Sprawy Trzcińca ciąg dalszy
To był początek afery w świecie prawniczym. W grudniu ub.r. aresztowano znanego lubelskiego adwokata Adama K. Mecenas był obrońcą Sławomira S., pseudonim Pietia, głównego oskarżonego w sprawie z Trzcińca. Według prokuratury adwokat próbował przekupić prokuratora oskarżającego jego klienta, a potem od innego prokuratora miał kupować akta tej sprawy.

Z kolei z sądowych zeznań byłego policjanta z Centralnego Biura Śledczego Marcina L. (od kwietnia ub.r. siedzi w areszcie za handel narkotykami) wynika, że w obronę syna urzędnika zaangażowali się zastępca naczelnika CBS w Lublinie Krzysztof M. i naczelnik wydziału ds. zwalczania przestępczości zorganizowanej Prokuratury Okręgowej w

 

Lublinie Jacek K. (19 grudnia ub.r. został zdymisjonowany. Przypomnijmy że Krzysztof M. w wywiadzie dla „Gazety w Lublinie” częściowo potwierdził zeznania byłego policjanta. Funkcjonariusz ze specsłużb powiedział, że w jego wydziale „mogło dojść do nieformalnego spotkania urzędnika (chodzi o zatrzymanego wczoraj Andrzeja G. - przyp. red) z przebywającym w areszcie jego synem”.

Prokuratorzy przeciw prokuratorowi
Sprawę wzięła w swoje ręce specjalna grupa prokuratorów. Podlega ona wprost szefostwu prokuratur okręgowej i apelacyjnej w Lublinie. Osobiście nadzoruje ją też sam prokurator generalny i minister sprawiedliwości Lech Kaczyński.

Oprócz aresztowanych adwokata i urzędnika oraz naczelnika policyjnego specwydziału w sprawę zamieszanych jest kilka innych osób. Wśród nich prokurator z Lubartowa, który sprzedawał kserokopie akt i plan śledztwa w sprawie rozboju Trzcińca.

Sąd dyscyplinarny wobec Maciej S. uchylił prokuratorski immunitet. Jeśli decyzja w tej sprawie się uprawomocni, wkrótce może on mieć przedstawione zarzuty. Nieoficjalnie wiadomo, że w areszcie przebywa także mężczyzna, który kupował od prokuratora akta śledztwa. Miał mu zapłacić za to 1,5 tys. zł.

2001/02/20,  Gazeta w Lublinie nr 43, s. 1
Grzegorz Praczyk, Jacek Brzuszkiewicz,

Śledztwo do Krakowa. Prokuratura. Afera w świecie prawniczym.

Śledztwo w sprawie opisywanej przez nas afery korupcyjnej w lubelskim świecie prawniczym trafiło do krakowskiej prokuratury. Zadecydował o tym minister sprawiedliwości Lech Kaczyński.

13 lutego br. Lech Kaczyński, minister sprawiedliwości a jednocześnie prokurator generalny, wydał zarządzenie, by postępowanie przygotowawcze w sprawie afery w lubelskim świecie prawniczym przekazać z Prokuratury Okręgowej w Lublinie do prokuratury krakowskiej.

Śledztwo rozpoczęło się w drugiej połowie listopada ub.r. po zeznaniach sądowych Marcina L., byłego funkcjonariusza Centralnego Biura Śledczego w Lublinie (polskie FBI), który od kwietnia 2000 r. przebywa w areszcie. Marcin L. został wezwany na świadka przez mecenasa Adama K. Chodziło o napad z 1998 r. w Trzcińcu pod Lubartowem, gdy pięciu bandytów pobiło i okradło człowieka. Jednym z podejrzanych był Sławomir S., pseudonim Pietia, który wynajął na obrońcę właśnie mecenasa Adama K. Były policjant opowiadał w sądzie, w jaki sposób zastępca naczelnika lubelskiego CBŚ Krzysztof M., razem z ówczesnym szefem wydziału ds. zwalczania przestępczości zorganizowanej Prokuratury Okręgowej w Lublinie Jackiem K. próbowali oczyścić z zarzutów innego oskarżonego w sprawie z

Trzcińca Artura G., syna zastępcy dyrektora Wydziału Gospodarki Komunalnej Urzędu Miejskiego w Lublinie. Według zeznań byłego policjanta to właśnie urzędnik zwrócił się do policjanta i prokuratora z prośbą o  pomoc dla syna.

Efekty trwającego trzy miesiące śledztwa zatrzęsły lubelskim światem prawniczym. W grudniu ub.r. aresztowano za wręczenie łapówki mecenasa Adama K. Tydzień później funkcję stracił prokurator Jacek K., a razem z nim stanowisko szefa Prokuratury Okręgowej w Lublinie Cezary Maj (chodziło o brak nadzoru). W styczniu br. immunitet prokuratorski stracił (postanowienie w tej sprawie nie jest prawomocne) prokurator z Lubartowa Maciej S. Miał on sprzedać za 1,5 tys. zł akta sprawy z Trzcińca mężczyźnie, który potem przekazał je mecenasowi Adamowi K. Dziesięć dni temu do aresztu trafił dyrektor Andrzej G. z lubelskiego magistratu, ojciec oskarżonego o napad w Trzcińcu. W ostatni czwartek sąd odrzucił jego zażalenie na areszt, co oznacza, że spędzi on za kratkami co najmniej trzy miesiące.

Dlaczego minister Kaczyński zadecydował o przeniesieniu dochodzenia z Lublina do Krakowa dopiero po trzech miesiącach? - Lubelska prokuratura znała sprawę i wykonała wstępne rozpoznanie. Przez cały czas ściśle kontrolowaliśmy wszelkie działania. Właśnie teraz doszliśmy do wniosku, że pewnych czynności nie powinni wykonywać lubelscy prokuratorzy. A wszystko po to, by uniknąć podejrzeń, że lubelska prokuratura prowadzi „swoją sprawę” - powiedziała nam Anna Kamińska, rzecznik prasowy ministra Lecha Kaczyńskiego. Przypomnijmy, że w sprawę korupcji zamieszanych jest co najmniej dwóch lubelskich prokuratorów.

W Krakowie śledztwo w sprawie korupcji w świecie prawniczym w dalszym ciągu prowadzić będą prokuratorzy z Lublina, którzy sprawą zajmowali się dotychczas. Teraz ich decyzję będą zatwierdzać szefowie z Krakowa, którzy nie znają lubelskiego światka prawniczego. Nieoficjalnie wiadomo, że w grupie z Lublina jest trzech bardzo młodych, odważnych prokuratorów z lubelskich prokuratur niższych szczebli, którzy zostali oddelegowani do Krakowa. Wczoraj, razem z aktami spraw dotyczącymi korupcji, udali się oni do tamtejszej prokuratury.

Prokuratura w Krakowie, oprócz tego śledztwa, równocześnie będzie prowadzić dochodzenie przeciwko policjantom z lubelskiego wydziału ds. zwalczania kradzieży samochodów. Przypomnijmy, że przed trzema tygodniami sąd w Lublinie aresztował na trzy miesiące trzech funkcjonariuszy z „grupy samochodowej”. Wcześniej prokurator zarzucił im przyjmowanie łapówek od złodziei.


3
 

2001/01/18, Gazeta w Lublinie nr 15, s. 3
Grzegorz Praczyk, Jacek Brzuszkiewicz,

Urzędnik, gliniarz, prokurator cd. Afera w świecie prawniczym

Minister sprawiedliwości Lech Kaczyński, po opisanej przez nas wczoraj aferze w lubelskim świecie prawniczym, informuje o toczącym się „bardzo intensywnym śledztwie” i zapowiada nowe decyzje.

- Prokuratura Generalna śledzi każdy nowy sygnał w sprawie lubelskiej - powiedziała nam Anna Kamińska, rzecznik prasowy ministra sprawiedliwości.

Bandyci wzięli się za łby
Wczoraj opisaliśmy kulisy procesu, który toczy się przed Sądem Okręgowym w Lublinie. Chodzi o brutalny napad z kwietnia 1998 r., do którego doszło w Trzcińcu pod Lubartowem. Grupa mężczyzn torturowała tam i okradła człowieka. Na ławie oskarżonych zasiadło pięć osób. Wśród nich jest Artur G., syn wysokiego urzędnika lubelskiego magistratu i były kompan Ciola Sławomir S. zwany Pietią.

Kiedy bandyci trafili do aresztu, zaczęli wzajemnie obrzucać się oskarżeniami. To był początek. Przed miesiącem aresztowano obrońcę Pieti, znanego lubelskiego adwokata Adama K., który, zdaniem prokuratury, próbował przekupić prokuratora oskarżającego jego klienta, a potem od innego prokuratora miał kupować akta tej sprawy. Z kolei z sądowych zeznań byłego policjanta z Centralnego Biura Śledczego Marcina L. (od pół roku siedzi w areszcie za handel narkotykami) wynika, że w obronę syna urzędnika zaangażowali się zastępca naczelnika CBŚ w Lublinie Krzysztof M. i naczelnik wydziału ds. zwalczania przestępczości zorganizowanej Prokuratury Okręgowej w Lublinie Jacek K. (19 grudnia został zdymisjonowany z funkcji).

Urzędnik policjanta się chwyta
Udało nam się dotrzeć do sądowych zeznań byłego funkcjonariusza, które nie zostały utajnione. 24 listopada ub.r. w Sądzie Okręgowym w Lublinie (występował tam jako świadek wezwany przez obrońcę Pieti) opowiadał, na czym, jego zdaniem, polegało zaangażowanie policjanta i prokuratora po stronie syna urzędnika.

Zdaniem Marcina L. w gmachu wydziału, którego szefem był podinspektor Krzysztof M., doszło do nieformalnego spotkania Artura G., (formalnie przebywał on w tym czasie w areszcie) z ojcem i żoną. - Pan M. (chodzi o naczelnika Krzysztofa M. - przyp. red.) powiedział mi, że Artur G. ma złożyć takie wyjaśnienia, jakie są mu nasuwane. W tych wyjaśnieniach miał obciążyć Sławomira S. (chodzi o Pietię) - zeznał były policjant i dodał, że podczas spotkania urzędnika z synem w policyjnym wydziale przebywał prokurator Jacek K. Prokurator, zdaniem byłego funkcjonariusza, miał być dobrze wtajemniczony w sprawę tortur w Trzcińcu

Jacek K. zaprzeczył wczoraj w rozmowie z „Gazetą”, jakoby w tym czasie w ogóle znał urzędnika magistratu i starał się mu pomóc.

Według Marcina L., naczelnik Krzysztof M. próbował pomóc synowi urzędnika także w inny sposób. Miał on dotrzeć w nieformalny sposób do innego oskarżonego o tortury w Trzcińcu Sławomira Ś., który w tym czasie się ukrywał. - Pan M. dał nam kartkę ze swoimi zapiskami i powiedział, by wręczyć to panu Ś. Mieliśmy przekonać go do tego, żeby w swoich wyjaśnieniach składanych w prokuraturze wybielał całkowicie Artura G. - utrzymywał w sądzie ekspolicjant.

W zamian za to ukrywający się Ś., według Marcina L., miał w ten sposób uniknąć aresztowania. Po złożeniu zeznań wyszedł na wolność po wpłaceniu 5 tys. zł poręczenia majątkowego.

- To nieprawda. Pan Marcin L. przypomina mi tonącego, który chwyta się brzytwy - powiedział nam podinspektor Krzysztof M.

Dziś w lubelskim Sądzie Okręgowym odbędzie się kolejna rozprawa o tortury w Trzcińcu. Artur G. będzie odpowiadał z wolnej stopy, a Pietia zostanie doprowadzony z aresztu śledczego.

A śledztwo idzie naprzód
W środę nasz tekst odsłaniający kulisy afery w lubelskim świecie prawniczym przeczytał minister sprawiedliwości Lech Kaczyński. Jego rzeczniczka Anna Kamińska przekazała nam, że Prokuratura Okręgowa w Lublinie prowadzi pod nadzorem lubelskiej Prokuratury Apelacyjnej „bardzo intensywne śledztwo”. Każdy nowy sygnał w śledztwie analizuje kierowana przez Kaczyńskiego Prokuratura Generalna. Ma ona w najbliższym czasie, jak ujęła to Anna Kamińska, „podjąć nowe decyzje”.

Przypomnijmy, że szefostwo prokuratury w ostatnim miesiącu zdymisjonowało naczelnika Jacka K., jego bezpośredniego przełożonego prokuratora okręgowego w Lublinie Cezarego Maja (chodzi o brak nadzoru), a także zawiesiło w czynnościach prokuratora z Lubartowa Macieja S., który jest podejrzewany o sprzedawanie prokuratorskich akt obrońcy Pieti.

Natomiast swoją funkcję zastępcy naczelnika Centralnego Biura Śledczego w Lublinie wciąż pełni podinspektor Krzysztof M.

Wczoraj oświadczenie w tej sprawie wydał rzecznik prasowy komendanta głównego policji Paweł Biedziak (lubelski CBŚ bezpośrednio podlega KGP). „Biuro Spraw Wewnętrznych KGP (policja w policji) już bada sprawę. Świadek (chodzi o Marcina L.) jest dla nas mało wiarygodny, niemniej każdy sygnał traktujemy poważnie, dlatego prowadzimy wyjaśnienia. Wyciągnięcie konsekwencji dyscyplinarnych będzie możliwe po zebraniu wiarygodnego materiału obciążającego” - napisał Biedziak.

Pomogłem urzędnikowi.

Rozmowa z podinspektorem Krzysztofem M., zastępcą naczelnika
Centralnego Biura Śledczego w Lublinie.

Jacek Brzuszkiewicz: Zna Pan wysokiego urzędnika lubelskiego magistratu Andrzeja G.?

Krzysztof M.: - Tak. Zwrócił się do mnie, prosząc o pomoc. Jego syn, chłopak z dobrego domu, trafił do aresztu za udział w pobiciu. Ojciec był zrozpaczony.

Znaliście się wcześniej?
- Nie. Prawdopodobnie przyszedł do mnie jak do policjanta. Pracuję w wydziale zajmującym się ściganiem zorganizowanej przestępczości. Pewnie dlatego wybrał mnie.

Jak mu Pan pomógł?
- Jedyne co mogłem zrobić, to porozmawiać z Arturem G. Postawiłem sprawę jasno, że jedynym wyjściem, by wydostać się z tego bagna, będzie opowiedzenie całej prawdy prokuratorowi.

Ale to nie była sprawa prowadzona przez Pański wydział?
- Jako policjant miałem prawo wysłuchać każdego, kto do mnie przychodzi.

Czy w Pana wydziale doszło do nieformalnego spotkania przebywającego w areszcie Artura G. z ojcem?
- Dokładnie nie pamiętam, ale prawdopodobnie tak. Jeśli była taka rozmowa, to chodziło o nakłonienie Artura G. do złożenia zeznań.

Złamał Pan regulamin.
- Wszystko miało służyć jednemu. Wskazaniu przestępców, którzy brali udział w pobiciu w Trzcińcu.

Czy podczas nieformalnego spotkania Artura G. z ojcem w Pana wydziale przebywał prokurator Jacek K.?
- Od całej sprawy minęły już ponad dwa lata. Ale osobiście nie sądzę, by tak było.

Marcin L., Pana były podkomendny, twierdzi, że za jego pośrednictwem wpłynął Pan na Sławomira Ś., by wybielił w zeznaniach syna urzędnika.
- To nieprawda. Marcin L. wciąż siedzi w areszcie i to on chce się wybielić. Po prostu tonący brzytwy się chwyta.

Rozmawiał: Jacek Brzuszkiewicz

PS. Wczoraj rozmawiałem także z prokuratorem Jackiem K. Zaprzeczył on zeznaniom byłego policjanta. Jednak na większość pytań nie odpowiedział, zasłaniając się tajemnicą służbową.


2001/03/02,Gazeta w Lublinie nr 52, s. 3
 
Jacek Brzuszkiewicz,

Prokurator bez immunitetu. Lubartów. Afera w lubelskim świecie prawniczym.

Maciej S., prokurator z Lubartowa, który jest podejrzewany o sprzedaż prokuratorskich akt, został wczoraj pozbawiony immunitetu. Teraz może zostać oskarżony i stanąć przed sądem.

Sprawa ma związek z opisywaną przez nas aferą w lubelskim świecie prawniczym. Przypomnijmy, że wszystko zaczęło się w kwietniu 1998 r. w Trzcińcu pod Lubartowem, gdzie pięciu bandytów skatowało mężczyznę. Wszyscy napastnicy zostali aresztowani. Był wśród nich syn Andrzeja G., wysokiego urzędnika lubelskiego magistratu i Sławomir S., pseudonim Pietia, jeden z najbogatszych lubelskich Cyganów.

Andrzej G., ratując syna, miał zwrócić się o pomoc do Krzysztofa M., zastępcy naczelnika policyjnego Centralnego Biura Śledczego w Lublinie i Jacka K., szefa prokuratorskiego wydziału ds. zwalczania przestępczości zorganizowanej (prokurator w grudniu ub.r. stracił stanowisko, podobnie jak szef Prokuratury Okręgowej w Lublinie Cezary Maj). Andrzej G., zastępca wydziału gospodarki komunalnej Urzędu Miejskiego w Lublinie został już aresztowany. Za kratkami siedzi też mecenas Adam K. który bronił drugiego z bandytów z Trzcińca Sławomira S.

Prokuratura zarzuca adwokatowi m.in. wręczenie łapówki - 1,5 tys. zł, za kserokopie akt sprawy dotyczącej napadu w Trzcińcu. Według prokuratury to właśnie 31-letni Maciej S., prokurator z Lubartowa, umożliwił adwokatowi kupno kserokopii.

Przypomnijmy, że prokuratura wnosiła o uchylenie immunitetu wobec Macieja S. jeszcze w styczniu. Sąd dyscyplinarny pierwszej instancji immunitet uchylił. Prokurator odwołał się. Wczoraj zapadła w tej sprawie prawomocna decyzja. Oznacza, że Maciej S. nie ma już immunitetu i można mu przedstawić zarzut, oskarżyć i postawić przed sądem.

Oprócz Macieja S. i byłego naczelnika Jacka K. w aferę w lubelskim świecie prawniczym zamieszanych jest jeszcze co najmniej dwóch prokuratorów z lubelskiej Prokuratury Okręgowej. Śledztwo w tej sprawie zostało przed dwoma tygodniami przekazane do prowadzenia Prokuraturze Okręgowej w Krakowie.

2001/04/06,  Gazeta w Lublinie nr 82, s. 3
Grzegorz Praczyk, Jacek Brzuszkiewicz,

Prokurator za kratkami.

Macieja S., prokuratora z Lubartowa, aresztował krakowski sąd za wzięcie łapówki i utrudnianie śledztwa. Od 1990 r. to pierwszy taki przypadek w lubelskim wymiarze sprawiedliwości. 31-letni prokurator spędzi za kratkami co najmniej dwa miesiące. O umieszczenie go w areszcie wnioskował wydział ds.


4
 

zwalczania przestępczości zorganizowanej Prokuratury Okręgowej w Krakowie. Zarzucono mu przyjęcie korzyści majątkowej w zamian za sprzedaż skserowanych akt jednej ze spraw, która toczyła się w lubartowskiej prokuraturze. Maciej S. miał za to wziąć 1,5 tys. zł. Drugi zarzut wobec prokuratora mówi o utrudnianiu prowadzonego śledztwa.

Czwartkowe aresztowanie prokuratora nie było proste. Na początku sąd dyscyplinarny musiał mu odebrać immunitet. Następnie decyzja sądu musiała się uprawomocnić.

Sprawa prokuratora Macieja S. ściśle wiąże się z opisywaną przez nas w styczniu i lutym aferą w lubelskim świecie prawniczym. Chodzi o słynny już napad w Trzcińcu, gdzie pięciu bandytów skatowało człowieka. Jednym z nich był syn zastępcy dyrektora wydziału gospodarki komunalnej lubelskiego Urzędu Miejskiego Andrzeja G. Urzędnik został już aresztowany pod zarzutem wpływania na bieg toczącej się sprawy. Za kratkami siedzi też mecenas Adam K., który miał kupić od prokuratora Macieja S. akta sprawy. Po co? Adwokat bronił innego bandyty z Trzcińca, jednego z najbogatszych lubelskich Romów Sławomira S., pseudonim Pietia.

Śledztwo w sprawie afery w lubelskim świecie prawniczym trafiło przed miesiącem do krakowskiej prokuratury. Z nieoficjalnych informacji wynika, że w ciągu dwóch miesięcy ma się zakończyć aktem oskarżenia. jb, gp

2001/04/18,Gazeta w Lublinie nr 91, s. 3
 Grzegorz Praczyk,
„Pietia” do więzienia. Z sądu. Skazujący wyrok w sprawie pobicia z Trzcińca.

Sławomir Sokołowski ps. „Pietia” i czterej jego koledzy spędzą kilka lat w więzieniu za brutalne pobicie w podlubartowskim Trzcińcu - uznał wczoraj Sąd Okręgowy w Lublinie.

To przełom w głośnej sprawie korupcji w lubelskim wymiarze sprawiedliwości opisywanej przez „Gazetę”.

Na nic zdały się próby przekupstwa i utrudniania śledztwa podejmowane m.in. przez znanego lubelskiego adwokata Adama K. (obrońcy Sokołowskiego) i wicedyrektora Wydziału Gospodarki Komunalnej lubelskiego magistratu Andrzeja G. (ojca oskarżonego w sprawie Artura Grykałowskiego). Obaj ich „podopieczni” otrzymali wczoraj wyroki więzienia.Sokołowski znany w lubelskim światku przestępczym i uznawany niegdyś za prawą rękę Roberta K. ps. „Ciolo”, uznany został przez sąd za „kierownika” tego,

co działo się w Trzcińcu. Spędzi w więzieniu sześć lat. Taki sam wyrok otrzymał Andrzej Niedziałek, a o pół roku dłużej za kratkami posiedzi Leszek Czerwoniak (oprócz napadu skazano go jeszcze za nielegalne posiadanie broni). Pięć lat więzienia dostał Sławomir Świerk, a cztery i pół roku Artur Grykałowski.

Co się zdarzyło w Trzcińcu
Do mrożących krew w żyłach zdarzeń doszło 5 kwietnia 1998 roku w podlubartowskiej miejscowości Trzciniec. To właśnie tam pięciu skazanych wczoraj mężczyzn (Sokołowski, Grykałowski, Niedziałek, Świerk i Czerwoniak) podstępnie wywabiło swoją ofiarę, znanego im wcześniej Krzysztofa A. Sąd nie ustalił dokładnie, co było powodem zatargu. Według jednej z wersji chodziło o „trefny” samochód, który Krzysztof A. miał podarować krewnemu Sokołowskiego. Według innej - o pieniądze za działkę budowlaną.

Zwabiony pod pozorem okazyjnego kupna samochodu Krzysztof A. został wciągnięty przez napastników do stodoły (zabudowania w Trzcińcu należały do Czerwoniaka). Tam bandyci bili go pięściami, kopali, tłukli trzonkiem od siekiery, metalowym pilnikiem. Kiedy Krzysztof A. próbował się uwolnić, oprawcy spryskali mu twarz gazem obezwładniającym. Grykałowski założył na szyję ofiary pętlę, przewiesił sznurek przez belkę stropową i podciągnął do góry Krzysztofa A. Bandyci bili go dalej. Grozili śmiercią, wkładając lufę dubeltówki do ust.

W międzyczasie na miejscu pojawił się wezwany telefonicznie Sokołowski, który przyłączył się do bicia, używając do tego m.in. swojej kuli rehabilitacyjnej. Bandyci zabrali Krzysztofowi A. pieniądze - 12 tysięcy złotych, 600 dolarów, 100 marek i telefon komórkowy. Zażądali wydania dalszych pieniędzy i odwieźli do Lublina.

Krzysztof A. poszedł na policję i poinformował o wszystkim funkcjonariuszy. Wkrótce bandyci znaleźli się za kratkami.

Za co mnie pan skazał?
Sąd uznał, że to właśnie Sokołowski zaplanował i zlecił realizację napadu na Krzysztofa A. Tak wynikało z pierwszych zeznań pokrzywdzonego, a także z części wyjaśnień oskarżonych. - Za co mi pan dał sześć lat? Specjalnie żeście mnie wrobili! - krzyczał Sokołowski po usłyszeniu wyroku. Głośno wyrażał swoje niezadowolenie na widok fotoreporterów robiących mu

zdjęcia. Pozostali skazani wyrok przyjęli z rezygnacją. Siedzieli spokojnie, kiedy przewodniczący składu sędziowskiego Mirosław Styk ogłaszał motywy takiego rozstrzygnięcia.

Różnica kar, jakie orzekł sąd, wynika głównie z tego, że Sokołowski, Niedziałek i Czerwoniak byli już wcześniej karani za podobne przestępstwa. Sąd wymierzył Arturowi Grykałowskiemu karę wyższą niż proponował prokurator (chciał czterech lat) ponieważ uznał, że działał najbrutalniej ze

wszystkich sprawców. - To on trzymał sznur i bił Krzysztofa A. najbardziej dotkliwie - mówił sędzia Styk.

W chwilę po wyroku sąd zdecydował o aresztowaniu Grykałowskiego i Czerwoniaka, którzy odpowiadali na procesie z wolnej stopy. Mężczyźni przeczuwali taki rozwój wydarzeń, bo nie pojawili się na ogłoszeniu wyroku.

Sąd pozwolił wczoraj na publikację danych personalnych i ujawnienie wizerunków oskarżonych.

Wczorajszy wyrok jest nieprawomocny. Strony mogą odwołać się od niego do Sądu Apelacyjnego.

Trzciniec początkiem prawniczej afery
Sprawa napadu w Trzcińcu stała się początkiem opisywanej już przez „Gazetę” afery w lubelskim świecie prawniczym. W połowie grudnia ubiegłego roku aresztowano znanego lubelskiego adwokata, mecenasa Adama K. W sprawie trzcinieckiej bronił on głównego oskarżonego Sławomira Sokołowskiego. Zarzut, jaki postawiono mecenasowi, to m.in. próba skorumpowania funkcjonariusza publicznego. Nieoficjalnie wiadomo, że chodzi o oskarżającego w sprawie z Trzcińca prokuratora z Lubartowa.

Zarzuty postawione mecenasowi to także nakłanianie do składania fałszywych zeznań i wywieranie brutalnego wpływu na świadka. Chodzi o pokrzywdzonego z Trzcińca Krzysztofa A. Nieoczekiwanie bardzo szybko zmienił on swoje zeznania, twierdząc, że Sokołowski nie brał udziału w biciu. Sąd mu jednak nie uwierzył i wziął za podstawę wczorajszego skazania to, co Krzysztof A. mówił tuż po zajściu na policji.

Działania adwokata Adama K. to nie jedyne nieprawidłowości w sprawie z Trzcińca. Niedługo po mecenasie aresztowano Andrzeja G., wicedyrektora Wydziału Gospodarki Komunalnej lubelskiego ratusza, ojca oskarżonego w sprawie Artura Grykałowskiego. Jemu także przedstawiono zarzuty związane z matactwami w sprawie trzcinieckiej. Sam pokrzywdzony z Trzcińca twierdził na sali sądowej, że urzędnik magistratu próbował wymusić na nim zmianę zeznań.

Krąg aresztowanych w sprawie afery z Trzcińca uzupełnił ostatnio prokurator Maciej S. z Prokuratury Rejonowej w Lubartowie. Aresztowanie go było możliwe po wcześniejszym odebraniu mu immunitetu. Prokuratorowi zarzuca się sprzedaż za 1,5 tysiąca złotych akt sprawy

trzcinieckiej i utrudnianie śledztwa. Śledztwo w sprawie matactw w lutym tego roku przekazane zostało do Prokuratury Okręgowej w Krakowie. Nieoficjalnie wiadomo, że powinno się ono zakończyć w ciągu kilku tygodni aktem oskarżenia. gp

Niewyjaśniony wątek?
Niewyjaśniony jest inny wątek dotyczący matactw wokół sprawy Trzcińca. Marcin L. eks-policjant, zamieszany w handel narkotykami, zeznawał w sądzie jako świadek w listopadzie ubiegłego roku jeszcze przed aresztowaniem adwokata Adama K. i dyrektora Andrzeja G. Powiedział, że w sprawę korzystniejszego przedstawienia działań Artura Grykałowskiego, niż to było w rzeczywistości zamieszane były także inne osoby. Oprócz ojca skazanego mężczyzny świadek wymienił także wysokiego funkcją lubelskiego prokuratora z Prokuratury Okręgowej oraz zastępcę naczelnika lubelskiego Centralnego Biura Śledczego. Pośrednikiem między nimi miał być znany lubelski dziennikarz.

Prokurator i policjant w rozmowie z dziennikarzami „Gazety” określili zeznania Marcina L. jako wyssane z palca.

Pod koniec ubiegłego roku minister Kaczyński na wniosek prokuratora apelacyjnego Włodzimierza Blajerskiego odwołał opisywanego przez Marcina L. prokuratora z pełnionej przez niego funkcji szefa wydziału ds. przestępczości zorganizowanej. Wraz z nim funkcję stracił szef całej prokuratury (chodziło o brak nadzoru). Rzecznik prokuratury powiedział jedynie, że „dymisja ma związek ze stratą zaufania do prokuratorów”. gp

2001/06/08, Gazeta w Lub nr. 133, s. 1
Grzegorz Praczyk,

Prokurator na wolności
.

Podejrzewany o korupcję prokurator z Lubartowa Maciej S. wyjdzie na wolność za poręczeniem majątkowym. Zdecydował o tym wczoraj lubelski sąd.

Na wczorajszym posiedzeniu Sąd Okręgowy rozpatrywał zażalenie 31-letniego Macieja S. na wcześniejszą decyzję o przedłużeniu jego aresztowania, podjętą pod koniec maja przez Sąd Rejonowy. Zgodnie z nią prokurator miał zostać w areszcie jeszcze przez co najmniej dwa miesiące. Wczoraj sąd uznał jednak, że dalsze aresztowanie Macieja S. jest niecelowe. Zmienił środek zapobiegawczy na poręczenie majątkowe w kwocie 10 tys. zł i zakazał mu opuszczenia kraju.

Prokurator Maciej S. jest jednym z bohaterów opisywanej przez „Gazetę” afery w lubelskim świecie prawniczym. To on miał w zamian za 1,5 tys. zł przekazać lubelskiemu adwokatowi Adamowi K. akta prowadzonej przez jego koleżankę sprawy rozboju. Po co? Mecenas K. bronił sprawcy rozboju, jednego z najbogatszych lubelskich Romów


5
 

Sławomira S. ps. „Pietia”.

Prokuratora Macieja S. aresztowano w kwietniu. Było to możliwe dzięki odebraniu mu immunitetu przez prokuratorski sąd dyscyplinarny w marcu tego roku.

2001/08/01,Gazeta w Lublinie nr 178, s. 3
 Grzegorz Praczyk,
Prawnicy oskarżeni. Z sądu. Akt oskarżenia w sprawie afery korupcyjnej w świecie prawniczym.

Prokurator, adwokat i były wiceszef wydziału w Urzędzie Miejskim zasiądą na ławie oskarżonych w lubelskim sądzie. Trafił tam właśnie akt oskarżenia w sprawie opisywanej przez „Gazetę” afery korupcyjnej w świecie prawniczym.

Sprawa, którą wielokrotnie opisywaliśmy w „Gazecie”, jest jak do tej pory, najpoważniejszą aferą korupcyjną ujawnioną na Lubelszczyźnie. Śledztwo prowadziła krakowska Prokuratura Okręgowa, która wczoraj wysłała do lubelskiego sądu akt oskarżenia. Dotyczy on sześciu osób. Wśród nich są lubelski adwokat Adam K., prokurator Maciej S., były wicedyrektor wydziału gospodarki komunalnej lubelskiego magistratu Andrzej G. Oprócz nich oskarżono jeszcze trzy inne osoby. - Żaden z oskarżonych nie przyznał się do winy - mówi prokurator Joanna Kowalska, rzecznik prasowa krakowskiej Prokuratury Okręgowej. - Niektórzy z nich potwierdzili tylko, że pewne okoliczności podawane przez prokuraturę miały miejsce.

Początek w Trzcińcu
Wszystko zaczęło się od rozboju w podlubartowskim Trzcińcu w kwietniu 1998 roku. Pięciu młodych mężczyzn (niektórzy wcześniej dobrze znani organom ścigania) pobiło tam Krzysztofa A. Twierdzili, że ich oszukał. Zabrali mężczyźnie 12 tysięcy złotych, kilkaset dolarów, 100 marek, telefon komórkowy. Krzysztof A. o wszystkim doniósł policji. Wkrótce bandyci znaleźli się za kratkami. Byli wśród nich Sławomir Sokołowski ps. „Pietia”, dobry znajomy Roberta K. ps. „Ciolo” i Artur Grykałowski, syn urzędnika lubelskiego magistratu.

Sprawą rozboju w Trzcińcu zajęła się lubartowska prokuratura. Wkrótce akt oskarżenia w sprawie rozboju w Trzcińcu wpłynął do lubelskiego Sądu Okręgowego. Na rozprawie jeden z oskarżonych powiedział, że w lubartowskiej prokuraturze można było kupić akta sprawy. Sąd poinformował o tym Prokuraturę Okręgową w Lublinie, która ustaliła, że aktami handlował prokurator Maciej S. Za tysiąc złotych sprzedał je Pawłowi T. Ten przekazał akta lubelskiemu adwokatowi Adamowi K., obrońcy oskarżonego w sprawie o rozbój Sławomira Sokołowskiego. Mecenas Adam K. trafił do aresztu w grudniu ubiegłego roku. Prokurator Maciej S. w kwietniu tego roku, po tym jak prokuratorski sąd dyscyplinarny uchylił mu immunitet.

Sąd się nie nabrał
To jednak nie wszystko. Śledztwo w sprawie nieprawidłowości w sprawie trzcinieckiej nabierało tempa. Okazało się, że innemu oskarżonemu, Arturowi Grykałowskiemu próbowano pomagać podobnie jak Sokołowskiemu - poprzez nakłanianie pobitego Krzysztofa A. do składania fałszywych zeznań. Wkrótce do aresztu trafił ojciec Grykałowskiego, urzędnik lubelskiego Urzędu Miejskiego Andrzej G., który najpierw miał działać wspólnie z adwokatem Adamem K. Później drogi obu panów się rozeszły i każdy mataczył na rzecz swojego podopiecznego.

Tymczasem w sprawie sądowej o rozbój w Trzcińcu pobity Krzysztof A. zmieniał swoje zeznania z rozprawy na rozprawę. Sąd jednak nie uwierzył w to, co Krzysztof A. mówił na rozprawie i za wiarygodne uznał to, co pobity powiedział policji tuż po zdarzeniu.

W kwietniu wydał wyrok. Wszyscy oskarżeni otrzymali bezwzględne kary więzienia. Wyrok jest nieprawomocny. Sąd pozwolił na ujawnienie personaliów skazanych.

Więzienie dla adwokata?
Akt oskarżenia w sprawie matactw trafił wczoraj po południu do Sądu Rejonowego. Za wymienione w dokumencie czyny wszystkim oskarżonym grożą kary bezwzględnego więzienia.

Zanim sprawa sądowa się zacznie, sąd będzie musiał podjąć decyzję, czy czterech oskarżonych, którzy do tej pory siedzą w areszcie, dalej tam pozostanie. Termin aresztowania upływa całej czwórce 9 sierpnia.

Oskarżeni i zarzuty
Maciej S. - 31-letni prokurator, przed aresztowaniem pracował w Prokuraturze Rejonowej w Lubartowie. Krakowska prokuratura oskarżyła go o to, że przyjął tysiąc złotych łapówki w zamian za przekazanie kopii dokumentów prokuratorskich. Na ich podstawie sporządzane były „instrukcje” dla świadków. Prokurator jest też oskarżony o utrudnianie toczącego się w prokuraturze postępowania karnego. Maciej S. siedział w areszcie od kwietnia do czerwca. Wyszedł za poręczeniem majątkowym.

Adam K. - przed aresztowaniem znany lubelski adwokat. Na nim ciążą najpoważniejsze zarzuty: usiłowanie udzielenia korzyści majątkowej w formie artykułów spożywczych i alkoholu innemu prokuratorowi z Lubartowa,
pomoc sprawcom rozboju z Trzcińca w uniknięciu odpowiedzialności karnej,

nakłanianie świadka do składania fałszywych zeznań (przekazywanie pisemnych „instrukcji” jak ma zeznawać). Adwokat siedział w areszcie od grudnia ubiegłego roku do czerwca. Wyszedł za poręczeniem majątkowym i osobistym Okręgowej Rady Adwokackiej i profesora prawa na UMCS  Krzysztofa Chorążego.

Andrzej G. - do niedawna wicedyrektor Wydziału Gospodarki komunalnej lubelskiego magistratu, ojciec skazanego na więzienie za rozbój w Trzcińcu Artura Grykałowskiego (poszukiwanego listem gończym, po tym jak nie stawił się do więzienia). Prokuratura zarzuca byłemu urzędnikowi pomoc w uniknięciu odpowiedzialności karnej sprawcom rozboju poprzez namawianie do składania fałszywych zeznań, ułatwienie wręczenia łapówki, złożenie fałszywych zeznań w toku postępowania przygotowawczego i sądowego. Andrzej G. jest w areszcie od lutego.

Paweł T. - to on, zdaniem krakowskiej prokuratury, wręczył tysiąc złotych prokuratorowi Maciejowi S. Oprócz łapownictwa postawiono mu zarzut utrudniania postępowania karnego. Paweł T. od stycznia przebywa w areszcie.

Wojciech K. i Marek B. - obaj mężczyźni, zdaniem prokuratury, pomagali głównym inicjatorom matactw w sprawie Trzcińca. To oni mieli grozić pokrzywdzonemu i nakłaniać go do zmiany zeznań. Marek B. posługiwał się przy tym podrobioną legitymacją policyjną. Obaj mężczyźni siedzą za kratkami.

Niewyjaśnione wątki
Wątek pomocy oskarżonym w sprawie z Trzcińca to nie jedyny, którym zajmuje się krakowska prokuratura. - Do odrębnego postępowania wyłączono kilka wątków - potwierdza prokurator Joanna Kowalska. - Dotyczą one udziału innych osób w matactwach wokół sprawy, przekroczenia uprawnień przez osobę pełniącą funkcję publiczną i innych zdarzeń dotyczących śledztwa.

Czego mogą dotyczyć dodatkowe wątki? Prokurator Kowalska nie ujawnia szczegółów. Wiadomo jednak, że w listopadzie ubiegłego roku na sprawie z Trzcińca zeznawał jako świadek Marcin L. - ekspolicjant, zamieszany w sprawę handlu narkotykami. Powiedział, że w sprawę korzystniejszego przedstawienia w sprawie Artura Grykałowskiego zamieszane były inne osoby: wysoki prokurator Prokuratury Okręgowej w Lublinie i zastępca naczelnika lubelskiego Centralnego Biura Śledczego. Pośrednikiem przy kontaktach ojca Grykałowskiego z prokuratorem i policjantem miał być znany lubelski dziennikarz. Prokurator i policjant w rozmowie z „Gazetą” określili zeznania Marcina L. jako „wyssane z palca”. Pod koniec ubiegłego roku minister sprawiedliwości odwołał prokuratora z pełnionej przez niego funkcji szefa wydziału ds. przestępczości zorganizowanej. Tłumaczył to oficjalnie „stratą zaufania”. W lutym sprawę matactw wokół rozboju w Trzcińcu przekazano z Lublina do krakowskiej Prokuratury Okręgowej.

2001/08/03, Gazeta w Lub. nr 180, s. 3
Grzegorz Praczyk,

Mecenas sobą nie kierował. Z sądu. Adam K. będzie mógł liczyć na złagodzenie kary.

Oskarżony o przekupstwo prokuratora adwokat Adam K. będzie mógł liczyć na złagodzenie kary. Dlaczego? Psychiatrzy orzekli, że w czasie dokonywania przestępstw nie był w stanie kierować swoim działaniem.

Jak się nieoficjalnie dowiedzieliśmy, według opinii psychiatrycznej sporządzonej przez biegłych lekarzy do sprawy afery korupcyjnej w świecie prawniczym, znany lubelski adwokat Adam K. miał w chwili popełniania przestępstw bardzo ograniczoną zdolność do pokierowania swoim postępowaniem. Taka opinia znajduje się w aktach sprawy. Prokuratura uwzględniła ten fakt przy sporządzaniu aktu oskarżenia.

Co to oznacza w praktyce? Zgodnie z kodeksem karnym, jeżeli w czasie popełnienia przestępstwa zdolność „kierowania postępowaniem była w znacznym stopniu ograniczona, sąd może zastosować nadzwyczajne złagodzenie kary”. Mecenas Adam K. jest oskarżony o usiłowanie przekupstwa prokuratora, nakłanianie świadka do składania fałszywych zeznań i utrudnianie śledztwa. Grozi mu nawet osiem lat więzienia. Jeśli sąd przy ewentualnym wymierzaniu kary wziąłby pod uwagę opinię biegłych psychiatrów, mecenas otrzymałby symboliczny wyrok.

Przypomnijmy. Prokuratura Okręgowa przesłała we wtorek do lubelskiego Sądu Rejonowego akt oskarżenia przeciwko sześciu osobom zamieszanym w wielokrotnie opisywaną przez „Gazetę” aferę korupcyjną w lubelskim świecie prawniczym. Wśród sześciu oskarżonych osób jest adwokat Adam K., prokurator z Lubartowa Maciej S. i były wicedyrektor wydziału w Urzędzie Miasta Andrzej G. Wszystkim prokuratura zarzuciła matactwa w śledztwie dotyczącym pięciu sprawców rozboju w podlubartowskim Trzcińcu (był wśród nich syn urzędnika magistratu). Mecenas K. miał m.in. próbować przekupić prokuratora i sporządzić „instrukcję” z zeznaniami, jakie miał złożyć pokrzywdzony w rozboju. Adwokat nie przyznaje się do winy.

Ale to nie koniec śledztw. Krakowska prokuratura wyłączyła ze sprawy dotyczącej Trzcińca szereg wątków, które przerodziły się w odrębne postępowania. Jeden z nich dotyczy sprawy  


6
 

ewentualnego przekroczenia uprawnień przez wiceszefa lubelskiego Centralnego Biura Śledczego Ryszarda M. i nie wymienionych z nazwiska prokuratorów Prokuratury Okręgowej w Lublinie. Prokuratura bada, czy nie podejmowali oni bezprawnych działań w celu wypuszczenia na wolność oskarżonego w sprawie z Trzcińca syna urzędnika i umniejszenia jego roli w rozboju.

2001/08/11-2001/08/12, G. L., nr 187, s. 4
Grzegorz Praczyk,

Afera całkiem kosztowna? Z sądu.

Krzysztof A., którego w kwietniu 1998 roku w podlubartowskim Trzcińcu pobiło pięciu mężczyzn, chce od bandytów ponad 230 tys. zł odszkodowania.

Wśród pozwanych jest m.in. Artur Grykałowski, syn oskarżonego o matactwa właśnie w tej sprawie byłego wiceszefa wydziału w lubelskim Urzędzie Miasta, i Sławomir Sokołowski, ps. Pietia, osobnik znany w przestępczym półświatku.

Krzysztof A. został przez nich wywieziony i pobity, ponieważ bandyci twierdzili, że nie rozliczył się z nimi z wcześniejszych interesów. Napastnicy zabrali swojej ofierze pieniądze i wartościowe przedmioty. Kiedy Krzysztof A. doniósł o wszystkim na policję, skradzione przedmioty „odnalazły się przypadkiem” w jego samochodzie.

W pozwie, który Krzysztof A. złożył w lubelskim Sądzie Okręgowym domaga się on 233 tys. zł odszkodowania. Twierdzi, że na skutek pobicia zmuszony był przerwać działalność gospodarczą, która przynosiła mu duże dochody. Odczuwa też zaburzenia psychiczne i nie jest w stanie podjąć pracy.

Rozbój w Trzcińcu stał się początkiem największej afery korupcyjnej, jaka do tej pory wyszła na jaw w lubelskim wymiarze sprawiedliwości. Obrońca jednego z oskarżonych mecenas Adam K. wraz z ojcem Artura Grykałowskiego, ówczesnym wiceszefem wydziału lubelskiego Urzędu Miasta zostali oskarżeni przez prokuraturę o matactwa wokół sprawy. Dołączył do nich prokurator z Lubartowa Maciej S. oskarżony o sprzedaż akt sprawy. To właśnie oni - zdaniem prokuratury - nakłaniali Krzysztofa A. do zmiany zeznań. Na rozprawie w sądzie Krzysztof A. umniejszał rolę „Pieti” w pobiciu. Sąd jednak w to nie uwierzył i skazał wszystkich bandytów na kary więzienia. Obecnie toczy się przeciw Krzysztofowi A. odrębne postępowanie w sprawie składania fałszywych zeznań.

2001/08/21, Gazeta w Lublinie nr. 194, s. 1
 Grzegorz Praczyk,

Nie chcą sądzić kolegi. Z sądu. Lubelscy sędziowie wyłączają się ze sprawy afery

Już dwoje sędziów lubelskiego Sądu Rejonowego oświadczyło, że nie chce sądzić sprawy afery korupcyjnej
w lubelskim światku prawniczym. Podobnie zapowiadają inni sędziowie.

Wszyscy argumentują to znajomością z oskarżonymi w sprawie - lubartowskim prokuratorem i lubelskim adwokatem. Jeśli żaden z sędziów lubelskiego sądu nie zechce osądzić sprawy afery, być może sprawa zostanie przeniesiona do innego sądu. Gdzie? Zadecydować może o tym nawet Sąd Najwyższy.

Sprawa dotyczy opisywanych wiele razy przez „Gazetę” matactw wokół rozboju w podlubartowskim Trzcińcu w 1998 roku. Sześć oskarżonych osób (w tym znany lubelski adwokat Adam K., lubartowski prokurator Maciej S., były wicedyrektor wydziału w Urzędzie Miasta Andrzej G.) próbowało - zdaniem prokuratury - umniejszyć rolę w dokonaniu rozboju kilku osób, w tym syna dyrektora. Z aktu oskarżenia wynika, że prokurator za łapówkę

„wyniósł z prokuratury” akta toczącej się sprawy,oskarżeni zastraszali też świadka - pokrzywdzonego w sprawie rozboju. Nie udało im się niczego osiągnąć. Sąd nieprawomocnym wyrokiem skazał wszystkich oskarżonych na kary więzienia, a mecenas, prokurator i dyrektor trafili na pewien czas do aresztu. Akt oskarżenia przeciwko nim trafił do lubelskiego Sądu Rejonowego. Zgodnie z przepisami o tym, kto z sędziów ma sądzić sprawę, decyduje przewodniczący wydziału, do którego sprawa trafiła.

Pierwszy sędzia, któremu przydzielono matactwa z Trzcińca, złożył wniosek o wyłączenie go z sądzenia tej sprawy. Argumentował to tym, że dobrze zna oskarżonych. Podobnie było z sędzią, która otrzymała sprawę po nim. Nie chce jej sądzić, ponieważ studiowała na roku, a potem robiła aplikację wspólnie z oskarżonym prokuratorem Maciejem S.

Kiedy rozstrzygną się losy sprawy? Być może dopiero za kilka tygodni. Jeśli wszyscy sędziowie w Sądzie Rejonowym złożą wnioski o wyłączenie ich z sądzenia sprawy, trafi ona do Sądu Okręgowego w Lublinie. Ten zdecyduje czy powody podawane przez sędziów są wystarczające. Jeżeli tak uzna, to może przekazać sprawę matactw do innego sądu w zasięgu swojej jurysdykcji (województwo lubelskie z wyłączeniem Zamojszczyzny). Niewykluczone, że o dalszym losie sprawy zadecyduje Sąd Najwyższy. Być może przekaże ją do innego sądu w Polsce.

2001/08/30, Gazeta w Lub. nr 202, s. 3
Grzegorz Praczyk,

Afera zostanie w Lublinie.

Sąd Rejonowy w Lublinie osądzi sprawę afery korupcyjnej w lubelskim świecie prawniczym, w której oskarżeni są m.in. lubelski adwokat i lubartowski prokurator.

Trzeci z kolei sędzia, któremu sprawę przekazał przewodniczący wydziału, zdecydował się ją przyjąć. Wcześniej sądzenia sprawy afery korupcyjnej odmówiło dwoje sędziów. Oboje tłumaczyli odmowę tym, że bardzo dobrze znają oskarżonych, razem z nimi pracowali. Podobne deklaracje składali kolejni sędziowie. Groziło nawet, że sprawa zostanie przekazana z Lublina do innego sądu.

Ostatecznie sprawę osądzi jednak lubelski sędzia. Na razie jest na etapie zapoznawania się z aktami. Rozpoczęcia procesu można się spodziewać nie wcześniej niż za kilka miesięcy.

Sprawa wielokrotnie opisywanej przez „Gazety w Lublinie” afery dotyczy matactw wokół sprawy rozboju w podlubartowskim Trzcińcu w kwietniu 1998 roku.

O nieformalne działania, polegające m.in. na zastraszaniu świadka i handel prokuratorskimi aktami oskarżeni są m.in. znany lubelski adwokat Adam K., lubartowski prokurator Maciej S. i były wiceszef wydziału w lubelskim magistracie Andrzej G.

2001/10/15, Gazeta w Lub. nr. 241, s. 3
Grzegorz Praczyk,

Z sądu. Mecenas przed sądem.

Już wiadomo, kiedy odbędzie się pierwsza rozprawa w sprawie wielokrotnie opisywanej przez media afery korupcyjnej w lubelskim świecie prawniczym. Sąd Rejonowy w Lublinie, przed którym toczyć się będzie proces, wyznaczył pierwszy termin sprawy na 7 listopada. Przypomnijmy, że na ławie oskarżonych zasiądą tego dnia znany lubelski adwokat Adam K., prokurator z lubartowskiej Prokuratury Rejonowej Maciej S., były


7
 

dyrektor jednego z wydziałów w lubelskim Urzędzie Miejskim Andrzej G., a także kilku innych mężczyzn. Wszyscy oskarżeni są o matactwa wokół śledztwa w sprawie jednego z rozbojów. Będzie to pierwszy na Lubelszczyźnie proces o matactwa, w którym oskarżonymi są adwokat i prokurator.

2001/11/07, Gazeta w Lublinie nr 260, s. 3
Jacek Brzuszkiewicz, Grzegorz Praczyk,

Adwokat i prokurator na ławie oskarżonych. Rozpoczyna się najważniejszy proces ostatnich lat.


Maciej S.
- 31-letni prokurator, przed aresztowaniem pracował w Prokuraturze Rejonowej w Lubartowie i syn znanego profesora z UMCS. Krakowska prokuratura oskarżyła go o to, że przyjął tysiąc złotych łapówki w zamian za przekazanie kopii dokumentów prokuratorskich. Na ich podstawie sporządzane były instrukcje dla świadków. Prokurator jest też oskarżony o utrudnianie toczącego się w prokuraturze postępowania karnego. Maciej S. siedział w areszcie od kwietnia do czerwca. Wyszedł za poręczeniem majątkowym.

Adam K. - znany lubelski adwokat, w połowie lat 90. bronił trzech braci G., oskarżonych i skazanych za wyłudzenie ze Wschodniego Banku Cukrownictwa SA 2,5 mln zł. W procesie korupcyjnym ciążą na nim najpoważniejsze zarzuty: usiłowanie udzielenia korzyści majątkowej innemu prokuratorowi z Lubartowa, pomoc sprawcom rozboju z Trzcińca w uniknięciu odpowiedzialności karnej, nakłanianie świadka do składania fałszywych zeznań. Adwokat siedział w areszcie od grudnia ubiegłego roku do czerwca. Wyszedł za poręczeniem majątkowym i osobistym Okręgowej Rady Adwokackiej i profesora prawa na UMCS Krzysztofa Chorążego.

Andrzej G. - jeszcze na początku roku wicedyrektor Wydziału Gospodarki Komunalnej lubelskiego magistratu, a w przeszłości szef wydziału planowania, ojciec skazanego na więzienie za rozbój w Trzcińcu Artura G. Prokuratura zarzuca byłemu urzędnikowi pomoc w uniknięciu odpowiedzialności karnej sprawcom rozboju poprzez namawianie do składania fałszywych zeznań, ułatwienie wręczenia łapówki, złożenie fałszywych zeznań w toku postępowania przygotowawczego i sądowego. Andrzej G. jest w areszcie od lutego.

Proces w sprawie afery korupcyjnej w lubelskim świecie prawniczym rozpocznie się dziś przed Sądem Rejonowym w Lublinie. Rozprawa, z uwagi na nazwiska i funkcje, które pełnili oskarżeni, określana jest mianem procesu dekady. Na ławie oskarżonych zasiądzie sześć osób: wśród nich znany lubelski adwokat Adam K., były dyrektor wydziału gospodarki komunalnej Urzędu Miejskiego w Lublinie Andrzej G. i prokurator z Lubartowa Maciej S.

.Mecenas Adam K. trafił do aresztu w grudniu ub.r., a prokurator Maciej S. pięć miesięcy później, po tym jak prokuratorski sąd dyscyplinarny uchylił mu immunitet.

Mecenas bronił Pietę, a urzędnik syna. To jednak nie wszystko. Śledztwo w sprawie nieprawidłowości w sprawie z Trzcińca nabierało tempa. Okazało się, że innemu oskarżonemu, tak jak „Pietii”, także próbowano pomagać. Chodzi o syna urzędnika z magistratu Artura G. W jaki sposób? Poprzez nakłanianie pobitego w Trzcińcu Krzysztofa A. do składania fałszywych zeznań. Wkrótce po tym do aresztu trafił ojciec Artura G., który najpierw miał działać wspólnie z adwokatem Adamem K. Później drogi obu panów się rozeszły i każdy mataczył na rzecz swojego podopiecznego. Tymczasem w sprawie sądowej o rozbój w Trzcińcu pobity Krzysztof A. zmieniał swoje zeznania  z rozprawy na rozprawę. Sąd jednak nie uwierzył w to, co Krzysztof A. mówił na rozprawie i za wiarygodne uznał to, co pobity powiedział policji tuż po zdarzeniu.

W kwietniu br. wydał wyrok. Wszyscy oskarżeni otrzymali bezwzględne kary więzienia. Wyrok jest nieprawomocny, a sąd pozwolił na ujawnienie nazwisk skazanych.

Więzienie dla adwokata? Oprócz mecenasa, prokuratora i urzędnika na ławie oskarżonych zasiądą jeszcze trzy inne osoby zamieszane w korupcję. - Żaden z oskarżonych nie przyznał się do winy - tłumaczy prokurator Joanna Kowalska z krakowskiej Prokuratury Okręgowej. - Niektórzy z nich potwierdzili tylko, że pewne okoliczności podawane przez prokuraturę miały miejsce.

Ciężar gatunkowy rozpoczynającej się dziś rozprawy wzrasta z uwagi na nazwiska świadków. Jest wśród nich były szef Prokuratury Rejonowej dla miasta Lublina, naczelnik prokuratorskiego wydziału ds. zwalczania przestępczości zorganizowanej, jeden z szefów policyjnego oddziału Centralnego Biura Śledczego w Lublinie, a także znany lubelski dziennikarz.

2001/11/08, Gazeta w Lub. nr. 261, s. 1
Grzegorz Praczyk,

Między nami mataczami. Z sądu. Proces w sprawie afery korupcyjnej w środowisku prawniczym.


Lubelski adwokat przyznał wczoraj
w sądzie, że posługiwał się aktami uzyskanymi za łapówkę od prokuratora z Lubartowa.

Mecenas K. przyznał też, że sporządził instrukcję jak ma zeznawać pokrzywdzony w sprawie, w której oskarżony był klient mecenasa Sławomir Sokołowski ps. Pietia. Adwokat obciążył swoimi wyjaśnieniami pozostałych współoskarżonych.

Prokurator adwokatowi...
Wczoraj rozpoczął się proces w sprawie afery korupcyjnej w świecie prawniczym. Największa sala rozpraw lubelskiego Sądu Rejonowego zgromadziła tłumy dziennikarzy prasowych, radiowych i telewizyjnych. Na ławie oskarżonych zasiedli znany lubelski adwokat Adam K., prokurator z Lubartowa Maciej S., były wicedyrektor Wydziału Gospodarki Komunalnej lubelskiego magistratu Andrzej G. oraz trzech innych mężczyzn. Prokuratura oskarża ich o matactwa w sprawie rozboju w Trzcińcu pod Lubartowem w kwietniu 1998 roku. Wzięli w nich udział m.in. wspomniany już wcześniej Sokołowski oraz syn wicedyrektora w Urzędzie Miasta Artur G. Mężczyzna pobity w Trzcińcu zawiadomił o wszystkim organy ścigania i sprawą zajęła się lubartowska prokuratura. To wtedy obrońcą Sokołowskiego został mecenas Adam K. Jak twierdzi prokuratura, korzystając z pomocy prokuratora z Lubartowa Macieja S., za łapówkę w kwocie 1000 zł zdobył akta toczącego się śledztwa. Później opracował „instrukcję”, według której miał zeznawać pokrzywdzony z Trzcińca (kiedy
sprawa rozboju trafiła już do sądu). Nie okazało się to jednak skuteczne,
 

bo mężczyzna plątał się w zeznaniach, a co więcej przed sądem wydało się, że w lubartowskiej prokuraturze sprzedawano akta. Sprawą kupowania akt i dziwnymi zmianami zeznań pokrzywdzonego zainteresowała się prokuratura. Przeprowadziła dochodzenie (na wniosek ministra sprawiedliwości przekazane w międzyczasie do Krakowa), które zakończyło się oskarżeniem  mecenasa Adama K., prokuratora Macieja S. (o wzięcie łapówki) i wicedyrektora wydziału w lubelskim magistracie, który - jak twierdzi prokurator - przez pewien czas wspólnie z adwokatem, a później na własną rękę mataczył w sprawie, żeby uwolnić od odpowiedzialności własnego syna. Mecenasowi K. „dorzucono” jeszcze zarzut usiłowania wręczenia łapówki w formie artykułów spożywczych innemu lubartowskiemu prokuratorowi, Ewie M. - To absurd. Chciałem tylko poczęstować herbatą i kawą panią prokurator - mówił wczoraj Adam K.

Pozostali trzej oskarżeni mężczyźni pomagali w przestępczej działalności. Jeden z nich miał zastraszać pokrzywdzonego w rozboju z Trzcińca, inny przekazywać łapówkę prokuratorowi.

Całą trójkę na pewien czas aresztowano. Mecenas i prokurator są zawieszeni w pełnieniu swoich funkcji, z pracą pożegnał się także dyrektor urzędu.

...adwokat prokuratorowi

Atmosfera wczorajszego procesu była gorąca. Dochodziło do ostrych dyskusji między przewodniczącym składu sędziowskiego a jednym z adwokatów. Jednego z oskarżonych, Wojciecha K. sąd upomniał dwustuzłotową grzywną za niewłaściwe zachowanie.

Na początku nie wiadomo było, czy proces w ogóle się zacznie. Adwokaci oskarżonych poprosili o odroczenie rozprawy ze względu na to, że nie mieli możliwości zapoznania się z całością akt sprawy. Dostępu do części z nich (stanowiącą tajemnicę państwową) zabronił im prezes Sądu Rejonowego. Przewodniczący składu sędziowskiego Robert Kowalczuk jednak stwierdził, że nie ma powodu, żeby sprawę odraczać.

Po odczytaniu aktu oskarżenia sąd udzielił głosu prokuratorowi Maciejowi S. Ten jednak nie chciał wyjaśniać, potwierdzał tylko to, co powiedział wcześniej, kiedy był przesłuchiwany w prokuraturze. Wtedy nie przyznał się do winy i utrzymywał, że padł ofiarą spisku.

Później sąd odebrał wyjaśnienia od adwokata Adama K. - Podjąłem w areszcie trudną decyzję. Uznałem, że powiem całą prawdę, że to będzie jedyny sposób na rozliczenie się z tego wszystkiego - mówił przed sądem. Później opowiadał o tym, jak dostał w swoje ręce akta i jak sporządził instrukcję z zeznaniami. Obciążał przy tym pozostałych współoskarżonych, w szczególności prokuratora Macieja S. Mecenas K. sam nie czuje się jednak winny temu, co zarzucił mu prokurator. Następny termin rozprawy odbędzie się dopiero pod koniec listopada. Będą zeznawali inni oskarżeni.

Niewyjaśniony wątek?
Na wczorajszej rozprawie mecenas Adam K. stwierdził, że ego aresztowanie i oskarżenie jest karą za doprowadzenie do złożenia zeznań byłego funkcjonariusza policji Marcina L. (mężczyzna jest aresztowany i oskarżony o udział w gangu złodziei samochodów). Jak  ujawniliśmy w

„Gazecie” na początku roku, wezwany przez mecenasa K. na świadka w procesie rozboju w Trzcińcu Marcin L. opowiedział, że w sprawę matactw przy rozboju w Trzcińcu zamieszani są także: inny wysoko postawiony lubelski prokurator, jeden z szefów policji i znany lubelski dziennikarz. - Nie jestem jedyną osobą, która działała w tej sprawie - stwierdził wczoraj mecenas.

Prokuratura zajęła się i tym wątkiem, jednak jak do tej pory nikomu nie postawiono zarzutów. Wymienieni przez Marcina L. prokurator, policjant i dziennikarz będą zeznawać jako świadkowie.

Oskarżonych broni czołówka lubelskiej palestry

2001/11/10-2001/11/11,Gazeta w Lublinie nr 263, s. 4
 Grzegorz Praczyk,

Pietia w środę. Z sądu
.

Sąd Apelacyjny w środę wyda prawomocny wyrok w głośnej sprawie rozboju w Trzcińcu pod Lubartowem. Rozbój z kwietnia 1998 roku stał się początkiem wielokrotnie opisywanej przez prasę afery korupcyjnej w świecie prawniczym. Przypomnijmy. W kwietniu lubelski Sąd Okręgowy skazał na kary od czterech i pół do sześciu i pół lat więzienia pięciu sprawców. Sprawa stała się głośna po tym, jak okazało się, że znany lubelski adwokat Adam K., prokurator z Lubartowa Maciej S. i były wicedyrektor wydziału w lubelskim Urzędzie Miasta mataczyli w sprawie, próbując uchronić od odpowiedzialności dwu spośród sprawców rozboju.

2001/11/15, Gazeta w Lub. nr 267, s. 3
Grzegorz Praczyk,

„Pietia” jeszcze posiedzi. Z sądu. Wyrok w sprawie Trzcińca

Sprawcy rozboju w Trzcińcu: Sławomir Sokołowski ps. „Pietia” i czterech innych mężczyzn spędzą po kilka lat w więzieniu - zdecydował Sąd Apelacyjny

Wczoraj sąd utrzymał w mocy wcześniejszy wyrok lubelskiego Sądu Okręgowego, który skazał sprawców rozboju na kary więzienia. Na nic zdały się matactwa wokół sprawy mające nakłonić poszkodowanego w rozboju do fałszywego zeznawania, za którymi stali znany lubelski adwokat Adam K., prokurator z Lubartowa.
 
Maciej
S. i ojciec jednego z oskarżonych, do niedawna wicedyrektor Wydziału Gospodarki Komunalnej w Urzędzie Miasta.

Większość skazanych odwołała się od tego wyroku licząc na uniewinnienie, jednak wczoraj Sąd Apelacyjny rozwiał ich nadzieje. Wczorajszy wyrok jest prawomocny i zamyka pierwszy rozdział w dziejach wielokrotnie opisywanej przez „Gazetę” afery korupcyjnej w świecie prawniczym.

Mężczyźni, którzy mataczyli wokół sprawy, mają teraz własne problemy z temidą. W ubiegłym tygodniu zaczął się ich proces przed lubelskim Sądem Rejonowym.


8
 

2001/11/29, Gazeta w Lublinie nr 279, s. 4
Grzegorz Praczyk,
Oskarżony wicedyrektor mówi, że jest niewinny. Urzędnik, dziennikarz, policjant.

Nie mataczyłem wokół sprawy Trzcińca - twierdzi Andrzej G., były wicedyrektor w Urzędzie Miejskim.- Korzystając z pomocy dziennikarza „Kuriera Lubelskiego” i wiceszefa CBŚ próbowałem przekonać syna, żeby opowiedział prawdę

Wczoraj sąd przesłuchiwał wicedyrektora. Prokuratura oskarżyła go o udział w opisywanej przez „Gazetę” aferze korupcyjnej w świecie prawniczym. Andrzej G., były wicedyrektor Wydziału Gospodarki Komunalnej w UM w Lublinie miał namawiać jednego ze świadków do składania fałszywych zeznań, ułatwiać wręczenie łapówki, składać fałszywe zeznania w prokuraturze i sądzie. Wszystko to w sprawie rozboju, za który skazano syna urzędnika.

Wczoraj Andrzej G. - wyraźnie zdenerwowany - nie chciał składać wyjaśnień. Sąd przeczytał więc to, co urzędnik mówił w prokuraturze. Nie przyznał się wtedy do postawionych mu zarzutów, a swoją rolę w całej sprawie przedstawił w pozytywnym świetle. Potwierdził, że prowadził zakulisowe działania w sprawie. - Udałem się do znajomego, dziennikarza „Kuriera Lubelskiego”, który zajmuje się policją i ma w niej dobre kontakty - mówił dyrektor Andrzej G. - Dziennikarz skontaktował mnie z Krzysztofem M., wiceszefem lubelskiego Centralnego Biura Śledczego. Ten umożliwił mi spotkanie z synem (zatrzymanym przez policję - red.). Spotkanie odbyło się w obecności policjanta w gmachu KWP w Lublinie. Mówiłem synowi, żeby opowiedział całą prawdę o tym, co się zdarzyło.

Andrzej G. potwierdził, że miał kontakt z pokrzywdzonym w rozboju. Zaprzeczył, że nakłaniał go do fałszywych zeznań, jednak potwierdził, że dawał mu pieniądze. - Na leczenie dziecka - wyjaśniał.

W tej głośnej sprawie na ławie oskarżonych zasiadają - oprócz Andrzeja G. - także znany lubelski adwokat Adam K., prokurator z Lubartowa Maciej S., były funkcjonariusz UOP Marek B. i kilku innych mężczyzn. Sprawa dotyczy zakulisowych działań, jakie miały miejsce wokół rozboju w podlubartowskim Trzcińcu z 1998 roku. Podczas porachunków w grupie przestępczej pobito tam człowieka. Sprawa trafiła do prokuratury. Później - jak czytamy w akcie oskarżenia - adwokat, prokurator z Lubartowa i urzędnik próbowali m.in. poprzez wręczenie łapówki i wymuszenie składania fałszywych zeznań uchronić od odpowiedzialności niektórych sprawców.

Wczoraj przez kilka godzin adwokaci oskarżonych kilka razy starali się przerwać proces. Złożyli m.in. wniosek o zmianę składu sędziowskiego. Wniosek oddalono. Oskarżony prokurator Maciej S. zapowiedział, że doniesie do prokuratury na sąd, który - jego zdaniem bezprawnie - odczytał na rozprawie dane osobowe prokuratora. Następny termin sprawy w grudniu.
 

Z wyjaśnień dyrektora Andrzeja G. wynika, że w 1997 roku kupił on - na spółkę z dziennikarzem „Kuriera” i ówczesnym prokuratorem Prokuratury Okręgowej w Lublinie Andrzejem M. (zrezygnował z pracy w prokuraturze w lutym) - działkę budowlaną w centrum Lublina. W późniejszym czasie Andrzej G. darował dziennikarzowi i prokuratorowi swój udział w nieruchomości. W prokuraturze urzędnik tłumaczył, że w rzeczywistości nie zrobił prezentu wspólnikom, gdyż - jak twierdzi - cała zapłata za działkę w chwili jej kupna w 1997 roku pochodziła z kieszeni dziennikarza i prokuratora. Andrzej G. zaprzeczył w prokuraturze sugestiom, że darowizna mogła być zapłatą za pomoc okazaną w sprawie syna.

2001/12/13, Grzegorz Praczyk, Gazeta w Lublinie nr 291, s. 3
Adwokat chory, sprawa utknęła. Sprawa afery w świecie prawniczym spadła z wokandy.

Nieobecność adwokata sprawiła, że lubelski sąd nie mógł prowadzić wczorajszej sprawy oskarżonych prawników

Wczoraj sąd miał przesłuchać ostatnich oskarżonych w sprawie. Jednak okazało się, że jeden z obrońców (mecenas broni oskarżonego prokuratora z Lubartowa Macieja S.) jest chory i nie przyszedł na rozprawę.

Oskarżony prokurator ma jeszcze jednego adwokata, jednak i on nie stawił się wczoraj na wezwanie sądu. Na poprzednich rozprawach mecenasa też nie było. Sąd po wysłaniu dwóch pism i telefonie do adwokata ustalił wreszcie, że ten zgodził się na zastępowanie go przez innego obrońcę. Ten ostatni był wczoraj na sali. Na jego udział w sprawie nie zgodził się jednak sam prokurator Maciej S., który oznajmił, że chce, żeby bronili go jego adwokaci.

Sąd nie miał więc wyjścia i musiał sprawę odroczyć. Następny termin sprawy wyznaczył na początek stycznia.

W procesie dotyczącym największej ujawnionej do tej pory afery korupcyjnej w świecie prawniczym na ławie oskarżonych zasiadają m.in. znany lubelski adwokat, prokurator z Lubartowa, a także były wicedyrektor wydziału gospodarki komunalnej w Urzędzie Miasta w Lublinie. Oskarżeni są o matactwa wokół jednej ze spraw prowadzonych przez lubartowską prokuraturę. Wszystkim grozi więzienie.

GP
Niestawiennictwo oskarżonych albo ich adwokatów to bardzo częsty powód odraczania rozpraw i tym samym przeciągania się procesów. Rekordowa w Lublinie sprawa musiała być odraczana z tego powodu aż 19 razy.


2002/01/11, Gazeta w Lublinie nr 9, s. 3

Grzegorz Praczyk,
Grzegorz Praczyk,
Adwokat, prokurator, esbek. Jesteśmy niewinni - twierdzą oskarżeni o matactwa.

Ostatni oskarżeni o matactwa w sprawie rozboju w Trzcińcu wyjaśniali w środę przed sądem. - Wszystkie moje czynności zmierzały do nakłonienia syna do mówienia prawdy o tym, co się zdarzyło w Trzcińcu. Nie miałem świadomości, że naruszam prawo - tłumaczył były wicedyrektor Wydziału Gospodarki Komunalnej w lubelskim Urzędzie Miasta Andrzej G. On, znany
 

lubelski  adwokat Adam K. i prokurator z Lubartowa Maciej S. oskarżeni są o matactwa wokół sprawy rozboju. Wczoraj oprócz dyrektora wyjaśnienia składali Wojciech K. (doskonale znany policji, wcześniej już karany) a także były funkcjonariusz Służby Bezpieczeństwa Marek B. Wojciech K. oskarżony o to, że groźbami usiłował nakłonić pokrzywdzonego w rozboju do zmiany swoich zeznań, nie przyznał się do winy. Podobnie było z Markiem B. (tuż przed przekształceniem SB w UOP odszedł ze służby na rentę). Mężczyzna oskarżony jest o to, że używając fałszywej legitymacji, próbował nakłonić świadka do zmiany zeznań. - Stawianie zarzutu, że posługiwałem się podrobioną legitymacją jest dla mnie obelgą - stwierdził wczoraj Marek B.

Przez ponad godzinę przed rozpoczęciem rozprawy trwały w środę słowne utarczki między sędzią i adwokatami oskarżonych. Obrońcy domagali się odroczenia sprawy do czasu umożliwienia im zapoznania się z aktami sprawy zaklasyfikowanymi jako „tajne” (sąd twierdzi, że zgodę na to powinna wyrazić prokuratura, prokuratura - że sąd). Ostatecznie proces jednak ruszył.

2002/01/19-2002/01/20, Gazeta w Lublinie nr 16, s. 3
Grzegorz Praczyk, Jacek Brzuszkiewicz,

Afery w lubelskim świecie prawniczym. Łapówka naczelnika.

Podinspektor Krzysztof M., zastępca naczelnika Centralnego Biura Śledczego w Lublinie, został zatrzymany za przyjęcie łapówki

Razem z nim do aresztu trafił Andrzej G., były zastępca dyrektora wydziału gospodarki komunalnej lubelskiego magistratu. To on, zdaniem prokuratury, wręczył policjantowi łapówkę w zamian za pomoc w uwolnieniu z aresztu syna.

Poranna wizyta u naczelnika
Policjant z byłym urzędnikiem zostali zatrzymani wczoraj rano o tej samej porze w swoich mieszkaniach przez funkcjonariuszy z Katowic. W ich domach przeprowadzono szczegółową rewizję. Krótko po tym policyjny konwój wyruszył na Górny Śląsk (śledztwo w sprawie korupcji prowadzi katowicka Prokuratura Apelacyjna).

Krzysztofowi M. przedstawiono cztery zarzuty. Najpoważniejszy z nich dotyczy przyjęcia korzyści majątkowej, dużej sumy pieniędzy (prokuratura nie ujawniła, o jaką kwotę chodzi) od Andrzeja G. Pozostałe zarzuty dotyczą fałszowania dowodów i matactw w trakcie prokuratorskiego śledztwa oraz nielegalnego posiadania broni. Jak dowiedzieliśmy się nieoficjalnie, w mieszkaniu Krzysztofa M. znaleziono granaty i trotyl. Według art. 228 kodeksu karnego grozi mu za to nawet do 12 lat więzienia. Z kolei Andrzej G. jest podejrzany o wręczenie łapówki (do ośmiu lat więzienia). Jak doszło do zatrzymania zastępcy naczelnika lubelskiego

Centralnego Biura Śledczego? Wszystko wiąże się z osobą Marcina L., byłego podwładnego Krzysztofa M. z CBŚ. Półtora roku temu Marcin L. został zatrzymany za współpracę z gangiem samochodowym. W areszcie zaczął sypać: opowiadał o nieformalnych kontaktach swojego przełożonego ze światem przestępczym.

Opisał jak w połowie 1998 r. na terenie wydziału, którego szefem był Krzysztof M., doszło do nieformalnego spotkania urzędnika Andrzeja G. z przebywającym w areszcie synem Arturem (siedział wtedy za skatowanie człowieka). Spotkanie miało na celu uchronienie Artura G. od odpowiedzialności. Skruszony policjant opowiedział też o pieniądzach, które jego przełożony miał otrzymać od urzędnika za pomoc. Artur G. szybko wyszedł z aresztu.

Marcin L. wciąż przebywa w areszcie. W środę został przewieziony do Katowic, gdzie przed tamtejszą prokuraturą złożył obszerne zeznania obciążające naczelnika Krzysztofa M. i Andrzeja G.

Prokurator, dziennikarz i inni
Według prokuratury zatrzymanie naczelnika i byłego urzędnika to nie koniec zarzutów w tej sprawie. Przewijają się w niej jeszcze m.in. były szef Prokuratury Rejonowej dla miasta Lublina, który - kiedy o sprawie zaczęło być głośno - odszedł z zawodu (jest dziś radcą prawnym) i znany dziennikarz. Obaj przed czterema laty razem z Andrzejem G. kupili działkę budowlaną przy ul. Dolnej Panny Marii w centrum Lublina. Następnie Andrzej G. podarował swoją część nieruchomości prokuratorowi i dziennikarzowi. Według zeznań skruszonego policjanta to właśnie dziennikarz pośredniczył w kontaktach między zatrzymanymi wczoraj urzędnikiem i policjantem.

Podinspektor Krzysztof M. był zastępcą naczelnika Centralnego Biura Śledczego w Lublinie od chwili powstania specwydziału przed dwoma laty. Tropił najpoważniejsze przestępstwa związane z handlem narkotykami i fałszowaniem pieniędzy. W przeszłości to on miał główny udział w zatrzymaniu wielokrotnego mordercy Roberta K. pseudonim „Ciolo”. - Dziś komendant główny policji polecił zawiesić w czynnościach podinspektora Krzysztofa M. - poinformował nas wczoraj komisarz Zbigniew Matwiej, naczelnik wydziału prasowego Komendy Głównej Policji.

Przed Sądem Rejonowym w Lublinie toczy się już inny proces, w którym jednym z oskarżonych jest zatrzymany wczoraj urzędnik Andrzej G. Prokuratura oskarżyła go o namawianie do fałszywych zeznań, ułatwianie wręczenia łapówki i krzywoprzysięstwo. Ten proces, jak i wczorajsze zatrzymanie, związane są ze sprawą rozboju w Trzcińcu pod Lubartowem, w którym syn urzędnika skatował człowieka. Andrzej G. został w tej sprawie aresztowany na początku lutego ub.r. i spędził w areszcie kilka miesięcy. Razem z nim na ławie oskarżonych zasiada znany lubelski adwokat Adam K. i prokurator z Lubartowa Maciej S.

2002/01/21, Gazeta w Lublinie nr 17 s. 3
Jacek Brzuszkiewicz, Grzegorz Praczyk,

Korupcja w lubelskim Centralnym Biurze Śledczym. Superglina aresztowany.


Podinspektor Krzysztof M., zastępca naczelnika lubelskiego Centralnego
 


9
 

Biura Śledczego został w sobotę aresztowany na trzy miesiące przez katowicki sąd za korupcję. 

Razem z nim do aresztu trafił Andrzej G., były zastępca dyrektora wydziału gospodarki komunalnej lubelskiego magistratu, który - zdaniem prokuratury - wręczył łapówkę policjantowi.

Chodzi o słynny już rozbój w Trzcińcu, gdzie syn dyrektora, Artur G., razem ze znanymi dobrze policji czterema kompanami skatował wiosną 1998 r. człowieka. Trafił za to do aresztu. Jego ojciec postanowił go stamtąd wydostać. Według zeznań świadków, dzięki pośrednictwu znanego lubelskiego dziennikarza Mariusza H., skontaktował się z podinspektorem Krzysztofem M., zastępcą szefa lubelskiego CBŚ (wydział, który podlega bezpośrednio Komendzie Głównej Policji, tropi najpoważniejsze afery). Jak twierdzi prowadząca w tej sprawie śledztwo Prokuratura Apelacyjna w Katowicach, policjant w zamian za łapówkę obiecał urzędnikowi pomoc. Prokuratura twierdzi, że Krzysztof M. spreparował dowody w sprawie rozboju w Trzcińcu. Na ich podstawie syn urzędnika mógł uniknąć odpowiedzialności.

Oprócz matactw i przyjęcia łapówki katowicka prokuratura zarzuciła naczelnikowi nielegalne posiadanie broni. Podczas piątkowego przeszukania jego mieszkania znaleziono m.in. granaty i trotyl. Według art. 228 kodeksu karnego grozi mu za to kara więzienia nawet do lat 12. Z kolei urzędnik, za wręczenie korzyści majątkowej, może trafić za kratki na osiem lat.

Ale to nie wszystko. Jak podaje katowicka prasa Andrzej G., w obronie syna posunął się jeszcze dalej. Oprócz policjanta miał on oferować łapówkę Jackowi K. prokuratorowi z Lublina. Jacek K. był wówczas naczelnikiem wydziału ds. zwalczania przestępczości zorganizowanej Prokuratury Okręgowej w Lublinie i w wielu sprawach współpracował z policyjnym wydziałem podinspektora Krzysztofa M.

Katowicka prokuratura twierdzi, że sprawa ma charakter rozwojowy. Nieoficjalnie wiadomo, że przewijają się w niej nazwiska innych znanych osób. Jest wśród nich były szef Prokuratury Rejonowej dla miasta Lublina, który w zeszłym roku zrezygnował z zawodu, zostając radcą prawnym.

Krzysztof M. to jeden z bardziej popularnych lubelskich policjantów. Bardzo wysoki, kryjący twarz za wielkimi ciemnymi okularami. Ścigał najgroźniejszych lubelskich przestępców. Zaczął być znany jeszcze pod koniec lat 80., kiedy pracował w wydziale kryminalnym komendy milicji. Na początku lat 90. wszedł w skład policyjno-prokuratorskiej grupy WOLF, która poszukiwała Roberta K. („Ciolo”), wielokrotnego mordercy. Poszukiwania zakończyły się sukcesem: „Ciolo” wpadł w sierpniu 1994 r. w Dniepropietrowsku na Ukrainie. Później Krzysztof M., już w wydziale przestępczości zorganizowanej Komendy Wojewódzkiej Policji w Lublinie, rozbijał w Warszawie słynną fabrykę amfetaminy (pierwszą w kraju), tropił gang radomskich karateków i interesy Andrzeja K., pseudonim „Pershing”, domniemanego szefa gangu pruszkowskiego. Po raz ostatni pojawił się w mediach we wrześniu 2000 r. przy okazji porwania młodego mężczyzny z mieszkania na lubelskim Czechowie. Porywaczy ścigał razem z detektywem Krzysztofem Rutkowskim. Krzysztof M. przed kamerami telewizji obiecał, że ich ujęcie to kwestia dni. Mimo to porywacze są do dziś na wolności. Od stycznia 2001 r., kiedy wybuchła opisywana przez nas afera w lubelskim świecie prawniczym, usunął się w cień.

2002/02/07,Gazeta w Lublinie nr 32, s. 3
 Jacek Brzuszkiewicz, Grzegorz Praczyk,

Za tydzień decyzja w sprawie aresztu Krzysztofa M. Ręczą za glinę.


Senator Teresa Liszcz, poseł i detektyw Krzysztof Rutkowski, wiceprezydent Przemyśla oraz ponad 120 mieszkańców Lubelszczyzny poręczyło za policjanta aresztowanego pod zarzutem korupcji

W najbliższą środę katowicki Sąd Okręgowy zdecyduje, czy Krzysztof M. w dalszym ciągu będzie przebywał w areszcie. Zastępca naczelnika policyjnego Centralnego Biura Śledczego w Lublinie został aresztowany w połowie stycznia pod zarzutem przyjęcia korzyści majątkowej od byłego zastępcy dyrektora wydziału gospodarki komunalnej lubelskiego Urzędu Miasta, utrudnianie postępowania i nielegalne posiadanie broni. Chodziło o słynną już aferę korupcyjną w lubelskim świecie prawniczym, w którą zamieszani są prokuratorzy, znany adwokat i zawieszony ostatnio dziennikarz „Kuriera Lubelskiego”.

Jako pierwszy poręczenie osobiste za Krzysztofa M. złożył znany detektyw Krzysztof Rutkowski. - W przeszłości współpracowałem z Krzysztofem M. To świetny glina. Nie powinien znaleźć się po drugiej stronie więziennego muru, gdzie przebywają ci, których dotąd ścigał - powiedział nam w ostatni wtorek przebywający w Lublinie detektyw.

„Pan Krzysztof M., w razie uchylenia wobec niego tymczasowego aresztowania, stawi się na każde wezwanie prokuratury lub sądu i nie będzie w sposób bezprawny utrudniał postępowania karnego” - jest pewna senator z Lublina Teresa Liszcz, przewodnicząca Senackiej Komisji Ustawodawstwa i Praworządności. Ona także w ostatnich dniach złożyła poręczenie za Krzysztofa M.

Swojego policjanta jak lew broni także naczelnik lubelskiego CBŚ Michał Wartacz i komendant wojewódzki policji w Lublinie Zbigniew Głowacki. - Jego tymczasowe aresztowanie było ogromnym zaskoczeniem, gdyż uważamy, że zawsze przestrzegał obowiązujących norm prawnych. Krzysztof M., pełniąc przez ponad 24 lata służbę w policji, nadwyrężył swoje zdrowie fizyczne i psychiczne. Dla pracy poświęcił dom i rodzinę - napisali przełożeni Krzysztofa M.

W sumie za Krzysztofem M. poręczyło już ponad 120 osób (sąsiedzi, nauczyciele, urzędnicy, biznesmeni, a także wiceprezydent Przemyśla). Były wśród nich organizacje i związki, np. Uczelniany Klub Turystyczny „Mimochodek”, który działa przy lubelskim PTTK (Krzysztof M. jest jego wieloletnim działaczem), oraz Lubelskie Centrum Edukacji Zawodowej.

2002/02/14, Gazeta w Lublinie nr 38, s. 4
Grzegorz Praczyk,
Postanowią za dwa tygodnie. Superglina poczeka.

Dopiero za dwa tygodnie sąd ogłosi decyzję w sprawie aresztowania  Krzysztofa M., zatrzymanego w połowie stycznia wiceszefa lubelskiego CBŚ.

Krzysztof M. został aresztowany przez katowicki Sąd Rejonowy pod zarzutem łapownictwa i matactw. Odwołał się od tej decyzji do katowickiego Sądu Okręgowego. Sąd zebrał się w tej sprawie wczoraj. - Posiedzenie się odbyło, jednak decyzja nie zapadła - informuje sędzia Teresa Truchlińska-Binasik, rzecznik prasowy sądu w Katowicach.

Posiedzenia sądu odbywają się za zamkniętymi drzwiami, więc nie wiadomo co zadecydowało o tym, że sąd postanowił zaczekać z decyzją. Z reguły dzieje się tak, kiedy w sprawie potrzebne są dodatkowe dokumenty, np. opinia biegłych lekarzy.

Krzysztofowi M. prokuratura zarzuca przestępstwa związane z aferą korupcyjną w lubelskim świecie prawniczym. Poręczenia osobiste w jego sprawie złożyło ponad 120 osób, w tym lubelska senator Teresa Liszcz, detektyw i poseł Krzysztof Rutkowski, a także komendant wojewódzki policji w Lublinie Zbigniew Głowacki.

Katowicki sąd ogłosi decyzję w sprawie Krzysztofa M. 27 lutego. gp

2002/02/21, Gazeta w Lub. nr 44, s. 3
Jacek Brzuszkiewicz,

Kolejny akt oskarżenia przeciwko policjantom. Jeden spowodował, dwaj tuszowali

Policjant z bialskiej komendy spowodował po pijanemu wypadek, a jego dwaj koledzy z drogówki próbowali sprawę zatuszować.

27 września 2001 r. wieczorem w miejscowości Zalesie Dariusz D., funkcjonariusz wydziału ruchu drogowego Komendy Miejskiej Policji w Białej Podlaskiej, pędząc ponad 100 km/h nissanem primerą staranował osobowe BMW. Uderzenie było tak silne, że BMW wyjechało na przeciwny pas ruchu i uderzyło w jadącego z przeciwka opla kadetta. Dodatkowo na nissana wpadł volkswagen golf. W wypadku cztery osoby zostały ciężko ranne, a karambol na wiele godzin zablokował międzynarodową trasę Warszawa - Terespol.

Z zeznań świadków wynikało, że sprawca wypadku był pod wpływem alkoholu (bełkotał, zataczał się na nogach). Po wyjściu z rozbitego auta próbował uciec, ale świadkowie wezwali policję.

- Na miejsce wypadku przyjechał radiowóz. Funkcjonariusze zatrzymali Dariusza D. Kiedy zorientowali się, że wypadek spowodował ich kolega, postanowili puścić go wolno. Chwilę później na miejscu wypadku zjawiła się żona Dariusza D., która zeznała, że to ona spowodowała karambol - tłumaczy Andrzej Wasiak, rzecznik prasowy Prokuratury Okręgowej w Lublinie.

Sprawa wyszła na jaw dzięki zeznaniom kilkunastu świadków, którzy widzieli, że kraksę spowodował mężczyzna, a nie kobieta. Wtedy podejrzenie padło na Dariusza D. Zgłosił się on na policję dopiero tydzień po wypadku. Podczas przesłuchań utrzymywał, że spowodował wypadek, ale był wtedy trzeźwy. Z miejsca karambolu uciekł pod wpływem doznanego szoku.

D. odpowie za spowodowanie wypadku i ucieczkę z miejsca kraksy, za co grozi mu do 12 lat więzienia. Dwóm funkcjonariuszom z bialskiej drogówki oraz byłemu policjantowi z Białej Podlaskiej, którzy umożliwili koledze ucieczkę, zarzucono matactwo. Za to samo przestępstwo odpowie przed sądem żona Dariusza D. Za matactwo grozi do pięciu lat pozbawienia wolności.

W lubelskim garnizonie policji trwa czarna seria.

W grudniu 2001 r. za przyjęcie łapówki aresztowano komendanta policji z Białej Podlaskiej. Władysław S., szykowany na komendanta wojewódzkiego policji miał otrzymywać korzyści majątkowe od przestępców, przeciwko którym prowadził dochodzenia.

Miesiąc później do aresztu trafił zastępca szefa lubelskiego Centralnego Biura Śledczego. Krzysztof M. też miał brać łapówki, dodatkowo posiadał nielegalną broń i mataczył podczas śledztwa.

W styczniu z sejfu wydziału dochodzeniowo-śledczego Komendy Wojewódzkiej Policji w Lublinie zniknęło 8 tysięcy dolarów i 7 tysięcy złotych, dowodów w sprawie przemytników złota z Włoch. Kilka dni później z tego samego sejfu wyciekły tajne akta, kompromitujące kraśnickich samorządowców.

Przed tygodniem prokurator oskarżył policjanta z radzyńskiej drogówki za pobicie rowerzysty.

2002/02/28, Gazeta w Lub. nr 50, s. 1
Grzegorz Praczyk,
Poręczenia nie pomogły.

Wiceszef lubelskiego Centralnego Biura Śledczego Krzysztof M. pozostanie w areszcie - zdecydował wczoraj katowicki sąd.

Krzysztofowi M. nie pomogły poręczenia osobiste złożone przez znanego detektywa Krzysztofa Rutkowskiego i senator Teresę Liszcz. Katowicki sąd, który wczoraj rozpatrywał zażalenie na tymczasowe aresztowanie funkcjonariusza (miało miejsce w połowie stycznia), postanowił nie uchylać aresztu. Decyzję o tym, że policjant zostanie za kratkami, sąd uzasadnił dużym prawdopodobieństwem popełnienia przestępstw, które zarzuca mu prokuratura.

Krzysztof M. jest aresztowany pod zarzutem łapownictwa i matactw. Wraz z nim aresztowano lubelskiego urzędnika Andrzeja G., od którego policjant miał przyjąć łapówkę. Wczoraj sąd zastanawiał się, czy nie wypuścić z aresztu także Andrzeja G. Uznał, że urzędnik także powinien pozostać za kratkami.


10
 

2002/04/16, Gazeta w Lublinie nr 89, s. 3
Grzegorz Praczyk,
Utrzymany areszt na policjanta. Superglina zostanie za kratkami.

Nie pomogły poręczenia i wstawiennictwo szefów. Sąd zdecydował, że podinspektor Krzysztof M., wiceszef lubelskiego Centralnego Biura Śledczego zostanie w areszcie co najmniej do czerwca

Na decyzję sądu czekała w napięciu rodzina policjanta i jego koledzy z pracy. Posiedzenie odbywało się za zamkniętymi drzwiami. Zanim sąd ogłosił postanowienie, minęło kilka godzin.

Lubelski Sąd Rejonowy zdecydował, że policjant pozostanie w areszcie do 24 czerwca. Dokładnie tyle, ile chciał prokurator. Obrońca chciał zamiany aresztu na łagodniejszy środek zapobiegawczy. - Nie ustały powody, dla których areszt tymczasowy jest konieczny - powiedział jednak krótko sędzia Paweł Pieczonka.

Nie zgodził się z tym adwokat aresztowanego policjanta Marek Przeciechowski. - Będziemy się odwoływać.

Według katowickiej prokuratury Krzysztof M. współdziałał z osobami oskarżonymi o udział w głośnej aferze korupcyjnej w lubelskim świecie prawniczym. W zamian za matactwa w śledztwie dotyczącym rozboju miał przyjąć dużą łapówkę.

Krzysztofa M. zatrzymano i aresztowano w styczniu. Kiedy trafił za kratki, w jego obronie wystąpili m.in. znany detektyw Krzysztof Rutkowski, senator Teresa Liszcz a także ponad sto innych osób. Krzysztofa M. zdecydowani są również bronić jego koledzy z pracy. Osobiste poręczenie złożył komendant wojewódzki policji Zbigniew Głowacki. Bronią go także policjanci w Warszawie. - Osobę, która go pomawia, wyrzucono z policji za branie narkotyków - mówi rzecznik Komendy Głównej Policji Paweł Biedziak.

Na razie Krzysztof M. nie stracił pracy w lubelskim CBŚ. Jest zawieszony w wykonywaniu obowiązków.

Wczoraj sąd zdecydował, że za kratkami pozostanie też Andrzej G., były wiceszef Wydziału Gospodarki Komunalnej lubelskiego Urzędu Miejskiego, który zdaniem prokuratury wręczał łapówkę policjantowi. Urzędnik posiedzi także co najmniej do 24 czerwca.

Oba postanowienia są nieprawomocne. Można się od nich odwołać do Sądu Okręgowego.

2002/05/16, Gazeta w Lublinie nr 113, s. 4
Grzegorz Praczyk,
Prokurator z Lubartowa obciąża adwokata. Mecenas nalegał.


Prokurator Ewa M., pierwszy świadek w procesie prawników oskarżonych o korupcję, potwierdziła, że mecenas Adam K. próbował wręczyć jej łapówkę
 

- Mecenas nalegał, żebym się z nim spotkała. Co było w siatce, nie wiem. To była nieprzezroczysta reklamówka. Postawił ją przy biurku. Od razu kazałam mu ją zabrać. Śmiał się i żartował, żebym tego tak poważnie nie traktowała - mówiła wczoraj w sądzie prokurator Ewa M.

W siatce - zdaniem prokuratury - były produkty spożywcze, a mecenas Adam K. miał je wręczać pani prokurator w zamian za łagodniejsze potraktowanie przez nią jego klienta - Sławomira Sokołowskiego, oskarżonego w słynnej sprawie rozboju w Trzcińcu (Sokołowskiego skazano prawomocnym wyrokiem na więzienie).

Wczorajsza rozprawa obfitowała w niecodzienne wydarzenia. Tuż po jej rozpoczęciu oskarżony adwokat Adam K. stwierdził, że ma wyznaczone badania i z tego względu rozprawa powinna być skończona wcześniej. Sąd się jednak na to nie zgodził i ostatecznie mecenas K. musiał przełożyć badania.

Rozprawa momentami przypominała bardziej awanturę niż posiedzenie sądu. Sędzia Robert Kowalczuk wielokrotnie upominał obrońców oskarżonych, którzy przekrzykiwali się, zadając pytania świadkowi. - Proszę zaprotokołować, że sąd na mnie krzyczy! - oburzał się jeden z obrońców. - Proszę usiąść i nie przeszkadzać! - grzmiał sędzia.

Część zeznań prokurator Ewy M. sąd utajnił ze względu na to, że zawierają materiały stanowiące tajemnicę państwową.

W procesie dotyczącym matactw wokół rozboju w Trzcińcu wiosną 1998 roku na ławie oskarżonych zasiadają m.in. znany lubelski adwokat Adam K., prokurator z Lubartowa Maciej S. i były wicedyrektor Wydziału Gospodarki Komunalnej lubelskiego Urzędu Miejskiego Andrzej G.

2002/06/27, Gazeta w Lub. nr. 148, s. 3
s Grzegorz Praczyk,

Sprawa prawników nie rusza do przodu. Spadająca afera.

Wczoraj znowu nie odbyła się rozprawa w sprawie afery korupcyjnej w lubelskim świecie prawniczym

Prokuratura w Katowicach nie zgodziła się na dowiezienie do lubelskiego sądu jednego z oskarżonych, byłego wicedyrektora Wydziału Gospodarki Komunalnej Andrzeja G. Wczorajszy spadek sprawy z wokandy oznacza, że prawdopodobnie po raz kolejny zacznie się ona od początku.

Sprawa, nazwana przez media najważniejszym procesem Lubelszczyzny ostatnich lat, nie może się zacząć od ponad pół roku. Główną tego przyczyną są powtarzające się nieobecności oskarżonych i ich

adwokatów, a także aresztowanie do innej sprawy Andrzeja G.
2002/08/29, Gazeta w Lub. nr 201, s. 1

Grzegorz Praczyk,
 Superglina oskarżony.

Wiceszef lubelskiego Centralnego Biura Śledczego podinspektor Krzysztof M. stanie przed sądem oskarżony o łapownictwo i matactwa w głośnej sprawie rozboju w Trzcińcu. Akt oskarżenia w tej sprawie dziś trafi do lubelskiego sądu

Cały akt oskarżenia zawiera zarzuty przeciwko czterem osobom - mówi prokurator Leszek Goławski, rzecznik prasowy Prokuratury Apelacyjnej w Katowicach. Wśród oskarżonych są: wiceszef lubelskiego CBŚ Krzysztof M., były wicedyrektor Wydziału Gospodarki Komunalnej lubelskiego ratusza Andrzej G. i dwóch byłych policjantów CBŚ z Lublina, którzy pomagali im w matactwach: Marcin L. i Witold K.

Syn pobił, tatuś ratował
W kwietniu 1998 roku w Trzcińcu pod Lubartowem kilku bandytów skatowało i obrabowało Krzysztofa A., z którym mieli porachunki. Wśród oprawców znajdowali się m.in. syn ówczesnego wicedyrektora wydziału w Urzędzie Miejskim a także jeden z liderów lubelskiego gangsterskiego półświatka o pseudonimie „Piecia”. Kiedy Krzysztof A. poszedł na policję i sprawą rozboju zajęła się prokuratura, przestępcy, obrońca „Pieci” mecenas Adam K. a także dyrektor z ratusza - ojciec bandyty - w różny sposób próbowali wywrzeć nacisk na pobitego. Częściowo im się to udało i Krzysztof A. w sądzie plątał się w zeznaniach, próbując uwalniać od odpowiedzialności bandytów. Nie na wiele się to zdało, bo sąd skazał ich na długoletnie więzienie.

Prokuratura w tym czasie prowadziła już śledztwo w sprawie matactw. Wkrótce oskarżyła o łapówki i utrudnianie śledztwa m.in. adwokata Adama K. (obrońca „Pieci”), prokuratora z Lubartowa Macieja S. (handlował aktami sprawy) i urzędnika z ratusza Andrzeja G., ojca bandyty. Ich sprawa właśnie toczy się przed sądem. Podinspektor Krzysztof M. występuje w niej tylko jako świadek.

To jednak nie był koniec całej sprawy. W styczniu śląska prokuratura (sprawę Trzcińca przekazano z Lublina do Katowic) uznała, że dowody przeciwko wiceszefowi CBŚ Krzysztofowi M. są wystarczające i postanowiła go aresztować. Przez kolejne pół roku trwało przygotowanie oskarżenia. Co dokładnie prokurator zarzuca podinspektorowi Krzysztofowi M.? Z aktu oskarżenia wynika, że za łapówkę policjant obiecał pomoc urzędnikowi ratusza w ratowaniu jego syna przed więzieniem. Spreparował część dowodów, żeby umniejszyć rolę syna urzędnika w rozboju. Podczas rewizji w domu podinspektora policjanci znaleźli nielegalnie posiadaną przez niego broń i tego dotyczy jeden z zarzutów.

Urzędnikowi Andrzejowi G., ojcu bandyty, (ma już jedną sprawę o matactwa w sprawie trzcinieckiej) prokurator zarzuca danie łapówki policjantowi, a także utrudnianie śledztwa. Dwaj pozostali policjanci z CBŚ odpowiedzą przed sądem za pomaganie w przestępstwach.

Pan inspektor przekonywał
Wczoraj, kiedy katowicka prokuratura kończyła akt oskarżenia, w sądzie na pierwszej sprawie dotyczącej Trzcińca pobity Krzysztof A. potwierdził, że wywierano na niego naciski z różnych stron: - Byłem i jestem nakłaniany do fałszywych zeznań - mówił. - Zmieniałem zeznania, bo grożono mi śmiercią. Boję się o życie swoje i rodziny.

Krzysztof A. przez kilka godzin opowiadał, jak urzędnik ratusza i adwokat preparowali dla niego „właściwą” wersję zeznań: - Mecenas K. obiecał mi ochronę w zamian za fałszywe zeznania. Mówił, że wszystko jest „nagrane” i żebym zaufał jego fachowości - zeznawał wczoraj Krzysztof A. Mężczyzna opowiedział też, że został zatrzymany przez policjantów z CBŚ i był przez nich zastraszany. Udział w tych działaniach brał, zdaniem pobitego, także wiceszef CBŚ podinspektor Krzysztof M.

Zarówno wiceszef CBŚ jak i dyrektor z ratusza w oczekiwaniu na proces przebywają w areszcie. Podinspektorowi Krzysztofowi M. nie pomogły nawet poręczenia znanych osobistości, m.in. detektywa Krzysztofa Rutkowskiego i senator Teresy Liszcz. Nawet policjanci z Komendy Głównej wierzą, że podinspektor jest niewinny i na razie wstrzymali się od dyscyplinarki w jego sprawie. Sąd jednak był nieugięty i wielokrotnie nie zgadzał się na zwolnienie policjanta z aresztu.

To jeszcze nie koniec
Śledztwo wokół wydarzeń mających związek z rozbojem w Trzcińcu nie jest jednak jeszcze zakończone. Nieoficjalnie dowiedzieliśmy się, że katowicka prokuratura wyłączyła z zakończonej sprawy kilka wątków, którymi zajmie się w oddzielnym śledztwie.

Podinspektor Krzysztof M. zaczął swoją karierę w latach 80. w wydziale kryminalnym milicji. Później wszedł w skład elitarnej policyjnej grupy WOLF, która ścigała znanego zabójcę Roberta Kwieka ps. Ciolo. W wydziale przestępczości zorganizowanej KWP zajmował się najważniejszymi sprawami: narkotykami, gangiem karateków, Pruszkowem.

2002/08/31-2002/09/01, Gazeta w Lublinie nr 203, s. 3
Grzegorz Praczyk,
Prokuratorzy pomagali mataczyć. Kolejni zamieszani w aferę łapówkarską.

Czy lubelscy prokuratorzy Jacek K. i Andrzej M. pomagali w matactwach wokół sprawy rozboju w Trzcińcu? Wyjaśnia to w tej chwili katowicka prokuratura

Prokuratura Okręgowa w Katowicach przesłała właśnie do lubelskiego sądu akt oskarżenia dotyczący części matactw wokół rozboju w


11
 

Trzcińcu. - Z jego uzasadnienia wynika, że w sprawę zamieszani są kolejni prokuratorzy - mówi rzecznik prasowy lubelskiego Sądu Okręgowego Jarosław Matras, nie chcąc jednak podawać nazwisk.

„Gazeta” ustaliła, że chodzi o prokuratorów Jacka K. i Andrzeja M. Według katowickiej prokuratury, pomagali oni w preparowaniu dowodów mających na celu uwolnienie od odpowiedzialności sprawcy rozboju w Trzcińcu. Prokurator Andrzej M. już nie pracuje w organach ścigania. Złożył rezygnację, kiedy o sprawie matactw rozboju w Trzcińcu zrobiło się głośno. Jacek K. nadal jest prokuratorem, ale pożegnał się ze stanowiskiem szefa wydziału ds. zwalczania przestępczości zorganizowanej.

Lubelska „ośmiornica”
Sprawa matactw wokół rozboju w Trzcińcu z 1998 roku to najpoważniejsza afera korupcyjna ujawniona na Lubelszczyźnie. Dotyczy działań jakie podejmowali m.in. znany lubelski adwokat Adam K., wiceszef lubelskiego Centralnego Biura Śledczego podinspektor Krzysztof M. i prokurator Prokuratury Rejonowej w Lubartowie Maciej S. Chodziło o uwolnienie od odpowiedzialności syna byłego wiceszefa Wydziału Gospodarki Komunalnej lubelskiego Urzędu Miasta Andrzeja G. Syn urzędnika był jednym z bandytów, którzy brali udział w rozboju.

Ze śledztwa prokuratury w Lubartowie wynika, że w zamian za łapówki od urzędnika policjant, prokurator i adwokat tworzyli fałszywe dowody i nakłaniali świadków do składania fałszywych zeznań. Jaka była łapówka? Prokuratura oficjalnie podaje, że chodziło o minimum 100 dolarów i 12 butelek whisky. W zeznaniach świadków pojawia się jednak stwierdzenie, że starczyłoby na „dobrą bryczkę”.

Adwokat, lubartowski prokurator, wiceszef CBŚ i urzędnik zostali już oskarżeni. Ich sprawy albo się zaczęły, albo zaczną się wkrótce przed lubelskim Sądem Rejonowym. Śledztwo Prokuratury Okręgowej w Katowicach (żeby zapewnić bezstronność przeniesiono je tam z Lublina) dalej jednak trwa i dotyczy tym razem działań, jakie podejmowali w sprawie trzcinieckiej inni lubelscy prokuratorzy.

Prokuratorzy dzwonili, chodzili
Prokurator Andrzej M. w czasie, kiedy doszło do rozboju w Trzcińcu (kwiecień 1998 roku) był szefem Wydziału Nadzoru nad Postępowaniem Przygotowawczym w lubelskiej Prokuraturze Okręgowej. Z materiałów zgromadzonych przez katowicką prokuraturę wynika, że wykazywał niebywałą aktywność w „nadzorowaniu” sprawy rozboju w Trzcińcu. Wiele razy dzwonił i chodził do prowadzącej śledztwo lubartowskiej prokuratorki w sprawie uchylenia aresztu jednemu ze sprawców rozboju. Jak twierdzi prokuratura bandyta ten w zamian za wyjście z aresztu miał złożyć wyjaśnienia „wybielające” syna urzędnika. Namawiali go do tego policjanci nasłani przez podinspektora Krzysztofa M.

Z kolei prokurator Jacek K. pełnił wysoką funkcję szefa wydziału ds. zwalczania przestępczości zorganizowanej Prokuratury Okręgowej. I jego rola, według prokuratury katowickiej, była w sprawie poważniejsza. Prokurator miał brać udział w nieformalnym spotkaniu pomiędzy urzędnikiem i jego synem (który był wtedy aresztowany). Wspólnie uzgadniano tam „odpowiednią” wersję wyjaśnień, jaką syn urzędnika miał złożyć w prokuraturze.

Czy prokuratorzy w zamian za pomoc w sprawie wzięli pieniądze od urzędnika? Tego katowicka prokuratura na razie nie rozstrzygnęła. Jeden z policjantów oskarżonych w sprawie afery stwierdził jednak, że słyszał jak jego przełożony - podinspektor Krzysztof M. - trzymając w ręku zwitek studolarowych banknotów, powiedział, że musi „podzielić się tym z prokuratorami”.

Co łączyło prokuratorów i ojca bandyty biorącego udział w rozboju? Okazuje się, że nie tylko więzy koleżeńskie. Prokurator Andrzej M., lubelski dziennikarz Mariusz H. (z prokuratorskiego śledztwa wynika, że był „łącznikiem” między przestępcami) i urzędnik ratusza - ojciec skazanego za rozbój - wspólnie handlowali działkami budowlanymi w centrum Lublina. Z ustaleń prokuratury w Katowicach wynika też, że po zakończeniu działań w sprawie trzcinieckiej prokuratorzy spotkali się z wiceszefem CBŚ i wspólnie pili wódkę.

Są niewinni?
W ubiegłym roku w rozmowie z „Gazetą” prokurator Andrzej M. twierdził, że jego odejście z prokuratury nie wiąże się ze sprawą afery korupcyjnej. Także prokurator Jacek K. zaprzeczał, żeby brał udział w matactwach.

Kiedy śledztwo katowickiej prokuratury dotyczące lubelskich prokuratorów zakończy się aktem oskarżenia, na razie nie wiadomo. Katowiccy prokuratorzy oficjalnie nie chcą się wypowiadać w tej sprawie.

2002/09/05, Gazeta w Lub. nr. 207, s.1
Grzegorz Praczyk,

Superglina posiedzi. Przedłużenie aresztu dla wiceszefa CBŚ.


Wiceszef lubelskiego Centralnego Biura Śledczego podinspektor Krzysztof M. pozostanie w areszcie przynajmniej do grudnia. Policjant jest oskarżony o łapownictwo i matactwa.

Wczoraj lubelski Sąd Rejonowy postanowił o przedłużeniu aresztu policjantowi. Uzasadnił to zagrożeniem wysoką karą i obawami matactwa.

Podinspektor Krzysztof M. - jak twierdzi katowicka prokuratura - pomagał w matactwach wokół głośnej sprawy rozboju w Trzcińcu. Za łapówkę w postaci co najmniej 100 dolarów i 12 butelek wódki miał tworzyć fałszywe dowody zmierzające do uchronienia od odpowiedzialności karnej jednego ze sprawców rozboju.

Wczoraj sąd uznał, że w areszcie powinien pozostać także inny oskarżony w tej sprawie, były wiceszef Wydziału Gospodarki Komunalnej Urzędu Miejskiego w Lublinie Andrzej G., ojciec bandyty, którego próbowano uchronić od odpowiedzialności.

2002/10/17, Gazeta w Lub. nr. 243, s. 3
Grzegorz Praczyk,
Uchylony areszt Krzysztofa M. Superglina wychodzi.


Podinspektor Krzysztof M., oskarżony o łapownictwo i matactwa, wyjdzie z aresztu. Tak wczoraj zdecydował Sąd Rejonowy w Lublinie

Sędzia III Wydziału Karnego, do którego trafiła sprawa Krzysztofa M.,

zdecydował, że na obecnym etapie postępowania policjant nie musi przebywać za kratami. - Zamiast tymczasowego aresztowania sąd zastosował poręczenie majątkowe w kwocie 25 tysięcy złotych i zakaz opuszczania kraju - mówi rzecznik prasowy lubelskiego Sądu Okręgowego Jarosław Matras.

Oficer opuści areszt, kiedy na sądowe konto wpłynie cała kwota poręczenia.

Wczorajsze uchylenie aresztu jest niespodzianką. Zgodnie z postanowieniem Sądu Rejonowego Krzysztof M. miał przebywać w areszcie do grudnia. Taką decyzję dwa tygodnie temu utrzymał w mocy Sąd Okręgowy. Tymczasem 10 października adwokat policjanta zwrócił się do sądu o uchylenie aresztu. Uzasadnił to głównie problemami ze zdrowiem, jakie w ostatnim czasie miał Krzysztof M. Jednak sędzia we wczorajszej decyzji zgodnej z tym, co chciał adwokat, na temat zdrowia się nie wypowiedział.

Ten sam wydział, który wczoraj wypuścił na wolność podinspektora Krzysztofa M., kilka dni temu poprosił Sąd Najwyższy o to, żeby jego sprawę przekazać innemu sądowi. W uzasadnieniu czytamy, że sędziowie z nie chcą sądzić sprawy, bo są kolegami prokuratorów - świadków w niej występujących.

Przypomnijmy, że podinspektor Krzysztof M., były wiceszef lubelskiego Centralnego Biura Śledczego, zamieszany jest w sprawę głośnej afery korupcyjnej w lubelskim świecie prawniczym. Prokuratura oskarża go o to, że w zamian za łapówkę obiecał pomoc w uchronieniu od odpowiedzialności karnej sprawcy rozboju

Zdaniem prokuratora policjant sfabrykował część dowodów w sprawie. Podczas rewizji w jego mieszkaniu znaleziono nielegalną broń.

Wczoraj do sądu wpłynął wniosek o uchylenie aresztu Andrzejowi G., byłemu wiceszefowi Wydziału Gospodarki Komunalnej w lubelskim ratuszu. Jest on także oskarżony w tej sprawie i do tej pory siedzi w areszcie.

2002/12/30, Gazeta w Lublinie, nr. 302, s. 4
Jacek Brzuszkiewicz
Policyjno-prokuratorskie skandale. Afery, kompromitacje i wielki pościg...

Z prędkością 150 km/h przemknęli przez Lubelszczyznę bandyci, którzy obrabowali niemiecki bank. Ale to nie wszystko. Z policyjnej kasy zginęły pieniądze, za kraty trafił lubelski superglina, a prokurator, zatrzymując znanego adwokata, przedstawił mu przedawniony zarzut. Trudno się dziwić, że policja i prokuratura nie mogą zapisać mijającego roku do udanych. Gmachem Komendy Wojewódzkiej i Prokuratury Okręgowej wstrząsały afery, rzucając cień na dobrym imieniu lubelskich organów ścigania.

Skandale policyjne...
Lubelscy policjanci długo zapamiętają drugą dekadę stycznia 2002.

To był szok. Z kasy wydziału dochodzeniowo-śledczego zginęły pieniądze, 8 tys. dolarów i 7 tys. złotych. Gotówkę zabezpieczono członkom gangu jubilerów, którzy przemycali złoto z Turcji do Polski. Kradzież pieniędzy pociągnęła za sobą szereg niekontrolowanych zdarzeń. Samobójstwo popełnił jeden z podejrzewanych funkcjonariuszy, potem Rzecznik Praw Obywatelskich poddał komendę druzgocącej krytyce, w efekcie posady straciło trzech komendantów, na czele ze Zbigniewem Głowackim. Swój udział w skandalu miał też prokurator. Okazało się, że zwlekał z ulokowaniem skradzionej gotówki w banku, czekając na zmianę komorniczych przepisów.

Cztery dni po ujawnieniu kradzieży garnizonem wstrząsnął drugi zawał. Do aresztu trafił podinspektor Krzysztof M., zastępca naczelnika lubelskiego Centralnego Biura Śledczego. To właśnie on tropił „Ciola” i rozbijał międzynarodowe narkogangi. W styczniu prokurator zarzucił mu korupcję - superglina miał przyjąć łapówkę od urzędnika z lubelskiego magistratu za pomoc w uwolnieniu syna z aresztu. W efekcie M. przesiedział za kratkami ponad dziesięć miesięcy.

...afery prokuratorskie
W lutym dostało się lubelskiej prokuraturze. Prokurator z elitarnego Wydziału Zwalczania Przestępczości Zorganizowanej Prokuratury Okręgowej w Lublinie wydał nakaz aresztowania znanego lubelskiego adwokata. Zarzucił mu wyłudzenie 5 tys. dolarów. Mecenas miał przyjąć pieniądze od matki bandyty (w zamian przestępca miał odzyskać wolność). Zdaniem prokuratora przestępca wolności nie odzyskał, a adwokat pieniędzy nie oddał. Następnego dnia okazało się, że prokurator zatrzymywał mecenasa na podstawie przedawnionego zarzutu. Następnie pospiesznie zmieniał jego treść. W efekcie adwokat odzyskał wolność, a cała sprawa zakończyła się skandalem.

Dobrze poinformowani twierdzą, że prokuratorski blamaż miał wpływ na grudniowe dymisje w lubelskiej prokuraturze. Tuż przed świętami pracę stracił lubelski prokurator apelacyjny Ireneusz Łyszcz i okręgowy Andrzej Sidor. Szefem prokuratury apelacyjnym został Grzegorz Janicki, doradca i dobry znajomy ministra sprawiedliwości Grzegorza Kurczuka.

A propos dymisji: w maju pracę stracił poprzednik Sidora, Leopold Pietal. Instytut Pamięci Narodowej zarzucił mu nadużycie uprawnień: w grudniu 1981 r. aresztował działaczy podziemnej „Solidarności” na podstawie dekretu, który jeszcze nie obowiązywał.

18.11.2002, Rzepa  Nr 268
Były prokurator apelacyjny w areszcie.


Żeby nie mataczył.
Krakowski sąd aresztował na trzy miesiące b. prokuratora apelacyjnego w Katowicach Jerzego Hopa, podejrzanego o przekroczenie uprawnień i wyłudzenie ponad 135 tys. złotych.

Decyzja zapadła około godziny pierwszej w nocy w sobotę. Wcześniej prokuratura kilkanaście godzin przesłuchiwała Hopa. Po zakończeniu przesłuchania, ok. godz. 21 do sądu trafił wniosek o aresztowanie.
 


12
 

Rzeczniczka prokuratury Mirosława Kalinowska-Zajdak poinformowała, że o złożeniu wniosku zadecydował fakt, iż podejrzany nie przyznał się do winy i złożył "dość pokrętne" wyjaśnienia. Mając na uwadze obawę matactwa i grożącą karę do 10 lat pozbawienia wolności, prokuratura zdecydowała się wystąpić z wnioskiem o areszt.

Prokuratura przedstawiła Jerzemu Hopowi zarzuty przekroczenia uprawnień funkcjonariusza publicznego na służbie i wyłudzenia ponad 135 tys. zł, które miały trafiać do prokuratury na zakup materiałów biurowych. Jednak pieniądze przekazywane przez firmy nie trafiały na konta prokuratury.

Hop stracił stanowisko w kwietniu, po tym jak w mediach ukazały się informacje o jego majątku, nieadekwatnym do dochodów jego i jego żony. SOL, PAP

04.12.02 Rzepa, Nr 281
Tomasz Szymborski,

Święta w areszcie. Prokuratorowi Hopowi nie pomogło poręczenie arcybiskupa.

Jerzy Hop, były prokurator apelacyjny w Katowicach, pozostanie w areszcie przez co najmniej trzy miesiące. Sąd Okręgowy w Krakowie odrzucił dziś jego zażalenie na zastosowany dwa tygodnie temu areszt tymczasowy. Nie pomogło nawet poręczenie metropolity katowickiego arcybiskupa Damiana Zimonia.

Były szef śląskiej prokuratury apelacyjnej jest podejrzany o to, że przekroczył uprawnienia funkcjonariusza publicznego na służbie i wyłudził co najmniej 135 tys. zł. Jak ujawnił "Newsweek", pieniądze dawali Hopowi biznesmeni, a on wydawał więcej niż zarabiał.

Śledztwo na polecenie ówczesnej minister sprawiedliwości Barbary Piwnik wszczęła krakowska prokuratura.

Dzisiejszą decyzję sąd uzasadnił tym, że Hop mógłby utrudniać śledztwo i mataczyć. Za byłego szefa Prokuratury Apelacyjnej w Katowicach poręczyło wiele osób, w tym także jeden z biskupów. Prokurator krajowy Karol Napierski potwierdził w rozmowie z "Rz", że za Hopa poręczenie złożył arcybiskup metropolita katowicki Damian Zimoń.

Sąd uznał jednak, że argumenty zawarte w zażaleniach aresztowanego i jego obrońcy nie zasługują na uwzględnienie, ponieważ zgromadzony materiał dowodowy wskazuje na duże prawdopodobieństwo, iż Hop dopuścił się zarzucanych mu czynów. Jerzy Hop był szefem katowickiej Prokuratury Apelacyjnej od 1993 r. Nadzorował prokuratury w byłych województwach: katowickim, bielskim i częstochowskim. Prowadzone w jego sprawie postępowanie jest pierwszym w dziejach III RP śledztwem przeciwko tak wysoko postawionemu urzędnikowi wymiaru sprawiedliwości. Jerzemu Hopowi grozi do 10 lat więzienia.

Prokuratura zabezpieczyła majątek prokuratora Jerzego Hopa.

2003-02-04, PAP, GW, nr 29
Pensję i konto byłego prokuratora apelacyjnego w Katowicach Jerzego Hopa oraz hipoteki jego dwóch nieruchomości zajęła krakowska prokuratura, prowadząca śledztwo przeciwko niemu.

"Postanowienie o zabezpieczeniu majątkowym jest już prawomocne" - poinformował PAP w poniedziałek sędzia Andrzej Almert. Sąd, rozpatrujący zażalenie Jerzego Hopa na zabezpieczenie majątku, utrzymał decyzję prokuratury w mocy.

Prokuratura postanowiła zająć 60 tys. zł z wynagrodzenia prokuratora w Prokuraturze Apelacyjnej i 60 tys. zł z jego konta bankowego oraz obciążyć hipoteki dwóch jego nieruchomości w Rybniku do wysokości 300 tys. zł.

Powodem zabezpieczenia majątkowego są grożące Jerzemu Hopowi kary grzywny i roszczenia o naprawienie szkody wyrządzonej w mieniu wartości co najmniej 135,5 tys. zł.

Przeciwko tej decyzji protestował Jerzy Hop, wskazując, iż zajęcie wynagrodzenia i konta bankowego sprowadza na jego rodzinę ciężkie skutki i nie zapewnia minimum socjalnego na utrzymanie, przy zarobkach żony wynoszących niewiele ponad 1000 zł i obciążeniach kredytowych 4 tys. zł miesięcznie.

Sąd utrzymał jednak w mocy decyzję prokuratury, powołując się na zebrany materiał dowodowy, który w wysokim stopniu czyni prawdopodobnym fakt popełnienia przez prokuratora zarzucanych mu czynów, a tym samym późniejszych obciążeń finansowych. Wskazał także, że sytuacja finansowa rodziny nie jest tak tragiczna, jak usiłuje przedstawić ją Jerzy Hop, ponieważ m.in. posiada mieszkanie, które można wynająć.

Krakowska prokuratura zarzuciła Jerzemu Hopowi przekroczenie uprawnień funkcjonariusza publicznego na służbie i wyłudzenie co najmniej 135 tys. zł oraz przestępstwa przeciwko dokumentom: poświadczanie nieprawdy w dokumentach przez funkcjonariusza publicznego z chęci zysku i posługiwanie się podrobionymi dokumentami.

Sąd Rejonowy dla Krakowa Śródmieścia w połowie listopada zeszłego roku aresztował Jerzego Hopa na trzy miesiące.

Według prokuratury, mechanizm przestępstwa polegał na tym, że prokurator wprowadzał w błąd przedstawicieli niektórych zakładów pracy co do sytuacji finansowej prokuratury i uzyskiwał od nich środki finansowe, które nie trafiały jednak na konta prokuratury. Przekazane środki potwierdzał fałszywymi fakturami zakupu urządzeń.

W sprawie są już podejrzane dwie inne osoby, związane z działalnością firmy wystawiającej fałszywe faktury.

Sprawę Jerzego Hopa przekazała do zbadania na początku czerwca zeszłego roku do Prokuratury Apelacyjnej w Krakowie ówczesna minister sprawiedliwości Barbara Piwnik. Decyzją prokuratora apelacyjnego sprawa trafiła do wydziału śledczego Prokuratury Okręgowej w Krakowie.

Materiały dotyczyły zarzutów postawionych prokuratorowi Hopowi przez tygodnik "Newsweek". W kwietniowym numerze "Newsweek" napisał, że Hop wydaje więcej niż zarabia, mieszka w luksusowym mieszkaniu w dzielnicy willowej Rybnika, on i jego żona - nauczycielka - jeżdżą luksusowymi samochodami.

Powołując się na swych rozmówców, których tygodnik nie ujawnił, "Newsweek" napisał, że Hop proponował śląskim przedsiębiorcom wpłaty na "artykuły biurowe dla prokuratury". Faktury za nie miała wystawiać niedziałająca już firma ACS - w jej władzach zasiadali niegdyś członkowie rodziny prokuratora. Rzecznik katowickiej prokuratury powiedział gazecie, że żadne materiały biurowe nie docierały do prokuratury. Według Hopa, współwłaścicielką zarówno jego samochodu - BMW za 280 tys. zł, jak i auta żony - BMW za 100 tys. zł oraz domu za 280 tys. zł jest teściowa, ktora otrzymała spadek - 300 tys. dolarów. Teściowa - mówił prokurator - "subsydiuje" i jego samego, i jego rodzinę. Sam Hop wraz z żoną zarabia

- jak mówił - ok. 12 tys. zł netto. Dodatkowo zaciągnął kredyty w wys. 120 tys. zł i dwa po 100 tys. zł. Kredyty te Hop ma spłacać jeszcze przez 8 lat po 4 tys. zł miesięcznie.

W kwietniu minister sprawiedliwości Barbara Piwnik odwołała prokuratora Hopa z zajmowanego stanowiska. Przyczyną odwołania Hopa było jego publiczne zaprzeczenie, że został zobowiązany przez minister Piwnik do przesłania szczegółowych wyjaśnień dotyczących zarzutów stawianych mu przez tygodnik "Newsweek".

Minister Piwnik zobowiązała Jerzego Hopa do złożenia takich wyjaśnień, ale w rozmowie w Radiu Zet prokurator zaprzeczył temu. Minister Piwnik uznała, że takie zachowanie Hopa podważa zaufanie do niego, niezbędne do sprawowania funkcji prokuratora apelacyjnego, i odwołała go.

2003-01-13, PAP, Rzepa, s. C2
Proces prokuratora z Cieszyna - od nowa

Sąd Okręgowy w Katowicach z powodu uchybień procesowych uchylił w piątek wyrok uniewinniający prokuratora odpowiadającego za spowodowanie po pijanemu wypadku, w którym zginął 40-letni mężczyzna. Sprawę skierowano do ponownego rozpatrzenia. Po prawie 7 latach postępowania sąd w Dąbrowie Górniczej uniewinnił w sierpniu ub.r. byłego prokuratura rejonowego Zbigniewa T. z Cieszyna od zarzutu spowodowania śmiertelnego wypadku po alkoholu. Sąd uznał, że sprawy nie udało się wyjaśnić z powodu błędów policji, popełnionych po wypadku. Apelację złożyła prokuratura uznając, że błędy policjantów nie musiały przesądzić o uniewinnieniu. Ponadto sąd w Dąbrowie Górniczej nie zapewnił rodzinie ofiary możliwości pełnego uczestniczenia w procesie. Prokurator pracuje obecnie w prokuraturze w Bielsku. (PAP)

2001/04/18, GP, Gazeta w Lublinie nr 91, str. 4
Więzienie dla prokuratorki? Z sądu. Koniec procesu prokuratorki z Podlasia

Prokurator Urszula Ch. brała łapówki od swojej znajomej w zamian za pozytywne zakończenie jej śledztwa - twierdzi prokuratura. Kobieta miała też próbować wymusić łapówkę od znanego bialskiego biznesmena. Wczoraj zakończył się jej proces.

Prokurator oskarżający byłą prokuratorkę zażądał dla niej dwóch lat więzienia.

Obrońcy i oskarżona wnieśli o uniewinnienie. Wyrok Sąd Okręgowy w Lublinie ogłosi w przyszłym tygodniu.

O prokurator Urszuli Ch. (wcześniej nosiła nazwisko Ś., zmieniła je w trakcie procesu) zrobiło się głośno w 1997 roku. Wtedy radomska prokuratura (sprawą zajmowała się prokuratura z innego miasta, bo dotyczyła ona przestępstw popełnianych przez oskarżoną, kiedy pełniła funkcję prokuratora Prokuratury Rejonowej w Białej Podlaskiej) postawiła Urszuli Ś. zarzuty korupcji. Prokuratorce odebrano immunitet.
 


13
 

Prezenty i oskarżenie syna
Według aktu oskarżenia, który do lubelskiego sądu trafił ponad dwa lata temu, Urszulę Ś. łączyły bliskie stosunki ze Stanisławą D., przeciw której toczyło się postępowanie w sprawie zagarnięcia przez nią mienia. Stanisława D. zdawała sobie sprawę z grożącego jej śledztwa i procesu, i to ona - zdaniem prokuratury - dotarła do Urszuli Ś. Prokuratorka, w zamian za pieniądze i prezenty, miała podjąć się pozytywnego załatwienia sprawy Stanisławy D. Przyjaźń między kobietami trwała kilka lat. W tym czasie prokurator Urszula Ś. zapewniała Stanisławę D., że ?trzyma rękę na pulsie. Prokurator przyjmowała prezenty: pieniądze, biżuterię i ubrania o łącznej wartości około 10 tysięcy złotych. Układ skończył się dopiero po tym, jak sąd skazał Stanisławę D. Wcześniej jednak śledztwo przeciwko kobiecie zostało przez bialską prokuraturę umorzone (decyzję tę uchylono i dlatego sprawą ostatecznie zajął się sąd).

Stanisława D. przed sądem obciążyła swoimi zeznaniami Urszulę Ś. Zrobił to też znany bialski biznesmen Bogdan Ł., od którego - zdaniem prokuratury - Urszula Ś. usiłowała wymusić łapówkę. W 1995 roku kilku bandytów napadło i pobiło syna biznesmena. Niedługo potem w gabinecie Bogdana Ł. miała pojawić się Urszula Ś. i zażądać 7,5 tysiąca złotych w zamian za odstąpienie od... oskarżenia chłopaka o pobicie. Biznesmen nie dał, bialska prokuratura oskarżyła jego syna o udział w bójce i sprawa trafiła do sądu. Ten uniewinnił chłopaka i skazał rzeczywistych sprawców pobicia.

Prokurator: winna, obrońcy: niewinna
Wczoraj skończył się trwający dwa lata proces Urszuli Ś. (sprawę rozpoczynano od nowa trzy razy). Sąd udzielił głosu prokuratorowi i obrońcom. - Tego typu sprawy, ujawniane coraz częściej przez środki masowego przekazu, świadczą o nasileniu zjawiska łapownictwa i płatnej protekcji wśród sędziów i prokuratorów - mówił oskarżyciel. - Takie przypadki ugruntowują wśród ludzi przekonanie, że bez dania łapówki nie można liczyć na bezstronne rozpoznanie sprawy.

Prokurator zażądał dwóch lat więzienia dla Urszuli Ś., 15 tysięcy złotych grzywny i orzeczenia zakazu pełnienia przez nią zawodów prawniczych, a także urzędniczych w instytucjach państwowych i samorządowych na dziesięć lat.

Sama Urszula Ś. przed sądem twierdzi, że jest niewinna. Uważa, że padła ofiarą wymierzonego przeciwko niej spisku. Podobnego zdania byli wczoraj jej obrońcy. Wnieśli o uniewinnienie Urszuli Ś., twierdząc, że ze Stanisławą D. łączyła ją tylko zwykła przyjaźń, a biznesmen specjalnie przedstawił byłą prokuratorkę w złym świetle.

2001/04/25, Gazeta w Lublinie nr 97, str. 3
Grzegorz Praczyk
Łapówki pani prokurator. Z sądu. Wyrok więzienia dla Urszuli Ch.

Prokurator Urszula Ch. z Białej Podlaskiej brała łapówki w zamian za obietnicę załatwienia sprawy w prokuraturze i sądzie - uznał wczoraj lubelski sąd. Skazał ją na dwa lata więzienia.

Sąd Okręgowy uznał Urszulę Ch. (kiedy pracowała na stanowisku prokuratora rejonowego w Białej Podlaskiej nosiła nazwisko Ś.) winną wszystkich zarzucanych jej przez prokuraturę przestępstw. Chodziło m.in. o korzyści majątkowe, jakie prokuratorka przyjmowała od Stanisławy D. w latach 1993-1996. Stanisława D. wiedziała, że toczy się przeciwko niej postępowanie dotyczące wyłudzeń ze sklepu, w którym pracowała i - poprzez koleżankę - dotarła do Urszuli Ch. Ta obiecała pomóc jej w uniknięciu odpowiedzialności karnej. - Urszula Ch. zapewniała Stanisławę D., że z jej sprawą będzie ?wszystko w porządku - mówiła wczoraj w ustnym uzasadnieniu wyroku przewodnicząca składu sędziowskiego Anna Folwarczna. - Wykorzystując swoje stanowisko, obiecywała załatwienie sprawy, za co przyjmowała korzyści majątkowe.

Za opiekę nad sprawą (prowadził ją kolega Urszuli Ch. z bialskiej prokuratury) prokuratorka przyjmowała od Stanisławy D. pieniądze i prezenty (m.in. ubrania i biżuteria), bawiła na urządzanych przez nią przyjęciach. Sąd uznał, że łączna wartość przyjętych przez prokuratorkę łapówek wynosiła nie mniej niż pięć tysięcy złotych. Urszula Ch. nie żądała korzyści majątkowych wprost. Dawała jednak to do zrozumienia, mówiąc Stanisławie D., że potrzebuje funduszy np. na opłacenie stancji. Obie kobiety utrzymywały kontakty nawet wtedy, kiedy sprawa przeciwko Stanisławie D. trafiła do sądu. Znajomość skończyła się dopiero wtedy, kiedy Stanisławę D. skazano.

Drugi zarzut, jaki prokuratura postawiła Urszuli Ch., to żądanie łapówki od znanego bialskiego biznesmena Bogdana Ł. W 1995 roku kilku chuliganów napadło i pobiło jego syna. Postępowanie policyjne w tej sprawie nadzorowała z ramienia prokuratury Urszula Ch. Wkrótce zwróciła się do biznesmena z niedwuznaczną propozycją zapłaty 7,5 tysiąca złotych w zamian za odstąpienie od oskarżenia syna za udział w bójce. Biznesmen nie zapłacił, akt oskarżenia przeciwko jego synowi trafił do sądu, który chłopaka uniewinnił.

Sprawą łapówek prokuratorki z Podlasia zajęła się prokuratura z Radomia. Proces Urszuli Ch. w lubelskim Sądzie Okręgowym trwał dwa lata. Dwa razy sprawę przerywano i rozpoczynano.

W sądzie Urszula Ch. nie przyznała się do winy. Tuż po rozpoczęciu procesu odmówiła składania wyjaśnień, decydując się na to pod koniec sprawy. Nakreśliła wtedy wizję spisku, którego stała się ofiarą. Sąd jednak w to nie uwierzył. Uznał, że zeznania świadków obciążających Urszulę Ch. są wiarygodne i wzajemnie się uzupełniają.

Oprócz kary więzienia Urszula Ch. będzie musiała zapłacić siedem tysięcy złotych grzywny. Sąd zabronił jej też pełnienia zawodu prokuratora, sędziego albo adwokata na pięć lat. Na ogłoszeniu wyroku nie pojawili się ani Urszula Ch., ani jej obrońcy.

Wczorajszy wyrok jest nieprawomocny. Strony mogą złożyć apelację do
Sądu Apelacyjnego.

2002/10/10, Gazeta w Lub. nr 237, str. 4
Grzegorz Praczyk,

Proces byłej prokurator od nowa. Sądowa fuszerka

Z powodu wielu błędów Sąd Apelacyjny uchylił wczoraj wyrok lubelskiego Sądu Okręgowego, skazujący byłą prokurator za branie łapówek. Sprawa rozpocznie się od nowa

Wyrok nie może się ostać, bo jest dotknięty licznymi uchybieniami mówił sąd w uzasadnieniu takiej decyzji.

Przypomnijmy, że w kwietniu ubiegłego roku lubelski Sąd Okręgowy skazał byłą prokurator z Białej Podlaskiej Urszulę Ch. na dwa lata więzienia za łapownictwo. Sąd uznał, że prokuratorka w latach 1993-1996 przyjmowała drogie prezenty w zamian za opiekę nad jednym z toczących się w prokuraturze postępowań, a dotyczącym jej znajomej. Urszula Ch. została także skazana za żądanie łapówki od znanego bialskiego biznesmena w zamian za odstąpienie od oskarżenia jak się zresztą okazało niesłusznego jego syna.

Wyrok Sądu Okręgowego był jednak nieprawomocny i dwaj obrońcy Urszuli Ch. odwołali się od niego. Zarzucali sędziom wyrokującym w sprawie popełnienie wielu błędów. Nieoczekiwanie na rozprawie przed Sądem Apelacyjnym poparł ich prokurator. Ten wyrok jest sprzeczny z prawem  mówił.

Wczoraj całą sprawę rozstrzygnął sąd. Uchylając orzeczenie wytknął Sądowi Okręgowemu szereg błędów. Okazało się, że sąd niewłaściwie przeprowadził postępowanie dowodowe. Nie przeprowadził na przykład konfrontacji między świadkami, którzy złożyli sprzeczne ze sobą zeznania, bezprawnie dołączył do sprawy łapówek akta innej z toczących się przed sądem spraw. To, co w wyroku ustalił Sąd Okręgowy, nie miało też pokrycia w dowodach. Chodziło tu np. o kwoty łapówek.

Proces zacznie się więc od nowa przed lubelskim Sądem Okręgowym.

2003-02-06,Gazeta w Lublinie, nr 31
Grzegorz Praczyk

Prokurator się nie przyznaje. Proces byłej prokurator z Białej Podlaskiej Urszuli Ch. zaczął się w środę przed lubelskim sądem

W sprawie Urszuli Ch. już raz zapadł wyrok skazujący. Jednak okazał się on jedną z największych fuszerek w historii Sądu Okręgowego w Lublinie. Sąd Apelacyjny wytknął orzeczeniu liczne błędy i zdecydował, że proces musi być przeprowadzony jeszcze raz.

Urszula Ch. - jak twierdzi prokuratura - za łapówki obiecała swojej przyjaciółce pozytywne dla niej załatwienie toczącego się w prokuraturze postępowania. Z aktu oskarżenia wynika, że wzięła za to podarunki - m.in. biżuterię o łącznej wartości 10 tys. zł. To nie wszystko. Prokurator z Białej Podlaskiej miała też żądać od jednego z miejscowych biznesmenów 7,5 tys. zł łapówki za odstąpienie od oskarżenia o pobicie jego syna.

Wczoraj prokurator zaprzeczyła zarzutom prokuratorskim. Nie chciała składać wyjaśnień, sąd przeczytał więc to, co mówiła w prokuraturze. Urszuli Ch. grozi wieloletnie więzienie.

Sprawa Urszuli Ch. zaczęła się w środę już po raz trzeci. Dwa razy proces przerywano, bo między rozprawami minęło więcej niż 35 dni. Trzeci raz o powtórzeniu sprawy zdecydował Sąd Apelacyjny.

2003-02-06, Rzepa, nr 31
Maciej Podgórski

Była prokurator znów przed sądem, Lublin Proces o łapownictwo od początku po czterech latach

Urszula Ś., oskarżona o to, że jako prokurator brała łapówki lub ich żądała w zamian za obietnice umorzenia postępowań karnych, stanęła wczoraj ponownie przed lubelskim Sądem Okręgowym. Sąd Apelacyjny w październiku 2002 r. uchylił bowiem skazujący wyrok SO i przekazał sprawę do ponownego rozpoznania w I instancji.

Sprawa, uwikłana w barwne szczegóły obyczajowe, była swego czasu bardzo głośna. SO stwierdził, że Urszula Ś., powołując się na wpływy w wymiarze sprawiedliwości, przyjęła od Stanisławy D. biżuterię, odzież i pieniądze o łącznej wartości nie mniejszej niż 5 tys. zł. W zamian obiecała, że załatwi umorzenie postępowania karnego przeciwko Stanisławie D. Natomiast od biznesmena Bogdana Ł. zażądała 7,5 tys. zł łapówki za umorzenie nadzorowanego przez nią dochodzenia przeciwko jego synowi w sprawie karnej. Stanisława D. i biznesmen, świadkowie oskarżenia, potwierdzili w SO winę Urszuli Ś. Podsądna, odpowiadająca z wolnej stopy, nie przyznała się do winy.

W kwietniu 2001 r., po dwuletnim procesie, SO skazał Urszulę Ś. na 2 lata więzienia, 7 tys. zł grzywny oraz 5-letni zakaz zajmowania stanowisk sędziego, prokuratora i adwokata. Zasądził też od oskarżonej ponad 4 tys. zł tytułem kosztów sądowych. Apelację złożyli obrońcy.

Lubelski Sąd Apelacyjny zakwestionował niemal wszystkie elementy orzeczenia SO: poprawność ustaleń faktycznych, sposób przeprowadzenia i kompletność postępowania dowodowego, ocenę zebranego w sprawie materiału oraz sposób uzasadnienia wyroku. Uchylił wyrok i przekazał sprawę do ponownego rozpoznania.

Wczoraj Urszula Ś. nie przyznała się do winy i skorzystała z prawa odmowy wyjaśnień. Sąd rozpoczął więc odczytywanie jej wyjaśnień z poprzedniego procesu, z których wynikało m.in., że Bogdana Ł. nie znała przed procesem, a Stanisława D., jej przyjaciółka, obciążała ją za namową Bogdana Ł.; w zamian za zeznania przeciwko niej biznesmen spłacił długi Stanisławy D. Tę wersję oskarżona potwierdziła podczas


14
 
wczorajszej rozprawy.

2003-17-04, Rzeczpospolita, nr. 91
Bezkarna przyjaźń z gangsterem
Rzecznik dyscyplinarny odmówił wszczęcia postępowania dyscyplinarnego przeciwko sędziemu Zbigniewowi Wielkanowskiemu. Odpowiedzialny za sądy wiceminister sprawiedliwości Sylweriusz Królak, nie badając nawet akt sprawy, uznał w imieniu ministra, choć bez jego wiedzy, że decyzji nie zaskarży.

Od ponad dwóch lat w serii publikacji "Rzeczpospolita" przedstawiała powiązania toruńskiego sędziego Zbigniewa Wielkanowskiego z szefem miejscowej mafii.

Wielkanowski ma obecnie uchylony immunitet i stanie wkrótce przed sądem za fałszywe zawiadomienie o przestępstwie. Nadal toczą się też przeciwko niemu dwa postępowania dyscyplinarne, m.in. za zasądzanie nawiązek na rzecz klubu strzeleckiego Magnum, w którym biesiadowali wspólnie sędziowie, prokuratorzy i przestępcy. Ale 28 marca br., po dwóch i pół roku od głośnej publikacji "Rzeczpospolitej" pt. "Sędzia do wynajęcia" (22 listopada 2000 r.,) zastępca rzecznika dyscyplinarnego Sądu Apelacyjnego w Gdańsku Wiktor Gromiec odmówił wszczęcia postępowania dyscyplinarnego przeciwko sędziemu Wielkanowskiemu, uznając, że zarzuty naszej gazety się nie potwierdziły.

Postanowienie wpłynęło do Ministerstwa Sprawiedliwości 4 kwietnia. Siedmiodniowy czas na zaskarżenie decyzji przez ministra sprawiedliwości upłynął 11 kwietnia. Tego samego dnia Wielkanowski rozesłał korzystne dla siebie postanowienie rzecznika do wybranych dziennikarzy.

Mercedes z częściami niewiadomego pochodzenia
Sędzia Gromiec uznał, że mercedes sędziego nie był prezentem od przestępców, Wielkanowski kupił i wyremontował go legalnie. Ustalenia na temat okoliczności sprowadzenia auta z zagranicy i odnowienia go przepisał niemal dosłownie z prokuratorskiego postanowienia o umorzeniu śledztwa. Zbigniew Wielkanowski i jego żona zgodnie stwierdzają, że koszty kupienia mercedesa wyniosły około 80 tys. zł. Rachunki mają jednak tylko na 32 940 zł (faktura wystawiona przez importera) i 2867 zł (faktura za naprawę). "Części zamienne i lakier zostały zakupione przez właściciela auta" - stwierdza prokuratura, a za nią powtarza sędzia Gromiec. Na to nie ma już jednak żadnych rachunków.

"Zebrane w sprawie dowody nie potwierdziły postawionej we wskazanym artykule ["Rzeczpospolitej" - red.] tezy, że mercedes stanowił korzyść majątkową od przestępców blisko powiązanych z Edwardem Śmigielskim, w zamian za niskie wyroki" - dodaje sędzia Gromiec.

Takiej tezy nie postawiliśmy. Napisaliśmy natomiast, że sędzia wkrótce po procesie, w którym żołnierze Śmigielskiego dostali małe wyroki, gdy tylko wspomniał, że marzy o "okularniku" (typ mercedesa), zaczął nim jeździć. Umożliwili mu to ludzie z kręgu Śmigielskiego. Jak ustaliliśmy, dostawcą części i człowiekiem, który w marcu 2000 r. powiedział sędziemu, że może tanio kupić i naprawić "okularnika", był nieżyjący już Andrzej Gręzicki. Gręzicki był wówczas biegłym rzeczoznawcą PZMOT. Wcześniej jednak, na początku lat 90., jeszcze jako policjant, brał udział wraz z Wielkanowskim i Śmigielskim w imprezach strzeleckich, urządzanych m.in. przez Fundację Bezpieczeństwa Ruchu Drogowego.

Pochodzenie części, których wartość według oświadczenia wynosiła połowę tego, co Wielkanowscy oficjalnie zapłacili za auto, sędzia Gromiec pominął.

Śmieszny proces
Sędzia Gromiec pochwalił sędziego Wielkanowskiego za sprawne przeprowadzenie procesu w sprawie bójki i strzelaniny w toruńskim sądzie. O udział w niej oskarżono dziesięciu członków dwóch rywalizujących gangów - ośmiu z grupy Rentflejsza i dwóch żołnierzy Śmigielskiego. Gromiec powoływał się przy ocenie procesu na lustrację przeprowadzoną przez sędziego Sądu Apelacyjnego z Gdańska Romana Sądeja w grudniu 2000 r.

"W świetle powyższych ustaleń i przeprowadzonych w tym zakresie dowodów, także w sprawie VI Ds 66/00 Prokuratury Okręgowej w Gdańsku (śledztwo wszczęte po naszej publikacji - przyp. A. M.), należy w pierwszej kolejności stwierdzić, iż nie ma w przedmiotowej sprawie jakiegokolwiek dowodu, żeby którykolwiek oskarżony w sprawie był znajomym sędziego" - napisał sędzia Gromiec.

Tymczasem już w trzecim dniu procesu wyszło na jaw, że jeden ze świadków, Zbigniew M. - żołnierz Śmigielskiego - i jeden z oskarżonych, Zbigniew Kotarski, byli znajomymi Wielkanowskiego ze szkoły podstawowej.

Opisały to nawet gazety. Takie zapisy muszą być także w protokole z rozprawy. Czemu więc sędzia Gromiec pisze, że Wielkanowski nie był znajomym żadnego z oskarżonych? - Nie pamiętam. Wielkanowski powiedział, że tak nie było - mówi sędzia Gromiec. - Zresztą, tak uznał prokurator - dodaje.

"Nie ujawniły się też inne okoliczności, które winny były spowodować wyłączenie sędziego Wielkanowskiego od orzekania w wymienionym procesie" - pisze dalej Gromiec. Tymczasem, o znajomości sędziego z innym z oskarżonych, Andrzejem Banasiakiem, ps. Banan, mówił dziennikarzom na sądowym korytarzu oskarżony szef konkurencyjnej grupy Adam Rentflejsz, który wnosił nawet o zmianę składu sędziowskiego.

- Wszyscy: sędzia Wielkanowski, "Banan" i Śmigielski, jeździli razem na polowania - usłyszeli dziennikarze. Później oskarżony wycofał się ze swojego wniosku o zmianę sądu, a dotyczących siebie stwierdzeń Rentflejsza sędzia Wielkanowski do protokołu nie podyktował.

Jak ujawniliśmy w pierwszej naszej publikacji i powtarzaliśmy w kolejnych, znajomym Wielkanowskiego i Śmigielskiego był także świadek incognito z tego procesu. To on przed laty doprowadził do poznania się Wielkanowskiego ze Śmigielskim i znał jego "żołnierzy". Na potrzeby tego procesu świadek ten został odnaleziony nie przez prokuratora, ale przez obrońcę "Banana" i "Skóry", czyli dwóch z dziesięciu oskarżonych, którzy związani byli nadal ze Śmigielskim. Znali go także wszyscy toruńscy dziennikarze, relacjonujący proces. Mimo to sąd pod przewodnictwem Wielkanowskiego uznał jego zeznania wybielające tych dwóch oskarżonych za wiarygodne. Sądowi nie przeszkodziło nawet to, że były sprzeczne z opinią balistyczną. Opierając się na zeznaniach tego świadka, sąd pod przewodnictwem Wielkanowskiego stwierdził na sali sądowej, że nie ma dowodów, że to "Banan" i "Skóra" używali broni (wbrew ustaleniom prokuratora), zmienił kwalifikację czynu i wydał wobec nich wyroki znacznie mniejsze niż żądał prokurator.

"Tezie Ço korzystnym i rażąco niskim wyroku przeczą sprawne przeprowadzenie postępowania, podkreślana przez sędziego wizytatora stanowczość przewodniczącego składu, fakt złożenia apelacji przez obrońców wszystkich oskarżonych oraz orzeczenie Sądu Okręgowego utrzymujące w mocy zaskarżony wyrok w odniesieniu do ośmiu oskarżonych i wymierzającego wobec dwóch pozostałych oskarżonych nowe kary łączne, niższe niż w zaskarżonym rozstrzygnięciu" - pisze sędzia Gromiec.
Z niewiadomego powodu nie informuje w tym wywodzie, że "rażąco niskim" nazwał wyroki wobec właśnie tych ostatnich dwóch oskarżonych -
"Banana" i "Skóry" - żołnierzy Śmigielskiego, prokurator w apelacji, a Sąd Okręgowy uchylił wyrok wydany przez sąd pod przewodnictwem
Wielkanowskiego dokładnie w zakresie wskazanym przez
 

"Rzeczpospolitą". Sąd Okręgowy w Bydgoszczy uznał m.in., że sąd rejonowy nadmierną rangę nadał zeznaniom świadka incognito i nie zwrócił uwagi na ich sprzeczność z opinią balistyczną.

Do kwestii znajomości sędziego ze świadkiem incognito i nieuwzględnienia jego stronniczości sędzia Gromiec nie odniósł się w ogóle.

Przyjaźń z gangsterem
Sędzia Gromiec uznał też, że nie ma dowodów na powiązania Wielkanowskiego z przestępcami. "W postępowaniu prowadzonym w 1995 r. przez gdańską prokuraturę nie ustalono jakichkolwiek Çprzestępczych powiązańÈ pomiędzy sędzią Wielkanowskim i Edwardem Śmigielskim. Ustalono, że ich spotkania miały towarzyski charakter" - przypomina.

Drugi raz prokuratura wypowiedziała się na ten temat, umarzając częściowo śledztwo wszczęte po publikacji "Rz". Sędzia Gromiec przyjął - jak twierdzi - na podstawie ustaleń z tego śledztwa oraz oświadczenia Wielkanowskiego, że toruński sędzia zakończył znajomość ze Śmigielskim w połowie 1993 r., kiedy do sądu rejonowego wpłynęła sprawa przeciwko Śmigielskiemu.

Śmigielski także zeznał w prokuraturze, że spotykał się z Wielkanowskim sporadycznie i towarzysko. Stwierdził jednak, że zakończył kontakty z Wielkanowskim w 1995 r., kiedy wyjechał za granicę (w rzeczywistości rozesłano za nim wówczas list gończy). Tę okoliczność z zeznań Śmigielskiego sędzia Gromiec jednak pomija. "W tym stanie dowodów - pisze - za wiarygodne należy uznać zeznania Wielkanowskiego co do towarzyskiego charakteru tej znajomości oraz powodu i czasu jej zakończenia. Należy również powtórzyć w ślad za prokuratorem, że Śmigielski był w przeszłości toruńskim biznesmenem, właścicielem poważnej firmy handlowej i prezesem toruńskiego Oddziału Narodowego Funduszu Ochrony Zdrowia".

"Tato" - biznesmen
Czy rzeczywiście przed 1993 r. Śmigielski był uczciwym biznesmenem, o którym toruńscy prawnicy nic nie wiedzieli?

Bramkarz w dyskotekach, potem cinkciarz. Do aresztu trafia już w latach 80. za wielomilionowe manko w swojej firmie. Do procesu jednak nie dochodzi. W 1986 roku postępowanie zostało umorzone na mocy amnestii i Śmigielski wychodzi z aresztu. Otwiera fabrykę papieru toaletowego. Wszyscy go chwalą za cenną - w końcówce PRL - inicjatywę. Ostatni prezydent Torunia tuż przed wolnymi wyborami sprzedaje mu po zaniżonej cenie trzy eleganckie kamienice na toruńskiej starówce. A po wyborach idzie pracować do spółki Śmigielskiego.

Nowy prezydent Torunia w 1990 r. próbował odzyskać kamienice, zawiadomił prokuraturę, że poprzednik sprzedał je po dziesięciokrotnie zaniżonej cenie. Prokuratura po roku śledztwo jednak umorzyła.

W 1991 r. Śmigielski pożycza pieniądze od Wiesława B., innego toruńskiego przedsiębiorcy, na pokrycie wydatków związanych z importem win ze Słowacji. Podpisuje weksel. B. nie może odzyskać pożyczonych pieniędzy, więc wytacza sądową sprawę Śmigielskiemu.

24 października 1991 r. płonie hurtownia Śmigielskiego w podtoruńskim Kąkolu. Tego wieczoru Wielkanowski je kolację ze Śmigielskim. Spotkanie umówił późniejszy świadek incognito. Jest to - jak powiedział nam kiedyś Wielkanowski - początek jego znajomości ze Śmigielskim.

Wkrótce staje się ona bardzo zażyła. Wielkanowski i Śmigielski strzelają razem z policjantami na strzelnicy, polują, nurkują, bawią się na zakrapianych alkoholem imprezach organizowanych przez Fundację Bezpieczeństwa Ruchu Drogowego. Śmigielski uchodzi za mecenasa kultury, zaprasza miejscowych notabli, w tym toruńskich sędziów i prokuratorów, na spektakle i koncerty. Jednocześnie, jak ustala później prokuratura, kieruje brutalnym gangiem i otacza się przestępcami.

Mimo to prokuratura umarza śledztwa dotyczące Śmigielskiego, a w toruńskim sądzie w niewyjaśnionych okolicznościach ginie obciążający go weksel. Wierzyciel sugerował wówczas, że któryś z licznych przyjaciół "Taty", bo taki przydomek miał Śmigielski, w wymiarze sprawiedliwości wyciągnął dokument z akt. "Gazeta Wyborcza" pisała już wtedy, że ARRA, spółka Śmigielskiego, być może oszukuje kontrahentów.

Wielkanowski, z którym przed publikacją tekstu "Sędzia do wynajęcia" rozmawialiśmy także na temat weksla, twierdził, że tego dokumentu w ogóle nie było.

W reportażu "Portret Taty przez kraty" "Gazeta Wyborcza" napisała później: "O Edwardzie Śmigielskim - czyli ÇTacieÈ, mózgu polskiej Çmafii węglowejÈ - policjanci mówili Çświęta krowaÈ. Miał znakomite układy w wymiarze sprawiedliwości. W sześciu swoich firmach zatrudniał policjantów, prokuratorów i absolwentów wydziału prawa. Jeden z toruńskich sędziów dostał od niego zestaw do nurkowania".

Nieskazitelności Śmigielskiego przeczą też m.in. publikacje Andrzeja Szmaka, który jako redaktor naczelny toruńskich "Nowości" w 1992 i 1993 r. pisał krytyczne artykuły o Śmigielskim i Wielkanowskim. Kiedy kazał swoim dziennikarzom zająć się sprawą podejrzanego pożaru hurtowni należącej do Śmigielskiego i dziwną śmiercią dwóch pracowników, został przez żołnierzy "Taty" brutalnie pobity przed swoim domem.

Hurtownia została kilka dni przed pożarem ubezpieczona w Weście na ponad 2 mln złotych, towar wywieziono. Firma nie chciała wypłacić pieniędzy, bo podejrzewała próbę wyłudzenia. Wielkanowski jeździł ze Śmigielskim w sprawie odszkodowania, w charakterze - jak powiedział nam ówczesny wicemarszałek Sejmu z KPN Dariusz Wójcik, do którego razem dotarli - "gwaranta uczciwości".

Śmigielski został skazany za kierowanie od listopada 1992 r. do grudnia 1994 r. zorganizowaną grupą przestępczą, wyłudzającą węgiel, cukier i inne towary. Stawiano mu też zarzuty wyłudzeń podatkowych od 1991 r. Osobno prowadzono procesy żołnierzy "Taty", oskarżonych o uprowadzenia, pobicia, haracze dokonywane od początku lat 90. Zeznawali oni wielokrotnie w sprawie kontaktów Śmigielskiego z Wielkanowskim. Prokuratura gdańska uznała, że nie ma dowodów, że Wielkanowski "utrudniał postępowanie przeciwko Śmigielskiemu".

Czy jednak mający dobre kontakty z policjantami i prokuraturami sędzia mógł nie wiedzieć, czym zajmuje się jego znajomy?

- Czy sędzia może się przyjaźnić z gangsterem? - pytamy rzecznika dyscyplinarnego.

- Przecież kontaktowało się z nim pół Torunia - tłumaczy kolegę sędzia Gromiec.

- Czy znajomość ze Śmigielskim, nawet jeśli miałaby charakter tylko towarzyski, nie kłóci się z etyką sędziego?

- To był wtedy biznesmen - odpowiada. ANNA MARSZAŁEK

 

Kolejne strony dokumentujące nieodpowiedzialne zachowania funkcjonariuszy władzy:
Sędziowie - oszuści. W tym dziale przedstawiamy medialne dowody łamania prawa przez sędziów - czyli oszustwa "boskich sędziów". Udowodnione naruszania procedury sądowej, zastraszania świadków, stosowania pozaproceduralnych nacisków na poszkodowanych i inne ich nieetyczne zachowania. Czas spuścić ich "z nieba na ziemię" :-)
Prokuratorzy do zwolnienia od razu - dowody debilizmu prawnego i prokuratorskiego funkcjonariuszy którzy jakimś cudem podobno ukończyli prawo...
SKORUMPOWANI SĘDZIOWIE I PROKURATORZY - czyli nie tylko pijackie wpadki
 "boskiej władzy" , którzy w końcu spadli na ziemię...:-)

Oszustwa polityków - przekręty i wpadki znanych "mniej lub więcej" polityków, czyli urzędników państwowych oszukujących i pasożytujących na narodzie - stale uzupełniany cykl: POLITYKA WłADZA PIENIąDZ
Policyjne afery - handel tajnymi informacjami ze śledztw, narkotykami, wymuszenia policyjne, pijani policjanci, policjanci terroryzujący własną rodzinę i świadków...
oszustwa komornicze - pasożytów społeczeństwa, często typowych chamów i nieuków,  którzy oszukują właścicieli firm, poszkodowanych i wierzycieli oraz w dupie mają obowiązujące PRAWO
UDOKUMENTOWANE  FAKTY POMYŁEK LEKARSKICH

Krytyka wyroków sądowych nie jest godzeniem w niezawisłość sędziowską. Nadmiar prawa prowadzi do patologii w zarządzaniu państwem - Profesor Bronisław Ziemianin

Polecam sprawy poruszane w działach:
 SĄDY   PROKURATURA  ADWOKATURA
 POLITYKA  PRAWO  INTERWENCJE - sprawy czytelników  

Tematy  w dziale dla inteligentnych:  
ARTYKUŁY - tematy do przemyślenia z cyklu: POLITYKA - PIENIĄDZ - WŁADZA

A dla odreagowania sympatyczne linki dla poszkodowanych przez schorowane organy sprawiedliwości :-))
10 przykazań dla młodych adeptów prawa, czyli jak działa głupota prawników + modlitwa...
"walczący z wilkami, szeryf z Bieszczad czyli z impotentnymi organami (nie)sprawiedliwości?" takie sobie dywagacje Z. Raczkowskiego
Wilk Zygfryd - CZARNA BIESZCZADZKA RZECZYWISTOŚĆ...

"AFERY PRAWA" - Niezależne Czasopismo Internetowe  www.aferyprawa.com   
Stowarzyszenia Ochrony Praw Obywatelskich
Zespół redakcyjny: Zdzisław Raczkowski, Witold Ligezowski, Janusz Górzyński, Zygmunt Jan Prusiński, Mariusz Pogorzelec, Zygfryd Wilk, Grzegorz Bentkowski i SOPO

    uwagi i wnioski proszę wysyłać na adres: redakcja@aferyprawa.com alternatywnie: afery@poczta.fm 
Dziękujemy za przysłane teksty opinie i informacje. 

WSZYSTKICH INFORMUJĘ ŻE WOLNOŚĆ WYPOWIEDZI I SWOBODA WYRAŻANIA SWOICH POGLĄDÓW JEST ZAGWARANTOWANA ART 54 KONSTYTUCJI RZECZYPOSPOLITEJ POLSKIEJ.

zdzichu

Komentarze internautów:

Komentowanie nie jest już możliwe.

~Cikuniran
12-04-2016 / 09:23
The case stemmed from the arrest in period of last year metropolis well-known professional person Adam K. fascinated by her Ministry of Justice, station and also the workplace of State Security. Regards, Cikunir - www.modern-cikande.co.id
~Cikuniran
12-04-2016 / 09:19
The case stemmed from the arrest in period of last year metropolis well-known professional person Adam K. fascinated by her Ministry of Justice, station and also the workplace of State Security. Regards, Cikunir - Indonesia" rel="nofollow">www.modern-cikande.co.id/lang_id/artikel/satu-lagi-uu-no-25-tahun-20 investment law